Sory za polecenie w wała, i taką długą przerwę. Powiem szczerze – pisanie idzie mi jak z kamienia, problemy w życiu osobistym, praca, choroba, szpital, i inne chuj wie co. W tej dokładnie kolejności. Teraz postaram się dawać jeden rozdział w tygodniu.
Rozdział II
Po dwóch godzinach, portfelem lżejszym o 60 tysięcy beli i obładowany zakupami postanowiłem przejść do drugiego punktu mojego małego wypadu - książek. Idąc ulicą otarłem pot z czoła. Było około godziny trzeciej po południu. Brak wiatru sprawiał, że temperatura, i tak już wysoka, stawała się nie do zniesienia. Kilka minut później stałem już przed pierwszą księgarnią na jaką udało mi się trafić, a ta nazywała się „Tomy Pelagiusa". Cóż, kreatywnością się właściciel nie popisał. Grunt, żeby chociaż asortyment miał porządny.
Miałem już wejść do tego budynku, gdy nagle usłyszałem głośny krzyk dobiegający z dalszej części ulicy. Mimo, że nieco zniekształcony miał w sobie coś znajomego. Dopiero po chwili mój biedny umysł zarejestrował że był to krzyk naszego pokładowego szopa. Renifera? Lekarza, znaczy się. Nie tracąc czasu na dalsze przekomarzanie się z samym sobą na interesujący temat pochodzenia tej… osoby ruszyłem biegiem w stronę źródła dźwięku. Po chwili byłem już na miejscu. Dobiegłem do czegoś, co zdawało się być dużym placem wokół którego rozłożone były stoiska miejscowych handlarzy. Trochę dalej zauważyłem zbierającą się grupę gapiów, z której dobiegał ów krzyk. Dopiero teraz udało mi się wyłapać pewne słowa wykrzykiwane przez Choppera.
-… bandaż! Robin… … jeżeli… Usopp musi… …na statek!
Po przedarciu się przez zgromadzonych ludzi zauważyłem trzy rzeczy: krew… dużo krwi, Usoppa leżącego na ziemi opatrywanego przez Choppera, i Robin – jak zwykle spokojną. Nie trzeba było eksperta żeby zauważyć, że sytuacja jest poważna. Na szczęście czas spędzony w załodze u Białowąsego się opłacił – umiałem zachować niezbędny w takich sytuacjach spokój i zimną krew:
- C-Chopper! Co t-tu się stało?! – krzyknąłem cały spanikowany, nie wiedząc co robić dalej. Przez chwilę nawet zdziwiłem się, że nie otrzymałem powitania w stylu „Dzień dobry, panie rozbitku" od Robin, co przywołałoby mnie do rzeczywistości. Sytuacja faktycznie musiała nie być najlepsza.
- Usopp… został postrzelony. – powiedział okrętowy medyk – Wyjdzie z tego, ale trzeba go przenieść na statek.
Poczułem nagły przypływ ulgi, że strzelcowi nic nie będzie. Byłem z nimi nieco ponad dwa dni, a już się przywiązałem. Uspokojony postanowiłem dać Chopperowi miejsce, i spróbowałem dowiedzieć się czegoś więcej od Robin.
- Robin, co tutaj dokładnie się stało. Nie wierzę, że jakiś idiota po prostu wyszedł sobie postrzelać. – marny żart na rozładowanie sytuacji.
- Och, z całą pewnością to się nie stało panie rozbitku. – powiedziała Robin z tradycyjnym uśmiechem, który za każdym razem wywołuje u mnie pewien niepokój. – Wracaliśmy akurat z panem doktorem z księgarni gdy zauważyliśmy pana strzelca idącego z panem cieślą i panią nawigator. Już mieliśmy do nich podejść, gdy z tamtej alejki – to mówiąc wskazała na wąską ulicę po drugiej stronie placu – wybiegła grupa mężczyzn. Kompletnie wszystkich zaskoczyli, powalili pana cieślę i postrzelili pana strzelca. Zabrali panią nawigator ze sobą. Wydaje mi się, że to ona była ich celem od początku. Pan cieśla gdy tylko odzyskał przytomność pobiegł za nimi. – zakończyła Robin ze spokojem w głosie.
