Och ja przenajokrutniejsza T.T W ramach ostrzeżenia, nie jest ani miło ani przyjemnie w tym obrazku.
Pałac Pamięci był mnemotechniką, jednak ich, Vizardów, szkolili w niej z zupełnie innego powodu. Dla nich Pałac miał być azylem, miejscem, do którego mogliby uciec świadomością, żeby odseparować się od świata zewnętrznego, od bólu, zmęczenia, strachu. Na wypadek gdyby zostali schwytani, tak jak on, i gdyby, tak jak z niego, próbowano wyciągnąć jakieś informacje.
Pałac Pamięci nie musiał być dosłownym pałacem, miał być miejscem, które w każdych warunkach będzie można przywołać, dobrze znane razem ze wszystkimi zapachami, dźwiękami, widokami. Pałac Desyi był drewnianą altanką obrośniętą bluszczem, gdzie można było skryć się przed upałem, który wysuszał rozciągającą się po horyzont polanę. Pachniało wysuszonymi, bardziej już żółtymi niż zielonymi trawami i ziołami, słychać było, leniwe w tej spiekocie, granie świerszczy, bzyczenie owadów. Jednak w altanie za ścianą intensywnie zielonego bluszczu panował przyjemny chłód i cień. Wspomnienia z lat dzieciństwa, gdy razem z siostrą jeździli w wakacje na wieś do dziadków. Elementem, który nie należał do wspomnień, a do Pałacu, były metalowe skrzynki poustawiane w rządku pod jedną ze ścian. W skrzynkach znajdowały się różne haki do wspomnień, tych najprzyjemniejszych, bo takie kazali im wybierać podczas szkolenia.
Działało, przynajmniej na początku. Jednak teraz leżał na zimnej, twardej ziemi w ciemnej, ciasnej celi, w której wiedział, że śmierdziało, ale po takim czasie przestał cokolwiek czuć. Czuł za to swoje obolałe, posiniaczone, połamane ciało, które nie było już w stanie, pomimo wycieńczenia, zasnąć – nie żeby mu pozwolili na sen - mógł co najwyżej tracić przytomność. Czuł pernamentny głód i pragnienie, chociaż bywały chwile, gdy wody miał nadto – dławił się nią podtapiany i podduszany. To właśnie podczas jednej z tych rozmów powiedział całą nieprawdę, bajeczkę przygotowaną na taką sytuację, bo jak był jeszcze w stanie wyliczyć, minęły jakieś trzy dni od momentu ich ostatniego kontaktu – tuż przed tym jak wpadli w pułapkę. Powinny zostać już uruchomione procedury na taki wypadek, może nawet wysłana drużyna ratownicza – nie wierzył by do niego dotarła. To był jeszcze ten moment, gdy nie stracił rachuby czasu. Teraz nie był pewien ile czasu minęło – kilka dni, tygodni, miesięcy. Nie było żadnej regularności w działaniach jego oprawców - we wrzucaniu ochłapów jedzenia, wywlekania na tortury, ani w chwilach wytchnienia - żeby mógł cokolwiek wyliczyć. Był za to pewien jednego, wkurzył ich. To co wcześniej było dobrze znanymi mu z podręczników sposobami na zmiękczenie jeńca, by mówił, zamieniło się w zwykłą męczarnie na wykończenie. Już nie chcieli z niego niczego wydobyć, chcieli się nad nim jak najdłużej pastwić. Zrobili sobie z niego zabawkę na wyładowanie frustracji. A mieli jej naprawdę dużo.
Niewiele później przestał odwiedzać Pałac. Gdy leżał będąc na granicy przytomności, gdy był czystym kłębkiem bólu, nie miał innej ochoty, jak uciec od tej rzeczywistości w ciepłe wspomnienia. Jednak wspomnienia przestały być tylko wspomnieniami. Pojawiły się w nich diabły i demony, te najgorsze, w jego sytuacji. Demony nadziei i diabły spełnienia cichych, chowanych głęboko marzeń. Już ich pierwsza wizyta była bolesna.
