Rozdział 9

— Wszystko w porządku? — zapytał chłopca Severus. Harry był bardzo cichy, a jego twarz była ukryta za włosami, przez co nie wiedział, jak on się czuje. — Nie chcesz mnie nazywać „ojcem"?

— Ja… ja nigdy… — Dając sobie z tym spokój, Harry wzruszył lekko ramionami, by następnie powiedzieć z przerażeniem: — Przepraszam, proszę pana.

Zaniepokojony Severus pochylił się do przodu, ale nie wykonał żadnego ruchu, by dotknąć malca. Wciąż ganił się za surowy ton, którego użył, gdy zobaczył Harry'ego wczołgującego się pod łóżko. Kto wie, jakie drobnoustroje i ile kurzu dostało się do niedawno wyleczonych płuc dziecka.

— Za co?

— Za wzruszenie ramionami, proszę pana. Nie wolno tego robić.

— To jedna z zasad pochodzących z twojego starego domu?

Chłopiec wyglądał na nieszczęśliwego i wciąż odmawiał spojrzenia mu w oczy.

— Tak, proszę pana.

Severus westchnął.

— Nie uderzę cię, jeśli wzruszysz ramionami, ale również nie podoba mi się ten gest. Jest oznaką słabego umysłu. Powinieneś kształtować właściwe myśli i wyrazić je, nie polegając na takich prymitywnych sposobach komunikacji.

— Tak, proszę pana.

Tłumiąc kolejne westchnięcie, Severus powstrzymał się przed poprawieniem ostatnich słów Harry'ego. To było oczywiste, że chłopiec czuje się niepewnie i minie trochę czasu, nim uświadomi sobie, że nie zostanie ukarany tak, jak to miało miejsce u jego krewnych. Jednak nie miał zamiaru tolerować braku szacunku, bezczelności lub skandalicznego zachowania. Nie zamierzał rezygnować ze swoich zasad, ale z tym chłopcem… musiał być ostrożny.

— Czy jesteś głodny?

— Tak, proszę pana — zaczął zapytany, spoglądając na niego z nadzieją. — Ale ja…

— Tak? „Ale" co?

— Ale ja naprawdę muszę siusiu.

Ledwo mógł powstrzymał śmiech. Nie było nic śmiesznego w tym, że krewni chłopca tak źle go traktowali, ale wyraz twarzy Harry'ego był tak żałosny, że musiał się uśmiechnąć — choć tylko odrobinę.

— Pozwól, że w takim razie pokażę ci toaletę. Czy czujesz się wystarczająco dobrze, by chodzić?

— Tak, proszę pana! — Harry wyskoczył z łóżka szybciej, niż się na nie wspiął, uderzając stopami o podłogę i odbijając się od niej.

— Uważaj na kostkę. Muszę jeszcze nad nią popracować, nim całkowicie wydobrzejesz. — Jeszcze się nie zdecydował, czy poprosić madame Pomfrey o pomoc w tej sprawie, ale lepiej żeby maluch nie uszkodził kostki jeszcze bardziej.

— Tak, proszę pana — odparł, zaprzestając podskakiwania.

— Chodź za mną.

Severus wyprowadził go z sypialni na korytarz do łazienki, wyłożonej niebieskimi kafelkami, z białym wyposażeniem, do którego zaliczała się również wanna na lwich nogach. Harry podbiegł do toalety, a Snape dyskretnie zamknął za nim drzwi i poczekał na zewnątrz.

Po długim czasie usłyszał spuszczaną wodę, a następnie lecącą w kranie. Moment później klamka została przekręcona i chłopiec wyszedł z łazienki.

— Dziękuję, proszę pana.

— Harry, nie musisz mi dziękować za możliwość załatwienia podstawowych potrzeb. Możesz je robić w dowolnym momencie. — Nadzieja po raz kolejny zagościła w oczach dziecka. Severusa zakuło serce, gdy ujrzał na jego twarzy tak wielką wdzięczność za coś tak małego. — Chcesz zjeść na dole, czy może wolisz wrócić do swojego pokoju?

— Mój… mój pokój, proszę pana?

