Więzy
Radowid V okazał się władcą dowcipnym. Zapraszając do Tretogoru Wielkiego Mistrza Zakonu Płonącej Róży nakazał przygotować mu komnatę w miejscu, gdzie gość będzie miał spokój i ciszę, tak potrzebne do świątobliwej medytacji. Schody, co prawda, wiodły tam kręte, ale tę niewygodę wynagradzał z kolei widok z okien, doprawdy wspaniały, najpiękniejszy prospekt w całym zamku.
Innymi słowy kuzynek Radko, niech go zaraza, przydzielił Zygfrydowi szczytową komnatę w Wieży Fiametty, najwyższej tumie nie tylko w Tretogorze, ale ponoć i w całej Redanii. O krętych schodach, zaiste. Trzysta dwanaście stopni, ostrożnie licząc.
Zygfryd liczył ostrożnie, zapatrzony w plecy służącego, który go do komnat prowadził. W komnatach zaś, służącego już odprawiwszy, postał jeszcze chwilę, oparty plecami o drzwi, czekając, aż mu się serce po tym liczeniu ustatkuje. Zmierzchało już. Okno ziało granatową plamą w jasno oświetlonej komnacie, toteż podziwianie prospektów Wielki Mistrz odłożył na dzień następny. Zresztą i tak, nim ostatnie nerwowe uderzenie w piersi wybrzmiało, na myśl wróciła mu kwestia zasadnicza: co powie Radowidowi, kiedy ten zapyta o niepokoje w Temerii.
Tego, że król zapyta, Zygfryd był dziwnie pewien już od czasu, gdy do Redanii dotarły pierwsze pogłoski. Możliwe odpowiedzi zdążył już zawczasu ułożyć. Przestudiował je teraz ponownie, przechadzając się niespiesznie po komnacie. A potem, rozbierając się do snu, na wszelki wypadek przypomniał sobie kolejne kwestie, związane z obecnością Zakonu w Redanii. Na zawiązanie ewentualnego spisku było jeszcze za wcześnie, zresztą nadanie Zakonowi ziem skutecznie ociepliło stosunek braci do nowego opiekuna. Ziemie otrzymali ledwie dwa tygodnie temu, znów: za wcześnie, by narzekać choćby na bordel organizacyjny, o nadużyciach nie wspominając. O goszczeniu podejrzanych politycznie osobników mowy być nie mogło, w końcu sam Zakon stacjonował w warowni Altengor na prawach gościny, i to pod samą stolicą. Skandali towarzyskich – żadnych, zresztą odstępstwa od reguły zakonnej i w ogóle kondycja moralna braci raczej władcy nie interesowały. Dalejże…
Już po zgaszeniu świec uświadomił sobie, że zrobił ni mniej, ni więcej, a rachunek sumienia w imieniu całego Zakonu. Przed rozmową z człowiekiem świeckim.
– Obowiązuje mnie podwójna spowiedź – żartował kiedyś Mistrz Aldersberg. – Reszta braci musi się ukorzyć w oczach bogów, ja muszę zdawać relację ze swoich grzechów jeszcze przed Jego Miłością.
I dodał coś o pokucie, dalej w żartach, Zygfryd pamiętał śmiech w refektarzu, zapach igliwia – no tak, to było niedawno, ostatnie Yule – ktoś zapytał, która pokuta dotkliwsza, świecka czy boska, i wszyscy jedli powściągliwie, choć głód po długim poście aż skręcał, jedli jak Mistrz, ten zaś…
Tym zaś w ogóle nie warto zaprzątać sobie głowy.
;
Audiencja u króla odbyła się z samego rana i w warunkach kameralnych – czyli w niedużej, bocznej komnacie o białych ścianach, ożywionych tylko jednym witrażowym oknem. Pomarańczowoczerwonym, przedstawiającym bodajże Żar-Ptaka, a więc nie była to, wbrew pierwszemu mglistemu wrażeniu, ta sama komnatka, w której niegdyś królewicz Radko zwykł był zwoływać narady wojenne. Chociaż niewykluczone, że komuś udało się w końcu zbić starą czerwoną szybę z białym orłem.
– Wasza Wysokość.
– Wielki Mistrzu.
Audiencja półoficjalna, można więc było usiąść w obecności władcy, przy tym samym dębowym stole. Towarzyszyło im dwóch paziów; jeden, w czerwonym kaftanie, zajmował się uzupełnianiem wina w pucharkach (a zatem audiencja mocno półoficjalna), drugi – w błękitnym – stał przy oknie, ani chybi dla dekoracji.
