Rozsiadł się wygodnie pod dużym, rozłożystym klonem, rosnącym na uboczu parku. Upatrzył sobie to miejsce jak tylko zaczęli wypuszczać go na zewnątrz. Nie był tutaj przez nikogo widziany – przynajmniej nie bezpośrednio, bo kamery na szczycie, otaczającego park muru, trudno było nie zauważyć – i przez nikogo niepokojony. Był sam, nareszcie. Jakoś nie czuł szczególnej potrzeby integracji z innymi rezydentami tej jakże uroczej placówki. Wystarczyło, że musiał brać udział w tych wszystkich grupowych zajęciach, terapiach i rozmowach. Jakby kiedykolwiek, komukolwiek emocjonalny ekshibicjonizm w czymkolwiek pomógł. No dobra, może komuś to pomaga. On się czuję tylko jeszcze bardziej upokorzony.

Wyciągnął papierosy – chwała niebiosom, że pozwalali chociaż na taką używkę – i zapalił – niestety mógł palić tylko podczas przerw na zewnątrz, bo przed wejściem do środka musiał oddać zapalniczkę. Oczywiście nikotynowy dym nie mógł się równać do żadnego prochu, ale cóż na bezrybiu i rak ryba. Zaciągnął się powoli, z lubością, przymykając oczy, i równie powoli wypuścił dym. Nie wiał wiatr, więc szary obłok utrzymywał się dłuższą chwilę w powietrzu, by w końcu się rozpłynąć. Było to na swój sposób uspokajające. Niektórzy lubili patrzeć sobie w ogień, inni słuchać szumu wody, a on lubił patrzeć na ulatujący dym papierosowy. To i bujanie się na huśtawce. Z bujaniem sam nie wiedział skąd to się wzięło i miał nadzieję, że nie miało to nic wspólnego z jakąś chorobą sierocą. Tutaj nie było huśtawek, więc został sam dym.

Wypuścił kolejna smużkę, tym razem cienką, przez ściągnięte – jakby chciał dać komuś buziaka – usta. Zachichrał się pod nosem i zaraz pokręcił głową. Źle z tobą Kurosaki, skoro już się śmiejesz z samego siebie, pomyślał, zaciągając się po raz kolejny. Przymknął oczy i oparł głowę o drzewo. Był jeden z tych pierwszych naprawdę ciepłych, wiosennych dni, gdy już czuć w powietrzu jakąś świeżość. Pewnie w normalnych warunkach myślałby już powoli o zbliżającej się sesji na studiach – zwłaszcza, gdyby chciał znowu zdobyć stypendium naukowe – może by wyszedł ze znajomymi posiedzieć w parku, wypić jakieś piwko, zagrać w karty na świeżym powietrzu. W normalnych warunkach.

- Sorry, myślałam, że wolne – odezwał się kobiecy głos obok niego.

Odetchnął głębiej - to tyle jeżeli chodzi o jego oazę spokoju - i spojrzał na przybyłą. Nie kojarzył dziewczyny, ale to akurat nie było niczym dziwnym, bo nie zawracał sobie zbytnio głowy innymi ludźmi. Chociaż ją mógłby akurat zapamiętać. Nie za wysoka, chuda – jak większość dziewczyn w tym miejscu – blada – też nic szczególnego – z rozpuszczonymi, ciemnymi włosami do ramion, które, teraz jak stała pod słońce, wydawały się lekko fioletowe. Miała na sobie jakiś rozciągnięty, beżowy sweter i przetarte jeansy. Jednak to co niewątpliwie zwracało uwagę, to jej oczy – duże i w kolorze czystego, jasnego bursztynu. Uśmiechała się, bynajmniej nie przepraszająco, czy niepewnie. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że właśnie lustrowała go tak samo jak on ją, sądząc po jej minie wyszedł pozytywnie. Nie był pewien, czy powinien się z tego cieszyć, czy już zacząć żałować.

- Poczęstowałbyś? - zapytała kiwając brodą w stronę, trzymanego przez niego papierosa i zaraz zaśmiała się, gdy się zawahał. - Spokojnie nie będę żebrać za każdym razem.

- Nie w tym rzecz – mruknął tylko, wyciągnął paczkę w jej stronę i odpalił, gdy już się poczęstowała. Byłoby to niemalże szarmanckie, gdyby nie to, że znajdowali się w takim miejscu.

Po jej błogiej minie, gdy się zaciągnęła, widać było, że jej też tego brakowało.

