Miłość dworska
W piętnastej wiośnie życia – czy raczej, ściśle rzecz biorąc, lecie, późnym, upalnym, pełnym burz i słońca na przemian – Zygfryda nader często podgryzały wątpliwości natury moralnej. Wątpliwości, jakoś tak się składało, miewały zwykle duże przednie zęby, ciemne włosy, śniadą szyję, wystające obojczyki, świeży tatuaż na torsie, wklęsły brzuch i w ogóle wszelkie pozory półnagiego Arjana La Valette'a. W tym zaś momencie uwidziało im się gryźć akurat w szyję.
– Przestań – Zygfryd otrząsnął się niespiesznie, tak z rozmyślań, jak z zębów. – Zostawisz ślady.
– Dobrze już, dobrze…
Zęby zniknęły. Zostały obejmujące od tyłu ręce, zgrzany policzek wtulony przez chwilę we wgłębienie między ramieniem a szyją, oddech, wreszcie usta, nie, sam język, na karku. Mądrze, pomyślał Zygfryd. Usta, znowu, lekko spierzchnięte, na karku, tam, gdzie kończy się linia włosów. Mądrze, śladów nie będzie. Ręce prześlizgujące się z ramion na żebra, brzuch, wolnym, kolistym ruchem. Nie zauważą. Matka nie zauważy. Usta na karku, ciągle, z karku dreszcz rozchodzący się aż do krzyża. Teraz już za mocno, teraz już na pewno ktoś, już trudno, założy się wysoki kołnierz. Tak najmądrzej. Najlepiej. Właśnie tak.
Im jednak mądrzej i lepiej było, tym częściej wracało potem poczucie, że ta ich wspólna edukacja poszła w jakimś dziwnym kierunku.
;
Niepokoje moralne zaczęły się, oczywiście, od kobiet. Czy raczej odnoszących się do nich reguł i zobowiązań. Bardzo szlachetnych, owszem, czystych, pięknych i przystających rycerzowi. Dla niewiast, to było dla Zygfryda oczywiste, należy mieć cześć i szacunek, a zarazem łagodność i wyrozumiałość. Trzeba je ochraniać, opiekować się, być im tarczą i oparciem. Wielbić i adorować, ale to w granicach rozsądku, monogamicznie najlepiej.
I większość z tego, do licha, na odległość: stołu, trybun, wyciągniętej w tańcu ręki, siedzącej pośrodku przyzwoitki. Długich, kryjących dłonie rękawów i spuszczonych skromnie rzęs. Obowiązków rycerza to nie utrudniało, w żadnym wypadku. W każdym razie Zygfryd, jeszcze nawet nie giermek, był przekonany, że adorować i ochraniać z daleka jest akurat łatwo. Być rycerzem, przynajmniej pod tym względem, jest łatwo.
Tyle tylko, że kiedyś – niedługo, z każdą wiosną coraz bliżej – przyjdzie także być mężem, na takie zaś boje dworski obyczaj, czysta miłość i szlachetne reguły nie przygotowywały zgoła wcale. Ojciec już od jakiegoś czasu leżał w grobie, a nie żył jeszcze dłużej. Opisy w balladach były raczej mętne, w sowizdrzalskich powiastkach karykaturalne. Służba, podsłuchana, zagajona albo – przypadkiem – podejrzana w stajni czy ogrodzie mogła posłużyć za przykład… techniki, ale brała się za rzecz po chamsku, czyli bez uszanowania zasad. Tych Zygfryd nie ośmieliłby się złamać. Dziewczęta, co gorsza, też nie. A jeśli nawet nie dziewczęta, to stróżujące przy nich matrony.
Także na dworach Temerii, słynących niby z gorących temperamentów. Co do tego opowieści Arjana nie pozostawiały złudzeń: wszędzie ten sam ambaras. Niewiasty nie współpracowały, logiczne właściwie, bo były przecież istotami szacownymi. Przestałyby być, gdyby współpracowały, więc…
Więc propozycja Arjana, by się raz, tak dla nauki pocałować, miała sens. Po prostu. Podobnie jak poparta wieloma przykładami konkluzja, że za jednym, pierwszym podejściem nic nie ma prawa wyjść jak należy i całowanie, jak wszystko, wymaga praktyki. I że właściwie, skoro już się uczą, mogliby opanować resztę programu. Żadnej pederastii, oczywiście, nic, czego nie zrobiliby później ze swoimi małżonkami. Nic, czego należałoby się wstydzić. Czysta rodzinna kordialność, byli przecież kuzynami, szlachcicami, rycerzami za chwilę. Rycerze, spokrewnieni zwłaszcza, mają święte prawo do czułej przyjaźni, nie tak skrzydlatej jak miłość, ale bliższej, dotykającej skóry. Nic dziwnego w tym, że druh obejmuje druha. Że brat całuje brata.
