Trudno było mu się przestawić i kiedy schodzili na dół budynku łapał się na tym, że nadal nazywał w swojej głowie mężczyznę Paulem. Danny zresztą spoglądał na niego dość niepewnie, więc Steve po prostu splótł ich palce razem, kiedy drzwi windy zamknęły się za nimi. Wciąż miał przy sobie broń, podobnie jak Williams, który włożył swój pistolet bezpiecznie za pasek spodni.
- Nie lubię pożegnań przez telefon – rzucił, nie wiedząc co innego mógłby powiedzieć.
Danny spojrzał na niego z ukosa.
- Uratowałeś nam życie – powiedział tylko mężczyzna i Steve może zażartowałby na ten temat, gdyby nie fakt, że to osiadło na jego ramionach jak ciężar, z którym nie wiedział co zrobić.
Przez ułamek sekundy w domu Williamsa sądził nawet, że Danny był pieprzonym księgowym mafii, ale to tak bardzo nie pasowało. Ostatnie tygodnie nie mogły być kłamstwem. Znał tego mężczyznę niezależnie od nazwiska, które nosił. I Danny wspomniał o tym, że byli tacy sami – nie mylił się również.
Nie zdążył powiedzieć ani słowa, gdy Williams rzucił się na niego, wciskając go w ścianę windy. To nie był jeden ze słodkich pocałunków, które obudziły go wcześniej. Adrenalina dawała o sobie znać i może Danny nie zabił nikogo od lat. Może nie bał się też tak nigdy wcześniej i Steve znał doskonale to uczucie, więc pozwolił mu traktować się odrobinę agresywniej niż zwykle, odczuwając sadystyczną przyjemność z tego, że Danny pozwalał mu to poczuć. Całego siebie. Nie tylko tę łagodną stronę, która przerażała trochę Steve'a, ponieważ oznaczała emocje, uczucia, z którymi sobie nie radził. Agresja i czysta żądza zawsze bardziej do niego przylegały, ponieważ je sam potrafił doskonale wyrażać.
Znajomy dźwięk obwieścił koniec jazdy i Danny oderwał się od niego, poprawiając przy okazji jego koszulkę. Steve nie mógł nie uśmiechnąć się krzywo.
- Zrobisz tak w drodze powrotnej? – spytał ciekawie.
- Och, zamknij się – prychnął Williams. – Na pewno nie, jeśli znowu zaczniesz mnie drażnić. Nie znoszę, kiedy jesteś taki zadowolony z siebie – dodał cierpko.
Steve odchrząknął i spojrzał sugestywnie na zabezpieczone kodem drzwi. Nie mieli nazwiska kobiety, przynajmniej na razie. Kono pracowała nad tym, pilnując kątem oka Grace. Grover rozstawił SWAT i był dość zaskoczony na widok znajomego księgowego, nie powiedział jednak ani słowa i Steve był mu za to cholernie wdzięczny. Powinni byli oddać sprawę biuru szeryfa, odkąd Danny miał niebawem zeznawać, ale to nie wchodziło w grę. Musieli ukryć ich gdzieś na własną rękę, gdy to szaleństwo się skończy, a tak się składało, że znał całkiem miłą wyspę na Morzu Chińskim. Fale do serfowania wcale nie były tam aż tak wysokie.
- Jak to rozegramy? – spytał, dając Danny'emu wybór.
- Postaraj się nie pozwolić mi jej zabić – odparł Williams lekko.
- Przeważnie to Chin przytrzymuje mnie. To będzie coś nowego – przyznał, wstukując pojedynczy kod.
Drzwi otworzyły się z jękiem i Danny uniósł brew na widok pojedynczej żarówki, która zwisała nad głową przykutej do krzesła kobiety. Nie spojrzała na nich nawet przelotnie i Steve nie spodziewał się niczego innego. Była zawodowcem i pewnie wywiodłaby Williamsów gdzieś głęboko w dżunglę bez żadnego problemu, gdyby jej przeszkodził.
- Jak się nazywasz? – spytał spokojnie.
Danny stał kilka kroków za nim z zaplecionymi na piersi dłońmi.
- Nie powie ci – odparł Williams.
