Zdębiał, kiedy otworzył drzwi swojego domu. Paul niósł dwie torby z zakupami, a i dłonie Katie nie pozostały puste. Weszli bez słowa i dziewczynka wcisnęła mu w dłonie dwa sześciopaki piwa z wrednym uśmieszkiem, który musiała podchwycić u ojca. Paul miał dokładnie ten sam wyraz twarzy, kiedy stawiał torby na stole w jego kuchni. Były po brzegi wypełnione piwem. Nie spodziewał się takiego obrotu sprawy, kiedy rozstawali się w jego biurze.

- Chcesz zamienić mnie w alkoholika? – spytał niepewnie, marszcząc brwi.

- Moja małpka wybrała tak różową deskę, że cię zemdli – odparł Paul pozornie bez związku. – I uśmiechała się tak szeroko jak nigdy – dodał odrobinę ciszej, a potem popatrzył na Steve'a z dziwną desperacją. – Nie wiem jak to robisz, ale rób to dalej – powiedział półgłosem, zerkając na swoją córkę, która właśnie wyszła na lanai.

Mieli przed sobą kolejnego grilla i zapewne kilkanaście wieczorów o piwie, które Paul kupił dzisiejszego dnia.

- Dziękuję ci tak bardzo, że nawet…

- Nie masz mi za co dziękować – wszedł mu pospiesznie w słowo. – Zaraz położę na grillu ananasa, więc spokojnie możesz zacząć narzekać.

Paul uniósł brew do góry.

- Aż tak bardzo widać, że nienawidzę Hawajów? – zdziwił się mężczyzna.

- Myślałem, że nie cierpisz ananasów – stwierdził Steve, zaplatając dłonie na piersi. – Co dokładnie masz przeciwko Hawajom? – spytał lekko urażony.

Według niego znajdowali się w najdoskonalszym miejscu na ziemi. Mieli piękne widoki, cudowne kobiety, fale i nawet przyjemny las, po którym można było pospacerować, gdy komuś znudził się ocean.

- Da…to nie lubi piasku – poinformowała go poważnie Katie. – Oraz słońca. Oraz chłopców – wyliczyła mocno skupiona na przedmiocie zadania.

Paul zaczerwienił się lekko.

- Chłopców w twoim towarzystwie – uściślił Tildwell. – Przynajmniej dopóki nie skończysz trzydziestu lat.

- Mogę załatwić ci pozwolenie na broń – zaproponował Steve w lot chwytając o co chodzi.

Katie miała osiem lat, ale najwyraźniej Paul był jednym z tych paranoicznych ojców i Steve zamierzał go w tym wspierać. Na samo wyobrażenie, że ktoś miałby umawiać się z tą małą dziewczynką, zwodzić ją jak pieprzony podrywacz, zawleczka granatu luzowała mu się w kieszeni.

- Dzięki, ale w takim wypadku kupię coś na czarnym rynku bez numerów seryjnych – odparł gładko Paul, jakby rozważał taką możliwość od lat. – A potem wrzucimy ciało razem do oceanu na pożarcie rekinów – dodał, najwyraźniej do sprzątania po własnym bałaganie zatrudniając Steve'a.

- Jestem Five Oh – przypomniał mu.

- Świetnie, może to wystarczy za odstraszacz – stwierdził spokojnie Tildwell.

ooo

Paul naprawdę nienawidził piasku. Steve dostrzegł to dopiero, gdy Katie zwróciła mu na to uwagę. Mężczyzna starał się trzymać linii trawy jak długo mógł, a kiedy wchodzili do wody, z obrzydzeniem kroczył po grząskim gruncie. Jego ciemne długie spodnie nijak nie pasowały do sytuacji ani klimatu, ale przynajmniej tym razem odpuścił sobie krawat i podwinął rękawy koszuli.

- Nie masz innych ciuchów? – spytał Steve.

- Wybacz, że lubię wyglądać profesjonalnie – sarknął Paul.

- Nie jesteś w pracy. Jesteś u mnie – zauważył, unosząc brwi.

Paul przewrócił oczami i podwinął nogawki spodni do kolan. Wyglądał kuriozalnie, ale jednocześnie to jakoś dziwnie do niego pasowało. On po prostu nie wyglądał dobrze na Hawajach. Zapewne nie namyślając się wiele zabrał córkę do pierwszego miejsca, które wyglądało na radosne z zasady i Katie naprawdę dobrze się tutaj czuła. Nabrała opalenizny i uśmiechała się kategorycznie częściej.

