No, to dojebałem proszę państwa. Gdy Arkay przedstawiał się Słomianym stwierdził że u Białowąsego służył przez rok, podczas gdy w prologu był to tylko miesiąc. Cóóóóóóż… Nie poprawiam tego – niech to będzie wieczne świadectwo mojego nieskończonego lenistwa, że nie chciało mi się sprawdzić.

Rozdział III

Było już około drugiej w nocy. O tej porze roku w tych okolicach zaczyna świtać o piątej, więc mam jeszcze całe trzy godziny na wykonanie swojego planu. Powinno się udać, pomyślałem skradając się ciemnym korytarzem. Po obu stronach dało się dostrzec zarysy drzwi. Zapomniałem, że na poziomie cel znajdują się także kwatery członków załogi – przynajmniej tych niższych stopniem. Przeceniłem swoje umiejętności dedukcji – zza jednych, na wpół otwartych drzwi z głębi przejścia dochodziły głośne śmiechy. Policzyłem głosy, przynajmniej pięć osób. Źle. To jedyna droga do cel. Zacząłem ważyć swoje opcje. Jedną było jak najcichsze podejście do drzwi, i domknięcie ich – potencjalnie dobry pomysł, jednak jest zbyt duże prawdopodobieństwo skrzypnięcia drzwi lub tego, że obecni tam ludzie wiedzą że drzwi są na wpół otwarte. Drugim „pomysłem" na jaki wpadłem było wejście do pomieszczenia, i zabicie wszystkich w środku. Pomyślałem, że mimo wszystko lubię swoje życie i zastanowiłem się nad innymi opcjami. Po oddaleniu kilku ambitniejszych i innych trochę mniej sprytnych pozycji postanowiłem że moim najlepszym wyjściem jest przylgnięcie do przeciwległej ściany korytarza, i przejście obok drzwi kajuty zmawiając ciche modlitwy o miłą zabawę obecnych tam ludzi aby nie zwrócili czasem uwagi na przemykający na zewnątrz cień.

Okazało się, że moje modlitwy poskutkowały wręcz doskonale. W pomieszczeniu było osiem osób, z czego trzy dosłownie nieprzytomne od ilości wypitego alkoholu, a reszta wyraźnie dążyła do tego aby dołączyć do swoich kolegów w stanie nad wyraz niewyraźnym. Dało się to z łatwością rozpoznać po tym, gdy jeden z tych bardziej przytomnych przy stole zauważył mnie, głośno czknął, głupio się zaśmiał, i zawołał do reszty bardzo trzeźwo: „aszenaebaem… duchy widze". Reszcie obecnych sił starczyło tylko na potrząsanie głowami. Na takich statkach to ja mogę się skradać choćby i cały dzień. Noc, znaczy się.

Jeżeli pamięć mnie nie myli, to za najbliższym załomem powinienem już zobaczyć drzwi do cel. Tym razem pomyłki nie było – już po chwili wychylając się zza rogu zobaczyłem upragnione drzwi. Potem mniej upragnioną lampę przy nich. Potem najmniej upragnionego strażnika. Od momentu unieszkodliwienia lub zabicia go musiałem działać szybko. Nie było gdzie ukryć ciała, a widok zwłok lub nieprzytomnego, zakrwawionego człowieka leżącego na środku korytarza prowadzącego do cel raczej rzadko kiedy nie wzbudza podejrzeń. Z tego też powodu bardzo martwiłem się ewentualną zmianą warty. W takim wypadku Nami będzie miała w celi towarzysza. Raczej słaba pociecha.

