Steve obudził się, kiedy ktoś szarpnął za jego bieliznę. W zasadzie to był najbardziej abstrakcyjny atak, który mu się zdarzył, więc nie zareagował do razu. Jego bokserki zostały zsunięte i nie tak cicha klątwa zawisła w powietrzu, wypowiedziana przez dobrze znany mu głos.

- Co robisz? – spytał, chociaż to było całkiem głupie.

- Mężczyzna podczas snu ma około pięciu wzwodów, o których nie wie – poinformował go Paul całkiem poważnie.

Steve musiał być nieźle zaspany, ponieważ to nie miało żadnego sensu.

- Co? – wyrwało mu się.

- Próbuję wsadzić do moich ust twojego fiuta, ale ku mojemu zdziwieniu nie kooperujesz – poinformował go Paul, lekko sfrustrowany.

- Co? – spytał jeszcze raz i to nie był jego najlepszy dzień.

Albo noc.

- A co się stało z niespieszeniem się i snem? – spytał, unosząc jednak wyżej biodra, żeby Tildwell mógł zsunąć z niego bieliznę.

Mężczyzna zatrzymał się w pół ruchu.

- Naprawdę chciałeś spać? – zdziwił się Paul.

- O Boże, nie – powiedział Steve pospiesznie, przyciągając mężczyznę w swoją stronę.

Może zrobił to zbyt mocno, bo Paul upadł na niego nie tak znowu delikatnie. Nadal miał na sobie koszulkę, co było ogromnym niedopatrzeniem, więc Steve szarpnął za nią niecierpliwie.

- Jeśli jesteś w grze to ja też – zapewnił mężczyznę. – Bądźmy razem nago – dodał.

- Wiedziałem, że nie biorą do SEAL byle idiotów – prychnął Paul. – Katie jest na tym samym piętrze – przypomniał mu i Steve'owi nie trzeba było dwa razy powtarzać.

W ciemności nie najłatwiej było kooperować, ale w zasadzie z Paulem już leżącym na nim i bielizną w okolicy ud, nie potrzebował wiele ruchu. Rozsunął jednie odrobinę nogi, żeby mężczyzna ułożył się wygodniej i zaczął całować jego szorstką od zarostu szczękę. Dotychczas byli tak gwałtowni, że niemal spodziewał się czegoś podobnego po Paulu, ale mężczyzna wodził palcami po skórze jego ramienia z taką delikatnością, jakby Steve był czymś doskonałym. Może po prostu przypominał sobie wzór tatuaży, ale Steve czuł, że to coś więcej, więc zwolnił, pozwalając sobie delektować się pocałunkiem.

Może Paul nie był w intymnych kontaktach z kimkolwiek od śmierci żony i chciał wykorzystać swój czas. Sam nie spotykał się z nikim od lat, ale seks zawsze był częścią jego życia. Nie żałował tego, bo poziom adrenaliny w jego krwi po prostu aż błagał o wyeksploatowanie go w mniej agresywny sposób, a stosunek zawsze był przyjemnym ukojeniem. W delikatności Paula było jednak jeszcze coś, co sprawiało, że jego klatka piersiowa ściskała się nie tak znowuż lekko. Miał wrażenie, że on też tego potrzebuje. Może niekoniecznie upuszczenia pary. Położyli się w stanie podniecenia, wiedział, że Paul musiał to czuć, kiedy przyciskał się pośladkami do jego krocza.

Potrzebował – nie tyle seksu, co właśnie tego mężczyzny, który teraz tymi dłońmi, przeważnie trzymającymi kalkulator, głaskał jego skórę. A potem Paul zsunął się niżej, przerywając ich pocałunek i zaczął ssać skórę na jego szyi, nie na tyle długo, aby zostawić ślad, ale jedynie uczucie mrowienia. A potem zsunął się jeszcze trochę w dół, na jego klatkę piersiową, którą potraktował dokładnie tak samo. I chociaż było kilka osób, które lizało go po brzuchu, po mięśniach, które robiły wrażenie – jedynie Paul – wydawał się nie traktować go jak obiekt czysto seksualny. A przynajmniej nie tylko.

