Obrazek zainspirowany piosenką Vast - Pretty when you cry i teledyskiem do niej, z niej tez pochodzi tekst wykorzystany w opowiadaniu. Nazwa rozdziału pochodzi z piosenki Gaba Kulka - King of rats


Izuru po raz kolejny czytał ekspertyzę z miejsca ostatniego morderstwa. Kolejna ofiara tego samego mordercy. Dokładnie ten sam schemat działania, to samo narzędzie, nawet to samo ułożenie ciała. Tylko ofiara, coś mu w niej nie pasowało.

Rzucił teczkę na biurko obok pięciu podobnych i patrzył na zdjęcia martwych mężczyzn. Wszyscy w tych samych pozach, z tymi samymi ranami, w tak do siebie podobnym otoczeniu. Tylko jakoś ten jeden – najświeższy trup – przykuwał wzrok. Wpatrywał się więc w zdjęcie młodego chłopaka, jego długie blond włosy rozsypane wokół głowy wyglądały niczym aureola. Niebieskie, przerażone oczy wpatrywały się gdzieś w przestrzeń. Szczupłe ramiona leżały wyprostowane nad głową.

Nie potrafił oderwać wzroku od tego zdjęcia.

- Izuru – szept tuż przy jego uchu.

Poderwał się ze swojego miejsca i natychmiast odwrócił, tylko po to żeby napotkać szeroki uśmiech swojego kapitana.

- O czym myślisz, Izuru? - zapytał się kapitan Ichimaru niemalże śpiewnym tonem. Przekrzywił głowę na bok, przyglądając się swojemu podwładnemu spod wpół przymkniętych powiek.

Chłopak przełknął ślinę. Obecność tego mężczyzny zawsze wywoływała w nim jakąś nerwowość. Najpierw odwrócił wzrok, by zaraz stanąć do swojego przełożonego plecami i znowu spojrzeć na to zdjęcie.

- Zastanawiam się – zaczął cicho i zaraz odchrząknął.

- Taaak? - zapytał kapitan. Izuru czuł i słyszał, że mężczyzna stoi tuż za jego plecami. Prawdopodobnie patrzy mu przez ramię.

- Ta ostatnia ofiara – szepnął, przysuwając bliżej zdjęcie martwego chłopaka. Czuł ciepło ciała tuż za sobą. - Nie pasuje mi do reszty – powiedział nieco pewniej.

- Ooo – zainteresował się Ichimaru. Izuru nie mógł widzieć, ale w głosie oficera wciąż odczuwalny był jego szeroki uśmiech. - Dlaczego?

Chłopak zawahał się, ale w końcu odetchnął głębiej.

- Jako jedyny z ofiar... Jest przystojny.

Chwila ciszy. Dłoń na jego ramieniu. Ciepły oddech tuż przy jego uchu.

- Ciekawe – rozbawiony głos. - W sumie masz rację, Izuru. A czy zwróciłeś również uwagę na to, że... - dwie sekundy ciszy. - Jest podobny do ciebie – wyszeptane.

W następnej chwili ciepło zza jego pleców zniknęło. Nie odwrócił się, ani na sekundę nie oderwał spojrzenia od błękitnych oczu i blond aureoli.

- Jakieś wnioski z tego wynikające? - zapytał kapitan tonem niedzielnej pogawędki, idąc już w stronę swojego biurka.

Izuru jeszcze przez kilka sekund nie potrafił wydusić z siebie słowa. Dłonie miał zaciśnięte na brzegu biurka, wzrok zafiksowany na zdjęciu. Jednak w końcu, czując na sobie intensywne spojrzenie, wyrwał się ze swojego stuporu.

- Albo nasz zabójca – zaczął i miał nadzieję, że brzmiał spokojnie i profesjonalnie. - Zmienił swój profil, w co bardzo wątpię, albo jest ktoś, kto podszywa się pod niego. Jednak musiałby to być ktoś, kto doskonale zna akta sprawy, a takich informacji nie da się znaleźć w prasie. Innymi słowy...

- To musi być ktoś z zespołu? - zaproponował wciąż uśmiechnięty kapitan. - Ciekawa teoria, wezmę ją pod uwagę. A, ale zachowajmy ją między nami, dobrze? Chyba nie chcemy, żeby hipotetyczny zdrajca dowiedział się o naszych przypuszczeniach, prawda? - zapytał, przechylając głowę i uśmiechnął się zadowolony, gdy Izuru kiwnął dość niepewnie głową. - A tak swoją drogą – kontynuował, nie zmieniając niefrasobliwego tonu. - Masz może jakieś plany na dzisiejszy wieczór, Izuru? - zapytał, przekrzywiając głowę. - Moja dobra znajoma chciałaby cię w końcu poznać osobiście, bo już wiele ode mnie o tobie słyszała.

Nagle, dzięki jednemu zdaniu, absolutnie przestał się interesować zdjęciem i sprawą. Patrzył na swojego kapitana, mając nadzieję, że uda mu się jakoś go rozszyfrować, chociaż powinien już wiedzieć, że nie ma na to najmniejszych szans. Czego ten mężczyzna tak właściwie od niego oczekiwał?

- Nie mam żadnych planów – odpowiedział i sam nie był pewien słuszności swojej decyzji. - Z chęcią poznam pańską znajomą, kapitanie – powiedział niemalże obojętnie, w końcu na powrót siadając za swoim biurkiem.

- Doskonale – powiedział kapitan, a gdyby było to fizycznie możliwe, to Izuru przysiągłby, że jego uśmiech jeszcze bardziej się poszerzył.

Reszta dnia upłynęłaby im w ciszy, gdyby nie liczyć cichego nucenia kapitana, gdy czytał kolejne raporty.

- I didn't want to hurt you – nucił sobie, zdawałoby się wesoło, siedzący po drugiej stronie pokoju oficer. - But you're pretty when you cry. And the moon gives me permission and I enter through her eyes. She's losing her virginity and all her will to compromise. I didn't want to fuck you baby. I didn't want to fuck you. I didn't want to fuck you, but you're pretty when you're mine – Przy ostatnich słowach, Izuru dobrze wiedział, że zawsze, nieodmiennie kapitan patrzy właśnie na niego.

Dreszcz przebiegł mu wzdłuż kręgosłupa. Izuru po raz kolejny czytał to samo zdanie i wciąż nie wiedział, o czym jest. Jedyne co docierało do jego uszu to głos kapitana.

- If you knew how much I love you, you would run away but when I treat you bad it always makes you want to stay.

Na szczęście ktoś delikatnie zapukał do drzwi, a po chwili zajrzał do pokoju, uciszając tym kapitana.

- Przepraszam, że przeszkadzam – mówi z uprzejmym uśmiechem Makoto Kibune, poprawiając okulary. - Ale nadinspektor chciałby omówić z panem kilka pilnych spraw u siebie – kiwnął głową w bok.

Ichimaru wstał z cichym, zaciekawionym "och".

- Dobrze się czujesz, Kira? - zapytał z troską Kibune, patrząc na wciąż siedzącego przy biurku Izuru. - Jakiś blady jesteś.

Chłopak pospiesznie pokręcił głową i uśmiechnąl się lekko.