Zacząłem oceniać sytuację – jeden strażnik przed drzwiami, najprawdopodobniej zamkniętymi. Przynajmniej dwóch dalszych w środku. Nie powinno być trudno. Znowu delikatnie wychynąłem zza rogu. Do tego przy drzwiach dzieli mnie kilka kroków. Pokonanie tego zajmie mi około sekundy. Jeżeli pójdzie sprawnie, to nie zdąży zareagować. W ciszy delikatnie wyjąłem jeden ze swoich bliźniaczych zakrzywionych noży. Korzystając z zasłony ściany i lekkiego cienia panującego za mną zacząłem obserwować strażnika. Jego prawa ręka spoczywała cały czas na rękojeści wetkniętego za pas falchionu. Wystarczy tylko że na chwilę przeniesie uwagę na coś innego i to da mi niezbędny czas.

Jak na zawołanie strażnik zaczął ziewać. Prawa ręka powędrowała do góry zasłaniając usta, a na wpół przymknięte oczy dały mi wystarczająco dużo czasu na zrobienie tego co chciałem. Jak najszybciej wybiegłem zza rogu, wydawało się że do ostatniej chwili nie będzie świadomy mojej obecności. Dwa kroki. Wzrokiem odszukałem miejsce w którym powinno być serce, i wraziłem tam nóż. Zanim jednak dosięgnął on tkanki moja druga ręka wykonała drugą część wyuczonego dawno manewru i powędrowała w kierunku gardła aby zdławić ewentualny krzyk. Ostrze aż po rękojeść pogrążyło się w ciele a ręka zacisnęła się na krtani. Strażnik nie wydał nawet jednego odgłosu, oprócz stłumionego chrząknięcia. Delikatnie opuściłem bezwładne ciało na ziemię. Zacząłem najmniej przyjemną część mojej pracy – przeszukiwanie ofiar. Zacząłem od kieszeni w koszuli. Znalazłem to, czego się obawiałem – zakrwawioną fotografię. Była na niej rodzina mojej ofiary i ona sama. Mąż, żona, i dwoje dzieci. Właśnie dlatego nigdy nie lubiłem przeszukiwać zabitych przeze mnie ludzi. Znajduje się wtedy dużo rzeczy osobistych.

Prawdę mówiąc nie mam nic przeciwko zabijaniu, gdyby tak było z całą pewnością nie uczyłbym się fachu skrytobójcy, ale nie jestem zbyt szczęśliwy wiedząc że osoba którą zabijam ma kogoś komu na niej zależy i czeka na jej powrót. „Biedny sukinsyn…" skwitowałem kiwając głową z lekkim smutkiem. Cóż, nikt mu nie kazał zaciągać się na statek. Dalej nadeszła pora na kieszenie spodni. Portfel ominąłem szerokim łukiem – wystarczy mi wiedzieć jak wyglądają jego dzieci, nie mam zamiaru dowiadywać się też jak się nazywa. Dopiero w kolejnej kieszeni znalazłem to, czego szukałem – klucza do drzwi naprzeciwko mnie. Dopiero teraz zaczynała się prawdziwa zabawa – nie wiedziałem w końcu ilu strażników tam na mnie czeka. Miałem nadzieję na dwóch, ale nie mam czasu na bezsensowne głowienie się. Plan jest prosty – wchodzę do środka i zajmuję się wszystkimi wewnątrz. Wyjąłem „pożyczony" kordelas zza pasa, a w drugiej ręce trzymałem jeden ze swoich noży do rzucania. Ilu by ich nie było, będzie o jednego mniej po rzucie. Powoli wsunąłem klucz do zamka, i nie czyniąc najmniejszego odgłosu otworzyłem go. Teraz zostało tylko oczyścić pomieszczenie przede mną i uwolnić Nami. Upewniłem się tylko jeszcze, w którą stronę otwierają się drzwi. Ostatni, głęboki wdech i ruszam. Teraz!

