Tym samym obrazki przechodzą na rating M. Obrazek ten powstał podczas mojego jednoosobowego babskiego wieczoru z winem, więc generalnie za niego przepraszam.

A tak poza tym, to dzikie chędożenie! :D


Otwierany zamek zgrzytnął dwa razy i po chwili drzwi się otworzyły, a do mieszkania wszedł Kensei. Rzucił kurtkę na stojącą w korytarzu komodę.

- Poczekaj tutaj – rzucił przez ramię. - Znajdę te papiery i będziesz mógł iść.

Poszedł do salonu, znajdującego się zaraz na przeciwko drzwi wejściowych i zniknął. Shuuhei, wchodząc do mieszkania za mężczyzną, zamknął drzwi i zaraz oparł się o bordową ścianę korytarza. Chciał oprzeć o nią również głowę i chociaż na chwilę przymknąć oczy. Tak na sekundkę, albo może dwie, albo całą wieczność, jeżeli szczęście by dopisało. Po przekątnej od miejsca, gdzie stał, były drzwi do drugiego pokoju i w tym wąskim prześwicie, jaki miał, mignął mu róg łóżka. Zupełnie zapomniał o słowach Kenseia i nie przejmując się nawet zdejmowaniem butów, jak zahipnotyzowany, ruszył w tamtą stronę. Im bliżej łóżka się znajdował, tym szerszy i bardziej błogi robił się jego uśmiech. Chociaż podróż była naprawdę za długa, jak na gust jego wymęczonego ciała i umysłu.

Nie zdążył zarejestrować, że czarna pościel, na którą właśnie upadał, tak jak stał, była w białe okrągłe pszczółki, bo zasnął zanim jeszcze jej dotknął.

Kensei tymczasem wyszedł z salonu, przeglądając trzymane w dłoni papiery, sprawdzając, czy są wszystkie.

- Tylko o nich nie... - urwał, rozglądając się po pustym korytarzu. - Shuuhei? - zapytał pustą przestrzeń.

Zerknął na drzwi łazienki, ale nie paliło się w niej światło. W kuchni też było pusto. Zatrzymał się w drzwiach sypialni i pokręcił głową z pobłażliwym uśmiechem. Chłopak leżał na brzuchu w poprzek łóżka – nogi od połowy łydek wystawały w przestrzeń – z rękoma rozłożonymi na boki i błogim uśmiechem na twarzy. Spał.

- Shuuhei – spróbował, ale bez wielkich nadziei na reakcję.

Oparł się o framugę i skrzyżował ramiona na piersi. Patrzył na chłopaka, nie mogąc jakoś znaleźć w sobie chęci, żeby go budzić w bardziej zdecydowany sposób. Zbyt przyjemny, zbyt dobrze znany był to widok.

Był wymęczony. Jedynie o czym marzył to bardzo szybka kąpiel i sen, bardzo długi sen. Zamknął za sobą drzwi swojego pokoju w koszarach, odwrócił się i westchnął przeciągle. Jego łóżko było zajęte. W poprzek, z wystającymi nogami, spał chłopak – wysoki, szczupły blondyn w takim samym, jak Kensei, mundurze, buty też miał na nogach. Spał, znowu w jego łóżku.

- Wypad! - wrzasnął co nieco zirytowany i kopnął podeszwę tej cholernej Złotowłosej. Kto to widział, żeby podoficer po ciężkim dniu pracy nie mógł pójść spać we własnym łóżku.

Chłopak mruknął tylko coś niewyraźnie i wtulił mocniej twarz w poduszkę. Nie dał za wygraną i kopnął raz jeszcze.

- Ale twoje wyro jest wygodniejsze – wymruczał w pościel.

- Co wy nie powiecie, szeregowy – warknął.

Jego niezapowiedziany gość, zerknął na niego ponad ramieniem wciąż nieco nieprzytomnie. Patrzyli na siebie, mierząc się wzrokiem. W końcu chłopak westchnął zrezygnowany i podniósł się z łóżka.

- Dajcie znać, jak wypoczniecie, sierżancie – mruknął przygaszony, przechodząc obok Kenseia.

Mężczyzna w ostatniej chwili złapał go za ramię i obrócił w swoją stronę. Chwycił za kark i przyciągnął do swojej twarzy. Pocałował.

- Możesz być pewny, że dam – wymruczał, patrząc prosto w błękitne oczy.

Chłopak uśmiechnął się lekko.

- Zatem miłych snów, Kensei – szepnął i skradł jeszcze jeden pocałunek z ust swojego dowódcy.

Wymknął się z pokoju, a Kensei w końcu mógł udać się na zasłużony odpoczynek. Tylko, że nagle przestało mu się chcieć spać.

Za to bardzo miał ochotę na tą cholerną Złotowłosą.