Poza tym od śmierci ojca do Denesle rzadko zjeżdżali panowie, prędzej ich żony z córkami, więc rówieśników Zygfryd widywał wściekle rzadko. Arjan, wyrwany ze swojej Temerii, ewentualnych druhów miał daleko. Braci zaś nie miał żaden z nich, chociaż, owszem, baronowa La Valette powiła niedawno drugiego syna.
;
Tym to sposobem edukacja, trwająca już od paru miesięcy, zawiodła obu młodzianów na stryszek w stodole. Na stryszku było miło. Siano pachniało miodnie i słodko, skwar popołudnia ograniczał się do ciepła w cieniu i cienkich, zamglonych kurzem pręg światła. Słyszało się jedynie skwir jaskółek spod okapu. Żadnych ludzi, żadnego przeszkadzania. Przyłapania, poprawiła złośliwsza część umysłu. Bo coś bardzo się z tymi niewinnymi naukami kryjemy.
– Ale kto by pomyślał – odezwał się leniwie Arjan – że dla mnie zapomnisz o lęku wysokości.
Zygfryd spojrzał niechętnie w kąt, na drabinę, którą przezornie wciągnęli za sobą – i pozwolił myśli o schodzeniu na dół, ba, wszystkim myślom, przedryfować nad nim, na fali tego miłego, ciepłego otępienia, które zawsze w końcu na nich przychodziło i przez które musieli z Arjanem gadać. Żeby nie zasnąć. Drzemka byłaby dość hazardowna.
– Nie zapomniałem – westchnął. – Tylko przełamałem. To różnica.
– Przełamać trudniej – zgodził się Arjan. – Tak mniemam, w każdym razie. I że to właśnie dla mnie… No, nie odpłacę się, nie mam czego przełamywać. Ja zawsze jakoś zapominam.
– O czym? – zdziwił się mimowolnie Zygfryd. Obrócił głowę w bok, by spojrzeć na krewniaka.
– Tak ogólnie zapominam – wyjaśnił tamten, wyciągnięty obok z rękami pod głową, z przymkniętymi oczami i z pasmem światła na policzku. – Wiesz, o wszystkim. Ale też dla ciebie, słowo La Valette'a.
Ostatecznie, z takimi osobistymi drobiazgami każdy się krył. Ze szczerą rozmową, z modlitwą, z pisaniem pamiętnika. Albo z podjadaniem konfitur. O, wrażenia były nawet do tego całkiem podobne. Do tych momentów w dzieciństwie, gdy za często albo zbyt chciwie dobrał się do spiżarni. Albo gdy się za długo lenił, o jeden raz za wiele zaniedbał naukę czy modlitwę. Stare, znajome poczucie, że sobie zanadto folguje. Tylko bardziej. Z racji wieku zapewne.
Arjan dźgnął go słomką w ucho.
– Znowu robisz chmurne miny – zauważył. – Czyli wymyślasz dylematy, co?
– Niczego nie… – zaczął Zygfryd i zaraz zrezygnował, opuścił rękę w pół machnięcia. Łatwo sobie skrócić wodze, gdy idzie o konfitury albo lenistwo. Ot, zrezygnować ze słodyczy na czas jakiś. Ot, wziąć się do pracy.
– Myślę. Po prostu myślę.
– Ciekawość: o czym?
Ale tutaj? Ciężko w pojedynkę.
– O postępach w nauce.
Arjan jęknął ostentacyjnie, padł z szelestem w siano. Odplunął, pozbywając się suchego zielska z ust.
– Wiedziałem, że dylematy – oświadczył. Po czym zapytał ostrym, zaczepnym tonem: – Więc?
– Może już wystarczy, co? Tej nauki.
– Myślisz, żeś taki sprawny? – zadrwił Arjan. – Zaprawdę, zaprawdę, grzeszysz pychą, Zygfrydzie.
