Paul pojawił się przed jego drzwiami wraz z córką późnym popołudniem. Katie kryła się za ojcem, jakby Steve był smokiem, od którego chciała się oddzielić wszystkimi możliwymi sposobami. Tildwell bynajmniej nie wydawał się rozbawiony, jakby martwiło go takie zachowanie córki. Steve podejrzewał, że przed śmiercią matki dziewczynka była bardziej skora do kontaktów z ludźmi.
- Dziękuję, że przyszliście – powiedział może odrobinę zbyt jowialnie.
Paul uniósł brew do góry, jakby chciał to skomentować, ale nie potrafił znaleźć żadnych słów.
- Katie, słyszałem od twojego taty, że lubisz surfing – rzucił, wprowadzając ich do środka.
Katie zerknęła na ojca, jakby czekała na jakiś sygnał od niego. Paul jedynie skinął głową, więc spapugowała jego ruch.
- Katie, wszystko w porządku – powiedział Tildwell. – Steve tutaj po prostu…
- Chciałem ci powiedzieć, że bardzo mnie przestraszyłaś na plaży – wszedł mu w słowo.
Mała wydawała się zaskoczona i spojrzała na niego z niedowierzaniem.
- Naprawdę. Cała plaża tutaj należała do nas i nikt nigdy na nią nie wychodził. Ja też nie powinienem wchodzić sam do wody – oznajmił jej. – I chyba dobrze się składa, że lubisz pływać, bo w takim razie ja mogę pilnować ciebie, a ty mnie – stwierdził.
Usta Katie uchyliły się lekko.
- Naprawdę? – spytała i zdał sobie sprawę, że po raz pierwszy słyszy jej głos.
- Jasne. Myślisz, że dorosłym wolno samym wchodzić do wody? Pewnie twój tata pływał tylko w miejscach z ratownikami i miał rację. Zawsze lepiej, kiedy jest ktoś obok, kto się tobą opiekuje – wyjaśnił jej, chociaż był cholernym SEAL.
Paul wpatrywał się w niego z mieszanką szoku i wdzięczności.
- I tak się składa, że ja też lubię surfing – ciągnął dalej, korzystając z tego, że mała puściła nareszcie rękę ojca, którą tak kurczowo ściskała. – Moja koleżanka Kono jest niemal królową fal – zaśmiał się. – I miała takiego trenera, którego dobrze znam. Obiecał nauczyć cię pływać na desce, jeśli twój tata się zgodzi. I wtedy będziemy mogli razem surfować przed domem – powiedział ze sztucznym entuzjazmem.
Katie uśmiechnęła się nareszcie szeroko, wyzbywając się wcześniejszej śmiałości. I wiedział po prostu, że w tym dziecku są ukryte pokłady radości, do których należało się jedynie dostać.
- Da…to! Słyszałeś! Mogę? Mogę? Mogę? – spytała pospiesznie, jakby bała się, że ojciec zmieni zdanie.
Paul wpatrywał się w tym czasie w niego, jakby nie wiedział co o tym sądzić.
- Steve – zaczął Tildwell.
- Nie, to podziękowanie, że nie będę musiał pływać sam – powiedział Steve, chociaż obaj wiedzieli, że to akurat przeprosiny.
Przekonywał jednak Katie, że sprawa wyglądała całkiem inaczej i nie chciał teraz zepsuć całej historii, którą wybudował w głowie, kiedy siedział w swoim gabinecie.
Tildwell nie wydawał się przekonany, ale skinął głową.
- Katie, jasne, że możesz. O ile utrzymasz nadal tak znakomite stopnie. Muszę przyznać ci Steven, że moja córka utrzymuje wybitnie wysoką średnią – poinformował go Paul. – I należy się jej nagroda, prawda?
Katie uśmiechnęła się z dumą, prostując się lekko.
- Będę brała udział w wystawie naukowców – powiedziała radośnie.
- Naprawdę? – zdziwił się Steve. – Musisz zdobyć dla mnie chociaż jeden bilet. Bardzo chciałbym zobaczyć co zrobiłaś – dodał.
ooo
Zerkał niepewnie w stronę Katie, która nie oddalała się jednak na odległość głosu od Paula. Wydawała się przywiązana do jego nogi. Jeśli mężczyzna wchodził do domu – po napoje czy przekąski – ona podążała z nim. Może bała się, że Paul zniknie jak jej matka i upewniała się, że jednak tak się nie stanie. Znał to uczucie.