- Zawsze było warto spróbować – stwierdził Steve. – Dlaczego torturowałaś szeryf stanową Sylvię Dering? – spytał. – Jakie informacje próbowałaś od niej uzyskać? Jesteś tutaj jeszcze za kimś? Ilu was jest?
Danny prychnął i kobieta wyprostowała się lekko, spoglądając nagle na Williamsa z dziwnym chłodem.
- Nie dotrzesz na proces – poinformowała go spokojnie.
Danny zaśmiał się krótko, jakby nie spodziewał się niczego innego.
- I mamy wewnętrzny krąg Cannona – poinformował Steve'a Williams. – Widzisz są tak lojalni, że rzucają groźbami nawet, kiedy są one nie do pokrycia. Myślisz, że jak długo próbowaliście mnie dorwać? Wyglądam na martwego? Czy ja ci wyglądam na kogoś, kogo łatwo sprzątniecie?
- Już raz się prawie udało – warknęła.
Danny ruszył do przodu, ale Steve przytrzymał go, nie spodziewając się niczego innego. Dlatego nie należało włączać do przesłuchań osoby zaangażowane w sprawę.
- Czekaj, mówiłeś, że szeryf torturowano? – spytał nagle Williams. – Chryste – wyrwało mu się.
- Co? – spytał Steve, niemal natychmiast.
Danny spojrzał na niego szeroko otwartymi oczami, a potem z powrotem na kobietę, która wyglądała na o wiele zbyt spokojną. Steve nienawidził płatnych zabójców. Większość z nich stanowili socjopaci, a z tymi nigdy nie szło łatwo. Ich brak normalnych reakcji szybko wytrącał co go z równowagi. Czasami zastanawiał się nawet jak wiele było w nich z ludzi. Sam pociągał za spust wielokrotnie, ale wyrzuty sumienia, które miał, przypominały o sobie co rusz. To odróżniało go od nich.
Danny ruszył z powrotem na korytarz i Steve podążył za nim, trochę zaskoczony, że jednak nie przeszli nawet przez wstępną fazę zadawania pytań. Williams opierał się czołem o ścianę korytarza, gryząc swoją pięść, co zapewne miało go uspokoić.
- Danny – zaczął niepewnie Steve. – Mogę to pociągnąć sam, jeśli… - urwał, bo Williams spojrzał na niego jakoś dziko.
- Nie ma czego ciągnąć. Mogę ja osadzić w Newark. Mogę ją osadzić na miejscu zbrodni, tam gdzie zabito moją żonę – poinformował go Danny. – To był żart, rozumiesz? Byliśmy w tym mieszkaniu nie więcej niż trzydzieści minut. Rachel zabrała Grace do łazienki. Miały wziąć kąpiel. Dwóch agentów pilnowało parteru budynku. Dwóch z nami w środku. Ktoś zapukał i myślałem, że to któryś z chłopaków. Dla żartu spytałem o hasło. Nie powinienem był podchodzić do drzwi o czym w ułamek później powiadomił mnie agent. Usłyszałem odbezpieczany pistolet i uskoczyłem. W chwilę później przez drzwi wpakowano całą serię z pistoletu maszynowego. Obaj agenci oberwali. Płytki w łazience zatrzymały kule. Zabrałem pistolet leżącemu najbliżej i zacząłem strzelać. Słyszałem wyraźnie jak ktoś upadł. Drugi z agentów okazał się szczęśliwie ranny w ramię. Został z dziewczynami, a ja wybiegłem na korytarz – ciągnął Danny. – I wszystko przez to, że spytałem o hasło. Musiała tam być i jakoś ją przeoczyłem. Kiedy biegłem za nimi, musiałem ją minąć. Nie szukałem kobiety. Byliśmy w tym mieszkaniu niecałe trzydzieści minut i namierzyli nas. Nie planowali nas wsadzać w program, ale mieliśmy wtyczkę. Przenosili nas tak często, że… - urwał i zrobił głębszy wdech. – Torturowała szeryf, bo chciała nieistniejące hasło. Musiała tam być, bo nikt inny nie mógł im przekazać tej informacji. Godzinę później potrącono nasz samochód. Wydawało mi się, że prowadziła kobieta, ale miałem uraz głowy. Ostrzelałem wóz. Nie znaleziono śladów po żadnej, więc odpuściłem. Ona stoi tak wysoko, że na pewno znajdziemy wzmianki o niej. Mogła przemykać między raportami, ale Cannon jest uziemiony. Nieważne czy będę zeznawał czy nie. Mamy ją – poinformował go Williams takim tonem, jakby mu cholernie ulżyło.