- Och to nic, chyba muszę się po prostu napić kawy – powiedział uspokajająco.

Zerknął jeszcze pospiesznie na swojego przełożonego, który właśnie znikał za plecami Kibune, ale jeszcze patrzył ponad ramieniem okularnika na chłopaka i uśmiechnął się niezwykle z czegoś zadowolony.


Poprawił jeszcze rękawy błękitnej koszuli zanim zapukał w drzwi oznaczone liczbą 110. Kapitan wysłał mu adres swojej znajomej z dopiskiem, że spotkają się na miejscu, chociaż on pewnie się spóźni. Izuru nie był pewien, czy to był najlepszy pomysł, w końcu zupełnie nie znał tej kobiety. Chociaż ona już o nim słyszała.

- Chwileczkę – rozległ się w środku śpiewny, kobiecy głos.

Po chwili drzwi się otworzyły i pojawiła się w nich właścicielka głosu. Kobieta około trzydziestki. Dlugie blond włosy spływały jej falami na ramiona. Duże, błękitne oczy błyszczały radośnie. Pełne, miękkie usta uśmiechały się przyjaźnie. Była śliczna.

- To ty jesteś Kira? - zapytała się i zaraz zaprosiła go do środka. - Rangiku Matsumoto – przedstawiła się od razu, wyciągając dłoń o szczupłych palcach. Chłodną, jak się Izuru przekonał, gdy ja uścisnął. - Naprawdę miło mi w końcu ciebie poznać. Gin wiele o tobie mówił – mówiła wesoło dalej, wchodząc wgłąb mieszkania.

- Trochę się obawiam, co takiego mógł o mnie mówić – powiedział samemu mimowolnie się uśmiechając.

- Och nie martw się – rzuciła przez ramię. - Same miłe rzeczy. Coś do picia? Kawa, herbata, drink?

- Drink brzmi dobrze – powiedział, mijając kuchnię, w której zniknęła Rangiku i wchodząc do pokoju dziennego.

Pierwsze co rzucało się w oczy był duży obraz, przedstawiający wygrzewającego się w słońcu szarego kota.

- Ładny – powiedział, gdy usłyszał kroki kobiety za sobą, wskazując na obraz, zerknął na nią przez ramię.

Rangiku uśmiechnęła się.

- Pierwszy obraz, który sprzedałam – powiedziała odrobinę zamyślona. - W sensie Gin go kupił, a później dał mi go w prezencie.

- Malujesz? - zapytał, dopiero teraz dostrzegając, stojącą w rogu pokoju, sztalugę z farbami.

- Czasem. Teraz coraz rzadziej – powiedziała z ledwo wyczuwalnym smutkiem. Podała mu szklankę z drinkiem. - Praca zajmuje mi dużo czasu.

- A co robisz? - zainteresował się. Napił się i przysiadł na brzegu skórzanej, czerwonej kanapy.

- Jestem psychologiem, pracuję w więzieniu – odpowiedziała lekkim tonem, siadając na równie czerwonym fotelu. Założyła nogę na nogę, wąska, czarna spódnica opięła się na zgrabym udzie.

Izuru spojrzał na kobietę zaskoczony, ta zaśmiała się lekko i machnęła dłonią.

- Wiem – powiedziała wesoło. - Nie wyglądam.

Izuru spuścił wzrok na chwilę.

- Nie w tym rzecz – powiedział szybko i pokręcił głową, spojrzał na nią, uśmiechając się. - Podziwiam za siłę, podejrzewam, że nie jest to łatwa praca.

- Mówisz tak jakby twoja była łatwa – powiedziała, pochylając się w jego stronę.

Spojrzał przez nieosłonięte żadną firanką balkonowe okno. Mieszkanie Rangiku znajdowało się na 7 piętrze w najwyższym w okolicy bloku, więc miał widok na całe osiedle. Dopiero w oddali znowu pojawiały się wysokie budynki, przysłaniając horyzont i resztę miasta. Właśnie, gdzieś z boku, zachodziło słońce.

- Nie jest łatwa – odezwał się po dłuższej chwili. - Ale jest łatwiejsza. Oni już nie żyją, nie musisz się martwić, że nie zdołasz im pomóc, bo już jest za późno na pomoc. Możesz się po prostu starać, żeby złapać winnego jak najszybciej.

Czuł na sobie uważne spojrzenie gospodyni.

- Dlatego zrezygnowałeś z pracy w pogotowiu? - zapytała łagodnie. - Bo nie potrafiłeś komuś pomóc?

Nie odpowiedział, po prostu kiwnął głową. To była prawda, nie potrafił już wykonywać swojej pracy po tym, jak na rękach umarła mu kilkuletnia dziewczynka. Wszyscy mówili, że to nie jego wina, że przecież wszyscy zrobili co w ich mocy, ale on jakoś nie potrafił znaleźć dla siebie usprawiedliwienia.

- To cieszę się – odezwała się znowu Rangiku. - Że odszedłeś już po tym, jak uratowałeś Gina.

Uśmiechnął się nieśmiało. Pamiętał tamtą noc, kiedy zostali wysłani do strzelaniny. Pamiętał, jak próbował zatamować krwawienie z rany szczupłego, srebrnowłosego mężczyzny, który, jak sie później okazało, jest inspektorem policji. Mógł powiedzieć, że uratował życie kapitana Ichimaru.

Zgrzytnął klucz w zamku.

- O wilku mowa – powiedziała Rangiku, wstając, żeby przywitać drugiego gościa.

Izuru zerknął przez ramię i zaraz wrócił spojrzeniem do swojego drinka. Sam nie wiedział, dlaczego poczuł zazdrość, gdy kapitan Ichimaru ucałował Rangiku w policzek na powitanie. Poza tym, co dopiero teraz do niego dotarło, miał klucz do jej mieszkania. Musieli być naprawdę dobrymi znajomymi. I może, gdyby Rangiku zrobiła na nim inne wrażenie – nie miłej i pozytywnie nastawionej do życia osoby, a do tego silnej psychicznie – to chyba w tym momencie zapałałby do niej niechęcią.

- Naprawdę zaczynam podejrzewać, Gin – doszło z przedpokoju. - Że chcesz ze mnie zrobić kryptoalkoholiczkę. Za każdym razem przynosisz mi wino.

- Aj, aj Rangiku – odpowiedział swoim śpiewnym tonem Ichimaru. - Ja po prostu troszczę się o to, żebyś miała w co wkładać kwiaty od swoich licznych adoratorów.

Izuru przez cały czas patrzył się na resztki lodu pływające w jego szklance. To wcale nie było tak, że miał jakiekolwiek prawo, żeby czuć się zazdrosny. Miał ze swoim kapitanem relację czysto profesjonalną i tak miało pozostać. Tylko nic nie potrafił poradzić, że były takie krótkie chwile, gdy wolałby mieć swojego przełożonego tylko dla siebie i sam nie wiedział, dlaczego właściwie tak ciągnie go do tego mężczyzny. Wszystkie jego zmysły krzyczały ostrzegawczo, gdy ten znajdował się blisko. Zupełnie jakby był myszą, która wyczuwa drapieżnika. Czemu więc nie uciekał najdalej jak się da?