Westchnął i odłożył papiery na nocną szafkę. Podszedł do łóżka, obrócił – niezbyt delikatnie – Shuuheia na plecy, ten niezbyt się tym przejął i spał dalej. Kensei ściągnął mu buty i skarpetki, które rzucił gdzieś w kąt pokoju. Znowu go przesunął, żeby nogi chłopaka już nie wystawały. Sięgnął do paska – skoro Shuuhei ma spać w jego łóżku, to przynajmniej nie w ubraniu – odpiął go i chciał już ściągać mu spodnie.

- Co robisz? - dotarło do niego.

Spojrzał w szare oczy pod zmarszczonymi brwiami. Chłopak próbował zrozumieć chyba, co się dzieje i gdzie właściwie jest.

- Rozbieram cię – oznajmił oczywistość Kensei.

Czarna brew powędrowała do góry.

- Po co?

- Żebyś mógł pójść spać – odpowiedział cierpliwie i ściągnął spodnie, je też rzucił gdzieś w kąt.

Coś błysnęło w szarych oczach, wziął to za oznakę zrozumienia, bo chłopak już sam ściągnął swoją kurtkę, a później bluzę i... Koszulki w sumie już nie musiał ściągać, ale Kensei nie miał zamiaru go powstrzymywać; przy ściąganiu podniósł się i zaraz opadł na nagi tors łańcuszek z trzema okrągłymi medalikami.

- Ej! - krzyknął zaskoczony, gdy został chwycony za swoją koszulkę i pociągnięty w dół. - Nie byłeś przypa.. - nie dokończył, bo zamknięto mu usta pocałunkiem.

- Byłem – potwierdził Shuuhei z szerokim uśmiechem, pchając mężczyznę na łóżko i siadając mu na biodrach. - Ale jakoś mi przeszło.

Ściągnął z Kenseia koszulkę i zaraz zaczął całować zachłannie szyję, pierś, brzuch.

- Widok ciebie zdejmującego mi spodnie – mruczał, przygryzając ucho. - Uruchomił. - Przesunął językiem wzdłuż małżowiny. - Specjalny. - Przygryzł skórę na szyi. - Zbiornik. - Zachłanny pocałunek w usta. - Energii. - Wyprostował się i odpiął pasek mężczyzny. - Specjalny na tego typu okazje.

Pochylił się; medaliki łaskotały skórę; i wędrował ustami po piersi i brzuchu mężczyzny, gdy dłonie próbowały przebić się przez zapięcie spodni i ściągnąć je niecierpliwym ruchem. Uśmiechnął się, gdy poczuł palce we włosach. Ściągnął bokserki mężczyzny – ostatnią przeszkodę - i chwycił w silny uścisk na wpół nabrzmiałego członka, poruszył dłonią niespiesznie. Uśmiech tylko się poszerzył, gdy spojrzał na twarz Kenseia i napotkał jego wzrok. Był bardzo uważnie obserwowany – Kensei wpół leżał podparty na łokciu – i bardzo mu się to podobało. Podejrzewał, że tak mogą czuć się striptizerki na scenie. Nie spuszczając spojrzenia, oblizał powoli wargi; dłoń na jego włosach zacisnęła się odrobinę mocniej; i pochylił się jeszcze odrobinę, wysunął sam czubek języka, przesunął nim powoli po delikatnej, gorącej skórze, smakując i delektując się, od podstawy do samego czubka, tutaj zatoczył równie niespieszny krąg, bawiąc się, drażniąc się, by zaraz wziąć go do ust tak głęboko, jak tylko mógł – otrzymał w podzięce przeciągłe, głośne westchnięcie, dreszcz, uścisk na włosach, tak mocny, że gdyby nie miał ust zajętych innym interesem, to pewnie syknął by z bólu i mimowolny ruch bioder, domagający się więcej. Zacisnął mocniej wargi, gdy jego usta razem z dłonią wędrowały w górę i w dół, gdy język wykorzystywał każdą okazję, by podrażnić te najbardziej czułe miejsca. Jednak najwspanialsze było, gdy zaczął po prostu mało elokwentnie ssać. Z ust Kenseia wydobyło się jakieś stłumione przekleństwo i odchylił głowę do tyłu. Zaraz jednak znów spojrzał na chłopaka, pociągnął za włosy, wyzwalając się od pieszczoty jego ust i przyciągając jego twarz do swojej.

- Zabijesz mnie kiedyś – mruknął, zanim wpił się w usta Shuuheia niecierpliwie.

- Nie najgorszy sposób by umrzeć – odpowiedział, odrywając się i pchając mężczyznę na łóżko.

Podniósł się i ściągnął swoją ostatnia część garderoby. Zaraz jednak był z powrotem, ciało przy ciele, ocierającego się o siebie członki. Pochylił się do ucha mężczyzny.