Jego paplanina była bardziej nieskładna niż zwykle, ale Steve równie szybko łączył fakty.
- Zabezpieczymy DNA. Nie znam detali sprawy – przyznał ostrożnie.
Nadal nie przeczytał akt.
- Widziałem jak Cannon zabija dilera. To był przypadek. Nagrywaliśmy z chłopakami wymianę i nagle wielki szef pojawił się osobiście. Jest nas trzech. Chcieli dorwać mnie, bo to ja przedarłem się do budynku – przyznał Danny. – Reszta jedynie słyszała, bo mieliśmy pluskwy wokół. Mamy nagranie dźwiękowe i wszystko jest dość oczywiste, ale wiesz jak jest z przysięgłymi. Chcą naocznego świadka. Z zabójcą, który jest tak bliskim współpracownikiem Cannona, ten nie ma szans. Musiał wpaść w panikę i ona jest jego błędem – odparł Danny.
Steve podrapał się nerwowo po szczęce, nie wiedząc co teraz. Kobieta była dowodem samym w sobie, ale nadal czułby się lepiej, gdyby była w plastikowym worku, a nie w jednym budynku z Dannym i Grace.
- Gdzie to nas stawia? – spytał ostrożnie.
Williams uśmiechnął się krzywo.
- To będą moje ostatnie zeznania – stwierdził Danny.
ooo
Grace spała na sofie w jego gabinecie, gdy wjechali na górę. Wyglądała na cholernie zmęczoną i Steve się jej nie dziwił. Musiała słyszeć strzały, a kolejne zamieszanie zapewne nie wpłynęło dobrze na jej nerwy. Danny przykucnął przy niej, odgarniając z jej spoconego czoła przylepione kosmyki włosów. Na stoliku leżało niedokończone ciastko, które musiała zostawić.
- Nie chciała jeść – powiedziała Kono.
Danny spojrzał na nią przelotnie.
- Wiem – odparł tylko mężczyzna i westchnął, jakby to nie był pierwszy raz.
I może już to przechodzili. Steve nie wiedział jak dzieci radziły sobie z ciężkimi przeżyciami.
- Dzwoniło biuro. Wysyłają kogoś – poinformował ich Chin. – Ciało Delano jest w kostnicy. Sprawdzam jego komórkę – rzucił.
- Dobra robota – odparł Steve. – Daj nam znać, kiedy pojawi się nowy szeryf – dodał.
Danny wstał i wyprostował się z rękami nadal w kieszeniach, jakby nie wiedział co z nimi zrobić. Nie całowali się w windzie w drodze powrotnej, ale miał cholerną ochotę na to teraz.
- Więc jednak dostaniesz swoje pożegnanie twarzą w twarz – stwierdził Williams nieczytelnym tonem.
Steve zaplótł dłonie na piersi i uśmiechnął się lekko.
- Szeryf nigdzie was nie zabiera – poinformował go spokojnie.
Danny skrzywił się lekko.
- Steven... – zaczął mężczyzna, jakby przeprosiny wisiały na końcu jego języka.
- Mój przyjaciel zabierze was w bezpieczne miejsce – oznajmił mu Steve.
- Twój przyjaciel? – spytał z powątpiewaniem Danny.
- Ma więcej tajnych misji na swoim koncie niż ja. A już wiemy, że jestem super SEAL. Joe będzie tutaj niebawem. Dostarczy was bezpiecznie na czas procesu do sądu – wyjaśnił Steve. – Nikt nie będzie wiedział gdzie jesteście i nie wydobędzie tego od niego za cenę jego życia – dodał dla pewności.
Oczy Danny'ego otworzyły się odrobinę szerzej.