Dokładnie wymierzonym kopnięciem wyważyłem drzwi (O.A: Ciekawostka: aby wyważyć drzwi podstawą jest naparcie na nie całym ciałem przy użyciu silniejszej nogi. Najlepiej siłę skierować na piętę. Nie można kopać w zamek który sam w sobie jest wytrzymały – należy kopnąć trochę obok, i nigdy, NIGDY nie staraj się wyważać ich ramieniem chyba, że nie ma innego wyjścia. Inaczej będzie cię to bolało. Bardzo. Sprawdzałem na sobie. Kocham pracę w PSP ;]). Szybki rzut okiem – jest ich czterech. Wszyscy siedzą przy stoliku grając w karty. Ten siedzący najdalej i odwrócony przodem do mnie najszybciej zareagował, i próbował wstać. To go zgubiło – szybki rzut nożem w biegu i bezwładnie osunął się na podłogę, martwy. W niecałą sekundę później kordelas trzymany przeze mnie w ręce pogrążył się ciele najbliżej siedzącego względem mnie przeciwnika raniąc go poważnie, i wykluczając z walki, która zaraz się rozpocznie. Dalszych dwóch strażników zdążyło już wstać i otrząsnąć się z pierwszego szoku. Nadeszła najmniej lubiana przeze mnie forma aktywności pirackiej – walka na miecze, lampy, pochodnie, krzesła, koty, deski, brony, bazooki, i cokolwiek komu wpadnie w ręce. Szykując się na ciężką przeprawę (w końcu szermierka nie jest moją specjalnością, staram się tylko sprawiać pozory) spojrzałem na swoich przeciwników. W ich oczach dojrzałem zaskoczenie zmieszane z wściekłością.

- Yyyy… cześć? – zacząłem inteligentnie.

- Kim ty u kurwy jasnej jesteś?! Zabiłeś Allana! Jak mogłeś!? Obedrę cię żywcem ze skóry, wygarbuję, oderwę łeb, i naszczam w szyję! Potem pokroję cię na drobne… - i tu zaczął wymieniać liczne rzeczy które mi zrobi. Muszę powiedzieć że nieco mi zaimponowała jego systematyczność, znajomość anatomii, i konsekwencja z którą opisywał kolejne dzieje mojego biednego martwego ciała. Miał też doskonałą pamięć, bo nigdy nie zrobi mi niczego dwa razy. Szkoda, numer z wykopaniem resztek moich zwłok z dna morskiego, wypatroszenie ich, spalenie na stosie, nakarmienie mojej matki (która została już przez niego wcześniej w trakcie tej tyrady zabita) moimi wnętrznościami, i rozsypanie moich prochów w kiblach na Impel Down całkiem mi się podobał. Już chciałem zacząć spisywać notatki, gdy przypomniałem sobie jedną rzecz – nie mam czasu. Najgorsze jest to, że wcale nie przestał. Musiałem sięgnąć po argument ostateczny. Skoncentrowałem całe swoje siły umysłowe na wymyśleniu szybkiej, dobrej i sprytnej odpowiedzi. Otworzyłem usta i powiedziałem odważnie:

- Taaaaaa. No chyba ty. –Majstersztyk. Cóż za elokwencja.

- Gówniarzu! Chyba nie wiesz do kogo mówisz! – wtrącił drugi.

- Nie. – Odpowiedziałem zgodnie z prawdą.

- Jesteśmy wesołą kompanią łowców niewolników pod dowództwem kapitana Lovely'ego! – Wykrzyknął pierwszy z wyraźną dumą wskazując na średniej wielkości portret na ścianie. Po zobaczeniu ich kapitana tylko jedno pytanie cisnęło mi się na usta.

- Sądząc po wyglądzie waszego kapitana mogę powiedzieć, że łączy was „głęboka" przyjaźń, co chłopaczki? – zapytałem się niedowierzająco.

- NIE! – odpowiedzieli dziwnie szybko moi przeciwnicy. Nie mogłem się oprzeć pokusie i mówiłem dalej, nieco pewniej.

