Od autorki: Na początek przepraszam wszystkich zainteresowanych za niemal półroczną przerwę od publikacji ostatniego rozdziału – niestety, przez tych kilka miesięcy rzeczywistość robiła wszystko, by pokrzyżować mi szyki, gdy przychodziło do pisania; a i mój Wen twórczy bynajmniej nie pomagał, przekierunkowując się czasowo na siatkarzy z Haikyuu. Wreszcie jednak wszystko zadziałało jak trzeba i oto mogę z przyjemnością zaprezentować kolejny rozdział. Mam też nadzieję, że następne będą się ukazywać w zdecydowanie mniejszych odstępach czasowych ;).

Rozdział 4: By syty zrozumiał głodnego

Kye-sook, jak się okazało, nie przesadził ani odrobinę.

W swoim dziewięcioletnim życiu Soo-won odwiedził niewiele wiosek, a w tych, które widział, był jedynie przejazdem - ale nawet na tak mizernej podstawie był w stanie powiedzieć, że osada, w której teraz się znajdował, daleka była od dobrobytu. Jakieś… dwadzieścia czy trzydzieści chat zbudowano na niewielkim spłachetku płaskiego terenu, przytulonym do stromego zbocza, gdzie potężna skała wcinała się klinem w gęsty las. Niektóre z dalej położonych domostw wyglądały na opuszczone, a ściany chałup chyliły się ku ziemi. Największe wrażenie robiła jednak wisząca nad wsią cisza. Chociaż Kye-sook przestrzegł go, że pozostało tu niewiele osób, chłopiec mimo wszystko oczekiwał gwaru rozmów, odgłosów gospodarskich zwierząt, może nawet śmiechu dzieci - tymczasem nic takiego nie usłyszał. Mieszkańców nigdzie nie było widać, a zagrody dla zwierząt stały puste - jedynie kilka kur grzebało smętnie w ziemi, pewnie w poszukiwaniu pożywienia, choć Soo-won niespecjalnie znał się na ptactwie domowym. Gdyby nie wizyta pani Hwang i obecność strażników, którzy faktycznie pilnowali chaty, najpewniej uznałby wioskę za całkiem wymarłą.

Skoro jednak ktoś tutaj mieszkał, to…

- Gdzie są wszyscy? - zagadnął półgłosem, odruchowo łapiąc Kye-sooka za rękaw. Młodzieniec przerwał kontemplację przygnębiającego widoku.

- Ci, którzy mają dość sił, pracują na polach, o tam. - Wskazał ruchem głowy w stronę, gdzie stok poniżej wioski w miarę łagodnie opadał. - Pozostali… cóż, głównie przy starych i chorych. Zrobi się tu nieco gwarniej dopiero przed wieczornym posiłkiem.

Wzmianka o posiłku po raz kolejny przywiodła chłopcu na myśl jego nieszczęsny wybryk z zupą. Nerwowo zaszurał stopami.

- Czy… czy oni naprawdę nie mają co jeść? - wyrwało mu się, nim zdążył się powstrzymać. Kye-sook skrzywił się lekko, zerkając przez ramię na strażnika stojącego przy wejściu kilka kroków za nimi, po czym skinął na Soo-wona. Przeszli kawałek dalej, w pobliże mocno krzywej szopy, której ściany, sądząc po barwie i zużyciu desek, już kilka razy naprawiano. Chłopak przysiadł na prowadzącym do niej kamiennym stopniu, dał Soo-wonowi znać, by uczynił to samo.

- Wychowałeś się na równinach, prawda? - zapytał. - Wiesz cokolwiek o życiu w górach?

- Nooo… - Chłopiec zastanowił się, usiłując przywołać z pamięci wszystko, o czym kiedykolwiek usłyszał na lekcjach w pałacu bądź od wojowników z Krainy Wiatru, których uważał za nieocenione źródło wiedzy na każdy temat. - Hoduje się zwierzęta i, ummmm, role też się uprawia, ale… ale to nieopłacalne?

Kye-sook popatrzył nań z niedowierzaniem, parsknął niewesołym śmiechem.