Głupi jesteś, Izuru, pomyślał jeszcze i wypił do końca swojego drinka. Chyba tylko dzięki temu szept:

- Izuru.

Nie był aż tak przerażający, jak zwykle.

- Dobry wieczór, kapitanie – przywitał się. - Udało się panu załatwić wszystkie sprawy?

Ichimaru uśmiechnął się niezwykle zadowolony.

- Tak, na szczęście wszystko poszło gładko, inaczej byłbym pewnie jeszcze później – odpowiedział, siadając na kanapie obok swojego podwładnego.

Izuru automatycznie się spiął. Oczywiście nie był to pierwszy raz, gdy siedzieli obok siebie, Ichimaru miał wręcz zwyczaj zakłócać przestrzeń intymną Izuru swoją osobą i chłopak wciąż nie był pewien, czy bardziej mu się to podoba, czy jest przerażony. Zwłaszcza w tak nieoficjalnych warunkach.

- Kupiłam nową grę planszową – przerwała napięta ciszę Rangiku, wchodząc do pokoju i stawiając przed Kirą kolejna szklankę z drinkiem i kubek z aromatyczną herbatą przed Ginem. - Powinna wam się spodobać.

Gdy szare pudełko wylądowało na stole i Rangiku wyjaśniła o czym jest, Izuru nie mogł się nie uśmiechnąć – "Alcatraz" gra o ucieczce z więzenia, kobieta miała poczucie humoru. Zagrali trzy razy – dwa razy wygrał Ichimaru z Matsumoto i Izuru musiał zostać jako kozioł ofiarny, a raz udało mu się w ostatniej chwili zdobyć dodatkową część planu i kapitan został – w tym czasie Izuru wypił jeszcze trzy drinki. Przy trzecim czuł, że zaczyna mu być trochę ciepło i zdawał sobie sprawę z tego, że się rumieni. W sumie powinien się pożegnać, ale tak dobrze się bawił – Rangiku była niesamowitą gospodynią – i nawet obecność kapitana przestała być aż tak krępująca, zwłaszcza, gdy widział go tak swobodnego. Ciekawe, czy jakby nie było z nimi Matsumoto, to czy Ichimaru zachowywałby się podobnie, a może udałoby się zrobić, żeby jeszcze bardziej się rozluźnił, pomyślał Izuru, ale zaraz się otrząśnął. Naprawdę powinien wracać, skoro takie myśli chodzą my po łbie.

- Na mnie też już czas – powiedział Ichimaru, podnosząc się, gdy Izuru stwierdził, że będzie się już żegnał. - Odwiozę cię – zaproponował.

- Ach właśnie – odezwała się Rangiku. - Za dwa tygodnie orgaznizuje urodziny, koniecznie przyjdź – zwróciła się do Kiry z ciepłym uśmiechem. - Daj mi swój numer, to prześlę ci szczegóły później. Ciebie chyba nie muszę specjalnie zapraszać, prawda? - to pytanie skierowała już do Gina.

Ten uśmiechnął się szeroko.

- Nawet jeżeli byś nie zaprosiła, to bym się jakoś wślizgnął – powiedział.

Rangiku prychnęła tylko rozbawiona pod nosem, pokręciła głową i znowu skupiła swoją uwagę na Izuru. Ten nie był do końca przekonany, czy chce przyjmować zaproszenie. Nie chodziło o to, że nie lubił się bawić, czy coś. Po prostu wolał trochę bardziej znane i zaufane towarzystwo. Jakkolwiek Rangiku zrobiła na nim naprawdę pozytywne wrażenie, to prawie jej nie znał. Nawet nie wie, co by mógł jej kupić za prezent. Już chciał otwierać usta, żeby uprzejmie podziękować za zaproszenie.

- Prześlę ci jego numer – wtrącił się Ichimaru. - Chyba byś nie odmówił, prawda, Izuru? - zapytał się niewinnie, przekrzywiając głowę.

- O... oczywiście, oczywiście, że przyjdę, dziękuję za zaproszenie – odpowiedział, miał nadzieję pewnie, uśmiechając się uprzejmie do Rangiku.

Kobieta wyraźnie się ucieszyła, nawet klasnęła w dłonie. Odprowadziła ich do drzwi i pożegnała ciepło.

Gdy tylko drzwi do jej mieszkania zamknęły się za nimi, Izuru znowu poczuł się nieswojo. Przez cały czas żaden z nich się nie odezwał, Ichimaru uśmiechał się jak zwykle, wyglądał jakby był z czegoś niezwykle zadowolony, ale ciężko było stwierdzić, co to dokładnie było. Izuru nie miał zamiaru dopytywać, chociaż skłamałby, gdyby powiedział, że nie jest ciekawy tego, co kłębi się pod tymi srebrnymi włosami... na pewno miękkimi w dotyku, lejącymi się pomiędzy palcami jak jedwabne nici... Wymierzył sobie siarczystego, mentalnego policzka. Skup się Izuru, polecił sobie. No przecież się skupiam, zażartował złośliwy głosik.

Ucieszył się, gdy znaleźli się w samochodzie, tutaj przynajmniej grało radio. Leciała jakaś spokojna, odrobinę senna muzyka – kto puszcza coś takiego w środku nocy, przecież przy takiej muzyce oczy same się kleją, głowa tak jakoś bezwiednie opada na bok, opiera się o szybę, jadącego jednostajnie po gładkiej drodze, samochodu.

Gin zatrzymał się przed czerwonym światłem i zerknął w bok, na śpiącego spokojnie Izuru – policzki miał delikatnie zaróżowione od wypitego alkoholu, przysłonięte kilkoma kosmykami jasnej grzywki, przez lekko rozchylone usta wydobywał się spokojny oddech, obejmował się ramionami, jakby było mu chłodno – wyglądał tak niewinnie. Wyciągnął dłoń w jego stronę i gdyby nie milimetry, które dzieliły jego palce od delikatnej skóry chłopaka, to pogładziłby go po policzku, wargach, szyi, ramieniu. Uśmiechnął się i powrócił myślami do świateł, które zmieniły się na zielone.

- I didn't want to fuck you baby. I didn't want to fuck you. I didn't want to fuck you, but you're pretty when you're mine – zanucił sobie wesoło pod nosem, ruszając.

Izuru obudził się, dopiero, gdy ktoś delikatnie szturchnął go w ramię. Chciał się poderwać, ale zorientował się, że jest skrępowany. Po sekundzie paniki, przypomniał sobie, że są to przecież pasy bezpieczeństwa. Zdał sobie sprawę z tego, gdzie się znajduje i spojrzał w bok. Kapitan Ichimaru stał w otwartych drzwiach samochodu.

- Jesteśmy na miejscu, Izuru – oświadczył.

- Przepraszam najmocniej – powiedział Izuru, odpinając pasy i wysiadając. - Musiałem przysnąć.

- Ależ nie masz za co przepraszać. - Zbył słowa chłopaka machnięciem ręki. - Cieszę się, że ufasz mi na tyle, żeby zasnąć w moim samochodzie – dodał i błysnął uśmiechem, od którego Izuru przeszły ciarki. - Trzymaj się, Izuru i do zobaczenia – pożegnał się wesoło, wsiadając do samochodu.