- Zadowolony? – spytał Paul, patrząc wymownie na swoje gołe łydki.

- Bardzo – odparł, stając z powrotem przy grillu.

Ich kolacja zaczynała dochodzić powoli i czas był najwyższy, bo Katie starała się podkraść jedzenie wprost znad rozżarzonych węgli. Trzepnął ją w dłoń, nim zdążył się zorientować co robi, ale mała zaśmiała się tylko radośnie, przyłapana na gorącym uczynku.

Paul próbował tego samego numeru z drugiej strony i nie mógł uwierzyć, że miał do czynienia z dorosłym. Jego pogonił szpikulcem.

- A dla ciebie dodatkowa porcja ananasa – zdecydował i Tildwell wyglądał na faktycznie przerażonego.

- Nie odważyłbyś się – zaczął mężczyzna.

- Ananasy są zdrowe – poinformował go spokojnie. – Prawda, Katie? Chcemy, żeby tata zdrowo się odżywał. Widziałem ile pączków zjada w ciągu dnia. Kiedy ostatnio ćwiczył? – spytał małej ciekawie.

Dziewczynka zmarszczyła brwi, jakby pojęcia nie miała o co chodzi.

- Tata nie ćwiczy – powiedziała w końcu, zerkając na ojca.

- Chcesz zapchać żyły? Dorobić się cukrzycy? – zagrzmiał Steve.

- Nie wszyscy są super ninja SEAL – prychnął Paul. – Poza tym jestem w świetnej formie – dodał i wzruszył ramionami.

Steve zmrużył oczy, nie wierząc w to ani przez sekundę.

- Wiedzieliście już całą wyspę? Znam kilka fajnych miejsc w górach skąd widać całe miasto. Moglibyśmy się wybrać w któryś weekend – zaproponował.

- Wycieczka przez dżunglę? – upewnił się Tildwell.

- Tak! – krzyknęła w tym czasie Katie i to chyba przesądziło sprawę.

ooo

Nie wiedział gdzie podziać oczy. Kono zasugerowała, że powinien się przebrać, ale nie spóźniłby się, gdyby zawrócił do domu. Jego pistolet zwisał zatem z jego biodra, kiedy przechodził obok kolejnych stoik na sali gimnastycznej miejscowej podstawówki. Wiedział, że Paul powinien gdzieś tutaj być, ale przez ten tłum nie mógł ich znaleźć, chociaż ludzie rozstępowali się przed nim niczym Morze Czerwone przed Izraelitami. Coś z tym wspólnego mogła mieć dobrze widoczna broń, czy odznaka, której postanowił nie ukrywać, skoro już miał przy sobie spluwę.

Gapiono się na niego i prawie się wycofał, ponieważ nie chciał, aby robiono z jego powodu nieprzyjemności Katie w szkole, ale dziewczynka musiała zobaczyć go z kilku dobrych metrów, bo wyrwała się ojcu i popędziła do niego, nie robiąc sobie nic z tego jaką uwagę przyciągają.

Uniósł ją do góry z łatwością, trochę zaskoczony tą wylewnością. Nie sądził, że są na etapie przytulania, ale u dzieci wszystko ulegało tak dynamicznym zmianom, że trudno było nadążyć.

- Cześć Katie. Mam nadzieję, że się nie spóźniłem – zaczął, stawiając ją na nogach.

- Jesteś w samą porę. Rodziny oglądają ekspozycje – odparł Paul, zerkając na jego broń i odznakę. – Jesteś wprost z pracy? – zdziwił się.

- Tak jakby coś wypadło w ostatniej chwili – rzucił niezobowiązująco.

Postrzelił faceta, gdy gonili go przez pół dżungli. Kono i Chin właśnie do przesłuchiwali, ale Paul nie musiał o tym wiedzieć.

Coś dziwnego przebiegło po twarzy mężczyzny, jakby i tak rozgryzał, że coś było na rzeczy, chociaż Steve nie podał szczegółów.

