Paul odrzucił zaproszenie dokładnie tak jak spodziewał się Steve. Kono próbowała go namówić jeszcze kilka dobrych minut, ale mężczyzna po prostu stał i wpatrywał się w nią ze sztucznym stoickim spokojem, który martwił go najbardziej. Tildwell nie drgający, niegestykulujący nie był odmianą, którą znał i nie mógł przewidzieć co chodziło mężczyźnie po głowie.
Kono w końcu odpuściła, a przynajmniej tak mu się wydawało, dopóki nie wróciła ze swojego gabinetu z telefonem w dłoni i pełnym satysfakcji uśmieszkiem. Rozłączyła i nie minęły dwie minuty, gdy telefon Tildwella odezwał się, przerywając im po raz kolejny pracę.
- Tak małpko? – spytał Paul, lekko rozproszony niezdarnie skopiowanym rachunkiem.
Próbowali odnaleźć oryginał, ale chyba zaginął. Musieli się zatem posiłkować pamięcią ksero. Nie wiedział nawet, że ich sprzęt posiadał takie możliwości.
Tildwell słuchał przez chwilę córki, a potem popatrzył na Kono z wyrzutem. Kalakaua rozłożyła tylko ręce, jakby chciała powiedzieć 'co mogę'?
- Skarbie, jesteś pewna? – spytał jeszcze Paul, ewidentnie zmartwiony. – Tak, wyszłaś ostatnio w weekend na noc do koleżanki i zostawiłaś mnie samego w domu, ale… - urwał, bo Katie zaczęła coś mu tłumaczyć. – Skarbie, jeśli się rozmyślisz, jeśli będziesz chciała, żebym wrócił, wystarczy jeden telefon. To w porządku zmienić zdanie… - urwał ponownie. – Jasne, pozdrowię wujka Steve'a i ciocię Kono – dodał, zerkając na Kalakauę.
Rozłączył się i zbił usta w wąską kreskę. Przez krótką chwilę panowała zatrważająca cisza i Steve nawet miał takie wrażenie jakie niekiedy nadchodziło przed nadciągającym sztormem. Coś narastało i tylko czekał na wybuch. Paul jednak tylko wstał i westchnął przecierając zmęczoną twarz.
- Słuchaj, nie wiem jak mogłaś mi to zrobić – powiedział mężczyzna z wyraźnym wyrzutem. – Wiesz jaka ona jest? Zawsze wygrywa. Ma to po matce – dodał, chowając twarz w dłoniach. – Wychodzimy, ale mam warunki. Jedno piwo, gdzieś niedaleko, w zamkniętym, osłoniętym jak najbardziej tajnym miejscu na tej pieprzonej mieliźnie. I jeśli dowiem się, że próbujecie mnie obie wrobić w randkę w ciemno… - zaczął i urwał sugestywnie.
- To był jej pomysł – wyjaśniła mu Kono. – Chciała, żebyś w końcu wyszedł. Masz świetną córkę, a moja kuzynka to doskonała opiekunka do dzieci. Musisz zacząć żyć – powiedziała Kono z dziwnie łagodnym tonem.
- A może ja nie chcę. Nikt o tym nie pomyślał? Jestem bardzo zadowolony z obecnego stanu – poinformował ją Paul, ale jego głos drżał.
- Jedno piwo i damy ci spokój – obiecała Kono. – I nie bądź takim paranoikiem – rzuciła jeszcze, ale mężczyzna jedynie zbił usta w wąską kreskę.
ooo
Paul zerkał co rusz na komórkę, jakby spodziewał się telefonu od córki. Bar, w którym zajęli stolik był tylko dla miejscowych. Głównie dlatego, że turyści o nim po prostu nie wiedzieli. Kono próbowała jakoś rozkręcić atmosferę, ale nie szło jej zbyt dobrze. Paul bawił się w obdzieranie butelki piwa z etykietki. Steve niemal spodziewał się, że kiedy Tildwell dopije ostatnie łyki, wstanie i wyjdzie, ale on tylko odłożył pustą butelkę i spojrzał na nich, starając się uśmiechnąć.
- Przepraszam – powiedział Paul, odchrząkując lekko zakłopotany.
