Miało być komediowo, wyszło jak zwykle. Ale zaprawdę, zaprawdę, moment nie pozwalał na same śmichy.
Notka bibliograficzna: pijani zakonnicy śpiewają oczywiście (przerobione) Te Deum, z kolei modlitwa do Wiecznego Ognia pochodzi w całości z Zabójców Królów.

;;;

Wydarzenia w Wyzimie okazały się dla Zakonu Płonącej Róży podwójnie niebezpieczne: z jednej strony stanął przed perspektywą niełaski władcy i utraty autorytetu wśród ludu, z drugiej natomiast jego wewnętrzne struktury, po części na skutek licznych śmierci i aresztowań wśród kapituły, uległy poważnemu zachwianiu. W tej sytuacji zakonnicy nie mieli realnej możliwości protestu przeciw królewskiej ingerencji w sprawy wewnętrzne i wybraniu Zygfryda z Denesle na Wielkiego Mistrza, pomimo iż wybór ten stał w jaskrawej sprzeczności z zasadą autonomii.

Norian Davmes, Nordlingowie. Rozprawa historyka z historią

;

Dolą wizjonerów każdego czasu, kraju i narodu jest walczyć: ze swą człowieczą słabością, z zabobonem tłumu i z uporem starców.

Mauris Mochn, Przeciw klasykom

;;;

Rycerze Płonącej Róży byli bojownikami bożej sprawy, oczywiste więc, że respektowali porządek świata i bezwzględnie szanowali wyższych od siebie. Niezależnie od tego, skąd przybywali i ile wiosen liczyli, zawsze dawali posłuch szlachetnej krwi, wsławionemu ramieniu i siwym włosom – pochodzeniu Zygfryda natomiast nie sposób było niczego zarzucić, w boju zaś wsławił się wystarczająco, by zostać mianowanym Wielkim Mistrzem.

A jeśli chodzi o siwe włosy, to ich także spodziewał się całkiem rychło.

;

Teoretycznie sytuacja w Wyzimie została opanowana. Scoia'tael rozbito. Jakub de Aldersberg spoczął w grobie, żegnany ze łzami i w honorach; wybaczono im więc. Foltest wybaczył, na domiar łaski zarządził gruntowne zapomnienie. Co prawda zasugerował przy tym całemu Zakonowi wystąpienie w obronie innych królestw, możliwie dalekich od Temerii, ostatecznie jednak przystał na wymarsz braci do Redanii, pod protekcję Radowida V. Wyzima wstawała z popiołów. Zakon odzyskał czystość, niegodziwych rzucono w ogień. Rany się goiły, kości zrastały. Zygfryd mógł… Oczywiście, że mógł chodzić, przeklęty tchórz, mógł jeździć konno, walczyć, poprowadzić braci do Redanii.

Wszystko szło ku lepszemu. Mimo to nowy Mistrz czuł się dość niepewnie. Rozumiał konieczność, oczywiście. Moment był burzliwy, ze zbrodnią należy się rozprawiać szybko, a i królowi, do diabła, ciężko wytknąć brak poszanowania dla zasad, kiedy właśnie samemu się czynnie przeciw tym zasadom występuje.

Teraz jednak moment przeminął, ognie zgasły, fakt natomiast trwał: Zygfryd został Wielkim Mistrzem bez zgody zakonnej kapituły – pal licho, że jedna jej połowa zginęła, a druga właśnie zeznawała na katowskiej ławie – w dodatku…

– Ależ nie turbujcie się – powiedział wielki szafarz Falwick z Moën i uśmiechnął się dobrotliwie. – Podobny passus, acz nie na taką skalę, miał już przecie miejsce. Przypominacie sobie, jak obierano na szafarza Theodora z Mariboru?

– Pierwsze słyszę – zdumiał się Zygfryd. – Przecie wasz poprzednik zwał się Hugo de Nessvelt?