- Które stoisko jest twoje? – spytał Katie. – Będziesz pewnie musiała mi wyjaśnić co zrobiłaś… - rzucił, pozwalając się zaciągnąć w stronę stolików ułożonych w półkolu.

Wybuchające wulkany, świecące żarówki i atrapy układu słonecznego wypełniały całą przestrzeń.

- To jest moje – powiedziała, wskazując palcem na dwa szklane słupy wypełnione cieczami.

Nie spodziewał się prawa naczyń połączonych na tak wczesnym etapie nauki, ale Katie wspięła się na krzesło, dolewając do jednej z rurek wodę i z radością zaprezentowała mu jak mała piłeczką w drugim ze słupów uniosła się nagle.

- Wow – wyrwało mu się. – Nie jesteś czasem jakimś geniuszem? – spytał niepewnie.

- Chciałam przygotować referat o królikach, ale tata powiedział, że nie mogę mieć żadnego. Przynajmniej nie teraz – odparła. – Ale to jest równie fajne. Pani Hakimao wyjaśniła mi dlaczego działa to tak. Po prostu woda jest ciężka. Czego nie widać, bo trudno ją złapać w ręce – rzuciła Katie całkiem logicznie.

Paul przeczesał jej włosy palcami, uśmiechając się ledwo zauważalnie pod nosem. Komisja zresztą była tuż obok, więc musieli przesunąć się, aby zrobić miejsce innemu dziecku, ale Steve i tak miał przeczucie, że Katie była najlepsza. Przynajmniej w swojej kategorii wiekowej.

Właśnie miał powiedzieć Paulowi, że mógł go uprzedzić. Kupiłby małej jakiegoś misia. Na pewno zasługiwała na coś mega wielkiego za tak dobrze wykonaną robotę, gdy nagle usłyszał ją rozmawiającą z jednym z kolegów.

- Kto to jest? – spytał chłopak i musiał być przynajmniej ze dwie klasy wyżej od niej.

Steve nie wiedział też czym karmiono te dzieci, że rosły takie spore.

Katie wydawała się skonfundowana przez dosłownie ułamek sekundy.

- Mój wujek – zdecydowała w końcu. – Wujek Steve – dodała już całkiem pewnie, jakby oswajała się z tą możliwością.

Wiedział, że jego usta rozchylają się lekko. Paul wydawał się równie zaskoczony, ale nie sprostował niczego.

ooo

Dzień, w którym Kono poznawała w końcu Katie zaczął się naprawdę fatalnie. Przede wszystkim jego ciężarówka nie odpaliła, a miał wcześnie spotkanie z gubernator. Czas naglił, a mieszkali na odludziu. Zanim jakakolwiek taksówka zdążyłaby dojechać i zabrać go w wyznaczone miejsce – już byłby martwy. Jameson tolerowała go jedynie dlatego, że okazywał jej szacunek i nie spóźniał się, gdy musiał być na czas.

Zerknął po raz ostatni na zegarek i włożył broń za pasek spodni, ukrywając ją pod koszulką. Paul zawsze zerkał na jego pistolet dość dziwnie, jakby nie do końca cieszył się, że widzi broń w tym samym pomieszczeniu co swoją córkę. I może miało to coś wspólnego ze śmiercią jego żony. Steve nie chciał i nie mógł na razie wnikać.

Tildwell otworzył w zasadzie od razu, trochę zaskoczony jego widokiem.

- Coś się stało? – spytał mężczyzna.

- Wysiadł mi samochód – wyjaśnił Steve. – Jeśli zdołasz mnie podrzucić do centrum…

- Jasne, bez problemu. Właśnie wybieramy się do szkoły, prawda skarbie? – spytał Paul odwracając się za siebie.

Katie pomachała mu nadal ze szklanką soku pomarańczowego w dłoni.

- Jestem gotowa – odparła.

- Zabieramy plecak… - zaczął Paul, rozglądając się. – Ułamek sekundy – mamrotał pod nosem. – Wchodź – rzucił jeszcze, cofając się do środka domu.

Steve nigdy jeszcze nie był wewnątrz, więc spojrzał w lewo, a potem w prawo, trochę zaskoczony jak bezosobowa była ta przestrzeń. Brakowało rodzinnych zdjęć, przedmiotów pamiątkowych, czy choćby osobistych. Może było nadal zbyt wcześnie po przeprowadzce, ale Katie wydawała się nie trzymać swoich zabawek na parterze, a przecież każde dziecko rozrzucało albo zostawiało swoje rzeczy w przestrzeni, w której żyło. Spodziewał się, że to jest rodzaj prawa, który obowiązywał każdego w jej wieku. Ona najwyraźniej jednak wymykała się normom.

