Rozdział 8
Severus wpatrywał się w niego, nie oddychając przez dłuższy moment, tak jakby zapomniał, jak ma to robić.
— Nie jestem jego ojcem — powiedział z goryczą. — Zrobiłem dokładne obliczenia.
Albus uśmiechnął się.
— Nie sądziłem, że tak bardzo pragniesz, by chłopiec był twój.
— Była to zwykła ciekawość — powiedział Severus. — Nie chciwość.
— Oczywiście.
Albus odchylił się do tyłu na swoim fotelu. Severus obserwował go jeszcze przez pewien czas. Nie wierzył, że dyrektor tak szybko to zaakceptował, komentując jego wypowiedź tylko jednym słowem — zwłaszcza, że starszy czarodziej uśmiechał się tak, że jego oczy migotały ze szczęścia. To niepokoiło mistrza eliksirów.
— Wiesz coś na ten temat? Jak mógłbym być ojcem chłopca?
— Przyjęcie krwi.
Severus, gotowy do sprzeciwu, otworzył usta niczym uczniak.
— To nie wystarczy. Nie dla barier.
— Nie wystarczyłoby, gdyby to był ktokolwiek inny niż ty. Bariery muszą się opierać na prawdziwej miłości, aby ochrona, którą zapewniła mu matka, dalej działała. Ale mój drogi chłopcze, kochałeś Lily, czyż nie?
— Ja… tak. Kochałem ją. — Nie zastanawiał się, a przynajmniej nie za mocno, skąd Dumbledore o tym wie. Mógł uzyskać tę wiedzę za pomocą swoich spostrzegawczych oczu albo legilimencji.
— Czy mógłbyś pokochać chłopca?
— Ja…
Przed udzieleniem odpowiedzi, rozważył kilka zbłąkanych myśli, które pojawiły się w jego głowie. To jak okrutnie traktowali chłopca jego właśni krewni, pokazaną niezależność, gdy chciał zjeść bez niczyjej pomocy. Niezmierzoną ilość magii, z jakiej korzystało dziecko, by uratować samego siebie. Wężomowę, którą usłyszał, gdy po raz pierwszy spotkał chłopca. Jego oszołomiony i szklisty wzrok, który wskazywał, że chłopiec przeżył zbyt wiele bólu, a za mało miłości. Wiedział, że dziecko nie będzie miało łatwego życia w żadnej rodzinie. Zbyt wiele miał do przezwyciężenia. Jedna osoba nie mogła unieść takiego ciężaru. Chłopcem powinien zająć się ktoś, kto zrozumie jego ból, zadba o niego. Ktoś, kto wie, jak to być innym; wyrzutkiem.
Severus z pewnością to rozumiał.
Ale czy byłby zdolny, po tym wszystkim, co się zdarzyło, otworzyć serce dla chłopca? Po Lily i jej ślubie z Jamesem? Mógłby spojrzeć na chłopca i nie widzieć utraconej szansy? Czy mógłby odpowiednio zaopiekować się chłopcem? Nigdy nie miał żadnego rodzeństwa ani kuzynów, których mógłby pilnować. Wiedział bardzo niewiele o wychowywaniu dzieci. To była jedna z tych rzeczy, które go przerażały w pracy w Hogwarcie. Wiedział, jak zastraszać ludzi i miał nadzieję, że to wystarczy. Jednak nie mógłby tego zrobić chłopcu.
Dumbledore zmienił swoją pozycję w fotelu, przez co Severus spojrzał na niego, przerywając swoją zadumę.
— Mam taką nadzieję, Albusie, ale minęło wiele czasu.
— Tak — powiedział starszy czarodziej. W jego głosie nie było żadnego żalu. — Przypuszczam, że minęło.
— Ale jeśli nie można tego zrobić…
— Wtedy będzie musiał wrócić. Przykro mi, Severusie.
To było właśnie to. Pomimo tego, jak bardzo nienawidził manipulacji, nie mógł pozwolić, by chłopca odesłano do mugoli. Nie mógłby w ten sposób rozerwać swojej duszy. Musiał się tylko przyzwyczaić do tej idei, to wszystko.
— Zatem będzie musiał tutaj zostać. Jak szybko możemy przygotować rytuał?
Uśmiech Albusa był niczym przebłysk słońca po burzy.
— Jutro. Przyprowadzę urzędnika z ministerstwa, który jest raczej dyskretny, choć i tak wcześniej wszystko z nim uzgodnię.
Po kilku minutach, które spędzili na dyskutowaniu o godzinie spotkania i decydowaniu, co należy przygotować, Albus wyszedł tym samym sposobem, którym przybył, a Severus udał się na górę, by zobaczyć nowo przyjętego syna.
Był późny wieczór, ponad dwadzieścia cztery godziny po tym, jak uratował dziecko i nim Harry obudził się ponownie.