– Ach, prawda! – Falwick aż klasnął w ręce. – Wybaczcie. Przecież to było ćwierć wieku temu, tymczasem wy, Mistrzu, liczycie, czy dobrze rachuję… dwadzieścia dwie wiosny? Oczywista, pamiętać nie możecie. Upraszam wybaczenia.

Zygfryd prędko przekonał się, że jego nieszczęsne dwadzieścia dwie wiosny stanowią dla zakonnej starszyzny znacznie ciekawszy passus niż wszelkie królewskie ingerencje; dziwnym trafem od momentu, gdy po raz pierwszy napomknął o konieczności reform. Nie oznaczało to, rzecz jasna, że czcigodni… i ocaleli… starcy ośmielali się protestować. Gdzieżby tam. Okazywali wręcz zapał, gdy przychodziło do podzielenia się życiową mądrością, nabytą przez szereg doświadczeń, które to doświadczenia – trafem jeszcze dziwniejszym – zwykły datować się na co najmniej dwie dekady wstecz. I zawsze, ale to zawsze pokrywać się z zamysłami Zygfryda.

– Rzeczywiście, to bardzo przypomina – mawiali na przykład starzy komturowie, jak jeden mąż dobrotliwie uśmiechnięci – koncept Willema Alfa. Piękna idea, wspomnijcie jednak, że przy realizacji rychło pokazało się… Nie pomnicie? Prawda, toż jeszcze zwaliśmy się rycerzami Białej Róży, wy musieliście być wtedy dziecięciem… Wybaczenia upraszamy, lata wartko płyną, rachubę można stracić. Ale, zaprawdę, oko ludzkie już widziało…

Oko widziało, ucho słyszało, projekta padały. A Zakon Płonącej Róży reform potrzebował. Teraz, nie w przeszłości. Fakt faktem, że Wielki Mistrz nabrał zwyczaju sprawdzania kronik, nim przedstawił jakikolwiek nowy pomysł kapitule.

;

Reformy były konieczne, jednak, za co bogom dzięki, nie w każdym calu. Na przykład kwestie militarne prowadzono wzorowo, od warowności twierdz po stan bojowych stajni, już o przeszkoleniu bractwa nie wspominając. Sprawy majątkowe wyglądały znośnie, pomijając brak wielkiego skarbnika; w każdym razie złota w skarbcu nie brakowało. Rachunki prawdopodobnie prowadzono też jak najporządniej… do momentu, gdy dobrali się do nich ludzie Talara.

– Talar, Roche i czarodziejka do tego – orzekł Gaheriet de Lac, świeżo mianowany skarbnikiem. – Zaprawdę, cały zamtuz nam tędy przedefilował.

– Mieliśmy konszachty z mafią – przypomniał Zygfryd. – Rzecz wymagała wkroczenia śledczych.

– Nie mówię, że nie wymagała. Tylko dlaczego ja muszę po nich sprzątać?

Nie, obmurowanie Zakon miał akurat solidne i niespecjalnie naruszone. To na poziomie ludzkim raziły wyrwy; tak fizyczne – ponieważ Wiewiórki, rycerstwo Radowida i wreszcie wiedźmini z zadziwiającą celnością dobierali się akurat do tych głów, które piastowały najodpowiedzialniejsze stanowiska – jak i moralne. Wspomnienie Mistrza Aldersberga straszyło jak ślad po wypalonym wrzodzie. Prowokowało pytania, zmuszało do zastanowienia. Płonąca Róża potrzebowała moralnej odnowy.

Zatem, co wydało się najlogiczniejsze, zaostrzenia reguły. Surowość obyczaju najpewniejszą drogą do czystości ducha. Powiadała przecież Księga, że zaniedbanie gorszym jest niż nadmierna gorliwość i wszelkie zło z folgowania sobie początek bierze. Ba, Zygfryd na własnej skórze odczuł słuszność tego wersetu – wiedział więc doskonale, czemu chce zapobiegać.