- Dziękuję – szepnęła niemalże wzruszona. - Rozumiem, że skoro zająłeś taką strategiczną pozycję – mówiła już normalnie, z powrotem z tym nieco łobuzerskim uśmiechem. - To nie masz ochoty na towarzystwo i mam dyplomatycznie spierdalać? - zapytała się, przekrzywiając głowę. Po jej tonie dało się wyczuć, że miała nadzieję na odpowiedź przeczącą.

W sumie, chyba odrobina towarzystwa mu nie zaszkodzi. Zwłaszcza, że dziewczyna wydawała się w porządku. Nie jakaś bliska załamania nerwowego, przy której trzeba uważać na każde słowo, bo się jeszcze poryczy. Wzruszył więc tylko ramionami.

- Wygonić nie wygonię – powiedział obojętnie.

Jej to wyraźnie wystarczyło, ale zamiast usiąść obok niego, chwyciła się najniższej gałęzi - z papierosem między wargami – i z ciężkim stęknięciem wdrapała się na drzewo.

- To pozwolisz, że też sobie tutaj posiedzę – powiedziała, gdy już się rozsiadła.

Jeszcze lepiej, pomyślał, wychodzi na to, że dziewczyna też szukała w miarę odosobnionego miejsca i nie będzie próbowała zabawiać go rozmową. Siedzieli więc we dwójkę, palili, a później jak papierosy się skończyły, po prostu siedzieli.

- Długo już tu jesteś? - zapytała w końcu.

- Niecały miesiąc.

- I jak tu jest? - pytała go dalej.

- Chyba dobrze – odpowiedział po chwili. - Nie wiem, nie mam zbytnio porównania.

- Yhym – mruknęła tylko, ale nie wydawała się zawiedziona jego zdawkowymi odpowiedziami.

Znowu milczeli i nie było w tym jakieś niezręczności, przynajmniej dla niego. Może powinien zapytać ją o imię, ale pewnie i tak by zaraz zapomniał – zapamiętywanie imion i twarzy jakoś nie należy do jego najmocniejszych stron. Ona chyba też się jakoś nieszczególnie spieszyła z poznawaniem jego, więc chyba wszystko było w porządku.

Nie odzywali się do siebie aż do odgwizdania końca przerwy.

- Nie będziesz miał nic przeciwko, jak będę zajmować tę gałąź częściej? - zapytała, jak szli w stronę budynków ośrodka.

Wzruszył ramionami.

- A co ja? Wykupiłem to miejsce? - mruknął. - Siedź sobie, gdzie tam chcesz.

- Byłeś pierwszy. Chciałam być miła – powiedziała, udając nieco obrażoną. - To się nazywa kultura, wiesz?

- Kultura? - Uniósł brew, uśmiechnął się półgębkiem. - Wybacz za trudne słowo jak dla mnie. Nie wymagaj ode mnie zbyt wiele, dziewczyno.

Prychnęła pod nosem rozbawiona i wyciągnęła do niego rękę.

- Senna – powiedziała, patrząc mu w oczy.

Również spojrzał jej w oczy i stwierdził, że bardzo mu się podobają. Mimo bladej skóry, opinajacej kości policzkowe i szarych cieni pod nimi, miały w sobie coś ciepłego. Ta dziewczyna się nie poddała. Uśmiechnął się mimowolnie i uścisnął drobną dłoń.

- Ichigo.

- Słodko.

Warknął pod nosem. Jak on nienawidził aluzji do swojego imienia.

- Nie, nie chodzi o tą cholerną truskawkę!

- Nie? - jęknęła zawiedziona. - Szkoda. Strasznie lubię truskawki. - Mrugnęła rozbawiona i pobiegła w stronę wejścia.

Chciał już coś za nią krzyknąć, ale sobie darował. Może nie będzie tu aż tak źle, jak do tej pory.

