Rozdział 4

Mając tyle rzeczy na głowie — urządzenie się w nowych kwaterach, porządkowanie eliksirów w laboratorium i opracowanie obowiązków, które miał dzielić z innymi profesorami i opiekunami domów — Severus, aż do sobotniego popołudnia, nie miał czasu wybrać się do Surrey, by sprawdzić, co z Harrym Potterem. Był to dzień, rozmyślał, przygotowując się do podróży do mugolskiej dzielnicy, który technicznie rzecz biorąc był końcem tygodnia, w którym Dumbledore nałożył na niego ten obowiązek. Dotrzymał zatem umowy - i nie był to pierwszy ani ostatni raz.

By być ze sobą całkowicie szczerym — a dlaczego nie powinien? Zwłaszcza, że nikogo innego tutaj nie było — to nie cieszył się na myśl o tej podróży z wielu powodów. Po pierwsze został zmuszony, by to zrobić. Wolałby porządkować bylice oraz skrzeloziele na półkach i układać kociołki, niż defilować po przedmieściach ubrany niczym mugol. Przesunął swoimi długimi palcami w dół po delikatnym materiale koszuli, szarej kamizelce i tego samego koloru spodniach. Trzymał te ubrania właśnie na takie okazje. Z gniewną miną strzepał nieistniejące nitki z ubrania. Kolejnym powodem była rodzina Lily. Spotkał Petunię tylko raz, kiedy byli dziećmi, i to było więcej niż wystarczające. Była najgorszym mugolem, jakiego spotkał: brutalna, tępa i protekcjonalna. Nienawidził tego.

Jednak czołowe miejsce z listy wad tego zadania stanowił sam chłopiec. Nawet jeśli ciotka nie rozpieszczała go przez sześć lat i nie zrobiła z niego zepsutego bachora, wciąż był synem Jamesa Pottera i samo to już wystarczyło, by czuć do niego niechęć.

Severus z westchnieniem podniósł różdżkę ukrytą w lasce— Wyglądam teraz jak pieprzony Lucjusz Malfoy! — i ruszył na obrzeża Hogwartu, gdzie mógł się aportować bezpośrednio na mugolskiej ulicy, na której mieszkał Potter.

Słońce znajdowało się nisko nad horyzontem, gdy pojawił się na Privet Drive 4, pukając elegancko do frontowych drzwi. Czekając na przyjęcie, rozejrzał się po okolicy. Wszędzie znajdowały się identyczne żywopłoty, podjazdy i takie same, na litość Merlina, ozdoby ogrodowe. Samochody również wydawały się istnieć tylko w jednym lub w dwóch modelach.

Z powodu niemiłosiernego upału, niewiele osób zdecydowało się na wyjście z domu, jednakże po drugiej stronie ulicy troje dzieci jechało w dół chodnika na identycznych rowerach. Przez chwilę zastanawiał się, czy któryś z nich może być Potterem, ale to było raczej niemożliwe. Dwoje z nich miało blond włosy i wyglądało na starszych niż siedem lat, a trzeci był rudzielcem.

Chłopcy, jadący w poprzek wąskiej ulicy, zbliżyli się do niego, pokrzykując, gdy zapukał ponownie.

— Nikogo nie ma w domu! — krzyknął największy z trzech chłopców, szorując czubkami butów po gruncie, zamiast stosować hamulce, by się zatrzymać na trawniku. Jego twarz była spocona i czerwonawa z wysiłku. — Poszli do sklepu.

Severus, podczas tego marnego tłumaczenia, wyprostował się, by spojrzeć z góry na chłopca. Fałdy bladoróżowej skóry przelewały się przez krawędź szortów dziecka, oblepiając jego olbrzymie, obwisłe uda. Mężczyzna nie mógł dostrzec knykciów na jego mięsistych dłoniach, które trzymały kierownicę.

— Naprawdę? Wydaje się, że bardzo dobrze ich znasz. Czy mógłbyś mnie poinformować, kiedy wrócą?

Chłopiec-wieloryb skrzywił się. Oczywiście, proces taki jak myślenie najwyraźniej sprawiał mu ból.