- Aha. Banda psycholi postrzeliła Usoppa, porwała - zresztą nie wiadomo dlaczego – Nami, a ty jesteś tak spokojna, jakby to był bardzo normalny i przyjemny letni dzień. Zrozumiałem to jasno? – Robin skwitowała to tylko delikatnym kiwnięciem głową. – A myślałem, że chociaż jedna osoba w tej załodze jest normalna…
- Nie policzył pan siebie, panie rozbitku? – zapytała Robin z zaciekawieniem.
- Nie. Muszę być naprawdę popieprzony skoro zgodziłem się dołączyć do tej załogi. – powiedziałem z wyraźnym zrezygnowaniem. – Dobra, nieważne. Dokąd pobiegł Franky?
- W tamtym kierunku, panie rozbitku.
- Robin, czerpiesz jakąś perwersyjną przyjemność z nazywania mnie „panem rozbitkiem"? – zapytałem lekko poirytowany, a uśmiech który otrzymałem w zamian wystarczył mi zupełnie jako odpowiedź. Nie zastanawiając się nad tym, pobiegłem do Franky'ego. Mam nadzieję że Robin weźmie zakupy, które postawiłem przy niej.
Biegnąc nietrudno było znaleźć drogę. Wszędzie było widać ślady „działalności" Franky'ego pomieszane z dziurami po kulach w murach. Po dłuższej chwili dotarłem do bramy miasta, i wybiegłem podążając dalej tropem cyborga. Znalazłem go niecałe 10 minut później, wspartego o drzewo. Gdy tylko mnie zauważył gestem nakazał milczenie (paradoksalnie, podczas wykonywania go krzyknął do mnie głośno „Yo!"), i pokazał żebym się do niego zbliżył. Zachowując zupełną ciszę podszedłem do niego, a ten natychmiast zaczął opowiadać:
- YO! Arkay! Sądząc po tym, że tu jesteś to wiesz co się stało. Byłem cały czas za nimi, w pewnym momencie chyba pomyśleli że mnie zgubili bo zaczęli się uspokajać. – stwierdził Franky, który był jakby niezdrowo podekscytowany całą sytuacją. – Nami trzymają na swoim statku, w zatoce za tym wzgórzem. Nie wygląda na piracki, prędzej łowców niewolników. Byłem za nimi, ale nie mogłem jej pomóc. Boję się co chcą z nią zrobić. – zakończył niemal dławiąc się łzami. Myślałem że nie przyzwyczaję się tylko do gadającej sterty kości, a tu proszę – niespodzianka. Prawie dwa razy ode mnie wyższy, dużo starszy, bardziej doświadczony cyborg, a rozpłakał się jak małe dziecko. Słomiani, kogo wy do siebie bierzecie?
Nie mogąc znieść widoku płaczącej sterty żelastwa powiedziałem spokojnym głosem starając się na szybko obmyśleć jakiś plan:
- Franky, słuchaj: wracaj na statek. Zaczyna się ściemniać. Ja tutaj zostanę, i będę ich obserwował. Powiedz reszcie jak wrócą, żeby przyszli tu o świcie. Nie ma po co bawić się w nocy w odbijanie zakładników. Rozumiesz?
Cyborg skinął tylko głową i pobiegł w kierunku miasta. Ja tymczasem zacząłem planować jak tutaj odbić Nami. Noc działa na moją korzyść, gdyby coś poszło źle nie będą wiedzieli kto ich zaatakował. Mam nadzieję, że Kocia Włamywaczka dorasta do swojej reputacji, i umie zachować ciszę. Teraz chwila rozeznania w terenie, i mogę iść.