Senna faktycznie zaczęła przesiadywać razem z nim i co ciekawe, jak tylko ktoś próbował się do nich dosiąść przeganiała go z werwą lwicy pilnującej młodych. Może on nie był za bardzo terytorialny, za to ona widać nie lubiła nieproszonych gości. Zazwyczaj po prostu siedzieli i wspólnie milczeli. Czasem jeszcze palili – Senna tak, jak obiecała nie zawsze żebrała, zaczęła przynosić własne. Jeszcze z nikim nie milczało mu się tak dobrze. Jednak po kilku tygodniach zaczynał odczuwać potrzebę zadania kilku pytań. Zastanawiał się, czy dziewczyna ma jakąś rodzinę – nigdy nie widział, żeby ktoś ją odwiedzał. Nigdy też nie spotkał jej przy telefonach – jego też przez ten czas nikt nie odwiedził, ale on za to często dzwonił, miał nadzieję, że oddadzą mu niedługo komórkę. Albo dlaczego w ogóle zaczęła i jak to się stało, że tu wylądowała. Chyba chciał ją poznać.

- Co brałeś? - zapytała sennie pewnego gorącego, letniego po południa.

Żar lał się z nieba i już kilka osób próbowało wykorzystać cień, jaki dawał ich klon, ale teraz to oboje skutecznie odpędzali intruzów. Ichigo leżał na trawie, zdjął nawet buty i koszulkę, którą podłożył sobie pod głowę. Senna, jak zwykle zajęła miejsce na drzewie, tym razem leżała na brzuchu, oplatając konar nogami i rękoma. Zdawał sobie sprawę z tego, że ma doskonały widok, na jego gołą klatę, ale nie za bardzo się tym przejmował.

- Zaczęło się od zioła, nic oryginalnego – mruknął równie sennie, nie otwierając oczu. - Później była krótka przygoda z przyprawą, ale jakoś do mnie nie przemówiła. Następne było gigai i powiedzmy, że była to miłość od pierwszej jazdy. A na końcu było Hougyoku, no i w sumie przez nie tutaj trafiłem.

- Burżuj – powiedziała z zazdrością. - Mnie nigdy nie było stać na takie dobroci. To Hougyoku jest naprawdę takie dobre, jak mówią?

Zastanowił się przez dłuższą chwilę. Przypomniał sobie to poczucie siły, mocy i świadomość, że mógł i potrafił wszystko.

- Jest – powiedział w końcu. Otworzył jedno oko i zerknął na dziewczynę. - A ty? - zapytał, starając się brzmieć równie obojętnie, co ona, ale w sumie był ciekawy.

Podniosła głowę i oparła brodę na konarze, zapatrzyła się gdzieś w przestrzeń.

- Hmmmm zaczęło się od gałki muszkatołowej, więc dość oryginalnie. Później był kwas, ale z pieniędzmi był problem, więc przerzuciłam się na kompot. Potem była totalna improwizacja syropy na kaszel, plastry przeciwbólowe z fentanylem, tabletki na chorobę lokomocyjną.

- Tabletki na chorobę lokomocyjną? - wtrącił się nieco zaskoczony.

- Yhymmm. Leki przeciwhistaminowe mają di... - Przymknęła oczy i skupiła się chwilę. - Dimenhydryminę i dimenhydrat, które normalnie mają za zadanie blokowanie neurotransmitera – recytowała, jakby czytała z jakieś kartki. - Który przekazuje informację o różnicy ciśnień i wysokości do zmysłu równowagi i jeszcze blokuje odruch wymiotny, a jak weźmiesz tego nieco więcej to masz naprawdę złego tripa, mi na przykład wpełzały pająki pod skórę, albo raz; to było naprawdę niezłe; zaatakowały mnie wielkie bałwany bez twarzy. - Wzdrygnęła się. - Nie śmiej się! - krzyknęła oburzona, jak Ichigo zaczął się chichrać. - To naprawdę było straszne! - rzuciła w niego butem.

Dostał prosto w brzuch, ale nie przestał się śmiać.

- Przepraszam – wystękał, gdy już się nieco uspokoił. - Wierzę, że bałwany potrafią być przerażające. - Zaśmiał się jeszcze, ale już cicho i się uspokoił. - Jakieś jeszcze specyfiki z maminiej apteczki?

- Nie – burknęła widać odrobinę ugodzona. - Ale był taki z tatusiowego garażu.

Ichigo zmarszczył brwi.

- Co można takiego znaleźć w garażu? - zapytał.

- Butyroloktan – powiedziała. - A właściwie y-butyroloktan...

- Swoją drogą, jak ty jesteś w stanie zapamiętać te nazwy? - wtrącił się.

- Och mój drogi, to że ty masz problemy z trzysylabowymi wyrazami, to nie znaczy, że każdy tak ma!

Popatrzył na nią morderczo, ale nie podniósł się z trawy.

- Pamiętaj, że kiedyś będziesz musiała stamtąd zejść – powiedział tylko. - I co z tym buty coś tam?