— Czy oni nie poszli po lody? — powiedział, a jego dwóch ociężałych kupli przytaknęło skwapliwie. — I nową grę do mojego Gameboya.

Severus westchnął.

— Zatem oni są twoimi rodzicami?

Chłopiec skinął głową.

— Jestem Dudley — powiedział tak, jakby to było ważne. — Dudley Dursley.

— A co z twoim kuzynem? Czy z nim wszystko dobrze?

Jeden z pozostałych chłopców zachichotał.

— Masz na myśli psa? — Dudley uderzył go pięścią w ramię, zmuszając do milczenia.

— Słucham? — Severus był zmęczony i przede wszystkim nie chciał tu być. Im szybciej dostanie swoje odpowiedzi, tym szybciej będzie mógł wrócić.

Rudzielec o szczurzym wyrazie twarzy uśmiechnął się.

— Dudley, słyszałeś go? On powiedział…

— Zamknij się, Piers — mruknął chłopak. — On nie jest moim kuzynem.

— Cisza! — warknął Severus. Wszystkie trzy głowy obróciły się w jego stronę. Chłopcy otwierali i zamykali usta niczym ryby. — Dudley, tak? Czy Harry Potter jest właśnie teraz w domu?

Twarz chłopaka przybrała przebiegły i brzydki wyraz.

— Nie. Mój tata mówi, że mu nie wolno.

Nie wolno? Co to, do dziewięciu kręgów piekielnych, miało znaczyć? Chłopiec ma siedem lat. Zbierając to, co zostało z jego ograniczonej cierpliwości, Severus obniżył swój głos do najmiększych i najłagodniejszych tonów, zarezerwowanych jedynie dla tych, na których miał ochotę rzucać najgorsze klątwy.

— Powiedz mi, gdzie jest chłopiec?

Reakcja młokosów na jego pytanie zaskoczyła go. Dudley spojrzał nieprzychylnie na jednego ze swoich przyjaciół, uciszając go, gdy ten otwierał już usta, by coś powiedzieć. Pozostała dwójka wzruszyła ramionami, a młody Dursley wbił wzrok w niebo.

Kłykcie Severusa zbielały od mocnego chwytu na lasce. Szczerze pragnął uderzyć tego bachora. Poprzestał jednak na zbliżeniu się i użyciu swojego najlepszego piorunującego spojrzenia.

— W takim razie...?

Chłopcy odskoczyli. Ich źrenice były rozszerzone.

— Nie mamy nic do powiedzenia.

— Sugeruję, żebyście przemyśleli swoje słowa. — Groźba w jego głosie była oczywista i nie było to tylko na pokaz. Severus złapał w rękę laskę i uderzył jej końcem o drugą dłoń. Dwa razy. Chłopcy przed nim zadrżeli. — Teraz! Gdzie on jest?

Drżącą dłonią Dudley wskazał na ogrodzenie oddzielające tylni ogród.

— Na zewnątrz? Na tyłach?

Chłopak przytaknął gwałtownie. Severus podszedł do płotu i małej furtki umieszczonej po środku. Jeśli nie będzie tam Pottera, to nie odpowiada za swoje czyny.

OoO

Chłopiec znajdował się na zewnątrz, przykuty łańcuchem do szopy od czterech dni, a może od pięciu. Mogło być to nawet dłużej. Stracił już rachubę. Po pierwszych dwóch dniach jego kostka była ogniskiem bólu i nie mógł na niej stanąć. Leżał więc skulony, starając się chronić od najgorszego słońca za dnia i lodowatego wiatru w nocy.

Każdego poranka jego ciotka polewała go wodą z węża ogrodowego i nalewała ją do miski, a wieczorem, po pracy, wuj Vernon przychodził sprawdzić, czy zjadł psie jedzenie z drugiej. Nie zrobił tego i nie miał takiego zamiaru. Nigdy w życiu. Nieważne jak głodny by nie był. Ale mężczyzna uśmiechał się tylko szyderczo i powtarzał:

— Marnujesz całkiem dobre jedzenie, szczeniaku. Całkiem dobre jedzenie.