- Dzięki za to wcześniej, podaj mi adres tego nauczyciela bogini wody Kono – rzucił Tildwell.
- Mamo – odparł krótko, przewracając krewetkę na ruszcie.
Paul niemożliwie skrzywił się na widok ananasa, ale nie powiedział ani słowa.
- Powiedz, że jesteście ode mnie. Wszystko jest załatwione – poinformował mężczyznę i zapadła nieprzyjemna cisza.
Kiedy zerknął na Paula ponownie, ten wpatrywał się w niego ze zmarszczonymi brwiami.
- Jak to załatwione, Steven? Sądziłem, że Kono znalazła nauczyciela i przesyła przez ciebie informacje, co jest trochę dziwne, skoro ma mój numer – poinformował go szorstko Paul.
Steve odłożył szpikulec do mięsa.
- Uznajmy to za przeprosiny. Wystraszyłem was – zaczął.
- Jesteś nienormalny – stwierdził Paul. – To są przeprosiny. Siedzimy na twoim ganku…
- To się nazywa lanai – odparł Steve spokojnie.
- Użyczyłeś jej plaży. Zatrzymajmy się tutaj – powiedział Paul, biorąc głębszy łyk i odwracając wzrok w stronę swojej córki. – Jeśli będzie mogła wpaść czasem do ciebie i pochwalić się osiągnięciami, to będzie aż nadto. Świetnie sobie z nią poradziłeś i to ja powinienem ci dziękować. Uśmiechnęła się po raz pierwszy od miesięcy – przyznał głosem tak stłamszonym, że Steve zamarł.
Nie był przyzwyczajony do ludzi mówiących tak łatwo o emocjach. A Paul ich nawet nie nazwał. Coś jednak dławiło go od środka, gdy patrzył na tego faceta. Nie wiedział jaka jest ich historia i nie miał prawa w niej grzebać. Czuł coś podobnego po raz pierwszy. Miał świadomość, że ta dwójka uciekała przed bólem i stratą. I przerażające było to jak wspaniale sobie z tym radzili.
- Jesteś świetnym ojcem – powiedział, nie wiedząc nawet skąd brały się te słowa.
Paul w końcu przyszedł się z nim skonfrontować, gdy tylko zdał sobie sprawę, że Steve naruszał ich spokój. Dzieliło ich dobrze ponad dwadzieścia centymetrów i lata szkolenia. Paul był księgowym, a on zabijał ludzi przez większość swojego życia, to podobno było widać w tym jak się nosił. Jego mięśnie odstraszały, podobnie jak tatuaże i zacięta mina. Kiedy zobaczył się w lustrze tamtego ranka, nie był zaskoczony, że Katie uderzyła w płacz. Może sam sięgnąłby po broń.
I miał wrażenie, że Paul zrobiłby dla niej wszystko, a kiedy patrzył jak spokojnie bawiła się na piasku, nie był nawet bardzo zaskoczony.
Mężczyzna spojrzał na niego zaskoczony, jakby te słowa nie pasowały w ogóle do sytuacji.
- Wcześniej pytałeś, czy sądzę, że jesteś złym ojcem. Jesteś świetnym ojcem – powtórzył spokojnie.
- Nie znasz mnie – powiedział Paul, zaskakując go lekko.
Ludzie przeważnie przyjmowali komplementy. Albo mówili, że przekraczał granice. Znali się w końcu tak słabo, a on pozwalał sobie na takie uwagi.
- Wiem, co widzę. Niewielu przyszłoby do mojego miejsca pracy, żądając wyjaśnień – odparł spokojnie i wyraz twarzy Paula zmienił się w ciągu sekundy.
Mężczyzna wyglądał prawie na rozbawionego.
- Myślisz, że się ciebie boję? – prychnął Paul. – Gdybyś ruszył moją małą córeczkę, nie zostałbyś w jednym kawałku zbyt długo. I nie obchodzi mnie czy urocza Kono próbowałaby mnie powstrzymać – rzucił.
- Wiem. Dlatego wiem, że jesteś dobrym ojcem, bo większość, wyjmując ciebie, się jednak mnie boi – odparł.