Grzeszyć pychą, owszem, to Zygfryd właśnie zapragnął. I dumą się unieść, i rękawicę podnieść, a tak zasadniczo, to jednak z Arjana wyłaził nieraz podły gad.
– Trzeba było marudzić wcześniej – odgryzł się. – Gdy był czas się poprawić.
– A czy ja mam porównanie…
– To nie marudź.
Umilkli na chwilę.
– A co do tej naszej nauki – podjął Zygfryd, myśl odzywała się nieprzyjemnym kołataniem w mostku – mówię poważnie. Nauczyliśmy się, co było do nauczenia, więc chyba…
– Konno też przestaniesz jeździć? – wciął się Arjan. A potem przetoczył nagle w bok, jakby chciał Zygfryda objąć. Uniósł się na rękach, popatrzył z góry, z bliska. – Bo już się nauczyłeś?
– A co ma jedno do drugiego?
– Żal przestać z tak głupiego powodu, po prostu. Że wy, Redańczycy, lubujecie się w umartwianiu, to już trudno. Ale przecież ja jestem Temerczykiem. Co mnie wasz obyczaj obchodzi?
Zygfryd miał już na końcu języka uwagę, że w tym temerskim niemartwieniu to pewnie król im wzorem – ale zaniechał, zbył wzruszeniem ramion. Nie chciał przecież dopiekać kuzynowi tak, żeby naprawdę bolało. Nie teraz, gdy miał śniade ręce Arjana po obu stronach głowy i czuł ich zapach, ciepły, słonawy. Ciekawe, zastanowił się mimowolnie, czy zapach skóry zależy od koloru?
Arjan go pocałował. Szybko, mocno. Aż klasnęło.
– Przecież ustaliliśmy, że nic w tym złego – tłumaczył z miękkim, ciemnym od rzęs przymrużeniem oczu. – Że niegodziwa to może byś pederastia, mezalians, branie gwałtem, zbałamucenie nieświadomego albo – tu przymrużenie na sekundę przestało być miękkie – płodzenie bękartów. Pederastii nie uprawiamy… i chyba nie zamierzamy, nie?... pomysł był wspólny, więc o gwałcie ni bałamuceniu mowy nie ma, o bękartach też, a urodzeniem jesteśmy równi. I nieżonaci. Doprawdy nie wiem, z czym ty masz problem.
Z tym, pomyślał Zygfryd – myśl nadal odzywała się w piersi, niemiłe, ocierające się o ból uczucie – że to głupia, tania wymówka. Tak myślał, patrząc z dołu, oddychając głęboko, wolno, pomiędzy śniadymi rękami. I zaniechał. Jak zawsze.
Bo Arjan potrafił mówić największe, najtańsze głupstwa w taki sposób, że brzmiały całkiem tak, jakby miał rację.
;
Mówienie logicznie brzmiących głupstw, swoją drogą, zdążył przez te pół roku w Denesle całkiem nieźle opanować.
– Święta nie mają żadnego sensu – powiedział krótko po przybyciu, akurat w Imbaelk. – Do świątyni powinniśmy chyba chodzić, kiedy mamy taką duchową potrzebę, prawda? A nie wtedy, gdy kalendarz nam każe.
– Zdaje się – odrzekł chłodno Zygfryd – że mylisz świątynię z wychodkiem.
Arjan zadarł hardo głowę, popatrzył złymi, zmrużonymi oczami. Dla mnie, mówiło jego spojrzenie, to jest to samo. Ale na głos powiedział tylko:
– A co mi z tego przyjdzie, że odklepię modlitwę i wrzucę trochę jemioły do ognia?
– Przecież tu nie o ciebie chodzi!
– Pewnie – zgodził się ponuro Arjan. – Nie o mnie tu chodzi. Pamiętam. Ale bogom tym bardziej powinno być wszystko jedno, co ich obchodzi jeden człowieczek? Mocy im beze mnie nie ubędzie. A jeśli ubędzie, to znaczy, że nie warto w nich wierzyć.
I dalej, i zawsze w ten sposób, pozornie w przestrzeń albo do Zygfryda, ale na tyle głośno, by wszyscy wokół słyszeli. Pyskować starszyźnie w oczy Arjan jednak się nie ośmielał. Nie werbalnie, w każdym razie, bo do matki czy rycerstwa mówił układnie, grzecznie, z promiennym, idiotycznym uśmiechem, i ten uśmiech w połączeniu z przesadnie uniżonym tonem miały w sobie coś niemożliwie denerwującego. A zdarzały się, kiedy Arjan miał jeszcze względnie dobry nastrój. Przy naprawdę złym – gdy przychodziły wieści z Temerii, najczęściej – drogi kuzyn nie silił się na wygłupy, mówił głośno, twardo i tak, jakby z trudem tylko, o czym niech świat cały wie, hamował przekleństwa.