- Nie masz za co – odparła Kono. – Nie powinnam była naciskać.
- Nie, chciałaś dobrze. To po prostu nie jest czas, wiesz… Ma… - zaczął Paul i urwał. – Moja matka zawsze mówiła, że ludzie muszą sobie pozwolić być szczęśliwymi i chyba nareszcie wiem o co chodzi, ale to nadal nie jest ten moment – dodał.
Chin pokiwał głową, jakby w pełni rozumiał w czym tkwił problem.
- Czasami po prostu nie chcesz ruszyć do przody – stwierdził Kelly.
- Czasami ruszyłeś na ile mogłeś – odparł Tildwell. – A czasami masz córkę, która jest po prostu wspaniała i nie chcesz jej stracić przez jeden głupi błąd – dodał, całkiem bez sensu.
Zostawienie Katie pod opieką na jeden wieczór nagle urosło do rangi tragedii i stanu podwyższonego zagrożenia. Steve sądził, że on miał paranoję, ale Tildwell przebijał go kilkukrotnie.
- Nic jej nie będzie – powiedział spokojnie, a Paul zerknął na niego.
- Wiem, ale spróbuj to wyjaśnić mojej podświadomości – prychnął Paul i podniósł się nagle. – Idę po kolejne piwo i postaram się być lepszym kompanem. Wygrało w końcu dobro, no nie? Nie powinniśmy się cieszyć? – spytał.
ooo
Paul odprężył się w ciągu kolejnych dwudziestu minut i nawet śmiał się ze Steve'a w najbardziej nieoczekiwanych momentach. Kono wspomniała faceta, który uciekał nago przez całe miasto, a oni we dwójkę gonili go. Steve w końcu go powalił swoim ciałem i to było najgorsze zatrzymanie jakie miał na koncie. Oddał zresztą chłopaka do aresztowania Kono.
- Wolę się dowiedzieć dlaczego podczas tego zatrzymania miasto musiało zapłacić za zniszczenie trzech szyb. Błagam, powiedz mi, że przebiegłeś przez trzy okna – prychnął Paul.
Kono prychnęła.
- No tak. Oczywiście na tej mieliźnie po środku niczego nie nauczyli cię otwierać okien… Albo korzystania z drzwi? – zakpił Paul. – Powiedz mi czy tego nie obejmował kurs na SEAL?
- Kurs na SEAL? – spytał z niedowierzaniem. – Nie ma kursów na SEAL. Wiesz ile trzeba…
Paul ułożył dłoń w kaczy dziób i zaczął nią sugestywnie poruszać.
- Bla bla bla – rzucił Tildwell dodatkowo, jakby Steve czuł się niedostatecznie urażony.
- Potrafię obsługiwać każdy pojazd – poinformował go całkiem poważnie.
- Wczoraj zaplotłem Katie francuskiego warkocza – odparł Paul. – Gwarantuję ci, że SEAL tak nie potrafi – rzucił i Kono prawie rozłożyła się na stole, kiedy zaczęła się śmiać w głos.
Paul wydawał się cholernie zadowolony z siebie.
- Popatrzę na schematy – prychnął Steve. – To nie może być trudniejsze niż skok do wody z helikoptera.
- Ach skok do wody z helikoptera… To wtedy wystawiacie nogi na drugą stronę, a potem robotę za was wykonuje grawitacja? Tak się nazwa ta rzecz, Steve? Grawitacja? – zakpił Paul.
Kono położyła rękę na ramieniu Tildwella i spojrzała na niego z załzawionymi oczami.
- Błagam cię przestań. On ma tę minę, po której zawsze nadchodzą kłopoty, a mnie boli już brzuch od śmiechu – poinformowała go Kalakaua. – Może powinniśmy cię zatrudnić do przesłuchań? Stalibyście ze Stevem ujadając na siebie jak stare dobre małżeństwo. Każdy poddałby się po czymś takim – prychnęła.
Paul przewrócił oczami i zerknął na swoją pustą butelkę.
- Kolejka na mnie – rzucił Tildwell, podnosząc się ze swojego miejsca.
Steve odprowadził go wzrokiem aż do baru.
