Rozdział 7
— Albusie, chcę z tobą porozmawiać! — krzyknął Severus przez zielone ognie w swoim palenisku.
Wstał i zaczął chodzić w kółko przed kominkiem. Był zniecierpliwiony i rozdrażniony. Mijały kolejne minuty, a odpowiedź ze strony dyrektora nie nadchodziła. Miał go ponownie wezwać, gdy głowa Dumbledore'a pojawiła się w płomieniach.
— Severusie? Nie sądziłem, że jesteś w domu.
— Nie planowałem żadnej wycieczki. — Mężczyzna zrobił pauzę, podczas której skrzyżował ręce na piersi i spiorunował dyrektora spojrzeniem. — Poszedłem wykonać pewne małe zadanie, które mi zleciłeś.
— Ach. — Zmarszczki na twarzy Dumbledore'a pogłębiły się, gdy zmarszczył brwi. — Czy istnieje jakiś problem?
Severus zacisnął zęby.
— Można tak powiedzieć.
— Mam do ciebie przyjść?
— Tak. Przypuszczam, że pamiętasz hasło?
— Oczywiście.
Severus cofnął się i czekał, by Dumbledore wyszedł z kominka. Kilka chwil później dyrektor pojawił się w wirze purpurowych szat z zielonymi księżycami i gwiazdami, które intensywnie świeciły. Snape mógłby przysiąc, że słyszy dobiegającą z nich cichą muzykę. Był również pewien, że Albus nosi niedopasowane skarpetki. Musi jakieś zdobyć na Gwiazdkę dla tego zwariowanego staruszka. Oczywiście, jeśli dalej będą ze sobą rozmawiać.
Po użyciu bezróżdżkowego zaklęcia, by usunąć sadzę z szat, Albus zlustrował wzrokiem sylwetkę swojego podwładnego.
— Masz krew na ubraniu — powiedział stłumionym głosem.
— Wiem. — Severus z wysiłkiem przestał zaciskać zęby. — Nie jest moja, tylko chłopca.
Albus spojrzał na niego, a potem westchnął cicho i opadł na jeden z dwóch wygodnych foteli umieszczonych przed kominkiem. Severus zmrużył oczy. Do tej pory nie był pewny, ale teraz… Dumbledore wiedział. Na tą myśl jego żołądek skręcił się. Nie chciał wierzyć, a nawet myśleć, że Albus dopuściłby, by Złoty Chłopiec, Chłopiec-Który-Przeżył, znalazł się w takiej sytuacji. To było jak dźgnięcie prosto w serce…
— To nie tak jak myślisz — powiedział Albus, kończąc w ten sposób jego oskarżenia, tak jakby czytał w myślach Severusa. Oczywiście mógł to uczynić i pewnie to zrobił. Był przecież potężnym legilimentą.
Biorąc powolny oddech, Severus policzył do dziesięciu.
— Dyrektorze, powiedz, jak często twoi obserwatorzy składali ci raport?
— Wróciliśmy z powrotem do oficjalnego tonu. – Albus spojrzał na niego znad swoich okularów-połówek, po czym westchnął. — Bardzo dobrze. Zgłaszali się do mnie tak często, jak było to potrzebne.
— Co to znaczy?
— Dokładnie to, co powiedziałem. Informowali mnie, gdy wyniknął jakiś problem lub zdarzyło się coś niezwykłego…
Jednym szybkim ruchem Severus wyciągnął z kieszeni obrożę i rzucił ją w twarz dyrektorowi. Była pokryta krwią, ropą i skórą. Niektóre z nich były stare, a inne zupełnie nowe, powstałe wtedy, gdy Snape na nowo otworzył rany na szyi chłopca.
— Powiedz mi, dyrektorze, czy można to uznać za niezwykle, czy może to całkowicie normalne zachowanie ze strony mugoli?
Albus nie wziął obroży, ale jego źrenice rozszerzyły się w zauważalny sposób.
— Gdzie…? — Potrząsnął głową, jakby chciał zaprzeczyć istnieniu uprzęzy, by następnie wyszeptać: — To było na chłopcu?
— Tak! — warknął Severus. — Nigdy nie widziałem takich… — Starał się nad sobą zapanować, gdy jego głos stawał się coraz zimniejszy. — Smycz zmuszała go, by został na dworze. Przywiązali go jak psa! Jego kuzyn powiedział… — przerwał jeszcze raz. Wrzał ze wściekłości. Musiał wykonać kilka umysłowych ćwiczeń takich samych jak przed użyciem oklumencji, by móc kontynuować. Kiedy wystarczająco się uspokoił, zaczął od nowa: — Nie wierzę, że był do jedyny taki przypadek. A nawet jeśli tak było, to mugole traktowali go nieodpowiednio na wiele innych sposobów. Harry jest poważnie niedożywiony i boi się dotyku. Jego ciało jest posiniaczone i ma złamane kości. Nie ma odwagi spojrzeć komukolwiek w oczy. Chcę wiedzieć, kto do jasnej cholery obserwował chłopca, gdy to wszystko się działo!
Podczas mówienia Severus przyglądał się starszemu czarodziejowi. Dyrektor zbladł i przykrył drżącą dłonią oczy, ale kiedy Snape skończył, opuścił ją. Na jego twarzy jawił się niesamowity spokój.