Ze wzgórza roztaczał się bardzo dobry widok na zatokę, w której zakotwiczony był statek porywaczy. Był to duży galeon taki sam jak typowy okręt Światowego Rządu, tylko że przemalowany. Pewnie został „zakupiony" od Marynarki za promocyjną cenę około 300 żyć członków załogi. Aktualni właściciele nie wznieśli rampy wejściowej, tylko wchodzili na niego za pomocą sznurowych drabinek. To mogło oznaczać jedną z dwóch rzeczy: albo przybyli niedawno, albo niedługo odpływają. Nie lubię zbędnego ryzyka, więc postawiłem na drugą opcję co oznacza, że muszę działać szybko. Dzięki temu że jest już noc pod strażą była najprawdopodobniej tylko ta nieszczęsna drabinka, po której wejdę, główny pokład, oraz cela w której trzymają Nami. Reszta albo śpi, albo pije, albo jest pijana. Boże błogosław brak dyscypliny wśród żeglarzy. Rozglądając się w sytuacji zacząłem oceniać ilość strażników. Widziałem tylko czterech – jednego przy drabince, trzech chodzących bezładnie po okręcie. Po drodze prawdopodobnie będzie jeszcze ze czterech. Sądząc po ilości straży, można wysnuć wniosek że załogi jest około siedemdziesiąt osób. Niezbyt fajna liczba, jeżeli coś pójdzie źle. Ale z drugiej strony, co może pójść źle?
Na tę myśl natychmiast ugryzłem się w język. Dosłownie. Biorąc pod uwagę ostatnie dni lepsze byłoby pytanie: co może NIE pójść źle? Zanim jednak oddałem się dalszym defetystycznym myślom postanowiłem przystąpić do akcji.
Zacząłem, jak to zwykle w takich sytuacjach bywa, od podkradnięcia się do okrętu. Wybrałem potencjalnie najlepszy kierunek – od morza. Musiałem nadłożyć trochę drogi, oraz przepłynąć kawałek ale ku podbudowaniu swojego wiecznie nienasyconego ego stwierdziłem, że zostałem niezauważony. Teraz czekała mnie prawdopodobnie trzecia najcięższa rzecz z jaką przyjdzie mi się dzisiaj zmierzyć: obezwładnienie strażnika przy drabince. Miałem do pokonania około piętnastu metrów w wodzie do kolan. Równało się to potokiem wulgaryzmów w głowie przeplatanymi cichymi modlitwami o to, aby nie zburzyć wody pod nogami i zaalarmować strażnika. Pokonałem tą odległość w rekordowym czasie dziesięciu minut. Nie jestem zbyt religijny, ale gdy już stałem za strażnikiem zacząłem dziękować wszystkim istotom nadnaturalnym po kolei za to że strażnik nie był na tyle sprytny aby chociaż się rozejrzeć.
Stoję bezpośrednio za nim, teraz to już łatwizna. Mocne uderzenie otwartą dłonią w pewien punkt na szyi, i tyle. Zamachnąłem się, i wymierzyłem ten cios. Moja ręka przeszyła powietrze, i tylko to. Ten bęcwał kichnął, przez to pochylił się do przodu i uniknął mojego uderzenia. Zachwiało mną, lecz co dziwne nie wzburzyłem jakoś specjalnie wody w której stałem. Zamierzyłem się do drugiego uderzenia. Pudło. Idiocie tym razem zza pasa kordelas. Albo on ma takie szczęście, albo ja takiego pecha. Dopiero trzecia próba okazała się udana. Jeżeli można to co zrobiłem nazwać próbą. Bardzo zirytowany złapałem go z całej siły za barki i szybko odkręciłem przodem do siebie. Z racji tego, że mój przeciwnik był mężczyzną użyłem kolana do niecnych celów. Dopiero potem pozbawiłem go przytomności. Nie było to może zagranie fair, ale sam się o to prosił nie dając mi się obezwładnić. W chwilę później naszła mnie nagła myśl: licznik wpadek ruszył. Jak na razie tylko dwie… na jednym strażniku.
Gdy już znalazłem się na statku najprawdopodobniej najcięższe (oprócz wydostania się z Nami, i obezwładnienia strażników na statku) zadanie było już za mną. Teraz wystarczyło tylko pójść pod pokład i znaleźć Nami. Znam mniej więcej wygląd statków tego typu od środka, bo zanim dołączyłem do Białowąsego zdarzyło mi się raz występować wystąpić w roli więźnia marynarki. Mają tak paskudne żarcie, że chyba nawet Luffy by tego nie tknął. Udało mi się uciec jak tylko zawinęliśmy do portu, na szczęście nie chciało im się tracić sił na szukanie kogoś kto nie był zbyt wielkim zagrożeniem.