OoO
Harry obudził się z uczuciem komfortu, jakiego jeszcze nigdy w życiu nie doznał. Nie było żadnego bólu. Zamrugał i otworzył oczy. Ponownie zobaczył niebo i chmury. Przez jedną krótką chwilę pomyślał, że wciąż jest na dworze, przykuty do szopy, ale zdał sobie sprawę, że chmury, mimo że wydawały się poruszać, są tak naprawdę namalowane na suficie, a on sam leży na łóżku. Na bardzo miękkim łóżku z wielkimi poduszkami pod głową.
Przewrócił się na bok i spojrzał wprost w wielkie, wyłupiaste oczy, które się w niego wpatrywały. Krzyk zrodził się w jego wnętrzu, nim przypomniał sobie, kim jest ta istota. To był skrzat domowy — Dappin. Przycisnął pięść do ust, by stłumić wrzask.
— Przepraszam — powiedział, gdy tylko odzyskał oddech.
Wstał z łóżka, będąc pewnym, że nie może na nim leżeć, zwłaszcza gdy czuł się już lepiej. Jego bose stopy uderzyły z hukiem o podłogę. Kostka go zapiekła, ale nie było tak źle, więc ją zignorował. Zauważył jednak bandaż owinięty ciasno na jego stopie od samych palców aż do łydki. Spojrzał ponownie na Dappina.
— Bardzo przepraszam.
— Mistrz Harry tutaj poczeka — powiedział skrzat. — Dappin zawoła mistrza Snape'a.
— Nie, proszę! — Harry wyciągnął do niego rękę. — Proszę, nie mów mu. Już nigdy tego nie zrobię.
Dappin posłał mu dziwne, rozważne spojrzenie.
— Mistrz Snape chciał wiedzieć, więc mu powiem, mistrzu Harry. Zostań tutaj. — Zniknął, tak jak wcześniej, z cichym pyknięciem.
Nieszczęśliwy i przekonany, że popadł w wielkie tarapaty, Harry opadł na podłogę i przycisnął kurczowo kolana do klatki piersiowej. Nagle zachciało mu się sikać, i to mocno, ale nie wolno mu było nigdzie iść, więc powstrzymywał się tak, jak czasami to robił, gdy znajdował się w komórce. Sprawiło to, że czuł skurcze żołądka, ale również to zignorował. Z miejsca, w którym się znajdował, widział mały stolik stojący obok łóżka i podłogę pod samym posłaniem, która, jak zauważył, była zakurzona. Niezbyt, ale bardziej niż pozwalała na to ciocia Petunia. Ponownie stanął i rozejrzał się po pokoju, mrużąc oczy tak jak to robił nim otrzymał okulary.
Szafa, taka jak u Dursleyów, stała przy jednej ze ścian. W pokoju znajdował się również niewielki kominek umieszczony naprzeciwko drzwi, które prawdopodobnie prowadziły do przedpokoju. Na stoliku, który wcześniej zauważył, leżało kilka czystych ręczników. Zabrał jeden z nich i właśnie wchodził pod łóżko, by zetrzeć tyle kurzu, ile tylko mógł, gdy drzwi, znajdujące się za nim, otworzyły się.
— CO TY WYPRAWIASZ?
Harry poderwał się tak szybko, że uderzył głową o łóżko. Starał się jak najszybciej wypełznąć spod niego, ale nie dość szybko, bo następną rzeczą, jaką zarejestrował to uchwyt na swoich nogach i wyciągnięcie spod łóżka. Mistrz Snape postawił go na podłodze. Harry przycisnął materiał, niczym tarczę, do piersi.
Harry, stojąc na drżących nogach, wpatrywał się w podłogę.
— Przykro mi, mistrzu Snapie. Nie byłem wystarczająco szybki.
Cisza zapadła po jego słowach. Harry zaryzykował krótkie zerknięcie spod grzywki na dorosłego. Pan Snape miał na sobie ciemnoniebieski szlafrok, który sięgał mu niemal do stóp, a jego włosy wyglądały tak, jakby dopiero wstał. O nie, Dappin musiał go obudzić. Wiedział, że mężczyzna przyszedł tu z jego powodu. Nie mógł jednak płakać ani pokazać strachu. Jeśliby to uczynił, wszystko poszłoby jeszcze gorzej. Starając się być silnym, przygryzł dolną wargę, pokazując jedynie w ten sposób swoją nerwowość. Jego wzrok ponownie spoczął na podłodze.
— Niewystarczająco szybki na co? — zapytał Snape. Jego głos był cichy, ale nie tak delikatny jak wtedy, gdy nakazał Harry'emu wypić eliksir, jednak znacznie cichszy niż krzyk.
— Z czyszczeniem, proszę pana — przełknął ślinę. — Nie byłem pewien, od czego zacząć.
Ponownie cisza. Harry przygotował się na cios, który miał nadejść. Czas mijał i nic się nie działo. Wreszcie jego mięśnie praktycznie drżały z powodu napięcia i musiał pozwolić im odpocząć. Być może właśnie na to czeka —pomyślał.