- To był jednak dobry pomysł – stwierdził.
- Wątpiłeś to chociaż przez sekundę? – spytała Kono.
- To, że niedawno zmusił się do tego, żeby ściągnąć obrączkę o niczym nie świadczy – powiedział Chin, zaskakując ich trochę. – Jego żona nie zmarła teraz, ani nawet pół roku temu. Po prostu kiedy ktoś odchodzi nagle, zostawia coś takiego w tobie, że cały czas masz wrażenie, jakby to było dwie minuty temu. Jakbyś jeszcze niedawno trzymał jej dłoń i… - Chin urwał, odchrząkując nagle, jakby był zakłopotany.
- Może pogadałbyś z nim? – zaproponowała Kono.
Śmierć Malii rozdarła ich, ale nie potrafili zrozumieć China. Podejrzewał, że strata jest po prostu stratą, niezależnie czy traciło się matkę, ojca czy drugą połówkę, ale Kelly i Tildwell udowadniali mu każdego dnia jak wiele jest pokładów całkiem innego bólu. Może dlatego o wiele łatwiej rozumiał Katie niż Paula.
- Przeklęci haole sądzą, że mogą podrywać miejscowe – warknął ktoś kilka kroków za nimi.
Odwrócił się z setką nieprzyjemnych podejrzeń i faktycznie Tildwell zadarł podbródek do góry, spoglądając na faceta dobrą głowę wyższego od niego. Spuścili z niego oko tylko na sekundę i pewnie nie powinni byli tego robić w pubie dla miejscowych.
- Ty tak na poważnie? – zdziwił się Paul, nie przyjmując żadnej pozycji, w której mógłby się swobodnie obronić. I Steve wiedział, że facet nie przeszedł przeszkolenia, ale miał nadzieję na jakieś instynktowne reakcje.
Czas się w zasadzie rozciągnął. Poderwali się we trójkę ze swoich krzeseł, ale w pubie panował tłok i wiedział, że nie dopchają się na czas.
- Masz naprawdę problem z tym, że przyjaźnię się z tą uroczą młodą damą, bo muszę ci powiedzieć, że jestem kompletnie niezainteresowany – trajkotał dalej Tildwell. – Czy po prostu wybrałeś najniższego faceta w tym pubie? – zakpił.
- Czyli co? Haole jest za dobry na miejscowe? – warknął tamten, ewidentnie zbyt pijany na logiczne rozumowanie.
Albo facet po prostu chciał doprowadzić do bójki.
Zamachnął się zresztą na Paula i Steve zaskoczony dostrzegł jak płynnie mężczyzna uniknął ciosu, a potem zabrał jedną z metalowych tac z baru, które zazwyczaj służyły kelnerkom i walnął dryblasa w głowę. Zanim dotarli do Tildwella, napastnik leżał ogłuszony na podłodze przed Paulem, który spoglądał na niego niewzruszenie.
Miejscowi podnieśli się ze swoich miejsc, pewnie chcąc bronić terenu, więc Steve stanął tuż za Tildwellem, błyskając sugestywnie odznaką.
- Five Oh – powiedział ktoś.
- Tak, zaatakował naszego księgowego – poinformował wszystkich sucho.
Kilka osób spojrzało na Paula z pewną dozą respektu, na który facet w pełni zasłużył.
- Poważnie, Steven? Księgowego? – zakpił Tildwell. – Wiesz jak uciąć jaja facetowi jednym słowem – prychnął, a Kono zaśmiała się krótko.
ooo
W zasadzie nie wiedział jakim cudem Paul się spił. Nie zamówili wcale tak wielu piw, ale mężczyzna przeważnie wypijał na jego lanai najwyżej dwa, chociaż mieli pełną lodówkę. Może nigdy nie pozwalał sobie odpuścić, bo opieka nad córką w pojedynkę musiała zabierać czas.
- Kiedy ostatni raz wyszedłeś na piwo? – spytał ciekawie, nie mogąc się powstrzymać.
Paul ściągnął krawat, a nawet odpiął kilka guzików koszuli, wystawiając na pokaz przyjemnie umięśnioną klatkę piersiową. Gdyby uraczył go tym widokiem wcześniej, Steve nie bałby się tak, gdy Tildwell został sam na sam z dryblasem w barze.