Było coś kojącego w tej powolności, a jednocześnie coś podniecającego, bo czas oczekiwania na te ciągle ruszające się usta był równie słodki, co te małe pocałunki na jego kościach biodrowych. Nie wiedział co zrobić z rękami. Najchętniej wplótłby palce we włosy Tildwella, ale to nie było zbyt grzeczne. Poza tym czuł, że będzie potrzebował się czegoś przytrzymać. Paul swoje niedoświadczenie przykrywał pocałunkami i liźnięciami. To nie mogło pójść przecież źle i mężczyzna eksperymentował z jego sprzętem w sposób, który groził tragedią w każdej chwili, bo jeśli było coś, co pokonywało go – były to właśnie delikatne pieszczoty. Niedostateczne do tego, aby go doprowadzić na szczyt, ale na tyle drażniące, aby jego jądra groziły wybuchem. Był świadom tego, że Paul nawet nie zdawał sobie sprawy jak bardzo igrał z ogniem. Dla niego było to tylko badanie terenu, przyzwyczajanie się do tekstury i smaku, których nie czuł tak długo. A Steve trzymał się zagłowia łóżka, starając się nie wydawać zbyt głośnych dźwięków.

- Jak mi idzie? – spytał niepewnie Paul.

Steve zerknął w dół, chociaż w tych ciemnościach nie mógł zobaczyć za wiele.

- Kocham twoje ataki bezsenności – wychrypiał jedynie.

Paul prychnął i wziął główkę jego penisa do ust z pewną ostrożnością, która dowodziła tylko, że może te liźnięcia nie były jednak tak nieśmiałe. Może Tildwell po prostu kochał w ten sposób – powoli i dokładnie. I Steve był zgubiony, bo jeśli jego fiut miał wchodzić w te usta z taką powolnością, nie miał szans wygłuszyć wszystkich jęków.

Paul poruszał głową leniwie, z rozmysłem, bawiąc się językiem szparą na końcu jego żołędzi, gdy wracał. Steve miał wrażenie, że jest stymulowany o wiele za bardzo i czuł jak jego ciało trzęsło się całe, walcząc z sobą. Jego fiut wykonywał te małe drgnięcia, których nie potrafił powstrzymać, ponieważ były efektem tego, co Paul robił z jego nerwami. A one wydawały się niemal obnażone.

I kiedy sądził już, że Tildwell wprowadzi go w jakiś katatoniczny stan, mężczyzna zaczął poruszać się o wiele żwawiej, obejmując nareszcie dłonią resztę jego członka, który nie mieścił się w tych o wiele zbyt ruchomych ustach. Nie było w tym wcześniejszej finezji i wszystko zdradzało brak wprawy. Steve pewnie nie byłby pod wrażeniem, gdyby nie fakt, że to był jednak Paul, a to jakoś wszystko zmieniało i sprawiało, że nawet przypadkowe kontakty z zębami mężczyzny miały w sobie po prostu to coś. Mężczyzna męczył się wyraźnie, jego szczęka musiała boleć, a jednak nie przestawał skupiony na celu i Steve nie wiedział nawet co pchnęło go w końcu dalej. Może palce, które wbiły się mocniej w jego pośladki, rozdzielając je lekko. Zawsze lubił, kiedy ktoś bawił się jego tyłkiem, ale nie spodziewał się, że Tildwell odkryje to na pierwszej randce. Albo cokolwiek to było.

- Ja… - zaczął, ponieważ ostrzegał ludzi, z którymi sypiał.

Paul odsunął się na tyle, żeby jego nasienie nie trafiło go w twarz i to było całkiem w porządku, bo Steve nie miał nic przeciwko bałaganowi. Tildwell miał zresztą całkiem przyjemne dłonie, które idealnie pasowały do jego penisa.

- Chodź tutaj – wyszeptał, biorąc głębszy oddech.

- Nie martw się. Zamierzam – odparł Paul. – Nie jestem altruistą – poinformował go całkiem poważnie.

ooo

Kiedy się obudził po raz kolejny, byli splątani z sobą. Prześcieradło zakrywało jedynie jego biodra, co nie było aż tak konieczne, od kiedy noga Paula przerzucona była przez niego, zakrywając te newralgiczne części jego ciała, które najwyraźniej próbowały wrócić do gry wraz z porankiem. Tildwell mówił coś o pięciu wzwodach w ciągu nocy i mógł mieć cholerną rację.

