Rozdział szósty: Życie i śmierć
Aina przeniosła spojrzenie na Gabriela. Przyglądała mu się uważnie przez długi czas, dokładnie obserwując każdą, nawet najmniejszą zmianę w jego zachowaniu.
Dom wciąż podróżował w przestrzeni. Jeszcze nie wybrany został ich kolejny „przystanek". Znając jednak i Dom, i Gabriela, prawie na pewno nie wylądują daleko od swojej poprzedniej lokalizacji. Wciąż mieli do pokonania Corę, więc musieli być ciągle na bieżąco z teraźniejszymi wydarzeniami. A żeby tak było, to nie mogli odlatywać daleko.
- Wciąż nie jestem pewien, czy to zadziała. – powiedział Gabriel. Spojrzenie miał utkwione gdzieś za oknem Domu, pośród przelatujących obok wstęg czasoprzestrzeni. – To bardzo ryzykowny plan, Aina. Nie mogę ryzykować twojego życia.
- No to będziesz musiał. Bo taka jest moja decyzja. – odparła bogini hardym tonem głosu. Nie zamierzała tu siedzieć i czekać, aż ta wiedźma wybije wszystkich członków jej rodziny.
- Nie wiem… Florian by tak nie postąpił. – wyszeptał niepewnym głosem mężczyzna. Aina syknęła cicho, przymykając na moment powieki.
- Prosiłam cię, Gabriel… nie wspominaj już o nim. – poprosiła Aina, uchylając powoli powieki. – Nie chcę o tym teraz rozmawiać.
- Ale kiedyś będziemy musieli. – odpowiedział Gabriel. – Dlaczego zatem nie zrobić tego teraz, i mieć to już za sobą?
- Bo tego nie chcę? – odpowiedziała pytaniem na pytanie dziewczyna. – Gabriel… minęło już tyle lat. Dlaczego wciąż chcesz drążyć ten temat?
- Bo widzę jego cień za każdym razem, gdy patrzę się w twoje oczy. – odparł mężczyzna. Usiał naprzeciwko Ainy w wolnym fotelu. Jego spojrzenie błękitnych oczu nawet na moment nie opuszczało twarzy Ainy. W końcu czuł, że jest gotów do stawienia czoła swoim demonom z przeszłości. – Chciałem porozmawiać o tym z tobą od dawna… bardzo dawna. Chciałem cię znaleźć już po Jerozolimie, ale zniknęłaś. Szukałem cię… chciałem przeprosić cię za to, co się wtedy stało. Chciałem odpokutować swoją winę.
- To nie było potrzebne. – przerwała mu Aina stanowczym głosem. – Tak jak teraz nie musisz się z niczego tłumaczyć. Przez te wszystkie lata, gdy nie byliśmy razem, zdążyłam już ochłonąć po tym wszystkim. Zdałam sobie też sprawę, że nie mogłeś wtedy zrobić nic, aby go uratować. Taki był już widać jego los. – dodała Aina, wzdychając ciężko. – Teraz pozostał już dla mnie tylko pięknym wspomnieniem jednej ze szczęśliwych chwil z mojego życia, które minęły bezpowrotnie, i które już nigdy nie powrócą. Jesteśmy nieśmiertelni, Gabriel. – powiedziała nagle dziewczyna, przenosząc spojrzenie na mężczyznę. – Florian nie był. Śmierć prędzej czy później by go dosięgła. To, co się stało, było nieuniknione.
- Niekoniecznie. – odparł Gabriel. – Planowałaś go przecież obdarzyć darem nieśmiertelności. Chciałaś być z nim na wieczność. Ty to wiedziałaś, ja to wiedziałem… i on to wiedział. Tylko przez ostatni rok swojego życia co prawda, ale wiedział. Był we wszystko przez nas wtajemniczony. I był gotów do stania się jednym z nas, byleby tylko z tobą być. A ja nie dopilnowałem, aby do tego doszło.