- Cóóóóóóóż, to by wyjaśniało reakcję na śmierć „przyjaciela". ~Alla-lala-na. – Wyśpiewałem to imię. Widocznie dla tego bardziej wygadanego pirata z zawodu a kata z hobby było już tego za dużo. Rzucił się na mnie z krzykiem na ustach, mordem w oczach, i pustką we łbie. Łatwo można było się domyśleć jak to się skończy. Oczywiście, że prawie odciął mi rękę. Skontrowałem go szybkim cięciem z góry, i krzyknął z bólu. Upuścił miecz, złapał mnie za nogę i bił pięścią w łydkę płacząc i krzycząc „Zabiłeś Allana!". Nie wytrzymałem. – PRZECIEŻ CIĘ KURWA LEDWO DRASNĄŁEM! – krzyknąłem głośno, cały czas wściekły na to, że dałem się wcześniej tak zaskoczyć.

Dziwnym sposobem paniczne krzyki i łkanie ustały. Nastąpił moment konsternacji, „ciężko ranny" wstał i podniósł swój miecz. Po chwili obaj moi przeciwnicy zaczęli mnie atakować. Tym razem normalnie. Muszę powiedzieć, że byli zgrani bardzo dobrze. Pierwszy zaatakował mnie szerokim cięciem wymierzonym w głowę. Gdy podniosłem kordelas, aby sparować uderzenie kątem oka zauważyłem jak drugi zachodząc mnie od prawej strony ciął w korpus. Ostrze zahaczyło o skórę na moim bok, i tylko dzięki szczęściu uniknąłem poważnego zranienia lub śmierci. W ostatniej chwili uskoczyłem. Mierząc wzrokiem swoich przeciwników uśmiechnąłem się, cicho gwizdnąłem pod nosem i kiwnąłem głową pokazując że niemal mnie mieli. Miałem w tym jeden cel, sprawić wrażenie że zranili mnie tylko dlatego bo ich zlekceważyłem i podkopać ich pewność.

Dodatkową siłę mojemu zabiegowi dodaje mój nietypowy styl walki. Zwyczajni szermierze posługujący się jednym mieczem trzymają go w dwóch rękach. Ja z kolei używam do tego celu tylko mojej silniejszej, lewej ręki. Z reguły w prawym rękawie mam doszyty mały uchwyt na nóż, abym mógł w dowolnym momencie zaskoczyć przeciwnika. Oczywiście jeżeli moje ubranie mi na to pozwala. Dlatego staram się, aby miały one przynajmniej jeden dłuższy rękaw. Inną sprawą są też techniki. Większość ludzi po prostu wykrzykuje ich nazwy – ja nie pozwalam przeciwnikowi na luksus posiadania wiedzy o moim ataku. Przez całą walkę staram się milczeć, i wręcz świecić skupieniem i pewnością siebie. W końcu nic tak nie wyprowadza z równowagi jak milczący przeciwnik. W sytuacjach takich jak obecna kieruję się jedną zasadą – bez świadków. Jeżeli ktoś mnie widział, to ginie. Są też inne powody nie posiadania nazw technik. Jednym jest schematyczność. Dochodzi do tego, że zaczynasz planować dokładnie swoje walki. Taktyka dobra na krótką metę. Jednak gdy musisz walczyć z kimś bardziej doświadczonym, co w tym świecie z reguły jest synonimem słowa „lepszy" musisz postawić na zaskoczenie. Drugim powodem są względy czysto praktyczne – skradasz się dwie godziny. Widzisz jedynego strażnika, który broni dostępu do twojego celu. Zabijasz go wykrzykując nazwę techniki i zwracasz na siebie uwagę. Czasem zdarza się, że twój przeciwnik jest szkolony w drodze Haki, więc wykrzyknięcie techniki bywa dla ciebie śmiertelne. Dopiero teraz sobie uświadomiłem, że oszukanie użytkownika Haki jest stosunkowo łatwe jeżeli wyciszysz swoje emocje i nie będziesz darł japy podczas ataku.