Siedział w altance, napawając się tą krótką chwilą wytchnienia dla umęczonego strachem i bólem umysłu. W tym miejscu w jego umyśle, zamiast fetoru moczu, kału i niemytego ciała, czuł zapach letniej łąki. Tutaj nie musiał się obawiać kolejnej porcji bólu wywołanego wściekłością jego oprawców. Nucił sobie pod nosem, jak zresztą zawsze gdy bywał w Pałacu.
Dawaj za żyzń, dawaj brat do konca
Pomjaniem tiech, kto s nami był togda
Nie była to może piosenka, która dawała jakoś wiele pocieszenia, ale jego przede wszystkim uspokajała. Lubił ją. Do tego stopnia, że nauczył ją śpiewać cały swój oddział, z dowódcą włącznie.
- Jak ty, do cholery jasnej, wyglądasz!
Obrócił się gwałtownie w stronę głosu i patrzył, zupełnie niedowierzając, na stojącego w wejściu do altanki mężczyznę z siwiejacymi, pomimo młodego wieku, włosami i patrzącego na niego z surową miną. Mężczyznę, z którym wiązała się większość zakotwiczonych w skrzyneczkach wspomnień. Jego dowódca, którego szanował za profesjonalizm, dzięki któremu budował swój autorytet wśród podległych mu żołnierzy. Jego kochanek, albo bardziej właściwym byłoby powiedzieć, ukochany, chociaz wiedział, że nigdy ich relacja nie wyszłaby poza skrywany w tajemnicy przed wszystkimi romans. Kensei Muguruma.
- Chwilę mnie nie ma i spójrz na siebie – mówił dalej poważnym tonem, klekąjąc przed swoim podwładnym. - Taką Złotowłosą to bym na sto procent w łóżka wyrzucił – dodał już z uśmiechem czającym się w kącikach ust, spojrzenie również złagodniało, gdy sięgnął do blond czupryny i poczochrał. - Powinieneś je obciąć – powiedział zamyślony.
Desya w jednej chwili zapomniał, że to co widział, słyszał i czuł, bo czuł dotyk na swoich włosach, nie jest prawdziwe. Nie miało to w tej chwili żadnego znaczenia. Po prostu uśmiechnął się słabo, bo to faktycznie były słowo, którymi Kensei mógłby go powitać. To było takie realne.
- Co to? - zapytał Kensei, wskazując brodą, na trzymaną przez chłopaka skrzyneczkę.
Sam na nią spojrzał, otworzył i zaraz się uśmiechnął. W środku znajdowała się nieco już sfatygowana piłka do football'u.
Wczoraj wrócili z misji ratowniczej. Musieli wyciągnąć jakiegoś biedaka z jakieś wioski gdzieś w Sudanie. Nie było to łatwe zadanie, nawet jeden z oddziału leżał w bo jakiś dzieciak dźgnął go bagnetem. Na szczęście misja została zakończona sukcesem, a oni mogli wrócić do bazy. Dzisiaj mieli dzień wolny. Było pogodnie, ale nie za ciepło, idealnie żeby w ramach odpoczynku się nieco zmęczyć. A nie ma lepszego sposobu, żeby się zmęczyć niż poprzytulać się z kolegami w ramach tak zwanej męskiej rywalizacji. Innymi słowy grali w football na mocno zaimprowizowanym boisku, ale nie miało to większego znaczenia. Chodziło o proste wyładowanie emocji i stresu, a nie o zwycięstwo.
Podzielili się na koszulki i gołe klaty. Jak na razie gołe klaty prowadziły jednym touchdown'em. Piłka była koszulek i juz udało im sie przesunąć linię wznowienia o kolejne dziesięć jardów. Desya grał w koszulkach na pozycji skrzydłowego. Zadanie miał w sumie proste, złapać piłkę od rpzgrywającego, pobiec z nią jak najdalej, nie będąc obalonym przez obronę przeciwnej drużyny. Zazwyczaj nieźle się sprawdzał – długie ręce, długie nogi, w sam raz do łapania i biegania.
Właśnie ustawili się po kolejnym obaleniu.
- Hej, panie sierżancie – zawołał Doi, liniowy gołych klat, prostując się. Wszyscy mogli podziwiać tatuaż japońskiego demona na jego piersi. - Brakuje nam jednego do drużyny. Da się pan namówić?