Służbie wyzwisk za to nie szczędził. Ręki, buta ni nahajki też, w każdym razie do momentu, gdy matka wezwała go do siebie na poważną rozmowę. Od tej pory za krzywe spojrzenie zdarzało się obrywać już tylko paru dziewkom i pachołkom, tym, którzy przyjechali razem z nim z Temerii. Poza tym Arjan się nie modlił. Chodził do świątyni, owszem, jak wszyscy, ale na modlitwie stał tylko z zaciśniętymi ustami.
A to wszystko – gadanie, wyżywanie się na służbie, sam pobyt w Denesle – też, do licha, zaczęło się od kobiety. Od ciotki Luizy, dokładniej, i jej głębokiej zażyłości z królem, po śmierci wuja już nawet niespecjalnie skrywanej. Przez tę zażyłość właśnie, przez jej widome efekty, La Valette'owie, kuzyni barona, zdecydowali się odesłać Arjana do najbliższej rodziny, aż skandal nieco przebrzmi. Czyli do siostry starego barona, a matki Zygfryda. Zamieszkałej w Redanii, czyli w sam raz daleko od awantury. Pozostawało zagadką, czy decyzja wynikała z troski o uczucia Arjana, czy obawy, by panicz jeszcze bardziej nie zaogniał sytuacji. Zygfryd był skłonny obstawiać to drugie. Ale, do licha, krew to krew. Ciotka Luiza naprawdę postąpiła…
– Bezbożnie – mawiała matka, nawet z podobną intonacją, co Arjan w złych momentach. A Zygfryd naprawdę lubił swojego kuzyna. W każdym razie w dzieciństwie. I rozumiał, naprawdę, jego złość, i nagłą ciszę, gdy ktoś wspomniał ciotkę Luizę, i rumieniec też. Wiedział, jak to dławi, jakie to gorąco, kiedy wszędzie szepczą.
Powiadają, że Eyck jechał do tego lasu po śmierć? Podobno nawet hełmu nie założył. Trudno się dziwić, skrócił sobie mękę, ale i przyklasnąć...Wypijmy, panowie, niech bogowie mają nad nim miłosierdzie...
Zygfryd się starał, naprawdę. Chciał traktować Arjana życzliwie i lubić po dawnemu. Tyle tylko, że wściekle trudno utrzymać sympatię do kogoś, kto dla nikogo i niczego nie ma dobrego słowa. Nawet, a może zwłaszcza, gdy ten ktoś wydaje się jednak szukać twojego towarzystwa.
– Chodź, wyszabrujemy coś ze spiżarni – zagaił raz, pod koniec zimy. – Stanąłbyś w drzwiach i spojrzał, czy nikt nie idzie.
– Jest post – przypomniał Zygfryd, nie unosząc wzroku znad książki. – A poza tym nie musimy szabrować, wystarczy rozkazać. To przecież mój zamek.
– Tak, tak, pamiętam, żyjmy cnotliwie do obłędu. Z nudów – Arjan ziewnął teatralnie. Nikogo nie zaskakując, wszak nudzenie się było jego główną, zaraz po wściekaniu, aktywnością. I równie ostentacyjną. – A ten zamek, tak z ciekawości, naprawdę masz w pełnym władaniu? Zaraz od dnia, gdy twój ojciec się zabił?
Zygfryd, pan na Denesle, drgnął, wreszcie uniósł wzrok.
– Mój ojciec poległ w boju – oświadczył chłodno. – I tak, od tego czasu mam pełną władzę.
Przynajmniej formalnie i przynajmniej od czasu, gdy matka z zarządcą uznali, że dorósł już do wstępnego zgłębiania rachunków. Ale o tym Arjan, ta wykrzywiona złośliwie małpa, wiedzieć nie musiał. Zresztą, po wykrzywieniu sądząc, wcale go to nie obchodziło.
– Daj już spokój – prychnął. – To był bój, twoim zdaniem? Reszta świata jakoś twierdzi, że samobójstwo.