Idąc po pokładzie starałem się zobaczyć gdzie są wcześniej przeze mnie wspomniani trzej strażnicy. Jeden pod głównym masztem i ewidentnie śpi, drugi przechadza się w tę i z powrotem po całym statku. Martwi mnie tylko to, że nigdzie nie widać ostatniego z nich. Znając moje szczęście to gdy unieszkodliwię strażnika, on pojawi się w drzwiach naprzeciwko. Czeka mnie ciężka decyzja. Albo iść i ryzykować, albo poczekać chwilę i się upewnić że strażnik nie wróci. Cóż, w swej niezmierzonej głupocie stwierdziłem, że „do odważnych świat należy" i postanowiłem zająć się strażnikiem od ręki. Jednak tym razem nie mogę poprzestać na pozbawieniu przytomności. W końcu zrobię to, w czym jestem najlepszy – cicho zlikwiduję cel. Korzystając z chwili gdy strażnik odszedł kawałek od mojej pozycji szybko schowałem się za jednym z dział na pokładzie, znajdującym się na trasie jego patrolu. Chyba. Teraz wystarczy tylko siedzieć cicho.
10 minut później
Na pewno będzie tędy przechodził. To tylko kwestia czasu. Cierpliwości, Arkay.
10 minut później
Jeżeli za pięć minut nie będzie tędy przechodził to chyba będę musiał zastosować inną taktykę.
5 minut później
Mam dość. Siedzę tutaj już z pół godziny, i jeszcze jegomość strażnik nie raczył ruszyć tutaj swojego dupska. Kogo ci ludzie biorą do tych załóg?! Cóż, jakbym miał prawo ich osądzać będąc członkiem załogi w której skład wchodzi . gadająca sterta kości, szop lub renifer będący przy okazji lekarzem, wiecznie palący erotoman, szermierz z trzema mieczami, niebiesko włosy cyborg z klatką piersiową dwukrotnie dłuższą niż jego własne nogi chodzący w koszuli i kąpielówkach, i człowiek guma. Taaaaa, normalna załoga.
Cóż, naczekałem się i nic z tego nie wyszło. Postanowiłem (bardzo inteligentnie zresztą), że wychylę się bardzo szybko. W końcu strażnika tu nie ma, poszedł gdzieś sobie. Wstałem na równe nogi, i pierwsze co zobaczyłem, to strażnik idący w moim kierunku.
- CO DO K…GHRRRRRHhhh… - zaczął wartownik, lecz nie dokończył gdyż zrobiłem użytek ze swoich noży do rzucania. Wystarczył jeden w gardło. Cóż, niezbyt przyjemna śmierć ale nie miałem czasu aby wycelować lepiej. Z głuchym łoskotem upadł na ziemię. Rozejrzałem się na szybko, i stwierdziłem że strażnik przy maszcie jak spał tak śpi, i nikt inny mnie nie widział. Niewiele myśląc przerzuciłem sobie martwego łowce niewolników przez ramię. Wspaniale. Dzisiaj kupione ubranie, i już do prania. Arkay, kiedy ty w końcu zaczniesz myśleć? Zaniosłem go tam, gdzie ukrywałem się wcześniej. Teraz on sobie poczeka. Pierwsza część planu wykonana, teraz muszę uratować Nami. Nie myśląc dużo wszedłem do środka okrętu.
Szedłem ostrożnie, nie czyniąc żadnego dźwięku. Dokonałem „na oko" szybkich rachunków, przewidywań, czy też pobożnych życzeń. Jak zwał, tak zwał. Zakładałem ilość ośmiu strażników w stanie używalności, z czego na ten moment dwóch nadaje się do wymiany. Jeden zdecydowanie. Kolejny spał. Zaniepokoił mnie tylko ten jeden co zniknął mi z oczu. Oby nie znalazł tego martwego, bo będzie problem. Dało mi to ilość jeszcze prawdopodobnie czterech strażników, gdyż ten „zaginiony" wszedł w drzwi po drugiej stronie statku. Z oddali dochodziły mnie krzyki załogi, które sądząc po treści i formie potwierdzały moją teorię o trwającym właśnie piciu. Postanowiłem nie wychodzić z cienia i być możliwie cicho. Potem naszła mnie szybka myśl – postanowić mogę sobie wszystko, gorzej z wykonaniem. Nie wiem dlaczego to pomyślałem. Może to moje wahania nastrojów – w jednej chwili jestem (w mojej opinii) wspaniały, a potem nagle twierdzę że nic nie umiem. Myślę jednak, że większą rolę w tym odegrał doskonale oświetlony korytarz i deski skrzypiące pod nogami. Zaistniała sytuacja bardzo mnie poirytowała, i nie zastanawiając się nad logiką mojego stwierdzenia postanowiłem sobie, że nie będę już sobie nic postanawiał.