;

Dzwony klasztoru odezwały się na nonę, dźwiękiem stępionym i głuchym w wieczornej mgle. Na ulicach zostały już tylko nierządnice, nawołujący do gaszenia świateł strażnik oraz dwóch śpiewnie-rzewnie obejmujących się birbantów zakonnych.

Pusto było w Wyzimie Klasztornej. Poza tym – odwiecznie – mokro. Może zresztą przez tę wieczną wilgotność głosy niosły się tak dobrze.

Prosim, słudzy łask niegodni,
wspomóż, wypal grzech co plami,
Gdyś odkupił nas od zbrodni
Swemi…

Brzęknęły pancerze, gdy jakiś przechodzień zawadził o birbantów. Lub birbanci o przechodnia, trudno było orzec. Tak czy inaczej, pieśń wypadła z rytmu.

Bacz, kmiocie, jak leziesz!

Czekaj, Gaheriet – zmitygował druha Zygfryd. – Znam go. Witaj, Talar.

Czy to nie jest, kurwa, sprzeczne z waszą regułą? – zainteresował się wzmiankowany. Zakonnicy pospieszyli z zapewnieniem, że nie.

Reguła zaleca nam umiar, nie rezygnację!

Wielki Mistrz dowodzi, że nie grzech radować się życiem, byle powściągliwie.

Także Księga przytacza wypadki, gdy święci pili wino. Nie do upadłego, oczywiście…

Czyli póki trzymamy pion, trzymamy też pion moralny.

Talar, wyraźnie zaintrygowany teologiczną stroną picia, zaproponował wstąpienie do Misia Kudłacza celem rozwinięcia problemu. Czy też rozlania, technicznie rzecz biorąc. Tymczasem tak Zygfryd, jak i Gaheriet do Zakonu wstąpili z powołania, toteż do niesienia światła prawdy chętni byli zawsze. Do podnoszenia zasług bractwa również. Toteż podnosili, na każdym polu: moralnym, teologicznym, filozoficznym i bitewnym. Zwłaszcza bitewnym, albowiem elfy się rozzuchwaliły, terroryzm zagrażał, a jedyne rozwiązanie – czyli krucjata – była już kwestią tygodni.

Talar słuchał, dolewał i ponad wszelką wątpliwość był poruszony.

Poranek natomiast był bolesny. Koledzy z dormitorium – w liczbie dziesięciu – śpiewali nabożne pieśni, pokrzykiwali do siebie z drugiego końca komnaty, nalewali z hałasem wody do miednicy, wytrząsali kolczugi, upuszczali na ziemię elementy opancerzenia, jednym słowem: mścili się, jak mogli, za budzenie ich nocnymi powrotami. Zwłaszcza że… Zygfryd spróbował zmusić obolałą pamięć do pracy… tak, chyba rzeczywiście śpiewali z Gaherietem „Te Ignem". I najpewniej kogoś podeptali, jak zwykle bywa, kiedy w dormitorium jest ciemno, a reguła nakazuje sypiać na podłodze. I jeszcze…

Rycerz otworzył oczy, popatrzył ze zgrozą na sklepienie komnaty.

Zygfryd… – dobiegł skądś głos Gaherieta. Ochrypły. I jakby zatrwożony. – Czy myśmy wczoraj…

Wyspowiadali się Talarowi. Tak.

;

Po chwili zwątpienia w zakonną młodzież wstąpił jakby nowy żar. Chciano jednocześnie tępić potwory i karmić żebraków, ścigać terrorystów i budować przyświątynne szkoły, kłaść ogień pod stosy i głosić Święte Słowo, nade wszystko zaś – podźwignąć Zakon z upadku. Samodoskonalić się, obmyć z herezji, porządek zrobić w domu bogów. Podzielano zapał reformatorski nowego Mistrza. Młodzieży do ascezy nie trzeba było zaganiać, szła sama, osobliwie nowicjusze. W każdym razie przez pierwsze tygodnie. Bo oto raptem pokazało się, że i dążenie do świętości nastręcza kłopotów, choćby nawet najszczersze było.