- Steven, byłem świadkiem tego jak próbowałeś wmówić mojemu dziecku, że się boisz wchodzić sam do wody. To raczej nie zniknie szybko z mojej pamięci – oznajmił mu Paul.
I może to faktycznie wszystko zmieniało.
- Ale jestem SEAL – odparł, czekając na jakąś reakcję, ale nawet powieka Tildwella nie drgnęła. – Wiedziałeś?
- Kiedy wróciłem z dokumentami od was, mój przełożony był w takim szoku, że dupek, który mnie wysłał do was, dostał reprymendę. Coś na temat tego, że mogłem wrócić z przestrzelonym kolanem – wyjaśnił Paul spokojnie. – A wiedz, że miałem kontuzję w college'u, więc postaraj się przynajmniej trafić w to już uszkodzone. Nie chcę kuleć za pięć lat na obie nogi – prychnął Tildwell, jakby przestrzeliwanie kolan nie było dla niego problematycznym tematem.
I kogoś takiego Steve znał po raz pierwszy. Normalnie, kiedy poruszał temat strzelania i broni, ludzie milki. Paul wydawał się lgnąć, jakby był to dla niego chleb powszedni. Mógł spytać wprost, ale wygłupił się już wcześniej i nie chciał tracić ich tymczasowego zawieszenia broni. Zresztą krewetki dochodziły, podobnie jak ananas.
ooo
Katie leżała na ojcu, uśpiona przez spokojne fale oceanu. Pływali przez kilka minut, gdy Paul uznał, że nie jest zbyt wcześnie po posiłku. Ku rozbawieniu Steve'a mężczyzna narzucił mu trzydziestominutową sjestę, twierdząc, że w innym wypadku mogą złapać go skurcze. I Steve nie miał wyboru, ponieważ Katie uważała swojego ojca za wyrocznie w takich sprawach, a on przyznał już raz, że boi się wchodzić do wody sam. Paul korzystał z tego przez niemal całe popołudnie z dziwną satysfakcją, jakby bawiło go, że ma kontrolę nad nim.
A on nie miał aż takiego problemu z podążaniem za tą dwójką. Katie zresztą jeszcze tego samego dnia zaśmiała się tak głośno, że niemal coś w nim pękło. W Paulu na pewno, bo mężczyzna odwrócił się na kilka minut, udając, że sprząta coś ze stołu. Steve widział jednak jak Tildwell głęboko oddychał, starając się uspokoić.
Między nimi leżał sześciopak piwa, do połowy już pusty. Pełnia minęła, ale nadal było na tyle jasno, że mógł dostrzec profil mężczyzny. Nie było jeszcze aż tak późno, ale wymęczona zabawą Katie odpadła kilka minut wcześniej i spodziewał się, że Paul podniesie się lada moment. A on nie chciał, żeby jeszcze wychodzili, co było dziwne, bo zazwyczaj towarzystwo ludzi męczyło go. Dlatego Kono i Chin nie wpadali do niego każdego wieczoru. Szanowali jego przestrzeń prywatną, której do tej pory nie dzielił z nikim. A oto tutaj Paul Tildwell zajmował jego leżak, jakby znali się od lat i nie potrafił zmusić się do tego, żeby to znienawidzić.
- Zasnęła – stwierdził mężczyzna, jakby dopiero teraz to zauważył.
- Pływanie to świetna metoda na wymęczenie dzieci. Moja mama zawsze zabierała nas na spacery i pozwalała moczyć się w wodzie wieczorem. Padaliśmy jak muchy potem – powiedział, kiedy nawiedziło go to jedno konkretne wspomnienie.
I nie podzielił się tym nigdy z nikim. Nawet z Cath. I może dlatego nigdy się im nie udało.
Paul milczał, więc Steve zerknął na niego niepewnie, nie wiedząc o czym myśli mężczyzna.
- Jeśli dalej chcesz się włóczyć nocami, gdy nie możesz zasnąć, plaża jest twoja – dodał i mężczyzna spojrzał na niego zszokowany. – Widziałem cię tutaj pierwszej nocy po waszej przeprowadzce – przyznał.
I Tildwell otworzył usta, ale nie powiedział ani słowa.
Steve westchnął.
- Moja matka była agentką CIA. Człowiek, którego ścigała wysadził jej samochód. Zginęła na miejscu – powiedział.