Dopiero, jak samochód kapitana zniknął za zakrętem, Kira zdał sobie sprawę, że zapomniał na początku podróży podać swój adres, co nie przeszkadzało w tym, że stał przed swoim blokiem.


Przybyli na miejsce w chwili, gdy technicy kończyli właśnie zbierać próbki. Ciało leżało na środku salonu – ramiona wyprostowane nad głową, głowa lekko odchylona do tyłu, długie jasne włosy rozłożone niczym aureola, nogi, jeśli nie liczyć białej przepaski z prześcieradła na biodrach; przysłaniało podbrzusze, z którego zostały precyzyjnie usunięte genitalia; wyglądał zupełnie jak święty, który wznosi modły ku niebu – wszystkie meble zostały odsunięte na boki.

- Aj aj – powiedział kapitan Ichimaru, podchodząc bliżej zwłok.

Izuru potrzebował jeszcze chwili, żeby się oswoić z widokiem, chociaż nie był to przecież pierwszy raz, gdy widział taką scenę. W przeciwieństwie do swojego przełożonego, który w tej chwili zaintrygowany, z przechyloną na bok głową i z palcem przy ustach, przyglądał się zwłokom.

- Oj, Izuru – odezwał się, patrząc na chłopaka, odrobinę rozbawiony. - Ten też jest... przystojny i znowu podobny do ciebie.

Kira zaraz znalazł się przy kapitanie i patrzył po części zafascynowany, po części przerażony – ofiara naprawdę była do niego podobna.

- Też jesteś ciekawy, co to może oznaczać? - szepnął Ichimaru, kładąc dłoń na ramieniu chłopaka.

Ten nie potrafił powstrzymać dreszczu, który przeszedł mu po plecach. Sam nie był pewien, czy chce wiedzieć, co to może oznaczać.

- Niezbyt przyjemny widok, nieprawdaż? - odezwał się Kibune, poprawiając okulary i uśmiechając się pocieszająco do Kiry. - Chociaż i tak mamy do czynienia z dość czystym mordercą. Nie ma wszędzie krwi i wnętrzności – skrzywił się lekko. - Dokładny niemalże do granicy jakieś psychozy.

- Tak – zgodził się cicho Izuru, wciąż nie mogąc oderwać spojrzenia na chłopaka wyciągniętego na podłodze.

Nie widział więc uważnego spojrzenia, jakim zmierzył najpierw jego, a później Makoto, kapitan. Ani też podobnego spojrzenia, którym Makoto obdarzył Ichimaru, gdy ten odszedł na obchód reszty mieszkania.


Zadzwonił do mieszkania 110 o godzinie 17:07, czyli tylko odrobinę po czasie, jaki podała Rangiku w wysłanych mu kilka dni temu smsie.

- Chwilkę – dobiegło z wnętrza mieszkania, po czym rozległy się pospieszne kroki i w drzwiach stanęła Rangiku, ubrana jedynie w szlafrok i z włosami zawiniętymi w ręcznik. Jak zobaczyła Kire zrobiła wielke oczy i walnęła się w czoło. - Na śmierć zapomniałam ci wysłać! Wejdź, wejdź – powiedziała szybko, odsuwając się na bok. - Jejku myślałam, że wszystkich poinformowałam, żeby byli godzinkę później, bo musiałam dłużej w pracy zostać. Tak mi przykro – mówiła szybko.

Kira w pierwszej chwili był co najmniej zaskoczony, ale zaraz uśmiechnął się lekko, wchodząc do mieszkania.

- Nic nie szkodzi – powiedział szczerze i tak nie miał nic innego do roboty. A po tej ostatniej sprawie, jakoś dziwnie się czuł sam w pustym mieszkaniu. - Może mogę w czymś pomóc? Coś przygotować?

- Mógłbyś? Ratujesz mi tyłek – powiedziała z czystą wdzięcznością. - Chciałam zrobić jakąś sałatkę. Produkty są na stole, jakbyś mógł je pokroić. Ja tylko się ubiorę jakoś bardziej przyzwoicie i do ciebie dołączę.

Kroił właśnie cebulę i starał się przy tym nie płakać, gdy Rangiku weszła do kuchni, już ubrana w czerwoną sukienkę do kolan. Zaraz zabrała się za krojenie tego, czym nie zdążył się zająć Izuru.

- Co myślisz o Ginie? - zapytała się.

Izuru tak był zaskoczony pytaniem, że o mały włos by sobie palca nie przyciął.

- Ermmm – zastanowił się. Co on właściwie myślał o swoim przełożonym? - Podziwiam jego profesjonalizm... Jest inteligentny... Chociaż czasami dziwny.

- Nie wiesz, czy bardziej cię niepokoi, czy fascynuje? - podpowiedziała z uśmiechem.

Sam się uśmiechnął, bo faktycznie to zdanie doskonale opisywało jego stosunek do kapitana.

- Tak, coś w tym stylu – potwierdził. - Dlaczego pytasz?

- Babska ciekawość – odpowiedziała ze wzruszeniem ramion.

Zabrali się za przygotowywanie krakersów z szynką, serkiem i papryką.

- Jak długo znasz kapitana? - odważył się zapytać.

- Gin, on ma na imię Gin i naprawdę nic się nie stanie, jak tak będziesz o nim mówił – powiedziała, szturchając go w bok palcem. - Poznaliśmy się, jak ja miała piętnaście, a on dziewiętnaście lat – odpowiedziała, wracając do krojenia papryki.

- Jak się poznaliście? - pytał dalej. Zawsze był odrobinę ciekawski, a dodatkowo Rangiku nie wyglądała, jakby przeszkadzały jej te pytania.

- Przygarnął mnie, gdy uciekłam z domu, po tym jak konkubent mojej matki zaczął się do mnie dobierać. – odpowiedziała lekkim tonem.

Zamarł, popatrzył na kobietę odrobinę zdziwiony. Chciał powiedzieć coś w stylu "przykro mi", ale zrezygnował, jakoś głupio to brzmiało.

- Nie przejmuj się – powiedziała zaraz. - Ja się nie przejmuję.

Kiwnął tylko głową i wrócił to aranżowania szynki na krakersach.

- Lubi cię – powiedziała, odwracając się w jego stronę.

- Słucham? - zapytał uprzejmie, znowu patrząc na nią.

- Gin, lubi cię – powtórzyła. - Już kilkakrotnie mówiłam mu, żeby przyprowadził jakiś swoich znajomych z pracy, ale zawsze mówił, że to nie znajomi, tylko współpracownicy i nie czuje potrzeby spędzania z nimi wolnego czasu. O tobie – wskazała na chłopaka trzymanym nożem. - Mówił i przyprowadził cię, gdy go o to poprosiłam. Innymi słowy lubi cię.

Miał nadzieję, że jego ciało nie zrobiło mu psikusa i się nie zarumienił. Chociaż skłamałby, gdyby powiedział, że nie zrobiło mu się miło.