Paul zresztą wtulał się w niego równie podniecony, sądząc po tym, co czuł na biodrze i nie mógł się nie uśmiechnąć. Nie przypominał sobie, aby kiedykolwiek poranek po był tak przyjemny. Leżeli nago, spleceni tak bardzo, że cieszył się, że jego pęcherz nie wołał ten jeden raz o ulgę, bo nie zamierzał wstawać. Nawet na poranny trening. Zamierzał to jakoś wyjaśnić Kono, chociaż zapewne wystarczyłoby gdyby powiedział, że jadł z Paulem kolację, a ta odpuściłaby mu grzech lenistwa.

- Jesteś taki głośny, kiedy się uśmiechasz. Nie uczyli was uśmiechać się po cichu? – spytał Tildwell.

- Nawet nie drgnąłem – odparł Steve.

- Kłamiesz – prychnął Paul, poruszając sugestywnie udem, które przylegało do jego członka.

A potem wsunął się na niego, wbijając go w materac swoim bezwładnym ciężarem. Nie podpierał się nawet na rękach.

- Wiesz, że nie ważysz jak piórko, prawda? – rzucił Steve.

- Podniosłeś mnie – przypomniał mu Paul cierpko. – Nie narzekaj teraz, skoro wypominałeś mi to przez cały weekend. Myślałem, że to daje mi wolny wstęp na leżenie na tobie.

Steve nie mógł nie przewrócić oczami. I pewnie powinien był wiedzieć, że to jeszcze obróci się przeciwko niemu.

Właśnie miał na końcu języka nienajgorszą ripostę, gdy jego telefon rozdzwonił się na dobre. Paul nawet nie wyglądał na zirytowanego, gdy podawał mu komórkę. Zsunął się jedynie z niego, dając mu trochę prywatności, chociaż Steve nie powiedział ani słowa.

- McGarrett – rzucił do słuchawki.

- Szefie, mamy problem – powiedziała Kono tonem, który sprawił, że sam podniósł się z łóżka alarmując przy tym Paula.

- Co się stało? Zaraz tam będę – obiecał.

- Zidentyfikowaliśmy ofiarę. To szeryf stanowy. Okradziono ją, ale biuro ma podesłać nam wszystkie materiały i sprawy, które prowadziła. Nie wiemy czy przewoziła więźnia czy dopiero tutaj miała go odebrać – wyjaśniła Kono i wiedział w czym tkwił problem.

W tej chwili za kobietę mógł podszyć się każdy.

- Chin będzie w jej wynajętym pokoju hotelowym, gdzie dostarczono z lotniska jej rzeczy – odparła Kono.

- Spotkajmy się tam – rzucił, rozłączając się pospiesznie.

Właśnie odwracał się, aby przeprosić, ale Paul trzymał już jego ubranie w dłoniach, podając mu kolejno wszystko, czego potrzebował.

- Jeśli zdążysz na kolację, daj znać co ci zamówić – poprosił mężczyzna bez cienia wyrzutu w głosie.

ooo

Tak jak się spodziewali w zasadzie nie znaleźli nic. Kono udała się do biura, ponieważ mieli przysłać im akta Daniela Williamsa. Facet był świadkiem koronnym w sprawie jakiegoś mafioza z New Jersey. Sylvia Dering miała odebrać go i przewieźć na wstępne przesłuchania. Proces miał się zacząć lada dzień. Przyspieszono jego datę, bo Cannon uparcie polował na świadków, których ukrywano od przeszło dwóch lat. Williams miał być gwoździem do jego trumny.

Wrócili z Chinem do Maxa, który był prawdziwym cudotwórcą. Zidentyfikował szeryf stanową po niepozornym tatuażu, który się okazał maksymą szkoły policyjnej. Na szczęście nie zmasakrowano twarzy kobiety, chociaż Steve nadal nie miał pojęcia dlaczego ją torturowano ją. Wszystkie informacje na temat swojego podopiecznego powinna mieć w neseserze. Zabójcom potrzebny był jedynie adres i obecne nazwisko, które nadano mężczyźnie i coś po prostu śmierdziało mu w tej sprawie.

Dawna sprawa matki stanęła mu przed oczami, więc niewiele się namyślając zawrócił do swojego domu. Kojarzył nazwisko Cannona, ale nie był pewien jego powiązań. Na Hawajach mieli swoje problemy.

