Rozdział 2

Kiedy zaskoczony przez zapalone światło Harry obrócił się, potykając o kosz, zobaczył wujka Vernona stojącego w progu kuchni. Jego twarz była purpurowa, a krzaczaste wąsy drżały nad wściekle wykrzywionymi ustami. Brązowy szlafrok narzucony na zieloną piżamę był krzywo zapięty, a jeden z kapci włożony tylko do połowy, ale wydawało się, że mężczyzna tego nie zauważa. Szybko przemierzył pokój.

— Wstrętne, brudne zwierzę! — wrzasnął, chwytając Harry'ego za szyję. Potrząsnął nim wystarczająco mocno, by zęby chłopca zadzwoniły. — Wiedziałem, że spróbujesz czegoś takiego. Powiedziałem, chłopcze, żadnego jedzenia. Ja już cię oduczę nieposłuszeństwa i robienia tych twoich dziwactw! Paskudny dziwak! — Wuj Vernon pchnął go w kierunku tylnych drzwi. — Na zewnątrz! Jeśli zachowujesz się jak pies, będziesz tak traktowany. Nie zostałeś stworzony do życia z porządnymi ludźmi. Wynocha z mojego domu!

Chłopiec odsunął się od wuja, ale wściekły Vernon był szybki i silny. Mężczyzna trafił pięścią w oko Harry'ego, oszałamiając go, ale ten chwycił się blatu, chroniąc przed upadkiem. Dursley odciągnął go od lady, uderzając ponownie, ale tym razem w nos. Stał się on ogniskiem bólu, a oczy chłopca zaczęły łzawić. Jedyną rzeczą, jaka trzymała go w pionie, był chwyt mężczyzny na jego szyi. Krew pociekła mu po górnej wardze. Czuł metaliczny posmak w ustach. Palce wuja Vernona wyrwały z jego rąk chleb i mięso. Mężczyzna uderzył chłopca ponownie.

— Przepraszam, proszę pana! — zawodził Harry. — Przepraszam!

— „Przepraszam" nie wystarczy! Teraz wyjdź! Wynocha!

Vernon znowu nim potrząsnął i wypchnął przez próg na patio, gdzie chłopiec potknął się i wylądował na kolanach. Jego okulary zniknęły gdzieś w mroku nocy i Harry zanotował sobie, by je później odszukać. Drzwi zatrząsnęły się za nim i dźwięk zamka głęboko wrył się w jego pamięć.

Gdy tylko Harry odzyskał z powrotem swoje okulary, poczuł się odrobinę lepiej, chociaż jedno ze szkieł było rozbite. Przykucnął koło tylnych drzwi, mając nadzieję — chociaż wiedział, że jest to bezcelowe — że jego wuj pozwoli mu wrócić do środka. W świetle księżyca objął się ramionami, kołysząc się w przód i tył, by utrzymać ciepło. Teraz bardziej niż czegokolwiek na świecie chciał, by ten koszmar się skończył.

oOoOo

Rano ciotka Petunia skierowała węża ogrodowego na małego chłopca, by go obudzić, następnie przegoniła go z patio na trawę.

— Vernon rozprawi się z tobą, chłopcze. Poczekaj, aż wróci do domu.

Te słowa zawsze go przerażały, ale starał się tego nie okazywać. Kobieta zacisnęła usta i wróciła do środka. Wczesnym rankiem niebo było zachmurzone, a powietrze odrobinę chłodne. Przemoczony Harry zadrżał, siedząc na trawie. Schował stopy pod siebie, skupiając całą swoją uwagę na drzwiach. Zimna woda skapywała z jego włosów na policzki, zmywając w minimalnym stopniu krew z jego warg i podbródka. Z roztargnieniem otarł twarz rękawem koszuli. Znów zadrżał. Wuj Vernon rozprawi się z nim…

Po chwili wsunął rękaw koszuli do ust i zaczął ssać wystrzępiony materiał. Woda uśmierzyła odrobinę ból w gardle, niemniej jednak łzy paliły go w oczy. Mrugał szybko ze wściekłością. Nie będzie płakać, nie ma mowy! Nie sprawi wujowi tej przyjemności. Jednakże wciąż się martwił. Co Vernon zrobi podczas rozprawiania się z nim?