- Dlatego chcę żebyś coś wiedział – mówiła dalej Rangiku, ale tym razem już bez uśmiechu.

Spojrzał na nią nieco zaskoczony. Wyglądała naprawdę poważnie, zwłaszcza z tym nożem.

- Gin... - zaczęła i spojrzała gdzieś w bok. Odetchnęła głębiej. - Trochę strasznie to zabrzmi, ale nie jest aż tak straszne. Gin jest psychopatą – powiedziała w końcu, patrząc na Izuru.

Ten zrobił wielkie oczy i zamarł.

- Jak... Jak to? - zapytał się całkowicie oszołomiony. - Ale...

- Co w takim razie robi w policji? - zapytała za niego, uśmiechnęła sie lekko. - Tak jak mówiłam, to tylko brzmi strasznie. Przede wszystkim psychopata nie równa się szalony morderca – wyjaśniła spokojnie. - To, co przede wszystkim odróżnia psychopatę od zwykłego człowieka to brak empatii. Psychopata nie potrafi odczuwać emocji innych ludzi, nie potrafi się w nie wczuć. Nie jest w stanie pojąć, że pewne działania, słowa mogą drugą osobę zaboleć.

Słuchał uważnie i tak naprawdę co raz mniej był zaskoczony. Jakoś bardzo to pasowało do kapitana.

- I teraz, co jest istotne – tłumaczyła dalej Rangiku, gestykulując przy tym nożem. - Wśród wielu najbardziej okrutnych przestępców, większość z nich okazuje się psychopatami, ale nie każdy psychopata zostaje automatycznie przestępcą. Wszystko zależy od tego, w którą stronę ma nastawione... pokrętła. Jakby to prosto wytłumaczyć... - rozejrzała się w zamyśleniu po kuchni. - O wyobraź to sobie jak kuchenkę – wskazała nożem w tamtą stronę. - Jeżeli wszystkie palniki będziesz miał duże i rozkręcone na maksa, to na pewno coś przypalisz, ale gdy będziesz miał je w różnych wielkościach, to będziesz w stanie zrobić pyszny posiłek. Innymi słowy, jeżeli psychopata nie ma palnika "brutalność" rozkręconego na maksa, to może się okazać naprawdę dobry w jakiś dziedzinie. Zwłaszcza, że psychopaci zazwyczaj okazują się naprawdę inteligentnymi ludźmi. Lekarze psychopaci są dobrzy w tym co robią, bo nie rozpraszają ich takie rzeczy jak zmartwienie o samopoczucie rodziny pacjenta, po prostu wykonuje swoją pracę i albo mu wyjdzie, albo nie. Gin jest dobry w tym co robi, bo nie myśli, że ta młoda dziewczyna, która leży martwa na podłodze, miała jakieś marzenia, że cierpiała, że stała jej się jakaś krzywda, myśli o tym jak o przedmiocie, który należy zbadać. Rozumiesz?

- Chyba tak – powiedział niepewnie i zaraz pokręcił głową, jeszcze odrobinę zagubiony. - Dlaczego mi to mówisz?

Wzruszyła ramionami i wróciła do krojenia.

- Robię to dla niego – powiedziała łagodnie. - Lubi cię, na swój specyficzny sposób i nie chcę, żeby został... skrzywdzony, chociaż to nie do końca właściwe określenie, gdybyś odkrył to na własną rękę i potraktował go podejrzliwie. Ale nie przejmuj się zbytnio – dodała zaraz z uśmiechem, znowu szturchając go w bok.

Chyba musiał to wszystko przemyśleć na spokojnie. Zwłaszcza, że przypomniały mu się słowa Makoto z ostatniego miejsca zbrodni "na granicy jakieś psychozy". No i te dwie ostatnie ofiary. "Lubi cię". Poczuł jak dreszcz przeszedł mu po plecach. Nie był pewien, czy chciał o tym wszystkim wiedzieć.

- Przyznaj się – odezwał się po chwili, patrząc kątem oka na Rangiku. - Specjalnie "zapomniałaś" mi napisać, żebym był później, żeby mi o tym powiedzieć?

- No co ty! - powiedziała i zaśmiała się trochę nerwowo. Pomachała nożem. - Już nie rób ze mnie takiej intrygantki.

Uśmiechnął się tylko lekko.

- Dopóki trzymasz ten nóż uwierzę ci we wszystko – powiedział.

Spojrzała na swoją dłoń i zaraz uśmiechnęła się odrobinę przepraszająco.

Zdążyli zrobić jeszcze koreczki z oliwkami i serem pleśniowym, gdy zaczęli przychodzić pierwsi goście. Szybko zrobiło się gwarno – widać kobieta otaczała się równie pozytywnymi ludźmi, co ona sama. W końcu też, odrobinę spóźniony, pojawił się Ichimaru, jak zwykle szeroko uśmiechnięty. Podarował Rangiku butelkę wina, bo jakżeby inaczej, i małe puzderko, które od razu otworzyła i gdy okazało się, że w środku jest łańcuszek, zażyczyła sobie, by jej go założył. Izuru kątem oka – rozmawiał właśnie z jednym chłopakiem – widział jak kapitan przeplata łańcuszek przez kółeczko i jeszcze poprawia go delikatnie, tak żeby leżał idealnie pomiędzy pełnymi piersiami Rangiku. Znowu westchnął nad swoimi głupimi myślami. Zanim jednak zdążył wrócić spojrzeniem do swojego rozmówcy, Ichimaru spojrzał w jego stronę i uśmiechnął się szeroko.

Spotkanie – ciężko by było nazwać to imprezą – było naprawdę przyjemne. Rangiku rozpakowała prezent od Izuru i od razu wykorzystała. Kupił jej grę planszową, a konkretnie to karcianą. W związku z tym siedzieli teraz teraz w szóstkę – dwie osoby podziękowały i stwierdziły, że poobserwują – i na zmianę próbowali wymyślać wymówki, dlaczego zawiedli Wielkiego Mrocznego Władcę i zawalili jego Wielki Mroczny Plan. Im więcej kieliszków wina była opróżnianych, tym bardziej absurdalne stawały się wymówki.

- Ależ o Najczarniejszy z najbardziej Złowrogich! Owszem twój wielki Walec Zagłady spadł w Bezdenną Przepaść Smutku i Rozpaczy, ale to nie moja wina – mówiła Rangiku, kładąc kartę na stół. - To wszystko wina Gina, to przez jego zbyt długi miecz się potknęłam i wepchnęła Walec do Przepaści.

- Może i mój miecz jest tak długi – tłumaczył się Gin z niewinnym uśmiechem. - Że wszystkie podziemia o nim plotkują, ale dopóki jest w pochwie. - Żeńska część towarzystwa zaśmiała się cicho. - To nic nikomu nie grozi, więc to wina mojego miecza, tylko to Izuru wypuścił wielkiego smoka, który wszystkich przestraszył.

- Ależ ależ – zaprotestował Izuru. - Mój wielki smok jest łagodny jak baranek i nikogo by nie śmiał skrzywdzić ani przestraszyć...