- Nieopłacalne? Doprawdy, czego oni cię uczą! Posłuchaj: tu jest inaczej niż na nizinach. Każdy kawałek ziemi trzeba wydzierać górom, gleby jest ledwie na kilka piędzi, a i pogoda nie sprzyja uprawom. Mimo to tutejsi walczą nawet o ten niewielki plon. To kwestia przetrwania, ale i dumy. Musisz zrozumieć… to twardy lud, przywiązany do tej ziemi od pokoleń. Nie porzucą jej tylko dlatego, że nie rodzi więcej.

Soo-won zmarszczył brwi, po czym rozejrzał się wokół z powątpiewaniem. Może i był dzieckiem i nie wiedział zbyt wiele, ale jeśli wioska wyglądała tak a nie inaczej, to kurczowe trzymanie się dumy, by tu pozostać, nie było chyba najmądrzejszą decyzją?

Starszy chłopak złowił jego spojrzenie.

- Nie zawsze tak to wyglądało - rzekł, a w jego głosie dało się słyszeć smutek podszyty gniewem. - Nawet jeśli nie było lekko… ludziom udawało się jakoś wiązać koniec z końcem. Dopóki nie podniesiono podatków. Raz… A potem kolejny raz. I kolejny.

- I… I co wtedy? - Soo-won, owszem, słyszał o podatkach, ale nigdy nie przyszło mu do głowy zastanawiać się, jak dokładnie działają. To były sprawy dorosłych, które go nie dotyczyły - a przynajmniej tak mu się dotąd zdawało.

- Niektórzy już wtedy musieli oddać niemal wszystko - podjął cicho Kye-sook, skubiąc nitkę sterczącą z rękawa. - Ale… ostateczny cios nadszedł w zeszłym roku.

- Aha…? - Soo-won popatrzył na młodzieńca wyczekująco. Ów milczał jakiś czas, nim podjął.

- Pewnego dnia w wiosce zjawił się urzędnik w towarzystwie oficera z północy i rozkazał, że wszyscy dorośli mężczyźni mają pójść z nimi. Ludzie nawet nie protestowali… Wszyscy mieli nadzieję, że być może zdobędą środki, dzięki którym ich rodziny zdołają przetrwać. Niestety, po tym jak odeszli, ślad po nich zaginął.

- A ty, Kye-sook? Ciebie nie zabrali?

- Miałem szczęście. Zabierali wszystkich, którzy ukończyli piętnaście lat. Gdyby przybyli kilka miesięcy później…

- Masz tylko szesnaście lat?! - zdumiał się Soo-won nie na żarty. - Rety… Wyglądasz na starszego!

- Na jesieni skończę siedemnaście - Kye-sook jakby lekko się zaczerwienił. - Dlatego… muszę dać z siebie jeszcze więcej. Moja matka mówiła zawsze: „Nie toczymy wojen, ale ludzie wciąż potrzebują pomocy. O tym przede wszystkim powinniśmy pamiętać".

Urwał raptownie, jakby zdając sobie sprawę, że powiedział za dużo. Odchrząknął ze skrywanym zakłopotaniem.

- Nie zanudzam cię aby?

- Skąd! - Chłopiec czym prędzej pokręcił głową. - A twoja mama jest bardzo mądra.

- Była - szepnął jego towarzysz, nadspodziewanie miękko. Tym razem to na Soo-wona przyszła kolej, by mocno się zmieszać.

- P-przepraszam… Nie wiedziałem…

- Nie mogłeś wiedzieć. – Kye-sook nie wyglądał na urażonego, ale wzrok utkwił gdzieś w dali. Chłopiec uznał, że stosowniej będzie przez chwilę posiedzieć cicho, ale nie wytrwał w tym postanowieniu zbyt długo. Mniejsza, niż dotąd przypuszczał, różnica wieku między nim a porywaczem jedynie zachęcała do dalszych pytań - a był pewien szczegół, który wciąż nie dawał mu spokoju i nijak nie dawał dopasować się do układanki.

- O co chodzi? – Uwadze młodzieńca jak widać nie umknęło, że Soo-won nerwowo wierci się w miejscu. – Musisz iść za potrzebą?

- Nie! – Chłopiec aż podskoczył na tę sugestię, czując na policzkach zdradliwe gorąco. – Ja tylko… Mogę cię o coś zapytać, Kye-sook?