Zygfryd wiedział. Już wtedy, dwa lata temu, kiedy patrzył, jak służba sadza ojca na konia. Ojciec, szlachetny Eyck z Denesle, błędny rycerz, jechał do lasu po śmierć. Po prostu. Nareszcie, pomyślał wtedy Zygfryd, i musiał później przemodlić wiele godzin, by ta straszliwa ulga przestała nocami wyrywać go ze snu.
– To jakby powiedzieć – ciągnął Arjan – że moja matka wymienia z Foltestem uprzejmości.
Wszyscy wiedzieli, tak jak teraz wszyscy wiedzą. Ale to i tak – Zygfryd zatrzasnął książkę, głośno – to i tak, w tym nie ma porównania, płodzenie bękartów, jakieś kobiece skoki na bok, a… Szczeniak o niczym, w ogóle nie miał pojęcia, jak on w ogóle śmie…
– Różnica jest taka – warknął – że twojej matce nikt nie kazał się kurwić. A mój ojciec robił to, co do niego należało, co mu bogowie…
– Aaa – przerwał Arjan, gniewnie, przeciągle, zęby odsłaniając. Jak pies, gotów gryźć. – Że niby bogowie kazali kalece, sznurem przywiązanemu do konia, ruszać na mantikorę? Prawda, tak to czasem tłumaczono, że wuj podobno zwariował z boleści…
Zygfryd kazał mu się zamknąć. Arjan kazał Zygfrydowi ochędożyć się od jego matki. Potem wymiana zdań potoczyła się brawurowo, a zakończyła podbitym okiem u pierwszego, rozciętą wargą u drugiego, podartą przyodziewą po obu stronach, a także wyzwaniem od suczych chwostów i na pojedynek. Do pojedynku nie doszło, to już za sprawą dwóch kolejnych rozmów, które matka Zygfryda przeprowadziła z oboma awanturnikami po kolei.
Potem nastąpiła cisza i trwała przez jakiś tydzień.
Po tygodniu Arjan zaproponował wzięcie koni i przejażdżkę po okolicy. Bez małpich min, wykrzywień i teatralności. Po prostu. Po dawnemu.
;
– Może chociaż zejdźmy z tego strychu?
– Co, w głowie się kręci? – zachichotał Arjan, ani myśląc się ruszyć.
– Siedzimy tu już pół dnia – poinformował Zygfryd. Obrócił głowę, próbując ocenić po pasmach światła, jak wysoko stoi słońce.
– No to co?
– Złaź ze mnie, Arjan.
Pręgi światła nabierały już koloru. Robiło się naprawdę późno.
– A co z tego będę miał? – zainteresował się kuzyn, pochylając się niżej, tak, by patrzyli sobie w oczy. Takie same, uświadomił sobie Zygfryd, ten ciemny błękit naprawdę mocno trzymał się we krwi, często szedł dalej niż nazwisko. Słynne oczy La Valette'ów, ciemne rzęsy, łagodne przymrużenie, zupełnie jak u matki, kiedy była w tkliwym nastroju i… I to wcale nie była uspokajająca myśl, toteż bez dalszych ceregieli złapał Arjana w pasie, przetoczył się z nim na bok, dociskając do desek, i zaraz się odsunął, uniósł na kolanach. Przesunął dłonią po włosach.
– Będziesz mógł pójść przodem, kuzynie.
Arjan usiadł, klnąc pod nosem, ale sam również otrzepał się wstępnie, rozejrzał za koszulą. Następne kilka chwil upłynęło na wytrząsaniu ubrań, mierzwieniu włosów, odklejaniu zagubionych źdźbeł od spoconej skóry, generalnie: na pozbywaniu się siana zewsząd.
– Co to, pantomima?
– Siano – syknął Arjan, wykręcając się dziko. – Wlazło mi za kołnierz.
Zygfryd sięgnął mu za koszulę, oswobodził. Po czym, skoro już był w pobliżu, wyciągnął kuzynowi zielsko zza ucha, doprawdy, baron La Valette wyglądał jak strach na wróble. Pokazać się tak w zamku nie mógł. A właściwie obaj nie mogli, więc tymczasowo posłużyli sobie wzajemnie za zwierciadła. Gadające.
– Czekaj, tu jeszcze masz…
– Już?
– Przyzwoicie. Słuchaj, Arjan, ten tatuaż powinien tak się paprać?