I tak dalej. Wieczór minął bardzo szybko i bardzo przyjemne. Izuru nie czuł się nawet tak niezręcznie, jak myślał, że będzie. I nie chodziło o to, że był jakimś odludkiem – lubił spotkania i imprezy – tylko ostatnimi czasy preferował zabawę w bardziej znanym gronie. Jedynymi znanymi mu tutaj osobami, była Rangiku, którą widział raz, oraz jego kapitan, który cóż... był jego przełożonym i w dodatku, jak się dowiedział niedawno był psychopatą. Swoją drogą Ichimaru przez cały czas trzymał się na dystans. Nie napastował Izuru, nie drażnił się z nim. Tylko bardzo uważnie go obserwował z drugiej strony stołu. Izuru nie był pewien, czy nie było to jeszcze bardziej niepokojące – jeszcze bardziej czuł się jak myszka pod bacznym spojrzeniem drapieżnika.

Towarzystwo powoli zaczęło się żegnać i Kira zrozumiał, że jak tak dalej pójdzie zostanie sam na sam z Rangiku i kapitanem, a jakoś nie był pewien, czy to był najlepszy pomysł. Musiał sobie jeszcze ułożyć to, co powiedziała mu Rangiku. Na szczęście kapitan wypił kieliszek wina, więc nie zaproponuje mu podwiezienia. Na szczęście... chyba.

- Też będę się już zbierał – powiedział, wstając. - Zanim mi ostatni tramwaj odjedzie.

- Faktycznie, późno się zrobiło – zgodziła się Rangiku, również wstając, żeby odprowadzić go do drzwi.

- Pa, pa Izuru – pożegnał się kapitan z fotela, machając dłonią i uśmiechając się.

Izuru kiwnął tylko głową. Jeszcze przeszło mu przez myśl pytanie, czy kapitan ma zamiar tutaj nocować? Ale zbył je, w końcu, co go to obchodziło.


- Izuru... Izuru... - dotarł do niego śpiewny szept tuż przy uchu razem z łaskoczącym mizianiem po dłoni. Mruknął coś niezrozumiałego. - Och Izuru jesteś taki słodki jak śpisz, że hmmm... I want fuck you baby – zanucił ktoś.

Poderwał się natychmiast z biurka, na którym musiał zasnąć nie wiadomo kiedy i popatrzył na Ichimaru pochylonego w jego stronę z szerokim uśmiechem.

- Dzień dobry – przywitał się kapitan, nie wydawał się zdenerwowany.

Izuru zerknął szybko w bok na zegarek, była dwudziesta trzecia, ale od tygodnia właściwie nie wychodził z pracy – jak większosć zespołu zreszta – i był zupełnie wykończony. Nawet kawa nie pomagała.

- Prze... - nie udało mu się powstrzymać przeciągłego ziewnięcia – Przepraszam bardzo – powiedział szybko. - Zaraz pójdę sobie po kawę i wracam do pracy. Prawie skończyłem z tymi... - sięgnął po stos papierów, ale Ichimaru powstrzymał go, kładąc dłoń na dłoni Izuru.

- Nie trzeba, nie trzeba – powiedział łagodnie. - Jedź do domu, wyśpij się. Dokończysz jutro. To polecenie służbowe – dodał, widząc, jak chłopak otwiera usta, żeby zaprotestować.

- Tak jest – powiedział tylko, ale nie ruszył się z miejsca. Kapitan wciaż nie zabrał dłoni, nie żeby miał coś przeciwko... chyba.

Kapitan uśmiechnął się jeszcze, jakby właśnie tego oczekiwał i odsunął się.

- Dobrej nocy – powiedział, jak gdyby nic.

Izuru zajęło chwilę przyswojenie, że już nic go nie trzyma. Czy czuł się zawiedziony? Chyba... Zaraz jednak się pozbierał. Pożegnał się szybko, zabrał swoje rzeczy i wyszedł z biura.

Szedł w stronę przystanku zupełnie pogrążony we własnym myślach, które z kolei krążyły wokół pewnego srebrnowłosego mężczyzny o lisim uśmiechu, wywołujące wciąż tak bardzo sprzeczne emocje. Z jednej strony nie pragnął niczego innego niż zbliżyć się do niego i to w różnym znaczeniu – poznać go lepiej, wiedzieć o czym myśli, jak również po prostu wylądować z nim w łóżku, bo przecież był szalenie przystojny. Z drugiej strony coś w środku krzyczało "nie!" i jakoś ciężko mu było zignorować ten głosik, zwłaszcza po tamtej rozmowie z Rangiku.

Był tam zamyślony, że w ogóle nie zauważył, jak jakiś samochód najpierw przy nim zwalnia, a potem zupełnie się zatrzymuje.

- Kira! - zawołał znajomy głos.

Odwrócił się i zobaczył Makoto w oknie samochodu

- Wracasz do domu? - zapytał. - Mogę cię podwieźć, bo dobrze kojarzę, że gdzieś w ósmej dzielincy mieszkasz? Będę jechał w tamtym kierunku.

- O, jeżeli to nie problem, to z chęcią skorzystam – powiedział, podchodząc do samochodu.

- Żaden problem, wskakuj – powiedział okularnik z ciepłym uśmiechem, otwierając drzwi dla Kiry.

Żaden nie zwrócił uwagi, że są bacznie obserwowani.

- Mam nadzieję, że tą sprawę w końcu uda się zamknąć – mówił Makoto, gdy już jechali. - Jak tak dalej pójdzie, to nas wszystkich wykończą.

- Też mam taką nadzieję – zgodził się zmęczonym głosem Izuru. - Dzisiaj udało mi się nawet zasnąć na biurku.

- Ha, to dobrze, że kapitan Ichimaru jest taki wyrozumiały, przy Kuchiki nie miałbyś pewnie tylko szczęścia.

Uśmiechnął się lekko.

- Nie wiem, jak Renji z nim wytrzymuje – zgodził się.

Rozmowa zeszła na obgadywanie przełożonych. Makoto okazał się prawdziwą studnią bardzo ciekawych plotek. Izuru nie potrafił się nie uśmiechnąć, jakoś przypominało mu to o nim samym z czasów liceum. Też kolekcjonował plotki i opowiastki szkolne. Później z tego wyrósł.

- O pozwolisz, że wskoczę na stację. Zapomniałem, że miałem kupić mleko – powiedział Makoto, skręcając na stację benzynową.

Wysiadając przełączył jeszcze coś przy klimatyzacji, ale Izuru nie zwrócił na to uwagi. Nagle, gdy zabrakło kogoś, kto zabawiałby go rozmową, przypomniał sobie, że jest strasznie śpiący. A może to przez ten dziwny zapach? Ale czy to istotne, skoro po prostu mógł wreszcie pójść spać.

Obudził się sam, chociaż nie wiem ile czasu później. Trochę się zdziwił, że leży w swoim łóżku. Zdziwił się jeszcze bardziej, gdy zorientował się, że jest nagi i że zamiastł prześcieradła była rozłożona folia. Przeraził się, gdy dotarło do niego, że jest skrępowany – szarpnął się, ale jedyne co uzyskał, to skrzypnięcie łóżka.

- O, widzę się się obudziłeś – powiedział przytłumiony głos.