- Nie wygłupiaj się. Dwa dni temu piłem z tobą – przypomniał mu Paul.
- Tak, dwa piwa – odparł Steve spokojnie.
Teraz byli po pięciu, których prawie nie czuł, ale z drugiej strony był wyższy i cięższy.
- Nie lubię pić – przyznał Paul. – Jestem poza kontrolą – dodał, jakby Steve nie zdawał sobie z tego sprawy.
Tildwell podwinął również rękawy koszuli.
- Czy tutaj zawsze jest tak ciepło? – jęknął Paul.
Kono zaczęła się śmiać jak opętana, więc wymienili spojrzenia z Chinem. Należało kończyć tę imprezę. Podniósł się, podciągając Tildwella w górę, gdy Kelly zabierał swoją kuzynkę. Naprawdę cieszył się, że postanowili pojechać taksówką. Ich samochody stały bezpiecznie pod domami.
- Jutro będziesz miał takiego kaca – zaćwierkał Steve, nie mogąc się powstrzymać.
- Och, super SEAL mają wyporność również na alkohol – zakpił Paul.
- Statki mają wyporność – poprawił go, nie mogąc się powstrzymać.
- Jesteś trochę jak statek – odparł całkiem bez sensu Paul. – Jesteś wielki, stabilny i wydajesz się bezpieczny – powiedział jednym tchem i może nawet Steve pomyślałby, że mężczyzna nie jest aż tak pijany, ale nagle stracił równowagę.
Steve w końcu zdecydował się go wziąć na ręce, co zamierzał mu wypominać do końca życia a nawet jeden dzień dłużej, wiedząc o tym, że Paul będzie go za to nienawidził. Nie miał pojęcia dlaczego szukał powodów do kłótni, ale te zawsze tak mocno go napędzały, że nie potrafił przestać. Było coś takiego w Tildwellu, co stanowiło dla niego ciągłe wyzwanie.
Paul objął jego kark ramionami i prychnął.
- Dobrze, że nie będę tego jutro pamiętał – stwierdził mężczyzna.
- Ja ci przypomnę – obiecał mu Steve.
- Wiem – odparł tamten i spojrzał na niego z bliska jakoś dziwnie.
Przeważnie ich oczy nie przebywały na tym samym poziomie i nie po raz pierwszy zdał sobie sprawę, że nigdy nie widział niczego piękniejszego. Ten błękit kojarzył się z czystym oceanem, który uwielbiał najbardziej. Klarowna woda, w której mógłby pływać już do końca.
Nie wiedział który z nich się przybliżył. Może zrobili to równocześnie, bo Steve nagle poczuł jego usta na swoich i jeśli to wcześniej było jak cisza na morzu – teraz nadszedł czas na sztorm, bo dłonie Paula były nagle w jego włosach, za które nie miały jednak pociągnąć, ale mężczyzna i tak zdołał zacisnąć palce na jego skórze. Było w tym tyle siły i desperacji, że kolana miękły pod nim. I coś wyrywało się do przodu za każdym razem, gdy przypadkowo zahaczali o swoje wargi zębami.
A potem nagle wszystko zamarło i Paul patrzył na niego całkiem trzeźwo, przerażony jak nigdy. I Steve jakoś wiedział, że powinien go postawić na ziemi, więc pozwolił mu stać na własnych nogach. Paul wpatrywał się w niego, jakby nie wiedział co teraz. Nie miał jednak żadnych odpowiedzi, ponieważ nie planował tego. Mieli jedynie wyjść na kilka piw.
Taksówka podjechała w najlepszym lub najgorszym momencie. Zależy od tego jak na to spojrzeć. Czuł się uratowany, a jednak nieusatysfakcjonowany, że nie dostał żadnej innej reakcji niż uparte milczenie. Paul zresztą nie powiedział nic przez całą podróż i Steve zdał sobie sprawę, że to chwilowe otrzeźwienie skończyło się podczas monotonnej jazdy do jego domu. Planował odstawić Tildwella do jego sypialni, ale instynkt podpowiadał mu, że Paul wyrzucałby sobie, że się upił i zostawił córkę bez opieki, więc zaparkowali przed jego drzwiami.