Na przykład pomysł z dodatkowym, dobrowolnym postem, skończył się kłótniami o to, na jaki dzień tygodnia miałby ów post przypadać. Albo taki Telonius, który złożył był ślub milczenia, znalazł się w nielichym kłopocie, kiedy wysłano go na zwiad. Adalbert chciał umartwiać ciało przez rezygnację z kąpieli – i odniósł ciężkie rany w pojedynku po tym, jak wyzwał kolegę, zarzucającego mu herezję względem dogmatu o oczyszczającej mocy Świętego Ognia.

O tym, że nie wszyscy potrafili wytrwać w postanowieniach, nie warto nawet wspominać. Zresztą Zygfryd szybko przestał mieć do nich o to pretensje. Po pierwsze, sam nie do końca trzymał się ascetycznego trybu życia. Nie miał jak. W każdym razie niezupełnie – przestrzeganie postów, wstrzemięźliwość od alkoholu, zachowywanie czystości i umiaru w zabawie jeszcze się udawało. Zażywać zimnych kąpieli nikt nie bronił. Tylko spać, z racji urzędu, miał teraz w stosownej komnacie. Na łożu. Sporym. Puchowym. Na którym po sześciu latach sypiania po bożemu, czyli na ziemi, zwyczajnie nie potrafił zasnąć, co może dawało się podciągnąć pod umartwienie ciała, w każdym jednak razie…

W każdym razie – i po drugie – miał porównanie ze starymi komturami. Wszystko przez to, że Wielkiego Mistrza obarczały też obowiązki duchowne. W tym spowiadanie starszyzny, o której wiedział, owszem, że była zepsuta, i jako żywo, jej swawole również zamierzał ukrócić. Tyle tylko, że bez drobiazgowego dochodzenia, kto w jaki sposób się brukał; ostatecznie winien był szanować siwe głowy.

No, bardzo chciał nadal szanować. I nie rozpoznawać głosów zza spowiedniczej kraty.

– … wtedy wyobrażam sobie, że ona kuca nad moją twarzą i…

– Wystarczy! – przerwał Wielki Mistrz, czując, jak krew mu bije na policzki. – Pojąłem. Grzeszycie sprośną myślą i samogwałtem. Poza tym łakomstwem i nadużywaniem trunków. W ramach pokuty udajcie się do celi, tam przez jeden dzień oddawajcie się modlitwie, poszczeniu i rozmyślaniom nad swym grzechem.

– Hm… – chrząknięto cicho. – Raczcie, Mistrzu, wybaczyć, ale wykonać tego nie mogę. Proszę o inną pokutę.

– Czemuż to?

– Obawiam się – odpowiedziano mu ze słodyczą – że wszystkie cele są już zajęte.

;

Roggeveen było piękną warownią, w opinii Zygfryda nawet piękniejszą niż Tretogor. W jej czworokątnych basztach, szerokich łukach portali i ostrych zwieńczeniach okien znać było ludzką rękę. Czerwone ceglane mury robiły wrażenie potężniejsze niż elfie pałacyki z koronki i kolorowych szkieł, a jednocześnie cieplejsze niż temerskie twierdze z szarego kamienia. Roggeveen mocno przypadało do serca. Było solidne i rozgrzewające, swojskie i dostojne jednocześnie.

I było, jak się pokazało, za małe. Bractwo, choć zdziesiątkowane, ledwie udało się pomieścić, nie wspominając o knechtach i służbie. A tymczasem na fali entuzjazmu po Wyzimie przybywało nowicjuszy.

– Co z tym zrobić? – głowił się pewnego wieczora Zygfryd. – Odesłać do komturii w Murivel? Rozbudować zamek?

Wielkie skarbnik de Lac, który zwykle mu w wieczornym rozmyślaniu (i wyklinaniu) towarzyszył, pokiwał w zadumie głową, pociągnął z karafki. Wody. Post obowiązywał.

– Wybudować nowy, bezwzględnie – orzekł.