Starszy chłopak uniósł brew.

- Pytaj.

- Skoro mieszkasz w tej wiosce… czemu wszyscy zwracają się do ciebie, jakbyś był wyżej urodzony?

W fiołkowych oczach przez chwilę odbiło się zaskoczenie, po czym porywacz nieznacznie wzruszył ramionami.

- A więc zauważyłeś – skonstatował. – Czyli jednak jesteś całkiem bystry.

- Phi! – Chłopiec z dziecinną urazą wydął policzki i zaraz się tego zawstydził. – Nie odpowiedziałeś mi! – wytknął.

- To żaden sekret. – Kye-sook podciągnął kolano pod brodę. – Jest właśnie tak, jak mówisz.

Soo-won zdał sobie sprawę, że wpatruje się w swego rozmówcę z otwartą buzią. Spodziewał się różnych odpowiedzi, ale nie najprostszej – i, przynajmniej teoretycznie, najbardziej niewiarygodnej – z możliwych. Kye-sook uśmiechnął się, widząc jego zdumienie.

- Moja rodzina nie była może szczególnie znacząca czy zamożna, ale mieliśmy posiadłość w dolinie niedaleko stąd - wyjaśnił. - Podobno już od kilku pokoleń ludzie z gór mogli przyjść tam po pomoc i ją dostawali. Choć raczej nie miało to miejsca zbyt często… Mówiłem ci już, jak dumni są tutejsi górale – poproszą o wsparcie jedynie w ostateczności i zawsze czują się zobowiązani, by się za nie odwdzięczyć.

Chłopiec przez chwilę rozważał usłyszane słowa, ale w dalszym ciągu coś mu nie pasowało.

- W takim razie – zaczął - dlaczego…

- …mieszkam tutaj? – dokończył młodzieniec domyślnie. – Cóż… Nie znam innego domu.

- Ale jak to? – nie zrozumiał Soo-won. – Czemu? Przecież…

- Słyszałem, że niedługo przed moim urodzeniem w górach osunęła się ziemia – wszedł mu w słowo Kye-sook. Mówił cicho, ale coś w jego głosie sugerowało, że lepiej nie przerywać – choć bynajmniej nie była to groźba. - Lawina zniszczyła nasz dom i… pogrzebała mojego ojca. Matka wielokrotnie powtarzała, że nie przetrwalibyśmy wtedy, gdyby nie ludzie z wioski. Dali nam dach nad głową, jedzenie i wszelką inną pomoc… Myślę, że także dlatego zdecydowała się pozostać wśród nich. Od zawsze pomagała innym… a teraz tym bardziej chciała się odwzajemnić za okazane dobro.

Soo-won słuchał z zapartym tchem. Nie wiedział, czego się spodziewał, ale nie tego. Na pewno nie tego. Więc… więc Kye-sook nie tylko był sierotą, ale nawet… ale nawet nie miał szansy poznać swojego taty? I… nigdy tak naprawdę nie miał rodzinnego domu? Chłopiec ledwo potrafił to sobie wyobrazić, choćby nie wiem, jak się starał. Oczywiście, on sam też nie zawsze mógł spędzać czas z rodzicami – zwłaszcza ojca co i rusz wzywały sprawy wagi państwowej, a Soo-won był już na tyle duży, by zdawać sobie z tego sprawę – z pewnością jednak niemożność spędzenia czasu z najbliższymi, nie była taka zła jak… jak…

Pociągnął nosem. Dość niespodziewanie Kye-sook poczochrał go po włosach.

- Świat nie zawsze działa, tak jakbyśmy chcieli – rzekł, po czym cofnął dłoń, jakby zawstydzony tym gestem. – Ale… zawsze można zdziałać choć trochę…

Chłopiec podniósł pytające spojrzenie na towarzysza.

- Więc… dlatego nie odszedłeś z wioski?

Młodzieniec skinął.

- Gdy… gdy trzy lata temu moja matka odeszła… miejscowi bez jednego słowa wzięli mnie pod opiekę. Uznali mnie za swego… a ja postanowiłem, że chcę pójść w ślady matki, wykorzystać to wszystko, czego mnie nauczyła. Żeby… - jego głos ścichł nagle – żeby przynajmniej w ten sposób im podziękować. Okazać wdzięczność, za wszystko, co dla mnie zrobili.