– Przejdźmy od razu do rzeczy – rzekł władca, podarowując sobie nakazane protokołem uprzejmości. – O tym, co się dzieje w Temerii, oczywiście już wiecie?
– Owszem – potwierdził ostrożnie Wielki Mistrz. – Doszły mnie słuchy o… niepokojach…
– Rebelii – poprawił Radowid. – Rebelii La Valette'ów. I co możecie mi o tym powiedzieć?
Zygfryd pozwolił sobie na wzruszenie ramionami.
– Niewiele – stwierdził. – Cel jest powszechnie znany: zmuszenie króla Foltesta do uznania dzieci baronowej.
Dzieci, nie bękartów, to określenie było od jakiegoś czasu źle widziane w Tretogorze.
– Sprzysiężenie, zdaje się, zostało zawiązane wewnątrz rodu, większość rokoszan to krewni lub powinowaci. Wątpię, aby wielu ludzi z zewnątrz znało szczegóły.
– Tylko że wy, Mistrzu, nie jesteście człowiekiem z zewnątrz – zauważył Radowid. – Wasza matka jest z La Valette'ów, czyż nie? Dobrze pamiętam?
Oczywiście, że pamiętasz, pomyślał Zygfryd, przechwytując zmęczone spojrzenie władcy. Bo za Arjanem mówiłeś do niej „pani ciociu".
– Moja matka – powiedział na głos – od dziesięciu lat nie opuszczała Denesle. Nie ma nijakiego udziału w tym, co się dzieje w Temerii, ani tego nie pochwala.
Co prawda nie kontaktował się w ostatnich tygodniach, ale tego akurat był pewien nawet bez zapytania. Matka nie znosiła ciotki Luizy, z wzajemnością.
– O tym nie wątpię. – W głosie Radowida zabrzmiał pierwszy ślad zniecierpliwienia. – Interesuje mnie raczej wasz… stosunek do sprawy.
– Władza królewska pochodzi od bogów. Bunt przeciw niej jest grzechem śmiertelnym, Wasza Wysokość.
Jego Wysokość dopił swoje wino. Sarknął na czerwonego pazia, że nie dość sprawnie uzupełnia kielich.
– Jak rozumiem – powiedział, wymierzywszy już zasłużonego kopniaka – nie odezwała się w was rodzinna kordialność?
– Słucham? – zdziwił się protokolarnie Zygfryd. Paź otrzymał kolejnego kopniaka, tym razem za zbyt prędkie dolewanie wina.
– Nie zamierzacie ruszać w sukurs kuzynowi? Przez wzgląd, powiedzmy, na dawną zażyłość?
– Obrażacie mnie, Wasza Wysokość – Zygfryd wyprostował się, zmierzył Radowida spokojnym spojrzeniem. – Jestem wierny zakonnemu przyrzeczeniu. Przyrzeczenie zaś zrywa ziemskie więzy.
Radowid pochylił się nieco, opierając łokciami o stół, również spojrzał. Długo. Wnikliwie.
– Nawet rodzinne? – zapytał.
– Każde.
Upłynęła kolejna chwila milczenia. Gdzieś daleko, zapewne na dziedzińcu, zastukały kopyta. Ktoś zawołał. Szczekał pies. Czerwony paź brzęknął niechcący karafką o pucharek. Kopniaka tym razem nie dostał.
– Pomijając zaś regułę – odezwał się Zygfryd – rebelia jest przecież wewnętrzną sprawą Temerii.
– A Temeria to przyszłe lenno mojej małżonki – uzupełnił Radowid. – Ponieważ zaś mnie nie obowiązują śluby zakonne, jestem po ziemsku związany. Z osobą teścia, na przykład. Któremu w razie potrzeby ruszę w sukurs.
I oczekujesz… a, do diabła, wiesz dobrze, pomyślał Zygfryd, że Zakon pójdzie za tobą. Jak porządny sługa za chlebodawcą. Obaj wiemy.
– Świętą misją Zakonu jest strzec porządku – powiedział na głos. Wiedza odezwała się gdzieś w okolicy mostka, dziwnym, przelotnym uczuciem, jak przy nietrafieniu nogą w stopień.
Radowid się uśmiechnął. Po raz pierwszy od początku rozmowy.