– Gaheriet, bądź poważny.

– Jestem, cholera, poważny. Wspomnij sobie, co było…

– No nie, ty też?

– Co było – dokończył z naciskiem Gaheriet – jak myśmy wstępowali. Teraz dzieje się to samo. Entuzjazm ideowy. Nawet wyłączając tych, co odejdą przed końcem nowicjatu, Zakon nam się prędzej powiększy niż zmniejszy.

– Dajcie bogi – mruknął Zygfryd.

Dziwna rzecz, wystarczył miesiąc bieganiny i odrobinę węższe komnaty, by niemal zapomniał, że, uczciwie biorąc, zawiadywał gromadą niedobitków. Brakowało wielu znajomych twarzy, owszem, i jeszcze długo zdarzało mu się odruchowo rozglądać po refektarzu za kimś, kto został w Wyzimie, ale to byli, otóż właśnie, pojedynczy bracia. Nie sposób było myśleć o nich zbiorowo.

– Oddelegować część bractwa do Murivel – zarządził tymczasem Wielki Mistrz, przypomniawszy sobie znienacka o kolejnej kwestii. – Na jesieni, po zjeździe w Loc Muinne, mamy się spodziewać odwiedzin dworu, a w dwa miesiące nowej twierdzy nie postawimy.

Miał za to czas, by dokładnie ten projekt przemyśleć i ewentualnie przedstawić Radowidowi. Pomysł był śmiały, ale nie z pogranicza fantazji; ostatecznie Gaheriet awansował nie dla wspólnie wychylonych pucharków, a dla swej pobożności, oszczędności i praktycyzmu szlachcica zagrodowego.

– Jego Wysokość zamierza nas zaszczycić? – zainteresował się teraz. – By skontrolować, jak sobie poczynamy z nadaniami?

– Dla odpocznienia. Kwestia Kaedwen i Temerii wyczerpuje nerwy wszystkim, w dodatku Jej Wysokość jest w żałobie.

– Skoro mowa o Temerii – Gaheriet raptem spoważniał. – Jak się mają sprawy z…

– Nie odnaleziono ciała.

;

– Nie twierdzę, że reguła jest wadliwa. – Tym razem Falwick mówił oschle, nie siląc się na pobłażliwe uśmiechy. – Tylko że zaostrzenie systemu kar przynosi więcej szkody niż pożytku.

– Wychodzi więc na to samo, nie uważacie? – zauważył zimno Zygfryd.

Rozmowa toczyła się w jego komnatach i teoretycznie miała nawet charakter poufny, ot, swobodnej wymiany uwag na temat urządzenia Zakonu w nowym miejscu; postawiłby jednak oreny przeciw orzechom, że wielki szafarz został umyślnie pchnięty przez kapitułę.

– Reguła nakazuje nam umiarkowanie, pobożność i orężną walkę z wszelkim plugastwem – wyrecytował tymczasem Falwick. – Nie pełną ascezę i samoumartwienie. Jesteśmy, raczcie wybaczyć truizmy, przede wszystkim żołnierzami, dopiero później zakonnikami.

Innymi słowy, pomyślał gniewnie Zygfryd, wojaczka przypadła wam do smaku, służba już mniej.

Skinieniem nakazał Falwickowi, by mówił dalej.

– Tymczasem za jakie przewiny umieszcza się braci w celach o chlebie i wodzie? Za samogwałty. Za nieczyste myśli, picie wina albo grę w kości, jeszcze o orzechy…

– Ciekawe więc – przerwał Wielki Mistrz – po cóż wobec tego w ogóle składamy śluby? Po cóż przyrzekać czystość i ubóstwo… o posłuszeństwie już nie wspomnę… kiedy odstępstwo od ślubów tyle waży, co te orzechy? Zechcecie objaśnić, bracie Falwick? Bo zaprawdę, pojąć nie mogę, ani chybi za krótko żyję.