Spojrzał w stronę drzwi do sypialni i zmarszczył brwi, widząc w nich Makoto ubranego w kombinezon techników, z rękawiczkami na dłoniach i w maseczce na ustach.

W jednej krótkiej chwili wszystko stało się jasne, chociaż ciężko byłoby powiedzieć, że zrozumiałe.

- Te dwa ostatnie morderstwa to ty? - zapytał się, chociaż nie do końca jeszcze wierzył w całość tej sytuacji.

- Ja we własnej skromnej osobie – przyznał Kibune z lekkim ukłonem.

- Dlaczego to robisz?

Mężczyzna wzruszył ramionami. Podszedł do łóżka, postawił na szafce – również przykrytej folią – walizkę i zaraz ja otworzył.

- Żeby sprawdzić swoje umiejętności – odpowiedział bez skrępowania, wyciągając strzykawkę i pojemniczej z jakimś płynem. - Z nudów, dla gry. Chociaż zupełnie nie rozumiem, dlaczego o to pytasz. Powinieneś wiedzieć, jak skończysz i że moje odpowiedzi na niewiele ci się zdadzą.

Wiedział, doskonale wiedział, ale nie chciał o tym myśleć, nawet gdy strzykawka zbliżyła się do jego podbrzuża. Nie chciał pamiętać tych ciał rozciągniętych na podłodze, nie chciał wyobrażać własnego ciała ułożonego w podobny sposób. Nie chciał... Nie chciał... Chociaż czuł, że przegrywa walkę z rodzącą się gdzieś we wnętrzu czerwoną paniką.

- Znieczulenie miejscowe – wyjaśnił Makoto, naciskając tłok strzykawki. - Nie jaram się krzykami bólu, ale świadomość, że będziesz patrzył, jest już ciekawa.

Skup się, skup się, skup się, powtarzał jak mantrę, żeby chociaż na chwilę jeszcze przywołać trzeźwe myślenie.

- Dlaczego ja? - zapytał, byleby zając czymś umysł i Makoto.

- Ha! Zastanawiałem się, czy zadasz to pytanie – powiedział mężczyzna widoczne zadowolony. - Tak naprawdę wszyscy je zadają. Dlaczego ja? Dlaczego to nie mógł być ktoś inny? Ludzie postawieni w takiej sytuacji są nie mniej okrutni od sprawcy. Jakbym powiedział, że dobrze, puszczę cię i wezmę kogoś na twoje miejsce to byś się zgodził? - zapytał, pochylając się nad chłopakiem.

- Masz jakiś kompleks? - odpowiedział pytaniem na pytanie. - Musisz udowodnić, że jesteś w stanie wszystkich przechytrzyć? Że jesteś lepszy?

- Od razu kompleks – obruszył się, prostując i wracając do swojej walizki. - Nazwijmy to drobną rywalizacją.

Obrócił się z powrotem do Izuru już ze skalpelem w dłoni. Chłopak nie potrafił odwrócić spojrzenia od tego kawałka metalu. Krew szumiała w uszach, serce zaczynało szaleńczo galopować ze strachu. Nie myśl o tym, nie myśl o tym, błagał sam siebie – sam przed sobą musiał przyznać, że brzmiał odrobinę płaczliwie. Szarpnął się raz jeszcze, ale więzy trzymały naprawdę dobrze. Makoto, widząc jego próby, uśmiechnął się tylko pobłażliwie.

- Z kim? - zapytał Izuru, przełykając ślinę. - Z kim niby prowadzisz tę rywalizację?

- Z twoim kapitanem, oczywiście – odpowiedział. - Chodzą plotki, że jest tak inteligentny, że nic mu nie umknie, ale widać są to tylko plotki, skoro pozwolił na kolejne morderstwa. A teraz jeszcze zabije mu bezpośredniego podwładnego... Tak naprawdę to byłeś moim celem od samego początku.

- I jak każdy geniusz musiałeś dać wskazówkę? Bo co to by była za zabawa, gdybyś nie dał możliwości domyślenia się stronie przeciwnej? - bardziej stwierdził niż zapytał.

- Jaki mądry z ciebie chłopiec – pochwalił i zaraz zerknął na zegarek. - O, znieczulenie powinno zacząć działać. Pozwolisz, że zaczniemy przedstawienie.

Izuru patrzył na zbliżający się do jego przyrodzenia skalpel, nie mogąc wydobyć z siebie żadnego głosu... Krzycz! Dlaczego do cholery nie krzyczysz?

Już nabierał powietrza, ale zaraz urękawiczona dłoń wylądowała na jego ustach.

- No, no, no – pokręcił głową Makoto, widocznie zawiedziony. - A myślałam, że będziesz grzeczny i obejdzie się bez tego.

Kira ugryzł go w palce i zaraz krzyknął, chociaż dłoń nie została zabrana, gdy wbito mu skalpel w udo. O boże zginie tu, zginie. Teraz już zabrakło siły woli, żeby powstrzymywać panikę. Rozlazła się po ciele, obudziła dreszcze i łomot oszalałego serca. Nie chcę umierać, nie chcę! Kołatało się tylko po głowie. Nie tak, nie w ten sposób! Poćwiartowany jak zwierzak. Chyba zaczął płakać.

- I po co to wszystko? - zapytał uprzejmie Makoto, wyciągając ostrze.

- Też się nad tym zastanawiam – powiedział chłodny głos od strony drzwi.

Oboje spojrzeli w tamta stronę jednocześnie.

- Chyba znasz procedurę, prawda? - zapytał się Ichimaru, mierząc do Kibune z pistoletu. - Rzuć grzecznie broń, połóż rączki na karku, hmmm?

- Jak się dostałeś do środka? – zapytał Makoto zamiast wykonać polecenie. - Zakluczyłem drzwi.

- Mam własne klucze – odpowiedział spokojnie Ichimaru. - Dorobiłem sobie na wszelkie wypadek... Aj aj i teraz widzisz, sprawiłeś, że zabrzmiałem jak jakiś... psychopata – uśmiechnął się szeroko. - A teraz rzuć skalpel i rączki na karki.

Makoto uśmiechnął sie tylko i podniósł dłoń, żeby wbić skalpel jeszcze raz. Kira widział tylko ten, mały zabójczo ostry kawałek metalu, a nie chciał go widzieć, nie chciał myśleć o tym, co zaraz się stanie. Zamknął oczy.

Padł strzał.

Makoto krzyknął.

Metal upadł na podłogę.

Kira otworzył oczy.

Makoto klęczał na ziemi trzymając się za zranioną dłoń. Kapitan Ichimaru już był przy nim, chwycił go brutalnie na ręce, skuł. A później trzasnął go w głowę. Makoto stracił przytomność.