Drużyna koszul odwróciła się, żeby zobaczyć jak dowódca ich oddziału, sierżant Muguruma, rozważa propozycję i widać było, że się waha.
- Oj Doi – zawołał Desya z lekkim uśmieszkiem. - Nie namawiaj pana sierżanta, bo jeszcze wyjdzie, że nie umie grać i cały jego mozolnie budowany imige faceta, który wsjo potrafi legnie w gruzach.
Desya modlił sie w duchu, żeby jego mała prowokacja odniosła sukces, bo w takim wypadku Kensei wylądowałby w drużynie gołych klat – o mały włos nie zachichotał pod nosem na tę myśl. Znaczy, nie żeby miał jakieś sprośne myśle na temat swojego dowódcy. Nic z tych rzeczy, ani trochę... Trochę, czasem, nie za często... Często... Dobra miał sprośne myśli na temat swojego dowódcy, ale nie zmieniało to faktu, że go szanował i wiedział, że to są jego sprośne myśli i myślami muszą pozostać. Amen.
Sierżant przyjął wyzwanie.
- Zginiesz, Modest – powiedział, ściągjąc koszulkę i dołączając do drużyny gołych klat na pozycji liniowego.
Desya był w siódmym niebie i nawet nie próbował ukryć wyszczerzu jaki cisnął mu się na usta. Widział, jak Kensei pokręcił tylko głową rozbawiony, chyba sam był w dobrym humorze, skoro pozwalał sobie na zluzowanie dyscypliny.
Wznowili rozgrywkę. Pomimo wsparcia u przeciwników, koszulkom udało się zdobyć pierwsze punkty. W międzyczasie na plac przyszło jeszcze kilka osób, jacyś oficerowie, ludzie z innych oddziałów. Krzyczeli, dopingowali. Najgłośniej krzyczała pni sierżant Mashiro, krzyczała cos do Kenseia, na co temu zaczęła drgać brew ze zirytowania. Zrobiła się naprawdę przyjemna atmosfera, jakby byli na boisku jakiegos kampusu, a nie w bazie wojskowej. Jakby byli zwyczajną paczką znajomych, a nie żołnierzami oficjalnie nieistniejących oddziałów specjalnych. Prawie można było pomarzyć o normalnym życiu.
- Panie sierżancie, a ja wciąż dycham – rzucił Desya z wyzywającym uśmieszkiem, jak ustawiali się do kolejnej zagrywki. - Wychodzi pan na niesłownego.
- Nie znasz dnia, ani godziny...
- Tylko sierżant je zna! - odpowiedzieli wszyscy chórkiem, stając na baczność. Cóż odruch jeszcze ze szkolenia. Wszyscy zaraz wybuchnęli śmiechem, Kensei razem z nimi.
Desya wiedział, że nie zapomni tego śmiechu, że będzie go nawiedzać w snach. Nie żeby Kensei się w ogóle nie śmiał, ale teraz to był taki zupełnie niehamowany, jakby na chwilę zapomniał tak jak reszta gdzie jest i kim jest. Chciałby słyszeć ten śmiech częściej – marzenia głupiego.
Mecz trwał. Piłka po stronie koszul. Wysokie podanie, Desya złapał i zwinnie przebiegł pomiędzy obrońcami i już się cieszył, że zdobędzie punktu, gdy nagle został obalony ciężko na trawę, aż powietrze z niego uszł. Był przygniatany do ziemi tak, że ciężko było mu złapać oddech.
- Żeby nie było, że jestem niesłowny – wyszeptał mu do ucha Kensei i zaraz poczochrał po włosach. Wstał.
Jednak Desya potrzebował chwili by się pozbierać. Jeszcze czuł jego ciepły oddech na uchu i szyi, ciężar przygniatający do ziemi, a do tego to poczochranie po włosach, takie normalne, może nawet czułe? Chciał tego więcej, chciał więcej takiego Kenseia, który zapomina, że jest sierżantem. Takiego Kenseia tylko dla siebie...
Szlag. Szacunek, szacunkiem, sprośne myśli, sprośnymi myśli. On był po prostu już po uszy w tym mężczyźnie zakochany.