Ale mężczyzna tylko powiedział:
— Nie powinieneś wychodzić z łóżka, Harry. Wciąż odzyskujesz siły. Chcesz, żebym ci pomógł do niego wrócić?
— Proszę pana? — Spojrzał do góry, pan Snape również na niego patrzył z nieczytelnym wyrazem twarzy. Harry spojrzał na łóżko. Było trochę wysokie, ale mógł się na nie wspiąć bez niczyjej pomocy. — Nie, proszę pana. Dziękuję, mistrzu Snape.
— Zrób to w takim razie — powiedział mężczyzna.
Harry wdrapał się na łóżko, a po tym jak Snape spojrzał na niego dziwnie, przykrył się kołdrą. Mistrz eliksirów usiadł na brzegu łóżka i odwrócił się na chwilę, a kiedy zwrócił się z powrotem do Harry'ego, trzymał w ręku kubek z mlekiem. Chłopiec był zaskoczony.
Skąd ono pochodzi?
Ale nie musiał się tym przejmować, dopóki mężczyzna brał pierwszy łyk.
— Wypij to. Jesteś dobrym chłopcem.
Ręce Harry'ego nie trzęsły się już tak bardzo, więc kubek znajdujący się w jego dłoniach był stabilniejszy. Snape pozwolił mu go trzymać przez większą część czasu, zwłaszcza po pierwszych łykach, gdy kubek stał się lżejszy i łatwiejszy do udźwignięcia. Gdy chłopiec skończył, oddał szybko kubek, czując niemal zawroty głowy na samą myśl o piciu mleka dwa dni pod rząd. Jego żołądek zacisnął się, przypominając mu, że musi siusiu.
— Dziękuję, mistrzu Snape.
Ten dziwny wyraz wciąż był w oczach mężczyzny.
— Harry, nie musisz się do mnie zwracać: „mistrzu Snape". Nie jesteś skrzatem domowym.
Zasysając powietrze w szybkim wdechu, Harry pokręcił głową. Nie był wystarczająco dobry. Nie zdążył posprzątać, a teraz mistrz Snape go odeśle.
— Przepraszam — błagał. — Postaram się bardziej, obiecuję! Proszę, pozwól mi zostać!
— Co? Nie, Harry. Nigdzie stąd nie odejdziesz. Ten dom jest teraz twoim domem, nie ma potrzeby, byś go czyścił. Nie jesteś skrzatem domowym. Jesteś… — Mistrz Snape westchnął i spojrzał na swoje dłonie, zanim podniósł wzrok, by napotkać oczy Harry'ego. — Będziesz moim synem.
Harry zdezorientowany zmarszczył brwi. Nie był pewny, czy dobrze usłyszał.
— Ale ja… mój ojciec nie żyje, proszę pana. Zginął w wypadku samochodowym. Mama również.
Niebezpieczny błysk pojawił się w oczach Snape'a.
— Kto ci to powiedział?
— M… mój wuj, Vernon. — Przełknął ślinę. — I ciotka Petunia. Po… powiedzieli, że byli dziwakami i że… że na to zasłużyli.
— W takim razie wiedz, że kłamali!
Mistrz eliksirów wstał z łóżka i zaczął chodzić po całej długości pokoju. Harry nie spuszczał z niego oczu. Nie wiedział, co zrobił tym razem, ale spodziewał się konsekwencji swojego uczynku.
— Wypadek samochodowy — mruknął mężczyzna. — Tak jakby mogliby być zabici w mugolski sposób. Sami będą mieć wypadek samochodowy.
Gdy Snape złorzeczył, Harry, czekając, siedział nieruchomo. Był przyzwyczajony do czekania. Wreszcie mężczyzna szybkim krokiem skierował się w stronę łóżka. Machnął ręką, jakby odganiał swoje słowa, i stanął przy Harrym.
— I?
— Proszę pana?
— Czy zgadzasz się zostać moim synem? Jeśli tak, to oficjalne przysposobienie odbędzie się jutro, jeśli nie…
— Przepraszam, proszę pana. Ja nie… co znaczy przyosobienie?
Wargi mistrza Snape'a drgnęły w lekkim uśmiechu.
— Przysposobienie — powiedział powoli. — Oznacza wiedzę, czy chcesz zostać ze mną, czy może wrócić do swojej ciotki i wujka.
Radosne uczucie urosło w piersi chłopca.
— Och, zostanę, proszę pana! Proszę! Ale jak mogę zarobić na swoje utrzymanie?
Twarz mężczyzny wygładziła się, przez co wyglądał na młodszego i o wiele bardziej zrelaksowanego.
— Nie będziesz w żaden sposób na siebie zarabiał. Jako mój syn będziesz miał wszystko, czego potrzebujesz, chociaż oczekuję, że będziesz grzeczny i posłuszny. Nie będziesz również się do mnie zwracał per pan.
— Ale… — Jak wtedy miałby go nazywać?
Mistrz Snape musiał odczytać pytanie w jego oczach, bo powiedział cicho:
— Jeśli chcesz, możesz się do mnie zwracać „ojcze".