Świadomość tego wszystkiego znacznie pomaga w nabraniu pewności podczas walki. Widocznie dosyć lekceważąca – w mniemaniu moich przeciwników – postawa ich rozdrażniła. Jeden z nich zacisnął dłonie na rękojeści swojego miecza i ruszył do ataku. Dosyć sprytnie zresztą, muszę przyznać. Widać, że jest niezły. Pchnięcie wymierzone w korpus niemal mu wyszło. Musiałem przepuścić go przez gardę i wykonać piruet. Zapomniałem tylko o jednej ważnej rzeczy – nie robi się piruetu w ciemno jeżeli walczysz z więcej niż jedną osobą. W połowie wykonywanego manewru znacznie obniżyłem pozycję. Jak się okazało słusznie – miejsce w którym wcześniej była moja głowa zostało przecięte kordelasem. Ostrze musnęło mnie po włosach odcinając ich część. To mnie poważnie zirytowało. NIKT nie ma prawa dotykać moich pięknych, długich, czarnych włosów. Tyle czasu je zapuszczałem a teraz jakiś baran zrobił mi prawie tonsurę na głowie. Wyprostowałem się szybko w tym samym czasie dokańczając obrót. Sprawiało to wrażenie zaplanowanej akcji – bardzo dobrze. Zobaczyłem że przeciwnik który chciał odciąć mi głowę próbował odzyskać równowagę, w tym dostrzegłem swoja szansę. Nie myśląc wiele wyprowadziłem kontratak. Zamarkowałem szerokie cięcie z lewej strony. Przeciwnik instynktownie ułożył rękę do bloku. Ja tymczasem korzystając z jego koncentracji na tym ruchu kopnąłem go z całej siły w kolano po wewnętrznej stronie. Dało się słyszeć trzask łamanej kości. Ktokolwiek, kto wymyślił ten rodzaj obuwia musi zostać sowicie nagrodzony. Kocham metalową podeszwę. Mój przeciwnik zanim jeszcze upadł został już przebity moim kordelasem. Stal utknęła w ciele, i zanim zdążyłem go wyszarpnąć musiałem szybko odskoczyć bo ostrze miecza mojego drugiego przeciwnika niemal zaprzyjaźniło się z moją ręką co okazałoby się raczej nieprzyjemne i pozbawiłoby mnie symetrii.

Zobaczywszy, że jestem bez broni pirat uśmiechnął się szeroko. Był to taki miły uśmiech, że mogłem go tylko odwzajemnić i wysunąć swoje zakrzywione noże z pochew. W końcu coś, na czym się dobrze znam. Postawiłem na nachwyt - bardzo ofensywny styl. Szybkie, wąskie cięcia. Zero pchnięć. Szybka praca nóg, pełna koncentracja na jednym przeciwniku. Jedyny problem jest z obroną – przy korzystaniu ze zwykłego chwytu mógłbym pokusić się nawet na blokowanie, a teraz mogę tylko parować lub unikać. Nie można mieć wszystkiego, dobrze że został już tylko jeden przeciwnik...

Pora zacząć zabawę. Stoimy naprzeciwko siebie, zaczęła się walka psychologiczna – który z nas pierwszy nie wytrzyma napięcia i zaatakuje. Jestem kiepski w byciu cierpliwym, ale nie chcę atakować pierwszy bo on ma przewagę zasięgu. Chyba wiem jak mogę go sprowokować. Rozluźniłem swoją postawę i zacząłem z fałszywym perwersyjnym uśmiechem taksować go całego wzrokiem. To zawsze działa. Mało kto jest w stanie utrzymać spokój przy takim spojrzeniu. Ku mojemu zdziwieniu mój cel nie zdradzał żadnych oznak niepokoju. Cóż, widocznie muszę dodać trochę efektów akustycznych. Zacząłem niepokojąco chichotać. Bez reakcji. Cóż, myślałem że to będzie dobry pomysł. Ten człowiek ma silna wolę. Muszę to rozwiązać w trochę inny sposób. Natychmiast uśmiech zniknął z mojej twarzy, i powiedziałem:

- Mało kto jest w stanie wytrzymać to spojrz… - zacząłem mówić, lecz zaraz pirat mi przerwał.