Codziennie Dudley przyprowadzał swoich przyjaciół, by szydzić z niego. Wydawało się, że znaleźli największą przyjemność w czekaniu, aż chłopiec będzie musiał się załatwić — robił to z tyłu szopy najdalej jak mu na to pozwalała smycz — wtedy też wskakiwali na niego, śmiali się i obrzucali go kamieniami lub ziemią. W drugim dniu, gdy jego kostka dawała mu się już we znaki, nie zdołał dojść do wyznaczonego miejsca i posiusiał się. Nie mógł załatwić swoich potrzeb wcześniej, ponieważ w tym czasie ciotka używała na nim węża ogrodowego.

Późnym popołudniem, tuż po tym jak czerwona łuna zachodzącego słońca musnęła dach domu, a powietrze ochładzało się, chłopiec leżał na boku, twarzą do płotu, kiedy dostrzegł ruch pod azaliami. Zielony wąż, długi na stopę, podpełzł bliżej, badając powietrze rozdwojonym językiem. Chłopiec oglądał to zmęczonymi oczami, nie ruszając się.

Jesssszcze nie martwy? — zasyczał wąż.

Zaskoczyło go to, chociaż może jedynie spa. Tak, to był właśnie piękny sen. Potrząsnął nieznacznie głową. Przypuszczał, że w snach chłopcy mogą rozmawiać z wężami.

Jessssszcze nie.

Wąż uniósł głowę.

Ty mówisssz?

Oczywiście. Nie jesssstem pssssem —powiedział ostro, choć wyszło to łagodniej niż chciał. Był tak bardzo zmęczony.

Nie jesteś — zgodził się z nim wąż — ale jest niewielu ludzi, którzy mogą z nami rozmawiać. Od bardzo długiego czasssssu.

Przeprassssszam — odpowiedział chłopiec.

Nieważne — zasyczał wąż. Brzmiał na niemal rozbawionego. Jego język muskał ramię dziecka, łaskocząc je. Zwierzę wślizgnęło się na niego. Jego chłodna i szorstka skóra otarła się o policzek siedmiolatka. — Ciesssssszę się, że nie wsssszysssscy z wasss wyginęli.

Ja także.

Wąż ponownie uniósł głowę, tym razem poruszony, by później prześlizgnąć się z powrotem na ziemię.

Mussssszę iść.

Nie, prosssszę, zostań — szepnął chłopiec, wyciągając rękę do węża tak daleko, jak mógł.

Nie mogę. Człowiek tutaj idzie. — Wąż ponownie zniknął w trawie pod krzakami.

Wuj Vernon — pomyślał chłopiec, zamykając oczy przy nagłym bólu w piersi.

OoO

Przy pierwszym spojrzeniu, podwórko wydawało się puste. Severus rozejrzał się po doskonale przystrzyżonym trawniku, świeżo pomalowanej szopie i dobrze opielonym zielniku. Nie dostrzegł żadnego śladu Pottera. Gniew na błazeństwa chłopców znajdujących przed domem wezbrał się w nim jeszcze raz. Niemal odwrócił się, by pójść się z nimi rozliczyć, gdy usłyszał cichy, syczący dźwięk z drugiego końca ogrodu.

Zrobił dwa kroki w kierunku dźwięku, nim go rozpoznał. Zamarł. Strach, którego nie czuł od sześciu lat, zwinął się wokół jego klatki piersiowej, ściskając mocno i powodując prawdziwy ból. Wężomowa. Nigdy nie zapomniał tego dźwięku. Jednak jedyny wężousty, o którym słyszał, został zniszczony przez dziecko. Dlatego po kolejnej chwili wahania, w której karcił się za niestosowne tchórzostwo, podjął dalszą wędrówkę przez trawnik.

Nagle syczenie ucichło, ale Severus się nie zatrzymał. Przecież jedyna osoba, która mogła używać tego języka, była jego przedmiotem poszukiwań.

Nie był pewien tego, co znajdzie, chociaż słowa i zachowanie młodego Dudleya oraz jego kumpli zastanowiły go. Może Potter bawił się tutaj albo wykonywał jeden ze swoich obowiązków, takich jak pielenie? Severus był zdania, że obowiązki domowe są dobre w kształceniu charakteru, szczególnie dla syna Jamesa Pottera, który potrzebował każdej dostępnej metody, by go utemperować. Czegokolwiek oczekiwał, nie było to tym, co zobaczył, gdy skręcił za szopą. Ten widok zaparł mu dech w piersi i musiał walczyć, by go odzyskać.