- No w środkach czyszczących występuje, na przykład takich do felg. Strasznie ci się chcę po tym pieprzyć – ostatnie zdanie powiedziała na powrót sennym głosem.

Znowu zapadła cisza. Leżeli, słoneczko grzało – nawet ptaki nie były jakoś szczególnie skore do ćwierkania – a Ichigo stwierdził, że chce mu się pieprzyć.

Kilka dni później wypadały jego urodziny. Pewnie by o nich zapomniał i nawet nie za bardzo zatęsknił, gdyby nie wizyta. Odwiedziły go Inue i Nel z córeczką, dostał więc nieco więcej wolnego, żeby mógł spędzić z nimi czas. W sumie dziękował niebiosom, że Grimmjow nie zabrał się z dziewczynami, jakoś nie czuł się jeszcze na siłach, żeby skonfrontować się z przyjacielem. Za to ta trójka wprawiła go w naprawdę dobry nastrój. Orihime przywiozła samorobne ciasto i jak to zwykle bywało z wyrobami kuchennymi dziewczyny nie potrafił określić, czy mu to smakuje. Na pewno nie mógł powiedzieć, że było niesmaczne, ale nie mógł z czystym sumieniem powiedzieć, że jest to smaczne. Jak to określili kiedyś z Grimmim, żubrówka z fantą. Poza ciastem dostał również prezent od małej Nel. Tak, była Nelliel i Nelliel junior. Z tego co wiedział, nie wynikało to z braku wyobraźni Nel, ale podczas porodu pojawiły się jakieś powikłania, istniała możliwość, że matka tego nie przeżyje, więc po prostu nazwano córeczkę jej imieniem. Wszystko na szczęście dobrze się skończyło, ale imię zostało. Zazwyczaj, gdy obie występowały razem to do starszej zwracano się pełnym imieniem, a do młodej zdrobniale. Prezentem okazał się ulepiony z modeliny... zwierz. Chyba to miał być zwierz, zapakowany w czerwoną wstążkę. Na pewno miał rogi i był bardzo kolorowy. Słuchał z uwagą, jak Nel opowiadała o swoich poszukiwaniach prezentu idealnego i jak koleżanka pomogła z malowaniem, bo ona lepiej maluje. Uśmiechał się szczerze. Pierwszy raz od bardzo dawna czuł się po prostu szczęśliwy, jakby wszystko było normalne, jakby nic złego się nie wydarzyło.

Niestety czas na wizytę szybko minął. Dziewczyny obiecały, że odwiedzą go niebawem i spróbują tym razem zaciągnąć ze sobą Grimmjowa. Miał nadzieję, że i tym razem chłopak odmówi. Następnego dnia poszedł pod swoje drzewo razem z kawałkiem ciasta, które Inue mu zostawiła. Miał w planach poczęstować nim Sennę – a niech się dziewczyna pomęczy trochę – ale nie było jej tam, nie widział jej zresztą nigdzie w parku. Może nie miała ochoty na spacer. Tylko następnego dnia też jej nie było i kolejnego. Może się rozchorowała i po prostu leżała w łóżku. Przez chwilę zastanawiał się, czy by jej nie odwiedzić, ale po pierwsze nie wpuściliby go do kobiecej części sypialnej, a po drugie nawet nie wiedział, w którym pokoju śpi.

Gdy nie pojawiła się kolejnego dnia, zaczął podejrzewać, że po prostu została przeniesiona do innego ośrodka. Nie byłoby to znowu takie dziwne. Tylko teraz tak jakoś głupio było samemu siedzieć pod tym drzewem.

Poprosił Inue, żeby podesłała mu jakieś książki, bo zaczął odczuwać potrzebę bardziej konstruktywnego zapełnienia wolnego czasu. Obawiał się w sumie, co mu koleżanka podeśle – potrafiła mieć na prawdę dziwne poczucie smaku – ale na szczęście dostał jakąś space operę, więc nie było źle. Właśnie razem z dzielną drużyną kosmicznych najemników-piratów dokował do wielkiej stacji orbitalnej.

- Więc... - padło.

Poderwał się na równe nogi i popatrzył do góry. Ze swojej gałęzi uśmiechała się do niego Senna.

- Masz kogoś, kto na ciebie czeka – bardziej stwierdziła, niż zapytała.

Czy dobrze słyszał? Senna była zazdrosna? Aż się uśmiechnął mimowolnie.