— Nigdy nie sądziłem, że posunie się tak daleko, mój chłopcze. Musisz mi uwierzyć.
— Co? Kogo masz na myśli?
— Siostrę Lily, Petunię. Jest ciotką chłopca. Wiedziałem, że nie pała ciepłymi uczuciami do Lily czy do czarodziejskiego świata, ale przyjęła Harry'ego pod swój dach. Wzięła go pod swoją pieczę. Myślałem, że może z czasem go pokocha.
— Raczej zaczęła czuć do niego urazę! I zignorowałeś moje pytanie. Czy nikt cię nie poinformował, jak traktują go mugole? W jakim jest stanie?
Kręcąc powoli głową, Albus odpowiedział:
— W żadnym raporcie nie było wzmianki o czymś tak poważnym.
Severus przyszpilił go spojrzeniem, które w przeszłości stosował na swoich podwładnych, doprowadzając ich w łatwy sposób do płaczu.
— Co powiedzieli? — spytał kąśliwie.
— Czy to ma teraz jakieś znaczenie?
— Dla mnie tak.
Albus przyjrzał mu się i złączył czubki palców u dłoni, odchylając się do tyłu w fotelu.
— Co zamierzasz zrobić, Severusie?
— Z chłopcem czy z moją przyszłą karierą jako profesora eliksirów?
— Naprawdę, Severusie. Czy pozwolisz, żeby to wpłynęło na twoją decyzję dołączenia do pracowników Hogwartu?
— To?! – krzyknął Severus. — Chłopiec, Który Do Cholery Przeżył na łańcuchu, bity i zagłodzony prawie na śmierć i ty zastanawiasz się, czy pozwolę, by to miało na mnie wpływ?
Albus westchnął ze zmęczeniem.
— Co chcesz, żebym zrobił? On musi żyć w tamtym domu, ze swoją ciotką i wujem. Wiem, że będzie to trudne, ale możemy zmienić…
— Albusie! Nie mogę w to uwierzyć. Co można zrobić? Na początek znaleźć kogoś do opieki nad chłopcem. Ktokolwiek zająłby się nim lepiej niż Dursleyowie. — Odwrócił się i zaczął przemierzać całą długość salonu.
Jak dyrektor może być tak ślepy? Jak mógł skazać Harry'ego na taką egzystencję i żyć ze świadomością tego, co zrobił?
— Nawet… ty?
Severus odwrócił się w jego stronę.
— Tak! Zrobiłbym to lepiej niż oni. Jednak nie chciałem zwracać twojej uwagi na mnie. Nie mam ambicji, by zostać ojcem. — Ale czy nie miałem pretensji o to, że chłopiec należy do Jamesa, a nie do mnie? Odsunął od siebie tą myśl. Nie będzie rozmyślał o tym, jak to mogłoby być. — Pomijając wszystko inne, tak, byłbym lepszym opiekunem.
Albus pochylił się do przodu. W jego niebieskich oczach było widać skupienie i wielką powagę, której Severus nigdy u niego nie widział.
— Gdyby doszło do tego, że jedyną alternatywą dla powrotu Harry'ego na Privet Drive jest zabranie go do siebie, zrobiłbyś to?
— Co to za pytanie? Dlaczego, do licha, musisz go wysłać do tego piekła na ziemi?
— Wokół tego domu istnieją bariery ochronne związane z krwią Lily poprzez jej siostrę.
— Bariery ochronne? — powtórzył Severus. — Przed czym go chronią? Na pewno nie przed mugolami.
Albus zarumienił się.
— Niestety nie, ale żadna czarownica ani czarodziej, którego zamiarem byłoby skrzywdzenie Harry'ego, nie może ich przekroczyć. Gdy go tam zostawiłem, wielu zwolenników Voldemorta było na wolności i było ważne, by chronić chłopca w ten sposób.
Wciąż było na wolności wiele osób, zgadzających się z poglądami Czarnego Pana, ale Severus nie widział potrzeby, by o tym mówić. Z pewnością Albus był świadom tego faktu.
— Trzeba byłoby przenieść bariery i znaleźć kogoś, kto mógłby być z nimi związany.
Dyrektor pokiwał głową.
— Musiałby to być ktoś z rodziny — powiedział cicho. — Lily poświęciła się dla Harry'ego, a więź ustabilizowała się wtedy, gdy jej siostra zgodziła się go przyjąć do siebie. Bariery będą działać tylko wtedy, gdy chłopiec będzie nazywać to miejsce domem. Gdy będzie ze swoją rodziną.
Severus wpatrywał się w dyrektora, na jego spokojną i opanowaną twarz. Miał ochotę rzucić go w ognie piekielne na następny tydzień. Wargi Snape'a poruszały się bezgłośnie przez kilka chwil, aż mężczyzna zdołał z siebie wykrztusić:
— Naprawdę zamierzasz go wysłać z powrotem do tych potworów.
— Musi zostać z rodziną.
— Wcześniej zasugerowałeś, że ja mógłbym wziąć chłopca. Jak byłoby to możliwe?
Albus utrzymał z nim kontakt wzrokowy, a w jego oczach pojawiły się ze zdwojoną siłą iskierki.
— Ponieważ, Severusie, możesz być ojcem Harry'ego.