Słońce wspięło się wyżej po nieboskłonie, a chłopiec czekał i obserwował drzwi. Jego prawe oko było tak spuchnięte, że nic na nie nie widział, a głowa pękała mu z bólu. Nie przeszkadzało mu to zbytnio, dopóki Dudley nie wkroczył dumnie na podwórko w asyście dwóch kolegów. Trzech ociężałych chłopców zaczęło rzucać w niego kamieniami i ziemią, a następnie popychać między sobą, wykrzykując obelgi na temat jego ubrania i posiniaczonej twarzy. Kiedy szczególnie mocne pchnięcie w końcu posłało Harry'ego na ziemię, Dudley zaczął go kopać nogami odzianymi w swoje nowe trapery.

— Kundel, podejrzany Potter, pies jedzący ze śmietnika! — skandował. — Wiesz, że tatuś przyniesie ci psie jedzenie? — Pozostali chłopcy zachichotali, nadal go kopiąc.

— Nie zrobi tego! — krzyknął Harry, chroniąc głowę rękami.

Zwinął się w kłębek, aby ochronić żołądek. Po jakimś czasie jego oprawcom znudziła się ta zabawa. Leżał, dopóki nie opuścili podwórka. Czuł, że ma połamane kilka palców, a krew kapała mu na oczy z rozcięcia na czole. Jego lewa ręka bardzo bolała, ale nie aż tak, jak plecy. Walcząc ze sobą przez kilka minut, wreszcie stanął na nogi. Jeden z przyjaciół Dudleya stanął na jego kostce, na której już pojawiał się obrzęk. Jego okulary zostały złamane i tym razem były nie do naprawienia, nie po tym jak kuzyn rozgniótł je butem. Przykrył je zdrową ręką, żeby były bezpieczne, chociaż nie mógł powiedzieć, dlaczego to zrobił.

Wczesnym popołudniem niebo było przejrzyste. Słońce paliło w plecy i kark Harry'ego, pogarszając stan jego poparzeń. Dzień ciągnął się w nieskończoność. Z czasem dostał zawrotów głowy i mdłości. Choć pot spływał mu po plecach i twarzy, trząsł się cały, jakby miał gorączkę. Ostatnim razem jak ją miał, został zamknięty na tydzień w komórce. Dziś jednak…

Późnym popołudniem tylne drzwi w końcu się otworzyły, wypuszczając wujka Vernona na patio. Harry spojrzał na niego spod półprzymkniętych powiek. Zobaczył w jego serdelkowatych rękach kawałek łańcucha i długą, czarną linę.

— Tutaj, natychmiast!

Najgorzej było, jeśli wuj nie nazywał go nawet „chłopcem". Harry ostrożnie wstał i chwiejąc się nieco na nogach, podszedł bliżej.

— Na kolana!

Harry rzucił okiem na twarz wuja Vernona, a potem szybko się odsunął. Błysk w oczach mężczyzny był przerażający. Nogi chłopca drżały, więc nie miał problemu z tym, by opaść na kolana. W ciągu kilku sekund wuj owinął łańcuch wokół jego szyi, zapinając go niczym naszyjnik. W następnej chwili przyczepił go do czarnej liny. Smycz! Uświadomił sobie wstrząśnięty Harry. Jego ręce natychmiast skierowały się do łańcucha i zaczęły go szarpać. Nieważne, co mówił wuj - nie był psem!