- Chodź – powiedział Steve, starając się nie zachowywać, jakby był skrępowany.
Nie mógł jednak zapomnieć tego, że jeszcze piętnaście minut temu całowali się, jakby świat nie istniał. Paul zerknął zresztą na niego niepewnie, z trudem skupiając wzrok.
- Steve – zaczął Tildwell dziwnym tonem.
- Jesteś pijany, porozmawiamy jutro – zaproponował mu, ale Paul potrząsnął głową tak mocno, że jego przydługawe włosy rozsypały się po jego czole.
- Nie, nie rozumiesz. Rachel była miłością mojego życia – poinformował go Paul z taką siłą, że coś zaczęło dławić Steve'a. – Była wszystkim. I nigdy miałem cię nie spotkać. Miałeś nie istnieć. Każdy ma tylko jedną szansę – powiedział mężczyzna. – A ja swoją straciłem – dodał i głos mu się załamał.
- Jeśli zamierzasz powiedzieć, że to błąd. Możemy o tym zapomnieć – uspokoił go. – Byłeś pijany… - zaczął wymyślać mu wymówki, chociaż to wszystko było tak popieprzone.
Paul popatrzył na niego, jakby nadal był czymś cholernie przerażony. Wyglądał na jeszcze bardziej zagubionego niż wcześniej.
- Nie – powiedział Tildwell, zaskakując go kompletnie. – Chcę pamiętać – ciągnął dalej trochę bełkotliwie. – Po prostu… Ona miała być tą jedyną, a teraz jesteś ty i nie wiem co mam z tym zrobić. Nie wiem… Nie wiem jak to ułożyć. Ona nie żyje. Powinienem…
Steve wypuścił długo powstrzymywane powietrze z płuc, bo jeśli chodziło jedynie o to, że Paul był zmieszani uczuciami, które się w nim kłębiły – przynajmniej byli w tym samym punkcie. Nie miał pojęcia co się działo z nim przez ostatnie tygodnie odkąd poznał tę dwójkę. Nie wiedział czy może to nazwać zakochaniem, ale jeśli miał tylko czekać aż Paul dojdzie do siebie – mógł to zrobić.
- Kiedy zmarła twoja żona? – spytał wprost.
- Dwa lata temu – przyznał Paul.
- Więc powinieneś zacząć żyć. To są dwa lata, Paul – powiedział Steve.
- Ja nie… - zaczął Tildwell i urwał, a potem potrząsnął głową. – To jest trochę bardziej skomplikowane. Nie mogę cię w to wciągać.
Steve uśmiechnął się krzywo.
- Poczekam na ciebie – odparł spokojnie. – Kiedy będziesz pewien co czujesz, jeśli czujesz… będę tutaj - obiecał.
I Tildwell popatrzył na niego z niedowierzaniem, a potem coś dziwnego przebiegło po jego twarzy.
- Nie mów takich rzeczy – poprosił Paul. – Nie mów takich rzeczy, bo nie wiem czy jest na co czekać. A jeśli nie potrafię… - urwał i potrząsnął głową. – Nie wiem jak ci wyjaśnić…
- Nie musisz niczego wyjaśniać - odparł Steve. – To był długi wieczór – dodał, odchrząkując. – Co powiesz na to, że przyprowadzę tutaj Katie? Moglibyście tutaj spać. Stary pokój mojej siostry jest wolny. Przynajmniej na tę jedną noc.
Paul spojrzał na niego, trochę zaskoczony.
- Chyba, że chcesz wrócić do siebie…
- Nie, nie… Jeśli moglibyśmy zostać tutaj – zaczął Tildwell.
- Okej – rzucił tylko, otwierając w końcu drzwi.
I podobnie dramatyczne rozmowy pewnie powinni przeprowadzać w środku, ale jakoś żaden z nich nie pomyślał o tym, żeby wejść. Paul stanął niepewnie w jego salonie, jakby nie wiedział co teraz. Jeszcze nigdy wcześniej nie wyglądał tak nieporządnie. Jego włosy nosiły ślady wielokrotnego rozczesywania palcami, co robił zawsze, gdy Steve go frustrował. I może to nie była zła oznaka – zdał sobie sprawę teraz.