Steve dostrzegł ślady remontu, które Paul musiał przeprowadzić. Gdzieniegdzie deski nadal nie były domalowane, ale wymieniono je fachowo. Firanki w oknach musiały być wybierane przez Katie, bo miały motylki i kwiatki – nic na co mężczyzna zdecydowałby się sam.

Wzrok Steve'a błądził po nagich ścianach, a potem zatrzymał się na jednym elemencie, który przyciągnął jego uwagę dość mocno. Mógł przysiąc, że na górze jednej z niepozornych szafek na bibeloty leżał pistolet. Widział jedynie kolbę, ale zanim zdążył podejść bliżej, Paul wychodził już z Katie za rękę.

- Zabiorę coś – zaproponował, zwracając całą swoją uwagę z powrotem na tę dwójkę.

- Dajemy radę – odparł Paul i ruszył w stronę miejsca kierowcy, ale Steve zerknął na zegarek i westchnął.

- Mam lepszy pomysł – rzucił, zabierając mężczyźnie kluczyki.

ooo

Paul narzekał przez całą drogę ku uciesze swojej córki. Nie wiedział nawet, że mężczyzna jest w stanie robić tak wiele hałasu, gadać bez przerwy o jednym i tym samym używając coraz to nowych wyrażeń, które zapewne miały udowodnić Steve'owi konieczność zmiany kierowcy. Jego Camaro prowadziło się jak marzenie i nie miał pojęcia po co księgowemu takie muskularne auto, które kryło taki silnik. Sam pomruk sprawiał, że przebiegał go dreszcz, a ponieważ rzadko zwalniali, wszyscy dotarli na swoje miejsca na czas.

- Ostatni raz prowadziłeś, Steven! – krzyknął do niego Paul, kiedy się przesiadali.

- Oszczędziłem ci dwadzieścia minut – odparł niezrażony.

- Moja córka była pasażerem – warknął Tildwell.

- Ona akurat się cieszyła. To ty narzekałeś – wytknął mu, a potem zerknął na zegarek.

- Przyjechać po ciebie? – spytał Paul, trochę go zaskakując.

- A będziesz miał czas? – zdziwił się. – Nie jesteś czasem zamknięty w biurze cały dzień? – podrażnił się.

- Nie, kiedy jest to dzień rozliczania Five Oh. Urywasz się specjalnie? – spytał Tildwell. – Ponieważ muszę cię poinformować, że wiem gdzie mieszkasz. I tak cię dorwę. Wiesz, co mówią o śmierci i podatkach, prawda? – zakpił.

Steve uśmiechnął się krzywo, życząc mu miłego dnia.

ooo

W zasadzie tym razem szło im trochę gorzej. Może dlatego, że tych wydatków nawet nie posegregował i musiał sobie przypomnieć co dotyczyło czego, co nie było łatwe. Zaskakująco wiele wysadzał i Paul nie był pod wrażeniem. Na słowo granat mężczyzna zaczynał reagować nerwowo, co u niego objawiało się długim wykładem na temat bezpieczeństwa i higieny pracy. Kono śmiała się z niego przez okno. Widział ją dokładnie naprzeciwko swojej szyby.

- Jak mogłeś wysadzić jacht? – spytał Tildwell.

- Próbowali uciec – odparł Steve. – Gdybym próbował wjechać tam samochodem, utopiłbym kolejny radiowóz – zauważył przytomnie.

- Chcę wiedzieć… - zaczął mężczyzna i urwał. – Wiesz co? Tak naprawdę nie chcę wiedzieć. Totalnie nie było pytania. Nie wiem jak już wygląda norma. Tylko słuchając cię, starzeję się o kolejne dekady. Jestem pewien, że wyjdę osiwiały i o lasce, nim skończymy dzisiaj. Moja córka mnie nie pozna i wiesz czyja to będzie wina Steven? - spytał retorycznie. – Twoja. Nie wjeżdżaj radiowozami do wody. To jest administracyjny strzał w kolano. Wiesz ile dokumentów musiałem ostatnio wypełnić? Wiesz, że musiałem składać słowne wyjaśnienie? Jestem za młody na to – poinformował go Tildwell.