Nie dojechał zbyt daleko, gdy jego komórka zaczęła wygrywać znajomą melodyjkę.

- McGarrett – powiedział krótko. – Wszystko wskazuje na to, że będę na kolacji – dodał, ponieważ sprawa wydawała się niemal rozwiązana.

Wystarczyło znaleźć Williamsa, a SWAT był już zaalarmowany i gotowy do działania na każdy rozkaz Kono.

- Steve – zaczął Paul. – Słuchaj uważnie, teraz dam ci moją córkę – rzucił mężczyzna i Steve'owi zaświeciły się lampki ostrzegawcze.

- Paul? – spytał niepewnie, przyspieszając.

- Wujku? - zaczęła Katie i musiała płakać. – Wujku – załkała. – Tata powiedział, że mogę się pożegnać, ale nie mogę ci powiedzieć, gdzie jedziemy – wyjaśniła mu i wydawała się tak cholernie winna. – Kocham cię. Tata powiedział, że na pewno cię jeszcze spotkamy, ale na razie nie, więc jeśli możesz przenieść do siebie moją deskę… - urwała i zaczęła płakać.

Słyszał jak Paul próbował ją uspokoić, ale zapewne mu nie wyszło.

- Steven, słuchaj mnie uważnie, bo nie mam wiele czasu – zaczął Tildwell. – W kuchni jest ciało Franka Delano. Pistolet zostawiam na stole. Ja go zastrzeliłem – poinformował go Paul i nie tego Steve się spodziewał.

- Jeśli masz kłopoty... – zaczął i nie wiedział nawet jak to skończyć.

Nie mógłby chronić Paula, gdyby ten był mordercą, ale tutaj nic do siebie nie pasowało. Może mężczyzna włamał się do nich. To wtedy wyjaśniałoby dlaczego Tildwell trzymał broń przy wejściu. Bał się, więc mógł być śledzony.

- Kłopoty – prychnął Paul. – Nie masz pojęcia – westchnął. – Przepraszam, że wyjeżdżam, jeśli cokolwiek się wyjaśni… - urwał. – Wrócimy. Naprawdę zrobię wszystko, żeby wrócić. Musisz mi w to uwierzyć – dodał z naciskiem i Steve zdał sobie sprawę, że to cholerne pożegnanie, na które nie był gotów.

Zresztą parkował już przed domem.

- Powiesz mi to prosto w twarz – poinformował go.

- Co? –zdziwił się Paul.

Steve nawet nie pukał, wszedł jedynie do środka domu z komórką przy uchu. Kobieta w kuchni wypełniała dokumenty i miała przy sobie policyjną odznakę, więc skinął jej głową. Katie płakała na schodach, a Paul oddzielał ją ewidentnie od salonu, gdzie na widoku leżało ciało mężczyzny. Wystarczył mu rzut oka, żeby ocenić sytuację.

- Jestem w programie ochrony świadków – poinformował go Paul.

- Co? – spytał Steve, chociaż tak, to nareszcie miało sens.

I trybiki w jego głowie pracowały ze zdwojoną prędkością.

- Williams, Daniel Williams – powiedział, a Paul… Daniel spojrzał na niego zszokowany.

Steve nie zastanawiał się nawet sekundy, zanim wymierzył do kobiety, która ruszyła w ich kierunku.

- Odwróć się i stań twarzą do ściany, chcę widzieć twoje ręce – poinformował ją spokojnie.

- Co ty do cholery robisz? – spytał Daniel… Danny.

Zdrobnienie bardziej do niego pasowało. Ku jego zaskoczeniu Williams miał własny zapasowy pistolet, który wycelował w jego głowę, chociaż dłoń drżała mu dość mocno. Steve wątpił, aby wystrzelił bez wyjaśnień.

- Wczoraj znaleźliśmy ciało kobiety. Dzisiaj zidentyfikowaliśmy ją jako szeryf stanową Sylvię Dering. Przypomina ci to coś? – spytał spokojnie, a Danny spojrzał na niego szeroko otwartymi oczami.

Nie opuścił broni, jedynie skierował ją w stronę kobiety, która spoglądała na nich z zimną determinacją.

- Rusz się tylko. Zrób mi tę przyjemność – poprosił Williams.

Jego komórka znowu się rozdzwoniła, więc odebrał, bo Danny zabrał jego kajdanki, decydując się najwyraźniej skuć podejrzaną.