- Też cię kocham.
Natychmiast podniósł wzrok i spojrzał prosto w brązowe oczy. Patrzył na ten ciepły uśmiech, na usta które wypowiedziały przed chwilą słowa, których nie mógł się doczekać przez pięć lat, gdy trwał ich romans.
- Przyjdę po ciebie, nie martw się – mówił dalej Kensei.
W tym momencie Desya przypomniał sobie w końcu, że w Pałacu Pamięci jest się zawsze samemu. Wiedział już, że to nie są nawet wspomnienia, to jego własne demony nadzei. Kensei nigdy by nie wypowiedział takich słów.
Po tym po raz pierwszy, od kiedy zaczęło się to piekło, zatrząsł się od suchego szlochu. Nigdy go już nie zobaczy, swojego sierżanta, swojego Kenseia. Od tego momentu nie zaglądał do Pałacu, ale od tego momentu nie było mu to już potrzebne. Wszystko było mu już obojętne.
Gdy zgrzytnął klucz w drzwiach do jego celi, nawet nie drgnął i tak mogło to być jedno z dwojga: jedzenie, albo bicie. Poza tym nie mógł nawet otworzyć opuchniętych, sklejonych zaschnięta krwią oczu.
- Dość tego! - kobiecy krzyk. - Dość tego, Ulquiorra, słyszysz? Już nic z niego nie wydobędziesz, więc zostaw go w spokoju!
- Odsuń się kobieto. - Dobrze znany monotonny, obojętny ton, od którego mimowolnie dreszcze przebiegły po plecach, a ciało skuliło się ze strachu. Teraz wreszcie ten bladolicy, bezlitosny chłopak, który doglądał jego męczarni, otrzymał imię, Ulquiorra. - Albo uznam to za zdradę i pomoc wrogowi. Wylądujesz na jego miejscu bez względu na twój stan.
- Nie odsunę się i gówno mi zrobisz! Nie pozwolę ci go dłużej męczyć, bo to do niczego nie prowadzi, zwyczajnie się mścisz za swoje własne niepowodzenia!
- Czy dobrze rozumiem, że jest ci go żal?
- Czy dobrze rozumiem, że nie zostało już w tobie nic ludzkiego? Idź zaszyj się w jakiś czeluściach i najlepiej stamtąd nie wychodź, potworze!
Chwila ciszy.
- Jak sobie chcesz.
Cisza. Długa cisza, aż nabrał przekonania, że cała ta rozmowa była jedynie rozmową, istniejących tylko w jego umyśle, demonów. Albo może demona i upadłego anioła, którym byłaby tamta kobieta. Upadłym, bo byli przecież w samym sercu piekła, inne anioły by się tutaj nie dostały.
Może zareagowałby bardziej, gdyby mógł, gdy poczuł wilgoć przy spierzchniętych wargach. W pierwszym odruchu chciał się odsunąć.
- Spokojnie – odezwała się łagodnie jakaś kobieta. - Nie bój się.
Poczuł jak jest ostrożnie, delikatnie obmywany jakimś miękkim materiałem. Usta, które zaraz zachłannie oblizał, policzki, oczy, które wreszcie mógł, chociaż odrobinę otworzyć. Zobaczył jej postać, klęczała przy nim. Nie mógł dojrzeć jej twarzy.
- Pij – poleciła, przykładając na powrót wilgotną szmatkę do jego ust.
Domyślał się dlaczego mu pomagała, ale nie był Chrystusem, żeby odtrącać podawaną ulgę w męczarni. Wessał się w szmatkę, niczym niemowlę w pierś matki i niemalże się rozpłakał ze szczęścia. To była czysta woda, nie jakieś pomyje, które dostawał, najzwyklejsza czysta woda. Gdy wysuszył jedną, podała mu drugą porcję.
- Uś... - próbował coś powiedzieć albo raczej wychrypieć, ale od bardzo dawna jego usta nie wydawały żadnych artykułowanych dźwięków. - ...oszć.