— Zostaw! — krzyknął Vernon, uderzając go w posiniaczone ręce. Następnie podniósł ostatnią rzecz, potrzebną do utrzymania całkowitej kontroli. Harry zmrużył oczy, by zobaczyć, że jest to duży wkręt zakończony pętlą. Chwytając drugi koniec smyczy, mężczyzna zaprowadził Harry'ego do najdalszego miejsca w ogrodzie. Ciężkim, drewnianym młotkiem przymocował wkręt do boku szopy, wysoko nad głową siostrzeńca, następnie przywiązał do niego koniec smyczy. Szydził z chłopca, zmierzając do domu: — Jeśli będziesz dobrym psem, to być może dostaniesz dzisiaj kolację. Jeśli nie…

Harry, w cichym szoku, patrzył za nim. Przykucnął w cieniu szopy, próbując ustalić, co może zrobić, by poprawić swoją sytuację. Czy to w ogóle możliwe? Czy rzeczywiście był teraz ich psem?

Tuż przed zapadnięciem zmroku, ciotka Petunia ponownie skierowała na niego węża ogrodowego. Jej końska twarz była skrzywiona, jakby poczuła coś niemiłego. Nie powiedziała ani słowa. Wracając do kuchni, kiwnęła głową na Dudleya, który uśmiechając się, stał na schodach. Harry przetarł oczy.

Wtedy wrócił Vernon z dwoma miskami. Postawił je poza zasięgiem Harry'ego, odchylając się w tył tak, jakby bał się oddychać tym samym powietrzem, co chłopiec. Jedna z plastikowych misek zawierała wodę, druga… nie! To niesprawiedliwe! Harry spiorunował wzrokiem wuja i pociągnął za łańcuch, chcąc go zdjąć. Nie zamierzał tego jeść!

— To twoja kolacja, szczeniaku. — Powiedział wuj Vernon. — To albo nic. — Uśmiechnął się złośliwie. — Prosto z puszki. To jest lepsze od śmieci. — Odwracając się na pięcie, wrócił do domu, zostawiając Harry'emu jedzenie dla psów. Tak, jak obiecał.

Dudley kontynuował wyśmiewanie go z patio. Z okrucieństwem poinformował go, że już zjadł i zaczął wymieniać, co specjalnie dla niego ugotowała mama: steki wieprzowe, ziemniaki i słodki, zielony groszek. Na deser były lody z bitą śmietaną. Harry spojrzał tylko na niego swoim zdrowym okiem, zachowując milczenie. Wiedział, że lepiej nie reagować na zaczepki Dudleya, gdy ciotka mogła słuchać.

Słońce zaszło nim kuzyn wrócił do domu. Światło z telewizora migotało przez okno i głośność została podkręcona tak, że Harry mógł słyszeć śmiech dochodzący z urządzenia. Nadal był boso i w brudnej, zakrwawionej koszulce. Chłopiec opierał się jak tylko mógł najdłużej, zanim ruszył w stronę misek. Korzystając tylko ze swojej zdrowej ręki uniósł tą z wodą i przechylił ją, balansując tak, by nie urazić połamanych palców. Woda była zimna i krystalicznie czysta. Przełykał ją łapczywie. Miał nadzieję, że wypełni mu żołądek wystarczająco, by nie odczuwał takiego głodu. Nie chciał jeść pozostawionej przez wuja żywności.

Kiedy woda się skończyła, Harry wyżął swoją koszulkę nad miską, zaoszczędzając trochę cieczy. Nie miał pojęcia, kiedy następnym razem naczynie zostanie napełnione. Nie mógł patrzeć na drugą miskę wypełnioną wstrętną, brązową masą i kawałkami niezidentyfikowanych produktów. Dolatujący z niej zapach sprawiał, że miał ochotę zwymiotować. Nie zje tego. Nie zrobi tego. Nie mogą go do tego zmusić. Wpierw ucieknie. Odpięcie smyczy za pomocą wspinaczki lub skoku wcale nie byłoby niemożliwe. Pytanie tylko, gdzie by się później podział.