- A teraz powiedz mi – szepnął z lekką chrypką. - Masz jakiś nawilżacz.

Kensei uśmiecha się szeroko, chwyta wąskie biodra i porusza nimi nieco szybciej.

- Tak – odpowiada pomiędzy pospiesznymi oddechami. - Szafka, dolna szuflada.

Shuuheiowi chwile zajmuje przyswojenie informacji, ale sięga w końcu do szafki. Tym razem to Kensei patrzy zafascynowany, jak chłopak wylewa oliwkę na swoje palce, a później podnosi się i sięga dłonią do swojego tyłka. To było naprawdę zbyt wiele, Kensei chwalił w duchu swoja niewyżyta naturę, która kazała mu się zmasturbować dzisiejszego poranka – oczywiście myślał o Shuuheiu – inaczej nie byłby pewny, czy wytrzymałby ten widok. Te poruszenia ramienia, te ruchu bioder, te westchnięcia, te przymknięte powieki i rozchylone usta. Nie czekał, aż chłopak skończy się przygotowywać, chwycił porzuconą oliwkę i nie odrywając wzroku od fascynującego widoku przed nim, wylał płyn na swojego członka, dotykając się, żeby chociaż trochę ulżyć sobie w bolesnym podnieceniu.

W końcu spojrzał na mężczyznę pod sobą, a ten odwzajemnił spojrzenie, równie pełne pożądania, co jego własne. Uśmiechnął się i powoli opuścił biodra, przy okazji biorąc w siebie twardą, drgającą męskość. Wreszcie mógł spokojnie obserwować reakcję mężczyzny. Czuł uchwyt silnych dłoni na biodrach, ale nie pozwolił przejąć im kontroli nad swoim tempem – okrutnie niespiesznym.

Tym razem to Kensei był rżnięty. To on mógł być w środku, ale nie miało to znaczenia, to Shuuhei nadawał tempo, to Shuuhei dominował, to Shuuhei się z nim drażnił. Oczywiście, gdyby chciał to z łatwością odwróciłby ich role. Ale nie chciał. Chciał być zerżnięty w ten sposób przez tego dzieciaka. Chciał patrzeć, jak poruszają się jego biodra – najpierw w tym niemalże leniwym rytmie, by po chwili płynnie przyspieszyć. Do cholery jasnej, czuł się ujeżdżany i nie miał nic przeciwko! Bo jakże mógłby mieć, gdy widział i czuł, jak wysuwa się niemal całkowicie by natychmiast na powrót schować z tym gorącym, miękkim wnętrzu, niemalże wulgarnie. Mógł wędrować swobodnie po tym absolutnie seksownym ciele, wbijać paznokcie w skórę, szczypać brązowe sutki, wsuwać palce pomiędzy rozchylone wargi, gładzić rozgrzany metal łańcuszka. A tak niewiele brakowało, by nigdy tego nie doświadczył. Wystarczyłoby nie cofnąć się ze schodów. Teraz nie za bardzo rozumiał, dlaczego w ogóle wyszedł z mieszkania za pierwszym razem. Teraz nie rozumiał, dlaczego nie wziął tego chłopaka przy pierwszej nadarzającej się okazji.

Miał coraz większy problem by utrzymać pion, więc oparł dłonie na udach mężczyzny – zacisnął na nich palce, wbił paznokcie, syku na granicy bólu, który wydobył się z ust Kenseia był ledwo świadom. Za to doskonale był świadomy, że chce więcej, mocniej, bardziej. Sam sobie nadawał zabójcze tempo. Już nie patrzył na Kenseia, ale czuł jego dłonie na swoim torsie, szyi, wargach. Chciał więcej i to już, teraz, zaraz. Chwycił jedną z dłoni – właśnie szczypała jego sutek – i nakierował na ważniejsze w tej chwili sprawy. Gdy palce zacisnęły się na jego męskości, jęknął, a gdy dłoń się poruszyła nie potrafił już się powstrzymać.

- Bogowieee – wyjęczał, gdy orgazm przejął nad nim kontrolę, gdy wszystko i wszyscy przestali się liczyć. Na sekundę, może dwie nie istniał on sam i cały świat dookoła i było to wspaniałe.

Czy nie dziwnym było, że cudze spełnienie może być aż tak podniecające? Z resztą pieprzyć to! Albo raczej pieprzyć jego. Pieprzyć Shuuheia, który właśnie osiągał swój orgazm. Jego zaciśnięte na pół sekundy mięśnie w zupełności wystarczyły. Jeszcze kilka pchnięć w to chętne ciało i sam mógł się cieszyć chwilą zapomnienia.