Jakimś cudem go zrozumiała i delikatnie pomogła mu usiąść. Oparł się plecami o zimną, wilgotną ścianę, oczywiście odezwały się przy tym wszystkie obite ostatnim razem miejsca, ale przynajmniej mógł jej teraz spojrzeć w twarz – ledwie widoczną w nikłym świetle jakieś małej latarenki postawionej gdzieś z boku. Była młoda, młodsza od niego, krótko przycięte włosy i duże, jasne oczy o łagodnym trochę smutnym spojrzeniu. Co ona robiła w tym piekle? Była upadłym aniołem. Przymknął oczy, odetchnął głębiej raz i drugi, zbierając siły.
- ... aniołem? - wychrypiał w końcu.
- Raczej Walkirią – odpowiedziała.
Prawie się zaśmiał. Nie skomentowała, podała mu kolejną porcję wody, przyjął. Nie miał zamiaru unosić się dumą i udawać, że tego nie potrzebuje. Gdy się napił, siedzieli obok siebie, ramię przy ramieniu. On po prostu oddychając i patrząc na miejsce, gdzie egzystował przez ostatni czas.
- Ile...? - zapytał z nagle rozbudzonej ciekawości.
- Trzy tygodnie.
Musiał jej uwierzyć. Sam nie był pewien, czy nie wierzy, że to było tylko trzy tygodnie, czy że aż.
Spojrzał w stronę małej lampki oliwnej, stojącej przy uchylonych drzwiach. Uchylone drzwi, lampa oliwna, dziewczyna pewnie miała przy sobie jakąś broń... Spojrzał na nią i w jednej chwili wszystkie te niedorzeczne myśli wyparowały. Siedziała z dłońmi opartymi o zaokrąglony brzuch.
- Jes... eś w ci..ży. - Coraz lepiej szło mu mówienie.
Uśmiechnęła się tylko w odpowiedzi i objęła swój brzuch ramionami w ochronnym geście. Spojrzała na niego, spostrzegła jego wzrok. Wzięła jego dłoń i położyła na swoim brzuchu.
- Moja... siostra. - Uśmiechnął się lekko, gdy poczuł delikatny ruch pod palcami. - Jak wyje...łem właśnie...dowie... Życzyłem jej... córki.
- Córki? Myślałam, że zawsze życzy się pierworodnego. Poza tym wiesz jak mówią, jak masz syna martwisz się tylko o jednego chuja na świecie, jak córkę to o wszystkich.
- Chyba...że jest... gejem.
Zaśmiała się, trochę po dziecięcemu, zakrywając usta dłonią. Jej śmiech brzmiał dziwnie w tym miejscu, ale przyjemnie. Również się uśmiechnął.
Znowu siedzieli w milczeniu. Nie zwrócił uwagi kiedy jego głowa opadła na jej ramię, zaczęła go głaskać, aż dziwne, że się nie brzydziła. Zwłaszcza, że przy nim wydawała się taka czysta.
- Ta piosenka, którą czasem nuciłeś – odezwała się w końcu. - O czym jest?
- O wojnie i... - mówił powoli, robiąc przerwy by odetchnąć głębiej. Nigdy wcześniej by nie pomyślał, że mówienie może być tak ciężkim zadaniem. Oczywiście mógł nie odpowiadać na jej pytania, ale chciał. Chciał z nią trochę porozmawiać. - I trochę... o nadziei. Poczekaj... bracie, nie umieraj. Będziesz... jeszcz... długo i szczęśliwie...czymy na twoim weselu, będziesz... podrzucał swoje dzieci wy...ko pod niebo – wyrecytował słabym głosem. - Wypij za życie, pij bracie do dna... Wypij... tych, co cze...ją w domu na ciebie...
Znowu zapadła cisza, tym razem jakaś taka bardziej napięta. Przestała go głaskać, zamiast tego zaczęła skubać jakąś odprutą nitkę ze spodni.
- Oprócz siostry, ktoś na ciebie czeka? - zapytała w końcu.
Chciał powiedzieć, że tak, ale się zawahał. Bo czy mógł szczerze powiedzieć, że był ktoś, kto na niego czeka? Nie był taki pewien.
- Chyba – powiedział w końcu, przymykając oczy.
- Jak to chyba? - zdziwiła się.