- Nic mi nie mów. Jakbyś służył w tej załodze to tez byś się na to uodpornił. Po tym co się tutaj widuje mam wrażenie że tracę swoje człowieczeństwo. – powiedział mój przeciwnik z bólem w głosie.

- Hmm? – zdziwiłem się.

- Kapitan. Widzisz jego portret. Resztę sobie dopowiedz.

- Och. – I w tym momencie moja niezwykle bogata wyobraźnia stymulowana dziwnym wyglądem ich kapitana (wyglądał trochę jak dziecko Emporio Ivankova i Bon Kurei'a. Dziedziczył raczej najgorsze cechy wyglądu swoich rodziców.) zaczęła działać i dała nad wyraz straszny efekt. Czasem przeklinam swój umysł. Już po trzech sekundach znajdowałem się w stanie szoku. – Nie. Nie. Nie. Nopenopenopenope.

- Właśnie. – Powiedział ze zrezygnowaniem strażnik, a w tym czasie ja próbowałem wyrzucić te obrazy ze swojej głowy. Taaaak... już widzę te długie godziny które spędzę pod prysznicem siedząc w kącie kabiny i cicho łkając. Dopiero po chwili byłem w stanie zaufać sobie na tyle, aby coś powiedzieć.

- Współczuję, ale w takim wypadku czemu porwaliście Nami?

- Kogo? – zapytał zdziwiony strażnik.

- Dziewczyna? Ładna? Pomarańczowe włosy? – Zacząłem od ogółów, potem przeszedłem do rzeczy ważniejszych -Wieeeeeelkie cy… Duży obwód klatki piersiowej? – poprawiłem się szybko, bo nie wiedziałem czy Nami mnie czasem nie słyszy, w końcu byłem blisko jej celi.

- Aaaaa. Spodobała się jakiemuś oficjelowi z wyspy, i ten nas najął. Zresztą dziwisz się? – zapytał rozmarzonym głosem mój przeciwnik, i przez chwilę kontemplowaliśmy razem w ciszy osobę pani nawigator. Niestety, czas naglił.

- Wiesz że porwaliście jedną ze Słomianych? Na pewno chcecie z nimi walczyć? – Zapytałem mając nadzieję na to że przeciwnik przemyśli swoją sytuację.

-Ups. Cóż, rozkaz to rozkaz. – Odpowiedział zrezygnowany strażnik, i zacisnął ręce na mieczu.

Postanowiłem już nic nie mówić i przygotować się do obrony. Pirat, tak jak się spodziewałem zaatakował pierwszy. Postawił na szybkie, wąskie cięcia – widocznie wiedział, że użytkownicy noży łatwo wykorzystywali wszelkie luki. Muszę powiedzieć że nie spodziewałem się takiego poziomu umiejętności u zwykłego strażnika. Na szczęście miecz nie jest przystosowany do walki na tak krótkim dystansie, więc szybko zyskałem przewagę i siły przeciwnika zaczynały się wyczerpywać. W końcu popełnił ten jeden, jedyny błąd który pozwolił mi na zakończenie walki. Spróbował desperackiego pchnięcia, wkładając w nie resztki sił, gubiąc przy tym tempo pracy nóg i idąc za ciosem ciężarem ciała. Sparowałem to uderzenie na stronę, wykonałem szybki pół-piruet i drugi nóż wraziłem mu w plecy. Teraz nie miał już szans – następny, bezlitosny atak zakończył definitywnie tę walkę. Lewą ręką, przy użyciu rękojeści noża uderzyłem go ze znaczną siłą w odsłoniętą skroń zabijając go natychmiast. Dysząc ciężko rzuciłem okiem na tego, którego raniłem lecz i ten już nie dawał znaku życia.

Po przeszukaniu ciał i odzyskaniu broni znalazłem klucz do celi Nami i notatkę, najwyraźniej od kapitana. Schowałem ją w bezpiecznym miejscu przy pasie, i poszedłem w kierunku celi gdzie była Nami. Teraz tylko trzeba stąd uciec…