- Czy ja wiem – odpowiedział ze wzruszeniem ramion, siadając z powrotem. - Jacyś znajomi. Rodzina mieszka w Seireitei i nawet nie wie, gdzie w tej chwili jestem. Swoją drogą chciałem cię poczęstować moim urodzinowym ciastem, ale do tej pory już się zepsuło. Gdzie w ogóle byłaś? - zapytał, odchylając głowę do tyłu.

- Miałeś urodziny? - zapytała, nie patrząc na niego. - Które?

Chyba jednak nie dowie się, co się z nią działo przez ostatnie dwa tygodnie. Cóż, jej sprawa.

- Dwudzieste drugie – odpowiedział.

- Ale z ciebie gówniarz – parsknęła.

- Noż kurwa, kolejna! - warknął. - A ty ile niby masz lat, że taka doświadczona życiowo się czujesz?

- Nie wiesz, że kobiet nie pyta się o wiek.

Prychnął zirytowany pod nosem i wrócił do książki.

- Dwadzieścia cztery – padło ciche po pewnym czasie.

- O, to pewnie wiesz to, czego nie wiedzą nawet najstarsi Indianie! - rzucił, nie przerywając czytania.

Nie otrzymał żadnej ciętej riposty z góry, więc zerknął w tamta stronę. Senna siedziała bokiem na konarze, nogi wisiały jej w powietrzu – dzisiaj miała na sobie długą sukienkę; aż dziw bierze jak jej się udało w niej na to drzewo wdrapać; - i patrzyła na niego z góry. Było w jej spojrzeniu coś intensywnego, nie potrafił określić dokładnie co.

- Dostałeś jakiś prezent? - zapytała, nie odwracając spojrzenia. Nie uśmiechała się, a to było już naprawdę dziwne.

- Yhym. Od córki koleżanki, mogę ci jutro przynieść i pokazać, jak chcesz, bo ciężko to opisać słowami. - Uśmiechnął się mimowolnie na samą myśl o tym zwierzu.

- Chcę – powiedziała krótko i zeskoczyła ze swojej gałęzi.

Sukienkę jej podwiało, a on mógł zobaczyć, że nosi ładną koronkową bieliznę. Pierwsza myśl, jaka się wtedy pojawiła, to że chciałby tą bieliznę z niej ściągnąć. Już wiedział, że dzisiaj po raz kolejny będzie się masturbował, myśląc o tej dziewczynie.

Przyniósł i pokazał jej zwierza, powiedziała, że to nie zwierz tylko diabeł ze złego tripa, ale spodobała jej się czerwona wstążka, którą był obwiązany, więc jej dał. Poprosiła, żeby zawiązał nią jej włosy. To był pierwszy raz, nie licząc uścisku dłoni na początku, kiedy jej dotknął. Miała suche i zniszczone włosy, ale nadal dla niego po prostu wspaniałe. Przeczesał je palcami raz i drugi. Niby przypadkiem musnął skórę na karku – miał ochotę ją pocałować. Zawiązał wstążkę.

- I jak? - zapytała z uśmiechem, obracając głowę to w jedną, to w drugą stronę.

- Ślicznie – odpowiedział szczerze, zanim zdążył się powstrzymać.

Zarumieniła się i uciekła na drzewo – dzisiaj nie miała spódnicy. Już nic nie mówił, po prostu usiadł na swoim miejscu i otworzył książkę. Dzisiaj milczeli.

Była noc i nie do końca był pewien, czy to wszystko był dobrym pomysłem, ale z drugiej strony nie potrafił odmówić Sennie, gdy ta powiedziała mu, że udało jej się załatwić wódkę i że wie, gdzie można ją wypić. Dlatego teraz przemykali się obok pokoju dyżurnych, by dostać się do piwnic. Zazwyczaj drzwi na dół były zamknięte, ale dzisiaj widocznie był wyjątkowy dzień. Znaleźli jakiś składzik, w którym dało się zapalić małovatową żarówkę. Siedli na odwróconych kubłach, odpędzili duchy z butelki i zaczęli pić – z gwinta i bez popity, bo za dużo dobroci też nie może być. Pili więc i rozmawiali. Ichigo opowiedział o śmierci swojej matki, o tym jak spotkał swojego obecnie najlepszego przyjaciela Grimmjowa. Jak się pobili, a jak później oboje obudzili się w szpitalu, to nie do końca wiedzieli, o co dokładnie poszło. Opowiedział, o tym jak zaatakował go, gdy był naćpany, bo za wszelką cenę, chciał mu udowodnić, że jest silniejszy.