– Rzeczywiście? – zapytał. Bez nijakiego sensu, chyba tylko gwoli złośliwej uciechy. Omawiali to już przecież, w Wyzimie i w Tretogorze, w przytomności Foltesta i nad zeznaniami kilku niedobitków ze sprzysiężenia. Zakonnicy Płonącej Róży nie doradzają królom, nie są najemnikami i nie biorą udziału w prywatnych zatargach. Celem i napędem ich działań jest ideał ochrony ludzkości, a przypadek Jakuba de Aldersberga? Doszli już przecież do tego, rozmową i czerwonym żelazem, i robotą przeróżnych Roche'ów. Przypadek Aldersberga tylko potwierdzał żywotność idei wśród bractwa, spaczonej i źle pojętej, ale jednak idei. A Zakon z tej błędnej drogi już dawno zawrócił. Przysiągł oczyszczenie się z herezji i przysięgi dotrzymał. Tak, jak nakazywały księgi: ogniem.
– Czy w ostatnich dniach – odezwał się Wielki Mistrz – bracia dopuścili się czegoś, co każe wam o tym wątpić, Wasza Wysokość?
Nie, naprawdę nie było najmniejszej potrzeby podnosić znów kwestii pogromu w Wyzimie. Zwłaszcza, że Jej Wysokość w tamtych dniach również sobie porządnie poswawoliła.
– Na tym świecie pewne jeno to, że słońce rankiem wstaje, a o zmierzchaniu zachodzi – odpowiedział swobodnie król. – A dalej… poprawcie mnie, jeśli mylę ustępy… Księga mówi, że należy mieć baczenie na swe trzody, miecza nie odpasywać i ognia nie zagaszać. Czy nie tak?
– I w bogach pokładać wiarę – dokończył Mistrz. – A kto tak czynić będzie, ten szkody nie poniesie, ni zginie, ni pobłądzi, jak zresztą sami niezawodnie pamiętacie, Wasza Wysokość.
– I dlatego mam baczenie na swoje trzody. Upewniam się, czy idą, gdzie im kazano.
– Niebezpiecznie im zbaczać.
– Prawiście – król Radowid uśmiechnął się jeszcze szerzej, błysnął krótko zębami. – Niebezpiecznie. Rad jestem, żeście to powiedzieli. Zostawiając więc scholastykę: wasza zakonna trzódka w razie potrzeby pójdzie ze mną do Temerii?
W Temerii, przypomniał sobie Zygfryd, było takie gminne powiedzenie, wszędzie powtarzane, nawet Shani, pamiętał, rzuciła kiedyś w szpitalu: jak już wychędożyłeś, wypada się przedstawić.
Skłonił się krótko.
– Tak, Wasza Wysokość.
Radowid skinął głową. Dopił duszkiem swoje wino, po czym, ku lekkiemu zdumieniu Zygfryda, klasnął w ręce, odprawił obu pachołków i, ledwo ci zniknęli za drzwiami, własnoręcznie nalał sobie i gościowi.
– Nareszcie – odetchnął. – Cholera, rację miał stary Hemmelfart, że w Księdze nadzieja, myślałem już, że do wieczora będziemy tak brodzić. Krzyw chyba na mnie nie jesteś? Psiakrew, nie patrz tak. Za idiotę mnie masz, Zygfryd? Myślisz, że sam z siebie bym pytał o Arjana i panią ciocię? Właśnie, jakże ona się miewa?
– Matka, dziękuję, cieszy się dobrym zdrowiem. Krzyw nie jestem. – W każdym razie, pomyślał, patrząc w błazeńsko zmrużone oczy króla, nie o rozmowę. – Nie śmiałbym mieć. I chyba nie do końca rozumiem.
Z twarzy Radowida momentalnie zniknął wyraz błazeństwa.
– Adda truje mi rzyć – wyjaśnił chmurnie. – Że jesteście zdrajcy, dewoci, krętacze, kurki na dachu, a ty w dodatku jełop i pederasta. Czym jej tak podpadłeś w Wyzimie, nie zgłębiam, może ci się zresztą obrywa po kądzieli… W każdym razie Adda mi truje. Chce szpiegów, magów, zeznań, cholera wie, czego jeszcze. Po nadaniu wam Łukomorza pieprznęła we mnie półmiskiem. A jak gruchnęli La Valette'owie, to już w ogóle ochujeć z nią można. Więc dla świętego spokoju załatwiłem jej te zeznania i deklaracje, odnowienia przysięgi od ciebie nie wymagam, bo ja, cholera, dobrze wiem, jakich ludzi dobieram. Więc – westchnął wreszcie – nie dziw się, że dopytałem. I nie bądź krzyw.