Obejmujące go i przytulające go do szerokiej piersi, silne ramiona, nie pozwoliły mu się podnieść – kiedy opadł sam nie zarejestrował – gładziły jego plecy czułym gestem. Uśmiechnął się mimowolnie. Było mu dobrze.

Bał się. Cholernie się bał, że znowu straci to ciepło, które go w tej chwili przykrywało, które go w tej chwili ogarniało. Nie chciał znowu tego przeżywać. Straty.

Leżeli obok siebie na dość wąskim łóżku. Shuuhei przyklejony do boku Kenseia. Kensei bawił się łańcuszkiem i trzema medalikami – próbował coś dojrzeć w świetle padającym z korytarza – w końcu zrezygnowany zapalił lampę stojącą na szafce obok. Shuuhei poruszył się niespokojnie. Przysunął medaliki najbliżej światła jak się dało. Zmarszczył brwi.

- Co one przedstawiają? - zapytał.

- Bogów – odpowiedział sennie Shuuhei.

- Jakich? - dopytał się. Nigdy takich nie widział.

- Bogów mojej babci – mruknął, ale otworzył oczy i podniósl się na łokciu.- Pochodziła z najdalszego północnego dystryktu. W tej chwili to wyznanie ma nie więcej niż pół tysiąca wiernych

- Zacząłeś nosić ten łańcuszek dopiero, gdy przeniosłeś się do Fangai.

- Owszem. Jak to mawiają, co trwoga to do Boga i chyba coś w tym jest. Tylko, że ja mam kilku bogów. - Wziął medaliki z rąk Kenseia. - Jest Sar – powiedział pokazując wisior z wizerunkiem mężczyzny w aureoli słońca. - Jest panem odwiecznego porządku, niezmiennego porządku wszechświata. - Pokazał kolejny wizerunek, na tym była kobieta trzymająca w dłoni wagę. - To Liara, pani ludzkich praw i ludzkiego porządku. - Pokazał ostatni wisior z wizerunkiem mężczyzny, trzymającego w dłoni błyskawicę. - A to jest Minerah, pan zmian i chaosu. Pan niespodziewanych burz. Razem tworzą triadę, która równoważy świat. A wiesz, co jest w nich najlepsze? - Uśmiechnął się. - Żaden nie zagląda mi do sypialni. Moje preferencje są niezgodne z porządkiem natury, gdzie samiec powinien znaleźć sobie samicę to rozpłodu, ale nie czyni to ze mnie wyrzutka. Po prostu mam w sobie więcej z Mineraha niż z Sara. To znaczy, że nie powinien modlić się do Sara, jeżeli chcę uzyskać łaskę, bo noszę w sobie chaos, zmianę odwiecznego porządku. Minerah na pewno mnie wysłucha i nie ma w tym nic złego. - Popatrzył w brązowe, właśnie analizujące jego słowa, oczy. - A ty w co wierzysz?

Kensei zapatrzył się gdzieś w przestrzeń.

- W nic – odpowiedział spokojnie. - Zbyt wiele widziałem, żeby wierzyć w boga, czy w bogów.

- Rozumiem – szepnął Shuuhei i na powrót wtulił się w bliskie ciepło, nie pytał o nic więcej, chociaż tylko jego bogowie wiedzieli, że bardzo chciał zadać kolejne pytanie.

Poczekał aż chłopak zaśnie, głaskał go po włosach, gładził po ramieniu. Czule, tak na wszelki wypadek, żeby udowodnić samemu sobie, że jeszcze jest do tego zdolny. Gdy już od dłuższego czasu słyszał równy, spokojny oddech, wyswobodził się z obejmujących go ramion i usiadł na brzegu łóżka. Sięgnął pod nie i wyciągnąl metalową skrzyneczkę. Otworzył i wyciągnął spośród zdjęć i innych dupereli, nabój – 12,7 mm – na którym widniały obce znaki.

Правда одна. Правда со мной.

Spojrzał przez ramię, na śpiącego spokojnie Shuuheia. To była jego Prawda. Chciał go chronić – nieważne były przyczyny – chciał, żeby wrócił z Hueco Mundo cały i zdrowy. Obracał jeszcze w dłoniach nabój – jak zwykle wydawał mu się absurdalnie duży.

- A ty, w co wierzysz?

- Że Prawda jest jedna i że jest po naszej stronie. Musi być.

Ucałował nabój i schował go z powrotem do skrzynki, pomiędzy zdjęcia, które powinien tak naprawdę wyrzucić.

- Prawda jest jedna – szepnął. - Prawda jest ze mną.


Czasami czuję się, jak bjacz mojej własnej weny -.- Obiecuję, że następny będzie rozdział...

Wena: Twojej magisterki!

Sar, Liara i Minerah należą do mojego znajomego i pochodzą z jego autorskiego systemu RPG "Triada"