- Nie wiem...On...a, ta osoba, nigdy nie... powiedziała. - Dlaczego do cholery jasnej, to tak bolało, przecież to nie było tak, że wcześniej mu to jakoś szczególnie przeszkadzało. Ważniejsze było to, że mimo wszystko zostawał u jego boku. Więc czemu teraz tak bardzo chciałby mieć pewność, że Kensei go kochał.
- To mężczyzna, prawda?
Aż otworzył oczy zaskoczony.
- Ską...
- Zawahałeś się – odpowiedziała ożywionym głosem, jakby była dumna z własnej dedukcji, zanim zdążył dokończyć pytanie. - I dopowiedziałeś "ta osoba". Gdyby to była kobieta powiedziałbyś po prostu "ona".
- To ty powinnaś przesłuchiwać...
- Nie potrafiłabym – powiedziała poważniejąc, smutniejąc.
Masz za łagodne serce, dopowiedział sobie w myślach, to nie jest miejsce i czas dla ciebie, nie powinno cię tu być, Walkirio, na tym dnie piekła wśród demonów i potworów.
- Będzie mu lżej – powiedział nagle, zdumiewając samego siebie. Dziewczyna nie odezwała się, ale wiedział, że uważnie słucha. Tylko po co on to mówił? Czy obawy i strachy wypowiedziane na głos stają się mniejsze? - Zawsze... żałował, że cokolwiek nas łączy. Będzie szczęliwszy... beze...mnie... - mówił coraz ciszej, coraz bardziej sennym głosem. - Szczęśliwszy. - Wiedział, że to była prawda i chyba dzięki temu jemu zrobiło się lżej. Kensei będzie szczęśliwszy, a to było najważniejsze.
- Rozumiem – powiedziała cicho Walkiria, ale już tego nie usłyszał, jego dłoń zsunęła się bezwładnie z jej brzucha, zasnął, a może stracił przytomność. - Rozumiem – powtórzyła i odetchnęła głębiej, zagryzła wargę. Wyglądała, jakby podjęła właśnie decyzję.
Objęła go jednym ramieniem, drugiem sięgnęła do buta i jednym płynnym ruchem wyciągnęła z niego, a potem wbiła w miękką kość skroni chłopaka długi, ostry szpikulec. Ciało drgnęła konwulsyjnie raz i drugi. Wyrwała broń zabierając ze sobą kawałki mózgu, strach, ból, wspomnienia i zostawiając pustą pokaleczoną skorupę.
Położyła go ostrożnie na ziemi, pogładziła po włosach.
- Nel.
Spojrzała w stronę spokojnego głosu. W drzwiach do celi stała Tia.
- Ja... - zaczęła Nel, ale druga kobieta pokręciła tylko głową.
- Jakbyś ty tego nie zrobiła, to zrobiłabym to za ciebie – powiedziała Tia. - Chodź – wyciągnęła dłoń w stronę starszej dziewczyny. - Transport czeka, wreszcie będziesz mogła wyjechać z tego piekła.
Nie wstała z klęczek, zacisnęła dłonie w pięść.
- Nie mogę – powiedziała przez łzy. - Nie mogę was tutaj zostawić.
- Możesz i zostawisz – powiedziała spokojnie Tia, jakby mówiła do dziecka. - Musisz sprawić, że twoje dziecko nie będzie miało z tym nic wspólnego. Chodź – powtórzyła.
Nel spojrzała na ciało chłopaka, pochyliła się i ucałowała brudne czoło.
- Jestem pewna, że cię kochał – szepnęła i wstała.
Wyszły z celi, nie oglądając się już za siebie. Jednak chwilę później w drzwiach do celi pojawił się Ulquiorra, popatrzył na ciało chłopaka obojętnym wzrokiem.
- Śmieć – mruknął pod nosem. Jednak ciężko byłoby stwierdzić, czy mówi o martwym chłopaku, czy raczej o sobie.
Me: Desya T.T jak mogłam ci to zro!bić!
Wena: T.T jak mogłaś mu to zrobić!
Me: To był twój pomysł!
Wena: Ale ty go bezlitośnie wykonałaś!
Obie: T.T