Zygfryd wzruszył ramionami, popatrzył na Radowida z całym współczuciem i zrozumieniem, na jakie stać człowieka żyjącego w bezżeństwie.
– Jak się rzekło, nie jestem.
– A korzystając z tego, że formalności za nami – co sądzisz o tej ruchawce w Temerii?
– Bunt przeciw władzy króla jest grzechem, więc nie mogę go pochwalać.
Radowid się skrzywił, zamachał niecierpliwie ręką, siejąc naokoło błyskami rodowego sygnetu.
– Stanowisko Zakonu już znam – powiedział. – Teraz pytam o twoje. Więc?
Spojrzeli na siebie poprzez stół, gdzie światło słońca kładło się na blacie płomienistym Żar-Ptakiem, rozżarzało wirujące pyłki.
– To samobójstwo. Foltest ich rozniesie.
;
Z krużganków dobiegło Zygfryda coś, co gdzie indziej byłoby przyciszonym głosem, jednak tutaj, w budowanym przez elfy – czyli diablo akustycznym – Tretogorze było szeptem scenicznym. Konspiracji nie sprzyjało też wyraźne wzburzenie mówiącego. Czy raczej mówiącej. Z charakterystycznym temerskim zaśpiewem.
– … świętojebliwy, kpi sobie w żywe oczy! Szkoła Aldersberga, psiakrew, te pobożne sentencje…
Obaj paziowie, czerwony i błękitny, na widok Zygfryda zrobili nieszczęśliwe miny ludzi, którzy o akustyce doskonale pamiętają. Oblicze Jej Wysokości pozostało obojętne, ukłon przyjęła nieznacznym skinieniem głowy. I smagnęła spojrzeniem tak nienawistnym, że czuł jego mrowienie na karku jeszcze przez całą długość krużganka.
Zygfryd, tak się składało, nawet nie tyle rozważał, co niezgorzej pamiętał przyczyny, dla których zapracował na tyle królewskiej atencji. Dlatego też zaniechał rachunków sumienia, pilniejsze sprawy nagliły. Takie jak, na ten przykład, obmyślenie listu do Arjana.
;
Foltest był władcą o wyraźnej skłonności do przebaczania. Nie znajdował przyjemności w pastwieniu się nad pokonanymi, rzecz typowa dla przyzwyczajonych do potęgi, niemuszących udowadniać jej sobie na każdym kroku. Lubił być wspaniałomyślny. Po królewsku wybaczać, grzechy puszczać w niepamięć. Nie rozgłaszać ich; być może po to, by nie psuć wyobrażeń gawiedzi.
– Aldersberg powtórzył ci kiedyś ten koncept o spowiadaniu się królom? – zapytał wtedy, na zgliszczach Wyzimy; to była jedna z ostatnich rozmów, jakie Zygfryd pamiętał na pewno, potem upływ krwi, gorączka i eliksiry zrobiły swoje. – No to niniejszym obejmuję jego wybryki tajemnicą spowiedzi. I tobie też serdecznie radzę.
– Chcecie skłamać?! – Adrenalina opadła już na tyle, by odsłonić ból, ale jeszcze nie wystarczająco, by włączyć kindersztubę. – Chcecie im nagadać bredni, kiedy…
– Cholera, szczeniaku… Widzisz to? – Foltest wskazał przez wybite okno. Niewiele było widać, tak po prawdzie: dym snuł się w powietrzu, podejść było ciężko, do tego ból ćmił wzrok, bogowie, przebijała się tchórzliwa myśl, bogowie, że zawsze musiał obrywać po nogach. – Nie godzi się odbierać im jeszcze świętych.
Foltest lubił czasem wyprawić uroczysty pogrzeb buntownikowi, już uspokojonemu.
Ale miał też wiele czułości dla swoich bliskich, w każdym razie dla kobiet i dzieci. Dość dużo, by przez blisko dekadę trzymać pod miastem strzygę, na pewno skłoniłby ucha ku prośbom ciotki Luizy. Nie zabiłby więcej krewniaków, niż to bezwzględnie konieczne. Nie po złożeniu broni, pobitych i skruszonych. Gdyby tylko, do diabła, okazali skruchę zanim zostaną porządnie pobici…
I gdyby ten list wpadł w niepowołane ręce… To cóż, pomyślał gniewnie Wielki Mistrz, ciężko się tutaj dopatrzyć działania na szkodę Redanii, o Temerii już nie wspominając. Ba, przeciwnie wręcz. Co najwyżej ciotka ponarzeka, za to Arjan… Arjan…
Zygfryd zaklął cicho, sięgnął po czystą kartę.