Soo-won z namysłem przygryzł wargę. Rozsypane elementy układanki wreszcie zaczynały się składać w mniej więcej sensowną całość – jednak jeśli chciał mieć pewność, należało zapytać. Nabrał tchu, zdobywając się na odwagę.

- Czy… to dlatego mnie porwałeś, Kye-sook…? Bo chciałeś pomóc tym ludziom?

Na dźwięk tych słów chłopak przechylił głowę, usta wykrzywił mu odrobinę złośliwy uśmiech.

- Powiedziałeś, że już nigdy mi nie uwierzysz – przypomniał. - Skąd pewność, że teraz cię nie okłamuję?

Soo-won popatrzył na niego poważnie. To, co zamierzał powiedzieć, było pewnie nazbyt śmiałe i domyślał się, że stąpa po niepewnym gruncie, ale…

- Gdybyś kłamał, nie płakałbyś nad tamtym chłopcem – oznajmił. Kye-sook w pierwszej chwili zesztywniał jak uderzony pięścią i przez kilka uderzeń serca wydawało się, że zaraz wybuchnie, ostatecznie jednak tylko zgarbił ramiona. Dłuższą chwilę patrzył w przestrzeń, nim odpowiedział.

- Mawiają, że tonący brzytwy się chwyta. A ja nie widziałem już innej możliwości. Nawet jeśli…

Przerwał niemal w pół słowa, jakby coś innego zwróciło nagle jego uwagę. Soo-won podążył wzrokiem za spojrzeniem młodzieńca i na ścieżce pnącej się po zboczu nad wioską dostrzegł panią Hwang. Za nią podążał mężczyzna w średnim wieku, który wspinał się w miarę sprawnie, choć wyraźnie utykał. Na rękach niósł coś, co mogło być tylko ciałem owiniętym w koc.

Chłopiec przełknął nerwowo, wpatrując się w scenę przed sobą szeroko otwartymi oczami. Wieśniacy powoli wędrowali w górę, ku ciemnej linii drzew.

- D-dokąd oni idą?

- W góry – odparł Kye-sook półgłosem. – Pożegnać się ze zmarłym.

- Czemu…?

- Mówiłem ci już, to twardzi ludzie. – Młodzieniec popatrzył na niego z powagą. – Nie chcą, by ktokolwiek widział ich ból.

- Ale… - Dreszcz przebiegł po plecach Soo-wona. – Ona wróci… prawda?

- Wróci. – Jego towarzysz uścisnął mu ramię w geście otuchy. – Może… my też wrócimy do środka? – podsunął domyślnie.

Chłopiec czym prędzej przystał na propozycję. Kilkadziesiąt kroków dzielących ich od chaty pokonali w milczeniu, choć i tak nie mógł się powstrzymać, by co i rusz nie zerkać dookoła. To ponure miejsce znaczyło dla Kye-sooka więcej niż cokolwiek na świecie… i właściwie trudno było się temu dziwić, jak już poznało się prawdę. Tylko… czy to usprawiedliwiało porywanie dzieci? Soo-won nie był pewien; prawdę mówiąc, czuł się coraz bardziej zagubiony – a jednak po tym, co zobaczył, był gotów to zrozumieć, nawet jeśli bycie porwanym wcale mu się nie uśmiechało.

Weszli do izby, minąwszy drzemiącego strażnika. Kye-sook przyklęknął, by podsycić ogień na palenisku, a chłopiec, tknięty nagłą myślą, przemknął do pomieszczenia obok. Skorupy rozbitej miski leżały tam, gdzie wcześniej, przypominając mu wcześniejszy wybuch, którego teraz – musiał to szczerze przed sobą przyznać - trochę się wstydził. Schylił się, by je pozbierać, ale najwyraźniej chciał to zrobić za szybko, bo ostra krawędź boleśnie ukąsiła go we wnętrze dłoni. Soo-won syknął, odruchowo podnosząc rękę do ust; kawałki ceramiki upadły na ziemię z cichym grzechotem.