- Mówisz poważnie? – spytał Williams.
- A czy kiedykolwiek cię okłamałem? – odparł lekko.
Danny podrapał się nerwowo po szczęce, ewidentnie nie wiedząc gdzie podziać oczy. I kiedy w końcu spojrzał na Steve'a w jego wzroku były wszystkie te emocje, które powinno się pisać z wielkich liter, a o których nie mówił głośno.
- Znowu mam wrażenie, że jestem ci coś winien – zaczął Danny.
- Zabierzesz mnie na weekend do hotelu na pływanie z delfinami – rzucił niby niezobowiązująco.
Nie zamierzał dodawać 'gdy wrócisz', ale ono zawisło między nimi ciężko.
- Deska Gracie będzie u mnie w garażu. Kod do domu zmienię na datę jej urodzin – dodał.
Danny przełknął ciężko, jakby starał się jakoś za tym nadążyć. I może Steve nie do końca przemyślał to wszystko, ale słowa same płynęły z jego ust.
- Nie wiem kiedy będziemy z powrotem – powiedział w końcu Williams, ale to nie znaczyło, że nigdy i Steve'owi tyle wystarczyło.
- Nie martw się. Na pewno będzie czekał na ciebie stos rachunków – obiecał, uśmiechając się krzywo.
- Steven, nie będę was więcej rozliczał – jęknął Williams. – Kup sobie własny kalkulator.
- Zawsze mogę znaleźć innego księgowego – zażartował i Danny spojrzał na niego spode łba. – Ale kto będzie mnie terroryzował tak jak ty?
ooo
Dom Danny'ego i Grace został wystawiony na sprzedaż, więc pozwolił sobie na zabranie wszystkiego, co po sobie zostawili. Kono pomogła mu nawet odmalować pokój Mary Ann. Nie był do końca pewien czy Gracie będzie się podobał, ale miał sporo miejsca, z którym musiał coś zrobić. Piwo, które Danny kupił dokończyli z Chinem, co nieprzyjemnie przypomniało mu o tym jak wiele czasu minęło od chwili, gdy się rozstali. Grace płakała przez cały czas i czuł się nieswojo, kiedy jego oczy zrobiły się bardziej wilgotne. Jeśli Danny to zauważył – na szczęście nie powiedział ani słowa.
Joe użył telefonu satelitarnego dokładnie raz, aby powiadomić ich, że wszyscy wylądowali bezpiecznie, gdziekolwiek byli. Danny narzekał na niego gdzieś w tle nazywając go wariatem i grożąc mu uszkodzeniami ciała, więc zapewne naprawdę czuli się dobrze i tyle w zasadzie mu wystarczyło. A przynajmniej tak sądził dopóki dom obok nie został ponownie sprzedany, a on czekał dwa miesiące, nie mogąc doczekać się nowych lokatorów.
Jakoś naiwnie sądził, że Danny i Grace wrócą, ale starsze małżeństwo wprowadziło się pewnego sobotniego popołudnia i przynieśli mu nawet ciasto. Szarlotka była przepyszna, ale wolał Williamsów.
Cannona wsadzono – Kono upewniła się, że zostaną powiadomieni jako pierwsi. Śledzili proces przez pełen rok, nie mogąc uwierzyć w to jak długo ciągnęła się rozprawa. Kobietę zidentyfikowało dopiero FBI, obarczając ją winą za kilka porwań, które zdarzyły się na terenie stanów Nowy Jork i New Jersey. I Danny miał rację – Cannon miał przed sobą długą odsiadkę, którą sponsorowały połączone zarzuty wielu wydziałów. Przelotnie wspominano o Williamsie oraz dwóch pozostałych detektywach Departamentu Policji w Newark. Prasa pochylała się nad śmiercią Rachel, którą ujawniono dopiero na procesie. Do tej pory trzymano wszystkie informacje w tajemnicy przed mediami, w obawie, że kiedy twarze Danny'ego i pozostałych pojawią się w gazetach, ukrycie ich stanie się niemożliwe.