- Przestań się obwiniać. – powiedziała Aina. Ujęła niepewnie dłonie Gabriela w swoje, po czym spojrzała mu się prosto w oczy. – To, co się stało, było zrządzeniem losu. Zdążyłam ci już wybaczyć, tak jak sama zdążyłam już odbyć długą żałobę po nim. Jedyne, czego żałuję… to tego, że nie było mu dane umrzeć w spokoju, wśród swojej rodziny.
Jerozolima, 1200 rok
Gabriel walczył zawzięcie z kilkoma rycerzami naraz. Gdy jednego z nich udało mu się odepchnąć, nacierał na niego następny. W chwili takiej jak ta cieszył się, że został przeklęty przez tę wiedźmę. Przynajmniej dzięki tej klątwie żadna broń nie mogła go śmiertelne zranić.
Czyjś donośny krzyk spowodował, że mężczyzna zamarł nagle, otwierając szeroko oczy.
Wszędzie rozpoznałby ten głos.
- Florian! – zawołał Gabriel donośnym głosem. Usiekł trzech rycerzy, jednego za drugim, po czym rozejrzał się gwałtownie po polu bitwy, szukając wśród walczących swojego przyjaciela.
W końcu go odnalazł. Florian walczył zawzięcie z jednym z obrońców miasta, ale wyglądało na to, że wkrótce przegra to starcie.
Gabriel ruszył do niego, raniąc po drodze kilku wrogów. Musiał do niego zdążyć. Po prostu musiał. Nie mógł złamać obietnicy, jaką dał Ainie przed wyjazdem.
Będę go chronił, nawet kosztem własnego życia. Przysięgam ci to.
Gabriel czuł się tak, jakby dystans między nim a Florianem nie zmniejszał się, ale zwiększał. To było jak istny koszmar, z którego nie można się wybudzić.
Muszę zdążyć. Muszę. Przysiągłem go chronić za wszelką cenę.
Jeden z obrońców złapał leżącą na ziemi lancę. Gdy Florian był zajęty walką, tamten zaszedł go od tyłu, po czym skierował ostrze broni w stronę młodego mężczyzny.
- Florian! – krzyknął Gabriel, próbując dostać się do przyjaciela. Tłumy walczących wcale mu jednak tego nie ułatwiały. – Florian, uważaj!
Młodzieniec zbyt późno zorientował się, że coś jest nie tak. Gdy już dostrzegł zagrożenie, było stanowczo za późno na atak. Mógł się już tylko bronić i modlić o cud.
Udało mu się odepchnąć tego, z którym walczył. Gdy jednak obrócił się ku temu, który się na niego zaczaił, nie zdołał już sparować ataku. Lanca przebiła jego ciało na wskroś.
- Nie! – Gabriel kompletnie zapomniał o wszystkim, co go otaczało. Zaczął siekać swoim mieczem każdego, kogo tylko napotkał. Nie rozglądał się nawet, czy zabija teraz wrogów, czy też rani własnych towarzyszy. Zależało mu tylko na dotarciu do swojego przyjaciela.
W końcu do niego dotarł. Bez wahania zabił człowieka, który ranił Floriana. Następnie usiekł kilku kolejnych, nim wokół nie zrobiło się na tyle spokojnie, aby mógł przyklęknąć przy swoim towarzyszu.
- Będzie dobrze. Wszystko będzie dobrze. – zapewniał Floriana Gabriel, przytrzymując go blisko siebie. Z ust mężczyzny przez cały czas wypływała krew. Florian krztusił się nią, nie mogąc w żaden sposób powstrzymać krwawienia.
Gabriel z trudem mógł oddychać. Wizję przesłoniły mu ciemne plamy. Przez cały czas powtarzał, że wszystko będzie dobrze. Wiedział jednak lepiej. Wiedział, że jego przyjaciel wkrótce umrze.
- Gabriel… wiem, jak to się skończy. – odpowiedział nagle Florian, uśmiechając się blado. – Umrę. Czuję to. Nie można już nic dla mnie zrobić.