– Nie występuję przeciwko ślubom – zaoponował znów Falwick. – Uważam tylko, że grzechom należy przyznawać taką wagę, jaką w istocie mają. Nie większą, nie mniejszą. Mieć na uwadze ludzką niedoskonałość…

Oczywiście.

– I nie stawiać zadań ponad siły.

– Pochlebiacie mi – prychnął Zygfryd. – Proszę, do tej pory w myśli mi nie postało, że wiodę życie nad ludzkie siły.

– Raczcie wybaczyć, ale zakładam, że nie bez przyczyny Zakon ma tylko jednego Wielkiego Mistrza.

– Dajcie mi zgadnąć: tak jest ekonomiczniej?

– Że zaganianie braci do ascezy jest nieekonomiczne, to już sami zmiarkowaliście, nie śmiałbym przypominać. Chciałem jeno zauważyć, że nie bez kozery Wielkim Mistrzem obiera się kogoś, kto brzemię zawsze udźwignie… i posłuży całemu Zakonowi jako wzór.

Wielki Mistrz, który w czasie tej rozmowy zdążył był przejść się kilkukrotnie wzdłuż komnaty, przystanął teraz, tknięty nagłym wspomnieniem. Ponieważ jednak był nie tylko żołnierzem, ale i zakonnikiem, powstrzymał się przed sklęciem rozmówcy w żywy kamień.

– Wymagajcie od siebie, by móc wymagać od innych – powiedział kąśliwie. – Uzupełnijcie to jeszcze wersetem o gorszeniu maluczkich, a zyskamy niemal dosłowny cytat z nauk mojego poprzednika.

– Mistrz Aldersberg w wielu miejscach pobłądził, wszelako…

– Jakub de Aldersberg był obłąkanym zbrodniarzem – uciął Zygfryd. – Toteż odejście od jego plugawych teorii mogę sobie poczytać tylko za chwałę.

Falwick popatrzył na niego przeciągle spod siwych brwi. A potem, o dziwo, się uśmiechnął. W sposób skłaniający ku temu, by kazać go wybatożyć.

– Był – przyznał łagodnym, kojącym głosem. – Jednak fakt faktem, że nigdy nie przyłapano go na uchybieniu regule.

;

Zygfryd zdania nie zmienił: jeśli słowo rycerza ma być coś warte, należy go bezwzględnie przestrzegać. Rycerzy zakonnych obowiązywało to w dwójnasób, jako szlachetnie urodzonych i jako duchownych. Chciał podnieść Zakon z upadku, toteż musiał wymagać od siebie i braci. Teorię, jakoby grzech popełniony w ukryciu – czyli w obrębie klasztornych murów – był trochę mniej grzechem, musiał zaś piętnować jako plugawą brednię. Tak rzecz się przedstawiała na dalszą metę.

Na krótszą musiał zaś Wielki Mistrz zająć się tym, że grzech popełniony poza murami był też skandalem. I wydarzył się już trzeci raz w ciągu miesiąca.

;

Każda wieś ma swojego głupiego Jasia, każdy cech swojego naczelnego niezgułę, każdy pułk swojego szeregowego Łamagę. Zakon Płonącej Róży miał zaś Tristana Vandergrifta.

I nie chodziło nawet o to, że Tristan był wyraźnie głupszy czy słabszy niż reszta bractwa. Nie. Po prostu tak się złożyło, że bogowie obdarzyli tego zacnego młodziana z jednej strony pańską urodą, lokami jak kiście winogron, rumieńcem dzieweczki i wiotkością elfa, z drugiej zaś naturą żarliwą, można rzec, w każdym calu. Tristan był dobrym celem dla kpin, bo się nimi szczerze przejmował. Gniew przychodził mu równie łatwo co przestrach, wystarczyło paru słów – i tak w gniewie, jak w strachu, braciszek Vandergrift wpadał w dygot, głos mu się łamał, krótko mówiąc, z nadmiaru emocji często bywał bliski płaczu.