Arjan dostanie zalecenie, by odpowiedź przesłać już na Łukomorze, do Roggeveen. Najlepiej w pierwszych słowach listu. Ostatecznie pewne są jeno świt i zmierzch; nie to, że drogi kuzyn doczyta do końca.
;
Zważywszy na to, że po ostatniej wojnie trakty na całej Północy były średnio przejezdne, że w Temerii szalała rebelia, zaraza i Wiewiórki, a adresat brał w tych szaleństwach czynny udział – odpowiedź na list nadeszła zaskakująco prędko, bo w dwa tygodnie. I z całą pewnością, jaką można mieć na tym świecie, była to odpowiedź pisana ręką Arjana, choć jak na niego zaskakująco zwięzła.
12 sierpnia, wieczór, lustro.
Zygfryd uniósł wzrok, wymienił niechętne spojrzenia z własnym odbiciem. Przez ostatni rok używał lustra Mistrza Aldersberga do tego, do czego winno się używać luster: golił się przed nim. Nic więcej. Magia była w Redanii zakazana – chociaż, by oddać sprawiedliwość faktom, Radowid też używał magicznego przekaźnika.
– To zupełnie jak z zabijaniem ludności – stwierdził raz, wzruszając ramionami. – Na co dzień niewskazane, od święta konieczne.
Korzystanie z magii przez poprzedniego Mistrza wywołało wystarczająco szkód, jego następca pilnował więc, by takich „świąt" było jak najmniej. Ale posługiwać się lustrem potrafił, w końcu kiedyś dla krotochwili… kiedyś pokazano mu, jak to się robi.
Czasami miewał chęć je zwyczajnie rozbić. A nawet, czego się dowiedział listownie i ku swojemu ciężkiemu zdumieniu, wydał już taki rozkaz. W Wyzimie.
Szczęściem – pisał Arjan – Gaheriet de Lac przekonał wreszcie służbę, że bredzisz w gorętwie (zaiste, pieprzyłeś niemożebnie, aż litość brała) i że niechybnie każesz ich wybatożyć, kiedy już dojdziesz do przytomności.
Oczywiście, nie kazałby. Ale dobrze się stało, że komtur de Lac, poczciwy Gaheriet, przechwycił rozkaz. Dobrze też, że Arjan napisał, ponieważ przez czas jakiś Zygfryd – któremu nad łóżkiem przewinął się szereg zjaw, od elfów po królewnę Addę – obecność krewniaka również zaliczył do majaczeń. Skąd i w jakim celu krewniak się zjawił, tego nikt nie potrafił wyjaśnić. Sam Arjan twierdził, że chciał się dowiedzieć o zdrowie i powinszować awansu. Gaheriet potwierdzał.
Żaden z nich nie brzmiał jak przekonany, że się mu uwierzy.
;
Powierzchnia lustra zamąciła się jak woda, w którą rzucono kamień. Odbicie świecy rozproszyło się w ławicę drżących odblasków, naraz zgasło. Od pociemniałej tafli wionęło chłodem. Całkiem tak, pomyślał Zygfryd, jakby patrzyło się w wejście do podziemi.
– Arjan La Valette! – powiedział, głośno i wyraźnie.
Tafla pojaśniała nieznacznie, tak, że dało się rozróżnić jakąś sylwetkę, cień właściwie. Cień poruszył się niespokojnie.
– Radowid ci dyktował? – zapytał, nim projekcja się na dobre ustabilizowała. Zatrzepotał się… nie, zamachał ręką. Listem w ręku, dokładniej rzecz biorąc.
– Zdrowy rozsądek, nie Radowid – odciął się odruchowo Zygfryd. – Na Święty Płomień, czemuś go nie spalił? Ktoś gotów pomyśleć, że się układasz z…
Arjan spojrzał na niego, zęby miał odsłonięte w nieładnym grymasie, oczy zmrużone i złe.
– Raczej, że ty się układasz – warknął. – Strach zdjął, że cię ktoś powiąże z rebelią? Która grzechem jest i szaleństwem? Pewnie zwłaszcza wtedy, gdy ma się na sumieniu Wyzimę?