Kira zaczął w końcu oddychać i spojrzał w twarz swojego przełożonego. Ichimaru uśmiechnął się, podchodząc do łóżka, po drodze podnosząc skalpel z podłogi. Przez krótką chwilę Izuru pomyślał, że ten mężczyzna wcale nie przyszedł go uratować, ale strach minął, gdy został uwolniony z więzów. Ulga jaką poczuł w tej chwili sprawiła, że o mały włos nie stracił przytomności. Zwinął się w kłębek i jednocześnie wczepił się desperacko w rękaw płaszcza swojego przełożonego, który przysiadł na brzegu łóżka. W tym momencie Izuru zdał sobie sprawę z tego, że jest nagi, że kapitan Ichimaru widział go nago – zupełnie głupia myśl w tej sytuacji, ale jego mózg nie zaczął jeszcze poprawnie funkcjonować – i chciał się schować gdzieś głęboko, gdzie nikt go nie będzie widział. Jednak ramię, które go objęło i przytuliło do piersi, nie pozwoliło mu nigdzie pójść. Dłoń pogładziła go po głowie. Czuł się prawie bezpiecznie.

- Już dobrze, Izuru – mówił niemalże troskliwie. - Już nic ci nie grozi.

- Dzię... Dziękuje kapitanie za uratowanie... - powiedział na tyle pewnie, na ile mógł w tej sytuacji. - Ja przepraszam kapitanie...

- Gin – wszedł mu w słowo. - Mam na imię Gin, Izuru i możesz mi wierzyć, cała przyjemność po mojej stronie. W końcu jesteśmy kwita. Poza tym – chwycił go za podbródek i podniósł twarz, popatrzył w, szklane po niechcianym płaczu, oczy. - You're pretty when you cry – zanucił.

Izuru zadrżał.


- Izuuuuuuuuuuuuuruuuuuuuuuuuuuuś! - jęknął przeciągle, niemalże konająco Gin. - Izuuuuuuuruuuuuuuuś!

Izuru stanął w drzwiach do salonu, na którego podłodze leżał z rozłożonymi ramionami i nogami jego kochanek. Pokręcił głową i westchnął.

- W czym ci pomóc? - zapytał uprzejmie.

- Nie mam sił, nakarm mnie czekoladą – wyjęczał, wyciagając ramiona w stronę chłopaka.

- Nie – powiedział krótko i stanowczo, krzyżując ramiona na piersi.

- Ale dlaczego?

- Jeszcze wczoraj mówiłeś, że powinienem być bardziej asertywny i nie dać ci się tak wykorzystywać.

To była prawda. Izuru zbyt często i zbyt chętnie poddawał się prośbom kochanka, a ten to wykorzystywał na różne sposoby. Czasami były to prośby takie tak jak ta, czasami sprawy mniej przyjemne. Sam Izuru nigdy nie narzekał w obawie, że Gin mógłby po prostu go zostawić. Bał się tego. Na szczęście była Rangiku, która już doskonale poznała chłopaka od czasu, gdy zszedł się ze swoim kapitanem, i to ona mówiła Ginowi, to co Izuru wolał zachować dla siebie. Uwielbiał ją za to.

- Tak powiedziałem? - zdziwił się Gin. - Byłem trzeźwy i przy zdrowych zmysłach?

- Tak..

- Niemożliwe, kłamiecie obywatelu!

- Gdzież bym śmiał.

Gin się poddał.

- Przytulić chociaż? - zapytał z nową nadzieją.

Izuru westchnął głośno, pokręcił głową, ale położył się obok mężczyzny na podłodze. Został zaraz objety ramieniem i nogą.

- Doskonale – wymruczał Gin z szerokim uśmiechem.

- Ale ja zaraz muszę wychodzić – powiedział Izuru ze słabym protestem.

- Nigdzie nie idziesz, Izuru – szepnął Gin, mocniej zaciskając kończyny wokół chłopaka. - Teraz jesteś tylko mój.


Siedzieli w rogu małej, kameralnej kawiarenki, przysłonięci od reszty gości kilkoma zielonymi roślinkami. Gin popijał herbatę, jego rozmówca – mężczyzna w tym samym wieku co on, w dopasowanym, szarym garniturze, z jasnymi włosami splecionymi w ciasny, długi warkocz i z jasnymi, chłodnymi oczami, przedstawił się jako Shinjuku Sosuke - raczył się sokiem pomarańczowym.

- Oczywiście, nie oczekujemy twojej odpowiedzi od razu – mówił. - Ale tak, jak wspominałem zależy nam na twojej współpracy.

Gin uśmiechnął się i przekrzywił głowę.

- Dlaczego akurat ja? - zapytał się szczerze zainteresowany.

Shinjuku również się uśmiechnął, chociaż nie tak szeroko.

- To był akurat mój wybór... Uznałem, że – zamyślił się, upił soku, w końcu ponownie spojrzał na Gina. - Możesz się nudzić.

- O – zdziwił się uprzejmie Gin.

- Jakby, co kontaktuj się ze pod tym numerem – powiedział, podsuwając przez stół wizytówkę.

Gin nie zwrócił na nia uwagi. Spojrzał jeszcze na mężczyznę przed sobą. Przez cały czas się uśmiechał.

- Zgadzam się – powiedział. - Będę z wami współpracować.

- O – tym razem to Shinjuku zdziwił się uprzejmie. - Bardzo miło mi to słyszeć.

- Pod jednym warunkiem – zastrzegł zaraz.

- Postaramy się go spełnić.

- Gdy już mi się coś stanie... - zaczął.

- Skąd pomysł, że coś ci się stanie? - strącił się Shinjuku.

- Wyłącz tryb sprzedawcy – powiedział beztrosko. - Wiem dokładnie jak to się skończy.

Shinjuku w żaden sposób już nie zaprzeczył.

- Rangiku Matsumoto – mówił dalej Gin, ale już poważnie bez uśmiechu. - I Izuru Kira – dodał po krótkim wahaniu. - Te dwie osoby nie mają mieć nigdy z całą sprawą nic wspólnego. Mają być bezpiecznie. Jeżeli coś im się stanie, to możesz być pewien, że znajde sposób, żeby pogrążyć was zza grobu – zakończył znowu sie uśmiechając.

- Dobrze – zgodził się po krótkiej chwili zastanowienia. Podniósł się i wyciągnął dłoń do Gina. - To była prawdziwa przyjemność poznać cię osobiście.

Gin również się podniósł. Uścisnęli sobie dłonie.

- Swoją drogą – powiedział Gin, gdy Shinjuku się już zbierał. - Jak masz naprawdę na imię?

Mężczyzna uśmiechnął się trochę nostalgicznie.

- Moja prawdziwe imię jest mi równie obce, jak to – odpowiedział. - Ale ci którzy mnie znają wołają na mnie Shinsou. - Zawahał się. - A ci, którzy znają mnie jeszcze lepiej wołają na mnie Kamishini i Aizen nie będzie pierwszym bogiem, którego strącę z niebios.

Gin się zaśmiał. Szczerze. Naprawdę zapowiadało się ciekawie.

- Zatem miło mi cię było poznać, Kamishini.


O mamusiu, najdłuższy rozdział ever napisany. W sumie już od kilki miesięcy leżał mi na dysku i się dopominał o uwagę, więc w końcu postanowiłam go dokończyć.

Generalnie obawiam się, że zepsułam Kirę, zupełnie nie wiem, jak go rozgrywać, żeby nie robić z niego kogoś zbyt delikatnego. Niach...

Tak, czy siak mam nadzieję, że się podobało :)