Poza tym wszystkim Tristan wielce żarliwie przeżywał świat zmysłowy. Zwłaszcza urodę niewiast i ich szeroko pojmowane (oraz szafowane, ani chybi przez te kędziory) względy. Zaś po tych przeżyciach zawsze – zwłaszcza, gdy już został przyłapany – jeszcze bardziej żarliwie żałował swoich grzechów. Rozdawał obłędne sumy żebrakom. Próbował czuwać w nocy przy ołtarzu i wstydził się jeszcze bardziej, bo zawsze prędko zasypiał. Biczował się, choć jako żywo, nikt mu nigdy nie kazał, i to na tyle często, że koledzy z dormitorium musieli zeznać pod przysięgą, iż nie czerpie z tego występnej przyjemności.

Coś w każdym razie należało z Tristanem przedsięwziąć. Wezwano go więc na rozmowę z Wielkim Mistrzem. Stawił się bezzwłocznie. Oraz bez tchu. Właściwie wyglądał, jakby miał zemdleć z przerażenia, co trochę Zygfryda ubodło, bo przecież nie dalej jak przed rokiem jadali w refektarzu przy jednym stole.

Porozmawiali bez gniewu, serdecznie.

– Śluby zakonne to ciężkie brzemię – zauważył łagodnie Zygfryd, wysłuchawszy już wyrazów najgłębszej skruchy – i nie każdy jest zdolny, a co dopiero obowiązany, im podołać. Może więc dobrze byłoby przemyśleć swoje powołanie?

Tristan skłonił się tylko, zarumieniony po szyję.

;

Wertowanie ksiąg weszło Zygfrydowi tak mocno w krew, że nogi nosiły go do biblioteki całkiem same. Wieczorami obracał i opukiwał w myślach każdy obiecujący ustęp, szukał dwuznaczności, próbował wyobrazić sobie kontrargumenty. Wreszcie odczytywał kilkakrotnie dla zapamiętania, a potem przecierał zmęczone słabym oświetleniem oczy i zdrętwiały od długiego bezruchu kark. Biblioteka mogła być cicha i ciepła, ale odpoczynku znaleźć w niej nie potrafił. Zwłaszcza ostatnimi czasy, coraz częściej, miał wrażenie, że biblioteczne powietrze trzeszczy, kruszy się w płucach przy każdym oddechu.

– Warto byłoby tu czasem odkurzyć – zauważył raz, tłumiąc suche pokaszliwanie. – Okrutny zaduch.

– Ależ! – obruszył się na to brat Rudgier, główny opiekun księgozbioru. – Codziennie po dwakroć odkurzamy!

Rzeczywiście, księgi nie zostawiały żadnego śladu na palcach. Uchylania okien Zygfryd już nie zaproponował, ponieważ popołudniem widział wyraźnie kilka odsuniętych szybek. W głębi duszy wiedział zresztą, że to niewiele pomoże.

Od jakiegoś czasu – niedawna, nie umiał określić – w bibliotece, za spowiedniczą kratą, w tym nowym, zapadającym się miękko łóżku, coraz częściej dopadało Zygfryda wrażenie, że ciepło w powietrzu osypuje się drobnym pyłem, przydusza mu pierś. Odrobinę. Dość, by zmęczyć, i za mało, by niepokoić. Jakże się zresztą niepokoić głupim kaprysem ciała, kiedy…

Wystarczało pozbyć się kotar, spać przy otwartym oknie. I odepchnąć skojarzenie, bezwzględnie zapomnieć, że…

Arjan już nie żył. Bogowie, ulitujcie się nad jego duszą.

Znał już to niemiłe, ocierające się o ból uczucie w piersi, to już się kiedyś zdarzyło, myśl i oddech już raz ciążyły tak samo. Przed rokiem. W Wyzimie.

;

Do obowiązków Wielkiego Mistrza należało odprawianie nabożeństw w najważniejsze święta – i był to zdecydowanie obowiązek najprzyjemniejszy. Łączył wytchnienie modlitwy z prostym, swojskim porządkiem ćwiczeń na placu. Zajmował, ale nie brał w jarzmo. Pozwalał wypocząć, ale nie popaść w otępienie.