Arjan wzruszył ramionami, dotknął odruchowo strupków na piersi. Minął ponad tydzień, a skórę wokół tatuażu nadal miał zaczerwienioną, w dodatku coraz bardziej złuszczoną.
– No wiesz – powiedział niedbale. – To w końcu rana. Trochę minie, zanim się zagoi… Ale nie turbuj się – wyszczerzył zęby, szturchnął Zygfryda łokciem. – Nie umieram.
– Nie waż się – prychnął Zygfryd. – Bo wtedy ja będę musiał się za ciebie tłumaczyć.
;
Sprawa z tatuażem od początku przebiegała w ścisłej konspiracji: tatuażystę, należącego do służby goszczącego w Denesle grafa Laniera, Arjan zdybał parę godzin przed odjazdem. Zapłacił, wliczając dodatek za milczenie. Operację przeprowadzono w jednym z pokoików czeladzi i w zgodzie z tradycjami konspiratorów, pod osłoną nocy.
– Co…
– Popatrz tutaj! Niezłe, ha?
Zygfryd, który, uporawszy się z pytaniami „Co się dzieje?" i „Czy to już rano?" , przechodził do „I właściwie dlaczego ja nie śpię?", popatrzył w żądanym kierunku. W komnacie był Arjan. Arjan siedział na jego łóżku. Rozchylał koszulę.
– O, La Valette – wymamrotał Zygfryd, po czym, zadowolony z dokonania obserwacji, przewrócił się na drugi bok i jął kimać dalej. Do wyciągania wniosków przeszedł dopiero nazajutrz rano, zapytawszy przedtem Arjana, czy aby nie śnił – bynajmniej – i zbadawszy rzecz ponownie.
– E… Prawdziwy? – zapytał po dłuższym milczeniu, przynaglony spojrzeniem krewniaka. Ten nie dał się długo namawiać, w pierwszym dogodnym momencie zamknął się z Zygfrydem w komnacie, stanął przy oknie, rozsznurował kaftan, rozpiął nieco koszulę. I zaprezentował wykłutego na piersi rycerza podwójnego w polu czerwonym, z kielichem w ręce wzniesionej.
– Prawdziwy jak krew i kość – zapewnił dumnie, po czym wyszczerzył znienacka zęby. – Chcesz sprawdzić?
– Arjan…
– Co?
– Czy jest jakiś szczególny powód – zapytał męczeńsko Zygfryd – dla którego zamiast miecza, kobiety czy gryfa… W ogóle ze wszystkich wzorów mistrza Almavery, musiałeś sobie wydziabać… i to na piersi... akurat herb mojej matki?
– To przecież także mój herb – zaperzył się Arjan. – W dodatku jestem dziedzicem, więc…
– Więc swojej matce też tego nie pokazuj. Ani stryjowi, bo…
– Gdybyś wczoraj nie odpłynął – przerwał dziedzic La Valette'ów – to byś wiedział, że o sprawie mamy wiedzieć tylko my dwaj. Więc lepiej ty bacz, żebyś nie wygadał.
– Czemu mnie nie obudziłeś wcześniej, tak właściwie?
– A co, zazdrość chwyciła? Mnie zabraniasz, ale sam byś sobie Srebrną Tarczę zrobił, ha?
– Tarczę? W życiu – prychnął Zygfryd. Po czym dodał z jakąś niejasną tęsknotą: – Ale gryf był naprawdę niezły.
Tak się kończyło zostawianie Arjana samego z jego pomysłami: poczuciem, że człowieka ominęła świetna zabawa. Nieważne, czy szło o rzeczy prozaiczne jak potajemne picie gorzałki, czy brawurowe jak przełażenie po gzymsie z jednej komnaty do drugiej – jeśli się na coś nie przystało, drogi kuzyn i tak robił swoje, po czym dawał do zrozumienia, że żyje, czuje się świetnie, chętnie by rzecz powtórzył. I, oczywiście, ma wiele współczucia dla tych, którym bogowie poskąpili kawalerskiej fantazji… lub odwagi. Co było diablo dziecinne, Zygfryd miał przecież tego świadomość, dlatego nie dawał się sprowokować. Po prostu…
Po prostu wszystko było lepsze niż stanie z boku i patrzenie, jak inni przeżywają przygody. Choćby i głupie, jak z tym tatuażem albo, o, z jazdą po wiedźmińsku, z zawiązanymi oczami, choćby niebezpieczne w mało bohaterski sposób, zawsze jednak były to przygody. Wracało się na miękkich nogach i z uczuciem, że potrafi się wszystko. Co może być niemożliwego dla człowieka, który przelazł po gzymsie, dwa piętra nad ziemią, jeno bluszczu się trzymając?