Usta Tildwella uchyliły się jeszcze szerzej, jakby to była ostatnia rzecz, której się spodziewał. Steve najprawdopodobniej też. Nawet psycholog w jednostce nie był w stanie nakłonić go do takich rozmów, a Paul siedział sobie spokojnie na leżaku obok, roztaczając tę aurę bezwzględnej miłości, o której prawie zapomniał, że istniała.
- Przykro mi, Steven. Nie wiedziałem – odparł mężczyzna i Steve zaskoczony poczuł jak Paul zaciska dłoń pocieszająco na jego ramieniu.
- To było dawno – stwierdził, nie wiedząc co teraz.
- Ale nie znaczy, że mniej boli – zauważył Paul, jakby dokładnie wiedział jakie uczucie gościło w jego klatce piersiowej.
Było niczym ogień, bo paliło go od środka. Spalało go tak długo aż został jedynie skorupą. A jednak miało w sobie coś zimnego, bo od dawna nie czuł tak po prostu niczego. Śmierć jego matki zniszczyła coś w nim i po raz pierwszy zdał sobie z tego sprawę, gdy zobaczył jak Paul traktuje Katie. Jakby była najwspanialszym, niepowtarzalnym klejnotem, który bał się zniszczyć. Jego ojciec nie miał tego w sobie i musieli sobie radzić tak jak potrafili najlepiej. Nie sądził, aby sobie poradzili do tej pory.
- Nie, nie boli mniej – stwierdził, robiąc kolejny wdech i nie mógł nie odnieść wrażenia, że to pierwszy taki swobodny od prawie dwudziestu lat.
ooo
Kiedy Paul wpadł do nich po raz kolejny, był jak małe tornado. Jego krawat był lekko przekrzywiony, a teczka niedomknięta. Wystawały z niej dokumenty, które groziły wypadnięciem w ostatniej chwili i może dlatego Kono przejęła ją w połowie drogi do jego gabinetu.
- Gdzie jest McGarrett? – spytał szorstko Tildwell i nawet nie zatrzymał się, żeby poczekać na odpowiedź.
Wparował wprost do jego gabinetu bez pukania i rzucił na biurko dobrze znany mu folder.
- Co to jest? – spytał zirytowany mężczyzna.
- Delfiny – stwierdził Steve, zerkając niepewnie na zdjęcie na pierwszej stronie.
- Delfiny, powiedział – przedrzeźnił go Paul. – Pytam dlaczego na moim biurku pojawiła się weekendowa rezerwacja w pieprzonym Hiltonie. Wiesz ile to kosztuje? – spytał z czymś dziwnym w głosie.
- Wiem, bo sam za to zapłaciłem, a raczej Kono skorzystała z mojej karty, gdy rezerwowała wam miejsca – stwierdził spokojnie, nie widząc w tym najmniejszego problemu.
Paul patrzył na niego jak na wariata.
- Steven, nie możesz robić takich rzeczy – jęknął w końcu mężczyzna. – Najpierw grill i to było w porządku, ponieważ witamy w nowym sąsiedztwie, ale lekcje surfingu, a teraz to? – spytał, uderzając palcem w folder. – Nie możesz robić takich rzeczy.
- Jakich? – spytał Steve, bo miał wrażenie, że nie nadążał.
W jego głowie Paul ucieszył się z rezerwacji i podziękował mu. A potem zjedli kolejną wspólną kolację, gdy Katie bawiła się na plaży. Jego dom był cholernie pusty dzisiaj rano i nie potrafił zmusić się do tego, żeby wejść do oceanu. Zamiast tego poszedł biegać, zmieniając kompletnie swój rozkład tygodnia. Kono dołączyła do niego i jej brwi uniosły się lekko, jakby nie wiedziała co jest grane. Nigdy wcześniej nie okłamał dziecka, a myśl, że Katie przyłapałaby go na tym, mocno ingerowała w jego poranny trening. Nie spodziewał się takiego rozwoju sytuacji, gdy próbował ją do siebie przekonać. Czuł, że gdyby dowiedziała się, że codziennie rano jednak wchodził sam do wody, ich relacja zredukowałaby się do stanu początkowego.