Błogosławiony niech będzie Wieczny Ogień,

W jego blasku żyjemy,

W jego żarze walczymy,

W jego płomieniach umieramy.

Ze świecą szukać miejsca, które ułatwiałoby myślenie bardziej niż kaplica Wiecznego Ognia z jej strzelistymi echami, czerwonymi szybami i modlitwą intonowaną przy blaskach świętego Płomienia. Swobody myśli natomiast Wielki Mistrz bardzo potrzebował.

Nieśmiertelna Światłości,

Chroń nas od kłów i pazurów.

Żyjący Płomieniu, Tajemny Ogniu,

Wskaż nam drogę w ciemności.

Płonącej Róży groziły posądzenia dwojakiej natury: o herezję albo o wstecznictwo. To pierwsze zapewnił już Mistrz Aldersberg swoimi eksperymentami na ludziach, nad drugim żywiołowo pracowali magowie, nieludzie i część kadr uniwersyteckich. Rycerze Świętego Ognia powinni zresztą pamiętać o jego oświecającym aspekcie.

Wieczny Ogniu, Światłości i Żarze,

Oczyść moją drogę, pochłoń niegodziwych,

Ogarnij mnie Świętym Płomieniem.

Studia teologiczne prowadzili od lat. Były cenne, ale nie mogły znaleźć uznania w oczach niedowiarków i ateistów. Medycyna po ostatnich wypadkach z mutagenami mogłaby zadrażniać i prowokować podejrzenia już w samym Zakonie. Alchemią, jako praktyką momentami zahaczającą o czarnoksięstwo, parać się nie mogli. Poezja albo muzyka? Sztuki piękne, do tego filozofia… nie przyniosą namacalnej korzyści, mogą więc pociągnąć oskarżenie o płochość i próżniactwo. Astronomia…

Na drodze Świętego Ognia są tylko zgliszcza i popioły,

Z popiołów powstanę nowy ja.

Nauki ścisłe zawsze budziły uznanie tak wśród ludu, jak wśród elit. Nikt nie negował tego, że miały przed sobą przyszłość. Poza tym były czyste. Ich ścisłe reguły nie podlegały możliwości różnej interpretacji, co więc za tym szło: rozwój astronomii nie mógł ściągnąć oskarżeń o herezję. Czy istnieje nauka mędrsza od badania obrotów sfer i pobożniejsza niż obserwacja niebios? Słowo i niebo są nie do poruszenia. Ani przez magów, ani przez królów. Ani przez kapitułę, skoro o tym mowa, w końcu –

Zygfryd stłumił ochotę, by uderzyć pięścią w Świętą Księgę, poprzestał na zamaszystym pobłogosławieniu zebranych. Niech tylko któryś spróbuje zarzucić mu herezję! W końcu był Wielkim Mistrzem czy nie?

;

Kilka dni później Zygfryd musiał spowiadać się przed kapitułą, ale nie ze spraw niebieskich. Przeciwnie wręcz.

Tristan Vandergrift, pokazało się, uznał zachętę do namysłu za podpuszczenie do czynu – i, by wykazać, że jest w stanie dźwignąć zakonne brzemię, zamiarował przez dobę obejść się bez jadła i napitku. A że doba ta wypadła w środku upalnego sierpnia, brat Tristan już koło południa padł zemdlony. Z hukiem i brzękiem, bo post zbiegł mu się czasowo także z manewrami, te zaś odbywały się konno i w pełnych zbrojach.

Kapituła przyjęła wyjaśnienia nad wyraz dobrze; wszyscy jak jeden mąż uśmiechali się po ojcowsku, kiwali ze zrozumieniem głowami i przyznawali jeden przez drugiego, że podobne wypadki się zdarzają. Na końcu zaś brat Falwick opowiedział dowcipną przypowieść. O błędach młodości, a jakże.