- Nie mów tak. Na pewno coś jeszcze można zdziałać. – wymamrotał Gabriel. Czuł, jak w kącikach oczu zbierają mu się łzy. Musiał być jednak silny. Florian nie mógł zobaczyć tych łez. Musiał do końca wierzyć w to, że jest jeszcze jakaś nadzieja.
- Aina nie może zostać sama. – wyszeptał Florian ostatkami sił. – Bądź z nią… bądź z nią przez cały czas. Nie zostawiaj jej… samej…
Powieki mężczyzny zamknęły się powoli. Florian opadł bezwładnie na ziemię, wydając z siebie ostatni dech.
Gabriel ostatkami sił się kontrolował.
Zawiódł Ainę. Zawiódł ją. Przysięgał jej, że nie dopuści, żeby Florianowi coś się stało. Że jeśli będzie trzeba, to ochroni go własnym kosztem.
Ale nie zrobił tego. Nie dał rady.
I teraz Aina go znienawidzi. Na pewno tak się stanie.
Czasy obecne, bliżej nieznana lokalizacja
Cora krzątała się szybko po małym, ciasnym pomieszczeniu. Szeroki uśmiech szaleńca widniał na jej wąskich, pomarszczonych ustach, gdy dodawała kolejne składniki do mazi wrzącej w kotle.
Jeszcze tylko trochę, powtarzała sobie w myślach, jeszcze tylko chwila, i cały jej misterny plan się spełni.
Czarownica dorzuciła do kotła ostatni, najważniejszy składnik swojej tajnej mikstury. Następnie odsunęła się szybko, gdy owa mikstura wybuchła, zalewając praktycznie całe pomieszczenie gęstym, jasnoszarym dymem.
Już prawie gotowe. Jeszcze tylko chwilka…
Powoli z obłoków dymu wyłoniła się doskonale znajoma Corze postać.
- Doskonale… wprost doskonale. – wyszeptała Cora, podchodząc do postaci i dokładnie ją okrążając.
Udało się jej – wskrzesiła kogoś, kto nie żył już od setek lat. Wreszcie była na tyle silna, aby poprawnie wyglądać to zaklęcie. A to oznaczało tylko jedno – że była również wystarczająco silna, aby raz na zawsze zmieść z powierzchni ziemi rasę bogów.
- Jeszcze pożałują tego, że mnie nie docenili. – wymruczała kobieta, stając naprzeciwko wskrzeszonego mężczyzny. Bez słowa podała mu ubrania, które mężczyzna ubrał bezwiednie. Nawet nie mrugnął powiekami. Cora uśmiechnęła się szeroko, widząc to. To oznaczało, że był on kompletnie pod jej kontrolą. – Wybierzesz się teraz w małą podróż. Mam dla ciebie specjalną misję, mój drogi.
- Jaka to misja, moja pani? – odpowiedział mężczyzna. Cora aż zaśmiała się, słysząc to.
Gdyby tylko teraz mogła go zobaczyć… chyba serce by jej pękło na milion drobnych kawałeczków.
- Wybierzesz się do pewnego zamku. – zaczęła Cora, okrążając powoli swojego nowego sługę. – Przeczuwam, że to tam moi wrogowie się wybiorą. Udasz się tam… i zaczekasz na nich.
- A potem, pani? – Cora zaśmiała się ponownie, nie mogąc się powstrzymać.
Och, tak. Mój plan jest doskonały. Nie będą się tego spodziewać… ani trochę.
- Po prostu trochę ich poganiasz po zamku, a potem ujawnisz swoją tożsamość, gdy cię do tego zmuszą. – Cora dotknęła ostrożnie dłonią policzka mężczyzny, który spojrzał się na nią z pustym, pozbawionym wszelkich emocji wyrazem. – Na pewno cię rozpoznają. Na pewno… mój drogi, słodki Florianie.