Tymczasem Paul wisiał nad nim z zaczerwienionymi policzkami, co bynajmniej nie sprawiało, że wyglądał dobrze. A jednak miał w sobie coś. Po prostu coś, czego Steve nie potrafił zostawić w spokoju.
- Sprawiasz, że mam wrażenie, że jestem ci coś winien – przyznał w końcu Paul. – A nie lubię mieć długów wdzięczności – powiedział twardo.
- To ja mam u ciebie dług wdzięczności, który spłacam. Poza tym to przynęta – odparł Steve spokojnie.
- Przynęta? – spytał z niedowierzaniem Paul, a potem pojawiła się na jego twarzy dobrze znana podejrzliwość.
Jako księgowy zapewne był ultra ostrożny, co w zasadzie cieszyło Steve'a, ale mocno utrudniało ich kontakty.
- Nigdy nie rozliczono nas tak błyskawicznie – przyznał powoli, ważąc każde słowo. – Chciałbym, żebyś mi czasem pomógł. Pewnie i tak wyślą ciebie, skoro nie przestrzeliłem ci żadnego z kolan, ale gdybyś współpracował ze mną z własnej woli…
- Znaczy przekupiony? – upewnił się Paul. – Wiesz jak to brzmi, gdy przekupujesz własnego księgowego? – spytał rozbawiony mężczyzna i całe napięcie między nimi rozpłynęło się w ciągu kilku sekund. – Nie musisz mnie przekupywać. Zrobię to za darmo. Powiedzmy w zamian za to, że faktycznie będziesz na wystawie Katie. Nikogo tutaj nie znamy i… - urwał. – Żałośnie to brzmi, prawda? – spytał.
- Że zapraszasz mnie na wystawę Katie? – prychnął Steve. – Powinienem czuć się obrażony, że w ogóle sądziłeś, że nie przyjdę. Mam to zapisane gdzieś w kalendarzu – poinformował go i nie kłamał.
Chciał zobaczyć z czego mała była taka dumna. Paul nie zamykał się na temat jej dokonań. Dzieciakom trudno było zmieniać szkoły, ale z takim wsparciem Steve wątpił, aby miała problemy z zaaklimatyzowaniem się. Kiedy mijał ostatnio ich dom w drodze do pracy i zwolnił, to tylko po to, aby im pomachać. Katie wydawała się o wiele bardziej rozluźniona. Może nawet spokojniejsza, chociaż nie sądził, aby ten ból, który nosiła w sobie, zniknął.
- Naprawdę? – zdziwił się Paul i to było trochę obraźliwe.
- Nie żartowałbym w ten sposób. Wiem, że będzie czekać aż się pokażę i będę tam – obiecał mu, wkładając te słowa wszystko co miał.
Paul zamrugał, jakby nie spodziewał się usłyszeć niczego podobnego. I Steve nawet nie chciał mówić tego w ten sposób. Po prostu stało się i nie mógł cofnąć tych słów. Tildwell jednak rozluźnił się odrobinę, jakby kolejny ciężar spadł z jego ramion.
- Dalej uważam, że to nie na miejscu z twojej strony. To jest zbyt drogi prezent, Steve. Piwo wystarczyłoby – odparł Paul.
- Cóż mogę powiedzieć? Jestem bogaczem z własną plażą – zażartował i Paul uśmiechnął się krzywo. – Poza tym zawsze mogę wrzucić to w koszty prowadzenia biura – stwierdził i mężczyzna zmarszczył brwi.
- Możesz spróbować, ale na pewno ci się nie uda – odparł Paul spokojnie. – I jesteś wariatem, Steven – rzucił. – Nie wydawaj na nas więcej pieniędzy bez uzgodnienia ze mną – dodał tonem tak ostatecznym, że nie sposób było puścić tej uwagi mimo uszu.
Steve w końcu nie chciał przesadzić.
- Na wasz adres przyjedzie dzisiaj po południu facet od desek – oznajmił mu na wszelki wypadek. – Rozmawiałem z nim trzy dni temu, więc się nie liczy.
Paul westchnął cierpiętniczo.
- Jeszcze o tym porozmawiamy – zagroził mu mężczyzna. Albo obiecał.
Steve nie był pewien.
- W ramach podziękowania, możesz przynieść wieczorem piwo – rzucił, korzystając z okazji i kąciki ust Paula drgnęły.