Pędząc z niewyobrażalną prędkością 2 metrów na minutę począłem się skradać. Jak na razie niemal wszystko idzie po mojej myśli, teraz wystarczy tylko z tego co pamiętam z konstrukcji okrętów marynarki na najbliższym przecięciu korytarzy skręcić w lewo i gdzieś tam będzie zejście na niższy pokład gdzie z reguły trzyma się więźniów. Tam też będą najprawdopodobniej strażnicy. Ciężko będzie ich obejść.
20 minut później
Bez większych przeszkód doszedłem do zejścia pod pokład. Teraz muszę być szczególnie ostrożny – drabinka, po której zejdę może być strzeżona. Muszę na początku jak najciszej podnieść klapę ją blokującą i rozejrzeć się czy nie ma czasem na dole strażnika.
Po chwili klapa została już otwarta. Strażnik niestety był, lecz z zadowoleniem stwierdziłem że na tym poziomie jest znacznie ciemniej, i będę mógł wykorzystać swoje główne atuty – krycie się i szybkość. Dodatkowo przyda się moja nowa czarna yukata. Strażnikiem postanowiłem zająć się w sposób co najmniej niekonwencjonalny. Z racji tego, iż znajdowałem się około półtora metra nad nim po prostu zeskoczyłem przez klapę prosto na niego. Rękojeścią noża uderzyłem go z całej siły w kark wykorzystując impet upadku. Sposób niewątpliwie zadziałał – jedyne odgłosy które zostały wydane to cichy jęk strażnika, który zanim zdążył zdobyć się na więcej stracił przytomność i cichy łoskot bezwładnego ciała obijającego się o podłogę. Leżąc na strażniku postanowiłem przez chwilę się nie ruszać, i uważnie nasłuchiwać. Po jakichś trzydziestu sekundach stwierdziłem że wszystko jest w porządku, i zacząłem się zastanawiać co zrobić z tym nieprzytomnym nieszczęśnikiem. Ulokowałem go w cieniu bezpośrednio za drabinką, wśród kilku skrzyń nie powinien więc rzucać się w oczy. Za bardzo. Na wszelki wypadek wziąłem ze sobą jego kordelas – nigdy nie wiadomo kiedy może się przydać dodatkowa broń.
Jestem już w połowie drogi. Teraz muszę dojść do cel, wydostać Nami, i spi…yyy… wyjść grzecznie i w ciszy z tego statku…
Dobra, i to by było na tyle. Następny rozdział postaram się dać jak najszybciej, ale ostrzegam – nic nie jest przygotowane. Najpierw muszę wszystko wymyśleć, co nie ukrywam nie jest moją najlepszą stroną ;]
No i najważniejsze – RECENZUJCIE, DAWAJCIE SUGESTIE, KRYTYKUJCIE.
Nie chcecie pisać recenzji? Napiszcie PW. Odpowiem, wytłumaczę się ładnie i prawdopodobnie wezmę kilka podrzuconych pomysłów ;]
P.S.: Piwo dla tych, którzy widzą nawiązania do gier z serii The Elder Scrolls (jak chociażby imię głównego bohatera – Arkaya. Jest to jedno z dziewięciu bóstw Kultu Tamriel, czy „Tomy Pelagiusa" które nawiązują do książki „Obłęd Pelagiusa" z Morrowinda i Obliviona. Jest jeszcze jedno nawiązanie do Daggerfalla. Staram się unikać Skyrim – nie zrozumcie mnie źle, gra bardzo dobra, ale mimo wszystko wolę starego dobrego Morrka i Obka ;]).