- Coś się stało? – Młodzieniec zajrzał za zasłonę, a obrzuciwszy wzrokiem sytuację, w jednej chwili znalazł się przy nim. – Skaleczyłeś się – skonstatował.

- To nic! – Chłopiec czym prędzej potrząsnął głową, czerwieniąc się po uszy i powstrzymując odruch, by schować rękę za plecami. - Ja… przepraszam za tamto. Nie miałem pojęcia i…

- Wielu rzeczy nie wiesz - odparł Kye-sook, oglądając skaleczenie, ale w jego głosie nie było złośliwości, jedynie smutek. – Doprawdy, skąd macie czegokolwiek nauczyć się o świecie, jeśli wychowują was w złotej klatce?

- Ty byś mógł – mruknął Soo-won pod nosem, po czym dodał, znacznie już pewniej. -Chciałbym, żebyś mnie uczył, Kye-sook!

- Ja? - Cień uśmiechu zatańczył na wargach chłopaka. – Zapominasz o jednym ważnym szczególe.

- Hmmm?

- Technicznie rzecz biorąc, wciąż jesteś moim więźniem. A ja…

Odwrócił głowę. Niewypowiedziane słowo „przestępca" zawisło w pomiędzy nimi. Soo-won trochę się zdziwił: czyżby jego porywacz mimo wszystko czuł się winien?

- Chodź. – Szczupła dłoń spoczęła tymczasem na jego ramieniu; znak, że Kye-sook wrócił już do siebie. – Trzeba to opatrzyć.

- Wcale nie!

- Trzeba, trzeba – młodzieniec uciął w zarodku jego protesty, równocześnie popychając go lekko w stronę sąsiedniej izby. – W takim miejscu jak to będzie się jątrzyć bez opatrunku.

Usiedli w pobliżu paleniska, tam gdzie przez otwór w dachu wpadało najwięcej światła. Chłopiec, trochę nachmurzony, przyglądał się, jak Kye-sook ostrożnie przemywa rankę. Hak miałby teraz używanie: on zwykle nic sobie nie robił z byle siniaków, zadrapań i skaleczeń. Z pewnością nazwałby teraz Soo-wona ciapą i mięczakiem, i…

Znienacka zapiekły go oczy, otarł nos rękawem. Myśl o Haku ponownie obudziła wspomnienie o towarzyszach, którzy zostali w zajeździe. Oby, pomyślał żarliwie, oby nic im nie groziło. Jeśli coś im się stanie… jeśli ojciec uzna, że zasługują na karę… to będzie to wyłącznie jego, Soo-wona, wina…

- I gotowe. – Kye-sook owiązał jego dłoń kawałkiem płótna, po czym podniósł wzrok i ściągnął z troską brwi. – Co się stało?

- To nic! – zapewnił Soo-won szybko, ale młodzieniec nie dał się zwieść.

- Nie martw się – rzekł cicho. – Jutro rano bezpiecznie wrócisz do swoich.

Chłopiec skinął niepewnie, po części z wdzięcznością, po części zawstydzony, że tak łatwo go przejrzeć. Nagle coś jeszcze przyszło mu do głowy.

- Kye-sook? Mówiłeś, że tutejsi mieszkańcy są bardzo dumni. Myślisz, że… że przyjmą pieniądze z okupu?

Młodzieniec przygryzł wargę. Jasnym było, że sam również musiał się nad tym zastanawiać.

- Nie mamy innego wyjścia, jak tylko zapłacić zaległy podatek – wyszeptał. – Za resztę… Chciałbym, żeby za resztę mogli przynajmniej kupić ziarno. I dość żywności, żeby przetrwać kolejne miesiące.

- I… nikt się nie zdziwi, że nagle mają czym płacić?

Kye-sook popatrzył na niego bystro, po czym westchnął.

- Nie sądzę. Byle tylko pieniądze spływały do szkatuły…

Zacisnął pięści. Soo-won zapatrzył się w ziemię. To, co właśnie usłyszał, ledwie mieściło mu się w głowie, ale było też na swój sposób logiczne. W przeciwnym razie tutejszy zarządca już dawno zauważyłby, że wieśniakom potrzeba pomocy, prawda?