- Mam kanapę – zaczął. – Albo sporej wielkości łóżko w mojej sypialni.
- Steve – westchnął Paul.
- Wiem, co mówiłeś. Po prostu jeśli chcesz tam zasnąć, tak po prostu spać… - urwał sugestywnie.
Paul wpatrywał się w niego, jakby był całkiem zagubiony i może wymaganie od Tildwella podejmowania decyzji w tej chwili nie było całkiem w porządku. Mężczyzna trzeźwiał, ale i tak normalnie miał wiele na głowie, a Steve dokładał co nieco od siebie.
- Chcesz, żebym zdecydował? – spytał spokojnie.
Paul skinął ostrożnie głową.
- Moja sypialnia jest na piętrze. Drzwi na końcu korytarza. W szufladzie są czyste koszulki – powiedział jedynie. – Zaraz wrócę z Katie – obiecał.
ooo
Mała nie mrugnęła nawet okiem, gdy zaproponował jej nocowanie w jego domu. Był dość zaskoczony, gdy zastał w salonie Paula w zbyt dużych spodniach dresowych, które mężczyzna musiał podwinąć, wyglądającego o wiele lepiej niż dwadzieścia minut temu. Nie śmierdział alkoholem, a jego włosy były wilgotne od prysznica.
- Tato! – zapiszczała Katie.
- Skarbie jak się bawiłaś? – spytał.
- Maya nauczyła mnie przyrządzać naleśniki z ananasem. Zjadłyśmy je na kolacje, chociaż są na śniadanie – poinformowała ojca, jakby dokonała jakiegoś ogromnego aktu buntu, z którego była dumna.
Steve nie mógł się nie uśmiechnąć.
- Wujek pozwolił nam tutaj zostać na noc – poinformował córkę Tildwell. – Masz misia? – spytał. – Piżamkę? Więc zmykaj do góry. Rozumiem, że myłaś już zęby – dodał.
Katie jednak już biegła po schodach na piętro. Paul zerknął na niego jakoś niepewnie. Jego policzki były dziwnie zarumienione. Może nadal od alkoholu, który krążył w jego krwi. Steve odłożył więc klucze na szafkę i spokojnie wstukał kod, uzbrajając alarm. Nie chciał wyczytywać za wiele w tej determinacji, którą widział w oczach Paula, ponieważ mogła oznaczać zbyt wiele.
- Idę do góry – powiedział jedynie, zerkając na Tildwella, który tylko skinął głową.
Słyszał kroki mężczyzny za sobą i wszedł do sypialni, zdając sobie sprawę, że Paul musiał jeszcze położyć Katie spać. Specjalnie zostawił drzwi pokoju Mary Ann otwarte, żeby nie mieli problemu ze znalezieniem wszystkiego. Od pewnego czasu nosił się z zaproszeniem ich na noc. Co prawda nie mieli daleko, ale przecież jego dom miał najlepsze zabezpieczenia, a nie mógł nie odnieść wrażenia, że oboje żyli w dziwnym stresie. Nigdy wcześniej nie znał tak czujnej ośmiolatki jak Katie.
Paul wszedł do sypialni na palcach, chociaż nadal chwiejnym krokiem i Steve nie wiedział nawet, że jego serce mogło bić tak głośno. Miał nadzieję, że Tildwell tego nie słyszał. Materac ugiął się pod Paulem, gdy ten wsuwał się pod przykrycia, tym razem w samej bieliźnie, która też należała do Steve'a, bo pod swoimi palcami czuł wyraźnie jak bardzo luźna była na o wiele węższych biodrach niższego mężczyzny.
Przez chwilę bali się poruszyć i kiedy zdał sobie sprawę, że to też jest obustronne, przewrócił się po prostu na bok, zmuszając Paula do tego, aby został mniejszą łyżeczką.
- Nigdy… -zaczął mężczyzna.
- Możemy się obrócić – zaproponował pospiesznie.
- Nie, tak jest dobrze – odparł Paul.
Steve objął go mocniej.