Oczy złe, ale podkrążone. Twarz z kolei miał Arjan nieogoloną, wybladłą i… tak, mogło to być zniekształcenie w lustrze, a mogło znaczne wyszczuplenie. Mogło tak być, że rebeliantom się nie wiodło już teraz, co dopiero…
– To nie ja muszę się bać – powiedział Zygfryd. Spokojnie. Arjan zareagował. Niespokojnie.
– Do rzeczy, cholera! – szarpnął się. – Pacyfikacja, tak? Tym chcesz mnie postraszyć? Twoim suwerenem?
– Zakon nie ma…
– Mam się was spodziewać, tak? Ciebie i króla Radka?
– Arjan, do kurwy nędzy, Radowid nie będzie musiał nigdzie ruszać. Foltest to stary gracz, widziałem, co…
– Co potrafi – dokończył zimno Arjan. – Pewnie w Wyzimie?
Zygfryd nawet nie drgnął.
– Owszem, w Wyzimie – potwierdził, równie zimno. – Doskonale spacyfikuje cię sam. Pojmujesz?
– Nie pojmuję! Co ty mi w ogóle proponujesz, Zygfryd? Mam się, cholera, wycofać? Paść na grzbiet i zaskomleć? Nadstawić dupę pod rzemień i prosić, by nie bito za mocno?
Właściwie tak, zdał sobie Zygfryd. Właściwie… właśnie tak. Dać się prędko pobić, poddać twierdzę, uzyskać wybaczenie. Przecież to… Cholera, kto by to zrobił? Nie, inaczej. Kto by po zrobieniu czegoś takiego potrafił jeszcze patrzeć ludziom w oczy? No dobrze, wielu. Nawet w samym Zakonie, zapewne. Ale…
Durniu, pomyślał Zygfryd. Chędożony durniu.
– Co ci w ogóle – powiedział na głos, nagle zmęczony – strzeliło do głowy, Arjan? Z tą rebelią? Przecież Foltest i twoja matka już od lat…
– Wyparł się jej – wszedł mu w słowo Arjan, bezwiednie mnąc list w ręku. Głos mu drżał, załamywał się ze złości. – Najpierw zrobił z niej ladacznicę, a potem wyparł się przed całym królestwem! Plunął na honor wszystkich La Valette'ów, wszystkich! Twojej matki też, pojmujesz? W ogóle pamiętasz, co to jest honor?!
Bzdura, myślał Zygfryd. Co za cholerna bzdura. Ciotka Luiza zawędrowała królowi do łoża, trudno, jest kobietą. Nie ona pierwsza i nie ostatnia. Ale rebelia, jeśli ród zostanie wmieszany w rebelię, przecież to krok do miana zdrajcy, kto…
Naprawdę chciałby rzucić czymś w to cholerne lustro.
– Pamiętam, co to jest honor – potwierdził. – I co to jest głupi pomysł. Pytam jeszcze raz: sam na to wpadłeś? Czy ktoś ci podpowiedział?
Arjan zaśmiał się sucho, bez cienia wesołości.
– Myślisz, że ci na to odpowiem?
– Sobie odpowiedz, do cholery!
Świecznik jest dość ciężki, pomyślał Zygfryd, myśl bezwiednie błądziła po komnacie. Foltest raczej nie pozbawi ich szlachectwa. Kałamarz, gdyby nim się dobrze zamierzyć. I raczej nie rozerwie końmi, mimo wszystko. Głowica miecza. Wygna, być może, pozbawi majątku… części, jeśli ciotka się wystara.
Przeklęta, plugawa magia.
– Nie wycofam się – powiedział Arjan. Zadziwiająco spokojnie. Niemal pojednawczo. – Nie mam jak.
– Nie masz – przyznał Zygfryd. – To o to ci chodziło, kiedy mnie odwiedziłeś w Wyzimie? Chciałeś…
Arjan się uśmiechnął. Uśmiechem dzieciaka, który bluźnił cichaczem, spacerował po gzymsach i wytatuował sobie na piersi rodowy herb.
– Ubiegł mnie Radko – powiedział. – Zresztą, to był głupi pomysł.
A potem zrobił krok do tyłu, w głąb ciemniejącego odbicia.
– Bywaj, Zygfryd.
– Bywaj – powtórzył Zygfryd. Od lustra ciągnęło chłodem, zupełnie tak, jakby zaglądał w wejście do podziemi. – Bywaj, Arjan.