- Steve, Paul Tildwell to Daniel Williams – poinformowała go Kono.

- Wiem – odparł spokojnie. – Mamy zabójcę szeryfa stanowego – dodał i rozłączył się.

Williams wziął głębszy wdech i zaczął znowu nerwowo przeczesywać swoje włosy.

- Skontaktuj się z biurem szeryfa. Frank Delano był wtyczką Cannona –poinformował Steve'a. – Jest twoja - dodał i wyminął go.

- Co robisz? – spytał.

- Zabieram córkę – zaczął Danny.

- Nigdzie nie idziesz – obruszył się. – Jesteście bez ochrony.

- Cannon ma wtyczki w biurze szeryfa – warknął Williams nagle, tracąc panowanie nad sobą. – Nie możemy tutaj zostać – dodał trochę spokojniej. – Gracie? – dodał miękko i najwyraźniej to było prawdziwe imię dziewczynki.

Przytuliła się do ojca niemal natychmiast i patrzyła na Steve'a, jakby sądziła, że jest na nią zły.

- Gracie, ładnie – powiedział tylko, przygryzając wargę. – Danny, też nie najgorzej – rzucił.

Williams potrząsnął głową, jakby próbował się pozbyć tysiąca myśli. Sam miał ich jakieś pół miliona.

- Naprawdę nie możemy wrócić do biura szeryfa, Steven – powiedział w końcu Danny, jakby go za coś przepraszał.

I może uciekali już zbyt długo.

- Nie – zgodził się z nim. – Ale macie Five Oh – przypomniał mu.

ooo

Kono i Chin wpatrywali się w nich w szoku, kiedy wmaszerowali do siedziby Five Oh. Danny niemal od razu zasłonił Grace widok i Steve zdał sobie sprawę, że na ekranach nadal wiszą zdjęcia z pierwszego zamachu na Williamsów. Uliczne kamery najwyraźniej uchwyciły atak na ich samochód. Dostrzegł jedynie jak Danny wyczołgał się z rozbitego wehikułu i zaczął strzelać bez ostrzeżenia w stronę drugiego pojazdu.

- Chryste, przepraszam – powiedziała Kono, wyłączając wszystko w ciągu ułamka sekundy.

Danny zbił usta w wąską kreskę.

- Nic się nie stało – odparł Williams głosem niezdradzającym emocji. – Gracie, pójdziesz z ciocią Kono? – poprosił.

Mała spojrzała na ojca jak zawsze, gdy zastanawiała się dlaczego była odsyłana.

- Na dole jest podejrzana do przesłuchania – rzucił Steve.

Chin ruszył w jego kierunku, ale Danny zastąpił mu drogę.

- Nie, jeśli mamy ją przesłuchać idziemy tam we dwóch – odparł Williams i miał tę minę, która mówiła, że się nie wywiną tak łatwo.

- Pa… Danny – westchnął.

- Byłem gliną, jestem gliną. Wiem o tym ludziach więcej niż znajdziecie w tych aktach – odparł Williams i to była czysta prawda.

Wiedział o tym.

- Nie będzie zeznawała przeciwko Cannonowi, ale chcemy ją przyskrzynić za szeryf stanową – ciągnął dalej Danny. – Czyli teoretycznie ta sprawa nie jest powiązana z moją – dodał.

- Nie, ale chcesz się dowiedzieć dlaczego planowali was porwać – odparł Steve.

Williams nie mrugnął nawet okiem.

- Dobra – powiedział w końcu, ponieważ nie sądził, aby mieli lepszy pomysł – Chin, wezwij SWAT i zabezpieczcie ten budynek. Nikt nie wchodzi na to piętro bez przepustek. Poinformuj biuro szeryfa o przecieku.

- Wyślij ekipę do mojego domu. Delano tam nadal leży – dorzucił Danny. – Pistolet na stole jest narzędziem zbrodni, powiedzmy. Nie mam śladów prochu. Wymyłem ręce, ale powinny być na nim odciski palców – ciągnął dalej niewzruszenie. – No i Delano jest detektywem z Newark - dodał.

Chin skinął głową.

- Dam wam znać, jeśli Max znajdzie coś jeszcze – rzucił Kelly. – I stary, dobrze że jesteście cali – dodał jeszcze i Danny uśmiechnął się lekko.