Spodziewał się jakiegoś telefonu, kiedy proces nareszcie się zakończył, ale Williams utrzymywał radiową ciszę. Wrócili z tajnej kryjówki, do której zabrał ich Joe. White odmeldował mu się w kilka dni później. Steve nie wiedział do końca co o tym myśleć. Może Danny mając nareszcie czas do namysłu, zdał sobie sprawę, że jednak nie było sensu dawać temu szansy. Zapewne tęsknili za rodziną. A może to po prostu była jedna z tych sytuacji, gdy w stanie zagrożenia ciągnęło ludzi do jedynego bezpiecznego, stabilnego punktu, który mieli przed sobą. Danny po pijaku porównał go w końcu do statku, chociaż na trzeźwo nazywał go jednak wariatem.
Całkiem niezasłużenie. Szyby po prostu wchodziły mu w drogę. Podobnie jak ostatnie drzwi, które nie zostały otworzone dostatecznie szybko.
Sądził, że Williamsowie chociaż wyślą mu pocztówkę, żeby nie musiał korzystać z wtyk w Wywiadzie, by dostać się do tajnych akt, ale pewnego dnia ktoś po prostu wszedł do jego domu i Steve zamarł z ręcznikiem nadal na ramionach. Dopiero co wrócił ze swojego porannego treningu. Gracie spojrzała na niego tymi swoimi wielkimi brązowymi oczami w czystym przerażeniu.
- Wujku! Nie powinieneś pływać sam – poinformowała go całkiem poważnie. – Danno! Wujek pływał sam! Mówiłam ci, że powinniśmy przyjechać wcześniej!
Danny uśmiechnął się krzywo, patrząc na niego, jakby chciał wiedzieć jak Steve teraz to rozegra.
Mógł to zrobić na jakieś dziesiątki sposobów. Najchętniej po prostu przytuliłby ich mocno, ale jego nogi po prostu wrosły w ziemię. Danny faktycznie użył kodu do drzwi. Dom obok był wynajęty przez tę uroczą starszą parę, ale Williams przywiózł ich rzeczy tutaj, a nie do hotelu, więc może jednak zamierzali zostać u niego. Nie marzył o niczym innym. W końcu po to wyremontował pokój Mary Ann, chociaż nigdy nie rozmawiali o tym tak naprawdę.
Mógł powiedzieć Grace, że właśnie po to, żeby nie musiał pływać sam, powinni zostać z nim już zawsze, ale to było mocno nie na miejscu. Mogli odgryźć sobie głowy już po kilku dniach. Danny buzował tą dobrze znaną energią, która przynosiła sporo zębów, krzyku i obelg. Nie mógł doczekać się ich przyszłych kłótni.
Jedyne jednak co wyszło z jego ust to;
- Danno?
Williams przewrócił oczami.
- Nawet nie próbuj – ostrzegł go lojalnie mężczyzna.
ooo
Grace zabrała się za budowanie zamku z piasku, gdy rozłożyli się na lanai. Danny zdjął nawet krawat i zerknął na niego, jakby nie wiedział co teraz.
- Wiesz, że chyba zaczynam być szalony przez asocjację? – spytał Williams i najwyraźniej to miało być retoryczne.
- Asocjację? – prychnął Steve.
- Tak, Steven. Używam dużych słów. Przysięgam ci, że w tych hotelach mają jedynie Animal Planet i słowniki – odparł Williams. – Przylecieliśmy na Hawaje bez planu. Cały ten szmat drogi – powiedział, jakby był nadal zaskoczony, że się na to odważyli.
- Czekałem na was – odparł, wzruszając ramionami. – I to nie tak, że nie macie gdzie zostać. Wyremontowałem pokój Mary Ann. Grace może zmienić kolor, jeśli chce, ale Kono wybierała – dodał.
Danny uśmiechnął się do niego lekko i splótł ich palce razem. Drugą ręką uniósł piwo i wziął porządny łyk, krzywiąc się niemal natychmiast.
- Nie o to chodzi, neandertalczyku. Przelecieliśmy całe Stany, a ty nadal nie masz dobrego piwa – westchnął Williams, jakby to faktycznie stanowiło problem.
- To ty je przyniosłeś – poinformował Danny'ego, czując pewną satysfakcję na widok jego miny.