Steve planował właśnie sprzedać mu jakąś wymówkę w stylu, że straż przybrzeżna nigdy nie dogoniłaby tego jachtu. Jego silnik był cudem techniki. Nie mógł też wskoczyć, ponieważ byli za daleko. I tak cudem wrzucił im granat. Poza tym i tak nikt nie zginął, więc nie widział problemu.

Ciche pukanie do drzwi jednak skutecznie go rozproszyło i kiedy dostrzegł Kono, niemal spodziewał się kolejnej – szóstej już kawy dla Paula. I mieli już niedługo porozmawiać na temat kofeiny.

- Nowa spraw… - Słowa zamarły mu w ustach, gdy Katie przepchnęła się w stronę ojca, wprowadzona do środka przez Kalakauę.

- Skarbie?! – powiedział zaalarmowany nagle Tildwell. – Coś się stało? – spytał pospiesznie, podnosząc się z fotela. – Kto cię tutaj przywiózł? – rzucił, sięgając po telefon.

Katie ewidentnie jeszcze kilka minut temu płakała, bo na jej policzkach nadal były mokre ślady. Nie widział jednak, aby była ranna, więc z napięciem czekał na wyjaśnienia.

- Tommy Hong powiedział, że jestem haole. I, że wujek Steve nie jest moim wujkiem. Zresztą, że to nieważne, bo też jest haole. I powiedziałam wychowawczyni, że powiedział, że mnie będzie bił, jeśli wrócę do szkoły, ale ona… - urwała Katie i zaczęła łkać.

- Hej, hej, skarbie – wyszeptał Paul i ku zaskoczeniu Steve'a odetchnął z ulgą, dopóki wyraz starej dobrej zaciętości nie wrócił na jego twarz. – Ktoś cię tutaj przywiózł?

Katie pokręciła przecząco głową.

- To skąd wiedziałaś, że jestem tutaj? – spytał Paul.

- Mówiliście rano – powiedziała dziewczynka, układając usta w podkówkę. – Jesteś zły? – spytała. –Wiem, że nie powinnam wychodzić ze szkoły, ale… - urwała. – On był większy i… Powiedziałeś, że czasem jest dobrze się schować, jeśli jest ich więcej…

- Więcej? To tych chłopców było więcej niż jeden? – upewnił się Paul nagle takim tonem, jakby zaraz miał zacząć zabijać.

Katie pokiwała głową, najwyraźniej niezdolna do tego, aby mówić dalej. I Steve czuł jak coś się w nim gotuje.

- Słonko, nie jestem szczęśliwy, że wyszłaś. Porozmawiamy o tym – obiecał jej miękko Tildwell. – Dobrze, że przyjechałaś od razu do mnie. Nie powinnaś jednak wychodzić sama ze szkoły.

- Nigdy nie jestem sama – poinformowała go Katie.

- Wiem, skarbie – westchnął Paul. – Po prostu tata się martwił, ale teraz wszystko będzie w porządku. Poza tym… To tutaj pracuje wujek Steve – powiedział spokojnie, ewidentnie próbując zmienić temat. – A to jest Kono, królowa fal. To jest koleżanka wujka Steve'a z pracy – przedstawił Kalakauę.

- Ciocia Kono – rzuciła radośnie kobieta, szczerząc się. – Słyszałam od Mamo, że miałaś już pierwsze lekcje. Chcesz mi opowiedzieć? – spytała Kalakaua i Katie ożywiła się trochę. – W kuchni mamy masaladas. Twój tata nam je wyjada, ale Chin zawsze kupuje więcej. Chcesz jednego? – spytała rezolutnie, odciągając dziewczynkę od jego gabinetu.

Kiedy drzwi zamknęły się za nimi cicho, Paul zaczął zbierać swoje dokumenty.

- Dokończymy jutro – rzucił mężczyzna. – Muszę…

- Jasne. Tylko nie zabij żadnej nauczycielki. Wiesz, że w sytuacji, gdy wzięci są zakładnicy wzywają Five Oh. Byłoby dziwnie – rzucił Steve.