- Pochodzi z Hueco Mundo – mówi i pociąga z butelki. - Przeżył wojnę. Przeżył jakieś straszne rzeczy, stracił na wojnie przyjaciół. A mimo to nosi głowę wysoko i żyje. A ja nie potrafiłem pozbierać się po śmierci matki. Nienawidziłem go za tę jego siłę.

Senna w żaden sposób nie komentuje, ale odwdzięcza się swoją opowieścią. O tym, że jak często bywa, zaczęło się od problemów w domu. Rodzice, którzy pracują całymi dniami i nie mają czasu dla dziecka. W ogóle się nią nie interesowali, więc znalazła sobie ludzi, którzy poświęcali jej uwagę i czas. Zaczęło się niewinnie od jakiś tanich win, później ktoś powiedział, że po gałce muszkatołowej można mieć jazdy. Wszyscy próbowali, więc ona też musiała, bo pewnie inaczej już by nie chcieli się z nią zadawać. Ale nic więcej z tego nie wynikło, ot fajna zabawa. Dopiero później, gdy ojciec stracił pracę i zaczął pić, a jak pił, to się do niej dobierał, postanowiła uciec. Włóczyła się od jednej grupy do następnej, uciekając zabrała oszczędności pochowane przez rodziców w domu, więc przez jakiś czas nie było źle, ale pieniądze szybko się skończyły. Do domu nie miała zamiaru wracać, zresztą wychodziło na to, że rodzice jej nawet nie szukali. Zaczęła się prostytucja, z której w sumie wynikł jeden pozytyw, bo właśnie dzięki klientowi trafiła tutaj do ośrodka.

- Jestem nikim – szepcze, przyglądając się pustej butelce. - Nikt na mnie nie czeka. Ja tak naprawdę nie istnieję, Ichigo – patrzy na niego niemalże błagalnie. - Myślałam, że da się zakląć rzeczywistość, że jak bardzo będę udawać, że wszystko jest dobrze, to tak właśnie będzie. Tylko po co? Dla kogo?

Ichigo pochyla się do niej, gładzi po policzku, odsuwa na bok niesforny kosmyk.

- Ja mogę na ciebie czekać – mówi. - Dla mnie istniejesz, czuję cię, widzę, słyszę.

Chwyta jej twarz w obie dłonie. Całuje, a ona po sekundzie wahania odpowiada, desperacko, uczepia się go, chwyta w palce jego koszulkę, jakby obawiała się, że zaraz zniknie. Ale on nie ma zamiaru nigdzie iść, ma zamiar całować te usta, policzki, powieki, uszy, szyję, piersi, brzuch. Ma zamiar ściągnąć te koronkowe majteczki, chce jej pokazać, że wszystko jest dobrze tutaj w jego ramionach, że on ją ochroni i uratuje przed całym złem tego świata. Nawet jeżeli wyjdzie mu to trochę nieporadnie i bez wprawy, ale przecież powinna zrozumieć w tym jak ją obejmował, jak wplatał palce w jej rozpuszczone włosy, jak ją całował i jak ją brał.

Następnego dnia Senna popełniła samobójstwo. Nigdy nikomu o niej nie powiedział, bo może faktycznie... nie istniała.


Przez cały czas, jak pisałam ten obrazek, zastanawiałam się, jak chcę to zakończyć. Myślałam, żeby nie zrobić jakiegoś takiego bardziej szczęśliwego zakończenia, ale końcem końców wyszło, jak widać. Mówię sobie, że w sumie w takim wydaniu jest to bliższe oryginałowi, ale tak naprawdę mam słabość do autodestrukcji bohaterów. Dwóch próbowało popełnić samobójstwo, tutaj jednej się udało. Wydaje mi się, że chodzi o to, że de facto nie ja takiego samobójcę uśmiercam, sam to robi, ja tylko o tym piszę. A jakbym miała na przykład do takiego bohatera strzelić, to już osobiście pociągam za spust i jakoś tak smutno mi się robi. Więc u mnie wszyscy popełniają samobójstwa na potęgę ^^"

Wena to jednak wredna sucz jest, dlaczego wciska mi do głowy takie rzeczy, zamiast pomysły na kolejne rozdziały głównego opowiadania T.T