Pozostawał jednak inny problem, z którego istnienia Kye-sook nijak nie mógł zdawać sobie sprawy.

- A… a jeśli mój ojciec…

- Nic się nie bój – młodzieniec najwyraźniej opacznie zrozumiał intencję jego wypowiedzi. – Wszystko będzie dobrze.

Soo-won zerknął nań bez przekonania. Wciąż nie był pewien, jak wiele na swój temat może tak naprawdę wyjawić Kye-sookowi, ale…

- Nie boję się – mruknął. – Tylko… tylko się martwię.

- Nietrudno o ponure myśli z pustym żołądkiem. – Gospodarz uśmiechnął się do niego ciepło, jak wówczas, gdy rozmawiali w miasteczku. – Może teraz wreszcie pozwolisz się nakarmić? Nie ma tego wiele, ale na kolację powinno wystarczyć.

Na sam dźwięk tych słów chłopcu zaburczało w brzuchu. Wszelkie rozterki w mgnieniu oka wyparowały mu z głowy.

Młodzieniec zaśmiał się, zawieszając kociołek z zupą nad ogniem.

- Uznam to za „tak" – rzucił, po czym podniósł się z miejsca, by zdjąć z półki czystą miskę. Tylko jedną, ku niejakiej konsternacji Soo-wona.

- A ty? – Chłopiec pytająco przechylił głowę w bok. – Nie jesz, Kye-sook?

- Ja? – Kye-sook, który zaczął już nakładać jedzenie, przez dobry moment wyraźnie nie wiedział, co odpowiedzieć. – Ja… obejdę się bez kolacji. Nie mogę zbyt dużo jeść przed wieczorem, bo potem nie zasnę.

Soo-won zastanowił się nad tym wyjaśnieniem. Brzmiało rozsądnie, czemu więc miał poczucie, że coś tutaj nie gra?

Hmmm. Zupę przygotowano na obiad; wtedy też dostał ową nieszczęsną pierwszą porcję. Później przyszła pani Hwang, a zaraz potem wyszli na zewnątrz, i…

Otworzył szeroko oczy. No jasne! Jak mógł wcześniej nie zwrócić na to uwagi! Teraz dopiero zrobiło mu się wstyd nie na żarty.

- To… to tak naprawdę twoja porcja, prawda? – spytał bez ogródek.

Łyżka brzęknęła cicho o krawędź kociołka, gdy Kye-sook zwrócił się ku niemu.

- W założeniu, owszem – przyznał. – Ale to nie ma znaczenia.

- Jak to nie? – zaperzył się chłopiec. – Będziesz głodny!

- Nie pierwszy raz.

- Kiedy ja tak nie chcę! Jeśli ty nie zjesz, to ja też nie!

- Musisz. – Młodzieniec wyglądał na szczerze zmartwionego. – Opadniesz z sił.

- Ty też – wytknął mu Soo-won. – N-nie możemy się podzielić albo coś…?

Gospodarz przez chwilę przyglądał mu się bez słowa, by następnie wstać po kolejne naczynie.

- Skoro tak chcesz… - Uśmiechnął się nieznacznie. - Ale wtedy żaden z nas tak naprawdę się nie naje.

- Trudno – wzruszył ramionami chłopiec. Uśmiech Kye-sooka stał się szerszy.

- Chyba jednak nie jesteś tak rozpuszczony, jak sądziłem – stwierdził, ponownie zajmując miejsce przy ogniu. – Ja… też cię przepraszam. I przykro mi, że cię uderzyłem.

- Och! – Soo-won z wrażenia po raz kolejny o mało nie wylał podanej mu zupy. – To jest, ummm… Nie ma sprawy? I, no… należało mi się…?

Ostatnie słowa wymamrotał pod nosem i Kye-sook najwyraźniej ich nie dosłyszał, bo w fiołkowych oczach odbiło się pytanie.

- Mógłbyś powtórzyć?

- N-nic takiego. - Zawartość miski naraz wydała się chłopcu wyjątkowo ciekawa. – Chciałem tylko powiedzieć „smacznego".

Młodzieniec uniósł brew z niejakim rozbawieniem, po czym także sięgnął po swoją miskę.

- Smacznego więc.