Bohater czarodziejskiego świata leżał zwinięty w kłębek. Zdawał się być zbudowanym z samych kości i skóry. Okryty jedynie wytartą i zniszczoną koszulką z zaschniętym brudem. Jedna z nóg chłopca była poważnie spuchnięta od palców aż po samą łydkę. Przy tej chudości było to aż obsceniczne. Twarz miał pokrytą brudem i krwią. Wargi miał spierzchnięte, a usta otwarte przy każdym oddechu, który sprawiał mu ból.

I ten zapach! Merlinie!

Severus zasłonił nos ręką, by stłumić smród. Gdy to uczynił, zauważył rzeczy, które wcześniej umknęły jego uwadze. Szyja chłopca była obtarta do krwi. Powodem tego stanu był łańcuch owinięty dookoła niej. Od niego prowadziła lina przypięta do haka wbitego w ścianę szopy.

Masz na myśli psa?"

Prawdziwe znaczenie słów małego chuligana wprawiło w osłupienie mistrza eliksirów. Musiał odwrócić wzrok.

Kiedy spojrzał ponownie, wściekłość zalała go od wewnątrz z powodu bezczelności i śmiałości tych mugoli. Jak oni mogli uniknąć odpowiedzialności za to haniebne zachowanie? I to w stosunku do syna Lily! Zwierzęcy ryk formował się w jego gardle i wiedział, że ma minuty, by się uspokoić, zanim jego kontrola złamie się tak jak miotła podczas huraganu. Wystarczyły tylko dwa długie kroki, by przykucnąć przy chłopcu i odpiąć smycz, odrzucając ją jak najdalej. Cholerna obroża musiała być zdjęta z większą ostrożnością. Została mocno zaciśnięta i wbiła się zbyt głęboko w szyję chłopca. Przesunął różdżką nad ciałem siedmiolatka, który nie poruszył się ani razu, i wykonał jeden z pierwszych leczniczych czarów, które musiały zostać dzisiaj wykonane. Eliksir na ból, który miał w kieszeni, był kolejnym krokiem. Pomógł dziecku go przełknąć, masując delikatnie swoimi długimi palcami wzdłuż uszkodzonej skóry na gardle. Na koniec użył zaklęcia snu, by swobodniej przenieść chłopca.

Gdy wszystko zostało zrobione, przysiadł na piętach.

Co teraz?

Dumbledore zostawił mu podjęcie decyzji. Co było zgrabnym manewrem, by w razie czego nie czuć się winnym, zdał sobie sprawę Severus. Dawało mu to kilka opcji do wyboru. Święty Mungo był wykluczony dla Chłopca, Który Przeżył. Rozgłos wynikający z tej sytuacji podniósłby głosy protestu przeciw wszystkim mugolom. Mógł zabrać chłopca do Hogwartu i polegać na pomocy – i dyskrecji – madam Pomfrey. Severus znał bardzo dobrze czarownicę za swoich szkolnych czasów, ale nie był absolutnie pewien jej lojalności. Czy Dumbledore jej ufał? Czy on powinien?

Albo mógł sam uleczyć chłopca. Severus był dobrym medykiem. Nie był żadnym amatorem jeśli chodzi o mikstury i znał się na poważnych urazach, również tych psychicznych.

Decydując się w końcu, Severus podniósł jak najdelikatniej chłopca, układając jego złamane przedramię przy klatce piersiowej, by zapobiec kolejnym uszkodzeniom, i stanął na nogi z dzieckiem w swoich ramionach. Aportacja była często ciężka dla pasażera, ale stan Harry'ego uniemożliwiał podróż za pomocą fiuu czy świstoklika. To musiało być zrobione w ten sposób. Ale Severus z pewnością jeszcze tutaj wróci, nie wątpił w to. Wróci tu z wielką ochotą.

Tworząc w umyśle obraz swojego salonu w domu przy Spinner's End, aportował się z synem Lily przy cichym pyknięciu.