Poza tym te wyskoki jakoś Arjanowi pasowały. Jak płaszcz z ząbkowaniem w każdym możliwym miejscu, jak tatuaż na piersi, jak przeklinanie w pięciu różnych językach, także po nilfgaardzku. Jak temerskie żarty, niektóre naprawdę świetne.
– Na to druga glizda: jakie „powitać", własnej rzyci nie poznajesz?!
Nawet historie o rycerzach-rabusiach, w których Arjan się tak namiętnie zaczytywał, wydawały się akuratne. Chociaż, tak trzeźwo patrząc, były zwyczajnie głupie. Wspaniałe życie, doprawdy: bić słabych, uciekać przed byle sierżantem, a na koniec dać głowę pod topór.
– Ale kat jest pierwszą i jedyną osobą, przed którą raubritter schyla kark – powiedział raz Arjan, jakoś na wiosnę, kiedy leżeli z książkami w ogrodzie. Jeszcze przed edukacją, jeszcze było chłodno, jeszcze z tego leżenia koło siebie nic, poza trącaniem się łokciami, nie wynikało.
Oczy mu błyszczały.
– Nie wiem – westchnął w odpowiedzi Zygfryd – czy na miejscu króla w ogóle dałbym komuś takiemu ostrogi, kuzynie.
Oczy kuzyna się zmrużyły, rysy stwardniały nieładnie.
– Nie wiem – wycedził – czy ja bym od takiego Foltesta ostrogi przyjął.
– To co? – zapytał szybko Zygfryd. – Tretogor?
– A choćby i Tretogor – przytaknął ponuro Arjan, wyszarpując z ziemi pojedyncze trawki. – Król Vizimir nie jest chyba najgorszy?
– Król nie. Ale jest jeszcze królewicz.
– Prawda! – Arjan uniósł się na rękach, popatrzył na niego z nagłym, nieco błazeńskim zdumieniem. – Przecież ty, Zygfryd, będziesz tam robił za piastunkę!
– Nie piastunkę, tylko wierzchowca – poprawił Zygfryd, szczerząc zęby. – Królewicz Radko, kiedy go ostatnio widziałem, jeździł na plecach Parsifala de Ruytera. To po pierwsze. Po drugie, Parsifal pomęczy się sam, bo ja na dwór się nie wybieram.
– A gdzie? Za morze?
Zygfryd obrócił się na plecy, książkę odkładając sobie na pierś, by się nie zabrudziła.
– W świat – oświadczył pogodnie i dla podkreślenia zatoczył ręką łuk w powietrzu. – Tam, gdzie elfy, potwory, jakiekolwiek plugastwo… Może do Temerii, tak na początek... Ale zamierzam jeździć wszędzie, gdzie mogę pomóc. Mieczem, nie plecami.
– Jak twój ojciec?
– Właśnie tak – odpowiedział wyzywająco. Arjan nie podjął wyzwania.
– Kiedy? – zapytał tylko, nadal zapatrzony w trawę.
– Jesienią, po przesileniu. Graf Lanier zapowiedział już, że mogę mu towarzyszyć do Rinbe, a potem… potem zobaczę.
– Po Velen… – zadumał się Arjan. Sięgnął nieco dalej, wymacał jakąś gałązkę, zaczął obierać z kory. – No, to pewnie zdążę wrócić do Temerii. To… dziecko… pewnie się niedługo urodzi.
– Pewnie tak – zgodził się Zygfryd i po raz pierwszy zadał sobie pytanie, co, u licha, będzie wtedy robił.
;
Przed zejściem na dół postanowili jeszcze dokończyć jedzenie, które ze sobą przynieśli. To była kolejna rzecz, której się tamtego lata nauczyli: że człowiek, kiedy minęła mu pierwsza senność, po naukach zawsze robił się wilczo głodny. Chociaż, dumał Zygfryd, tak na dobrą sprawę wystarczyło po prostu iść do kuchni. Spędzili cały dzień na świeżym powietrzu, więc głód nikogo by nie zdziwił, a już na pewno zejście do kuchni było wygodniejsze niż wspinanie się po starej, wysokiej i chwiejnej drabinie z dzbankiem wina.