Paul spojrzał na niego tak, jakby go to wcale nie rozbawiło.

- Przejechała tutaj całe miasto. Wyszła ze strzeżonej szkoły sama i nikt nie zwrócił na to uwagi. Powiedz mi o jakich standardach bezpieczeństwa mówimy? – spytał zirytowany Tildwell. – Ktokolwiek może wejść i wyjść – warknął.

- Mogę porozmawiać z gubernator – rzucił Steve niezobowiązująco.

Paul wyglądał na mocno zaskoczonego.

- I zrobił wykład na temat tolerancji. Przyjdę w ubraniu roboczym i przedstawię się jako wujek Katie – dodał.

Tildwell zbił usta w wąską kreskę.

- Ale miałbyś satysfakcję ze straszenia dzieciaków – prychnął mężczyzna rozgryzając go w ciągu kilku sekund. – Wiesz, że wolę zastraszyć dorosłych, prawda? To trochę trudniejsze niż tupanie na ośmiolatków i przynosi o wiele więcej radości oraz długotrwałe efekty, o które głównie mi chodzi – przyznał.

- Nic jej nie jest – powiedział miękko, kładąc Paulowi dłoń na ramieniu.

Mężczyzna nie wyglądał na ani odrobinę spokojniejszego.

- A wiesz co się mogło stać? Wiesz jak wielu szaleńców… - zaczął Paul i urwał, bo Steve zaśmiał się, ponieważ faktycznie znał to z autopsji. – Więc rozumiesz, że oni mają się wszyscy trzymać z dala od mojej córki – dodał.

- Spokojnie. Super SEAL jest jej wujkiem – odparł Steve i Paul wziął głębszy wdech.

ooo

Kono weszła do jego gabinetu, gdy Tildwellowie udali się z powrotem do szkoły Katie. Nie wątpił, że nie zobaczą się tego wieczoru. A jeśli, Paul będzie w fatalnym nastroju. Mężczyzna wydawał się wściekły, przerażony, zdenerwowany… A ta mieszanka nigdy nie wyglądała dobrze. Steve nawet miał ochotę podążyć za nim, żeby upewnić się, że nie pobije dyrektora tej zacnej placówki, ale wszystkie te negatywne emocje zmieniły się w determinację w ciągu kilku sekund i z fascynacją obserwował jak mężczyzna zbiera się w garść, aby jak zawsze być oparciem swojej córki.

- Chyba się trochę zakochałam – powiedziała Kono.

- Jest wdowcem – przypomniał jej, a może sobie.

Kono uniosła brew i spojrzała na niego, jakby chciała spytać czy on tak poważnie.

- W jego córce. Jest świetna. Zaprosiła mnie do ciebie na piwo. Podobno jej tata zwariował i wykupił cały sklep. I będą je u ciebie wypijać co wieczór, co bardzo ją cieszy, bo cię lubi – wyjaśniła Kono. – I Katie pytała czy mogłabym jej popilnować kiedyś, ponieważ sądzi, że jej tata powinien wyjść bez niej. Chyba oglądała jakiś serial i wydaje się jej, że powinna dać ojcu przestrzeń. Albo namówić go do wychodzenia ogólnie. Aktualnie próbowała mnie przeciągnąć na swoją stronę, ponieważ wie, że nie powinna zostać sama, a jej tata nikomu nie ufa – ciągnęła dalej i Steve poczuł jak jego brwi dotykają linii włosów. – Niektóre dzieciaki nie powinny oglądać telewizji – dodała.

Steve poczuł, że jest zdolny jedynie do mrugnięcia.

- Wiesz, moglibyśmy go w zasadzie wziąć na piwo po skończonej sprawie. To prawie Five Oh. Gdyby nas nie rozliczał, nie dostalibyśmy nowego sprzętu. Głosowaliśmy już z Chinem i bierzemy go – poinformowała go Kono. – Moja kuzynka może popilnować Katie w tym czasie. Jeśli Paul się zgodzi, ale chyba nie będzie miał nic przeciwko. Katie powiedziała, że jej ojciec uznaje tylko policjantów do opieki, a Maya jest w akademii – dodała.

- Ile dokładnie spędziłyście w kuchni? – spytał w końcu, kiedy udało mu się coś wtrącić.

Kono wyszczerzyła się drapieżnie.