Tylko że w ten sposób jadało się zabawniej. Po prostu. Całkiem jak w dzieciństwie, kiedy zakładali z Arjanem i innymi chłopcami tajne kryjówki w całym zamku, ot tak, dla samej radości tajemnicy. Poza tym kurczak i chleb, przesycone zapachem zboża, smakowały naprawdę dobrze. I przyjemnie było jeść bez trzymania się zasad, na pół leżąco, wycierając ręce w siano. Albo patrzeć, jak Arjan ze smakiem oblizuje palce. Albo, o, przytyka dzban do ust i pije, odchylając głowę do tyłu, aż wino spływa lśniącą strużką po podbródku, grającym gardle, skapuje na pierś…
– Ty to robisz specjalnie – uświadomił sobie Zygfryd. Arjan powoli odstawił dzban, jakby z namysłem przesunął po ustach wierzchem dłoni.
– To już ostatki – powiedział, uśmiechając się. – Chcesz?
Na stryszku było gorąco, zwilżona skóra wysychała momentalnie. Jeszcze chwila, a wino wyschnie, zostaną tylko czerwone szlaki na skórze. Może też słodkawe, kto wie. Pewnie jednocześnie słone, zgadywał Zygfryd, oblizując wargi. Przecież jeszcze spocona skóra. Pewnie tak, kto wie, tego jeszcze nie sprawdzali, wiedział tylko, że Arjan lubił, kiedy całowało się go w szyję, i że należało omijać tatuaż, i jak wibrowała mu grdyka, kiedy pomrukiwał, i że wino, cholera, już prawie wyschło. Więc może…
– KURWA ŻESZ MAĆ! – huknęło z dołu, przerywając dywagacje. – Ile będziesz, zwisie jeden, strych zajmował!? Jak żeś pół dnia nie postawił, to i teraz ci nie stanie! Drabinę odstaw, lebiego ty! Tu się pracuje!
Piętro wyżej kuzyni drgnęli, popatrzyli po sobie niespokojnie. Arjan wyjrzał ponad krawędź strychu, zanim Zygfryd zdążył go złapać.
– Zawrzyj gębę – rzucił. – Przeszkadzasz nam.
Zygfryda zamurowało. Na dole, sądząc po zaskoczonych sapnięciach, kogoś innego również.
– Wybaczenia… – bąknięto. – Wybaczenia upraszam. Nie wiedziałem… Eee…
– Nie chcielim zawadzać – wtrącił pokornie damski głos, w którym Zygfryd niechybnie rozpoznał kucharkę. – Myślelim, żeście z jaśnie panem…
– Rozeszliśmy się do swoich… spraw – przerwał wyniośle Arjan. Uniósł brwi. – No, na co czekacie? Poszli!
Kiedy się obejrzał, minę miał triumfującą.
– A co? – zapytał, szczerząc zęby. – Nie miałem racji, że nie trzeba się spieszyć? Gdybyśmy zeszli prędzej, wpadlibyśmy na twoją czeladź i…
– I teraz czeladź będzie się gubić w domysłach, kogo chędożysz – Zygfryd umilkł na sekundę. Westchnął, przesunął dłonią po włosach. – Nie, kogo chędożymy. Do diabła, Arjan, nie mogłeś wysiedzieć cicho?
– Nie mogłem.
– Ponieważ?
Arjan zaśmiał się, przysunął nagle. Pachniał zgrzaną skórą i słodkim winem, koszulę miał nadal niezapiętą, usta wciąż jeszcze lekko wilgotne.
– No przecież nam przeszkodzili – powiedział. – Czyż nie?
Problem z nauką polegał na tym, że człowiek nieustannie przekonywał się, ile jeszcze rzeczy zostało mu do opanowania. Ciągle jakaś nowa niewiedza, dumał Zygfryd w piętnastej wiośnie życia. I, zaiste, mnóstwa rzeczy nie wiedział. Tego na przykład, że za rok będzie klęczał przed ołtarzem Wiecznego Ognia, przysięgając czystość, posłuszeństwo i ubóstwo.
Ani że Arjan w tym samym czasie najpierw otrze się o śmierć – z zadławienia – potem zaś będzie cierpiał srogi ból przepony. Ze śmiechu.