— Oczywiście, że twój pokój. Chyba nie sądziłeś, że będziesz go dzielił ze mną? Czy może wolałbyś tę opcję?

— Mam tu pokój, proszę pana?

— Tak — powiedział Severus, prowadząc chłopca z powrotem do pokoju. — Czy chciałbyś zmienić jego wystrój? Oczywiście w granicach rozsądku.

— Wystrój? Ja… nie. — Potrząsnął lekko głową i już miał wzruszyć ramionami, ale zatrzymał się w połowie drogi, zamiast tego powiedział: — Nie jestem pewien, jak to rozumieć.

Gdy weszli do pokoju, Severus wskazał na ściany.

— Większość chłopców chce mieć powieszone plakaty przedstawiające drużyny quidditcha, zawodników lub ulubionych zespołów muzycznych. Oczywiście, kiedy byłem młodszy, unikałem takich bzdur, ale jeśli chcesz to zrobić, to masz moje pozwolenie. Masz jednak zachować umiar.

Spojrzał w dół na Harry'ego, który był całkowicie zmieszany.

— Umm… Co to jest quidditch, proszę pana?

— Sport z wysokim współczynnikiem agresji i niebezpieczeństwa, w który zasadniczo grają aroganccy idioci z brakiem instynktu samozachowawczego — przerwał na chwilę, by kontynuować z mniejszą zjadliwością: — Chociaż wydaje się, że niektórzy czerpią z niego radość.

— Nie sądzę, że go polubię, proszę pana — odparł, zerkając spod swojej gęstej grzywki, jakby oceniając jego reakcję.

Severus zawahał się, spoglądając na chłopca. Zrozumiał, jak wielki wpływ ma na niego, pomimo ich wczesnego etapu relacji. Mógł całkowicie zwrócić dziecko przeciw Jamesowi i wszystkiemu, co reprezentował, co cenił i kochał. Och tak, mógłby to zrobić, ale… wiedział, że Lily byłaby temu przeciwna. Czyż nie przyjął go do siebie, bo był jedynym, który kochał ją na tyle, by to zrobić?

— Nie? — powiedział ostatecznie. — Nie powinieneś podejmować w ten sposób decyzji, nim poznałeś tę grę. Zapewne po tym będziesz bardziej świadomy swoich preferencji.

— Tak, proszę pana — zgodził się Harry. Severus był pewien, że ujrzał cień uśmiechu na jego ustach.

Obserwował jeszcze przez moment wyrostka, zaskoczony jego cierpliwością oraz zdolnościami adaptacyjnymi. Nie minął nawet dzień, odkąd chłopiec został uratowany i Severus był zdumiony zmianą, jaka w nim zaszła.

— Chodźmy coś zjeść. Wybieraj: w twoim pokoju czy na dole?

Harry objął się ramionami, nie odpowiadając od razu. Severus zauważył, że ten robi to, gdy czuje się szczególnie zdenerwowany, jakby chciał się schronić. Mężczyzna pomyślał, że wie, dlaczego to robi.

— Nie ma złej odpowiedzi, Harry — rzekł cicho. — Każda z nich będzie właściwa. Dappin może tak samo łatwo przynieść jedzenie tutaj, jak i do jadalni.

— Chciałbym zostać tutaj, proszę pana. Mogę?

— Oczywiście, że możesz. Połóż się do łóżka, a ja powiadomię Dappina, że będziemy jeść tutaj.

Odwrócił się, gdy chłopiec wspinał się na wysokie łóżko i wezwał skrzata domowego, podając mu szczegóły dotyczące kolacji. W ciągu kilku minut każdy z nich miał na kolanach talerz — Harry leżąc w łóżku, a Severus siedząc na pobliskim krześle. Kolacja malca zawierała rosół, odrobinę ugotowanych ziemniaków, trochę musu jabłkowego oraz jeszcze więcej mleka, zaś Severusa rosół wołowy z kandyzowanymi marchewkami, ziemniaki z natką pietruszki, kawałek świeżego chleba z masłem i na deser pokrojoną w plasterki gruszkę oraz kieliszek czerwonego wina. Pomimo tego, że chłopiec atakował bez opamiętania swoje jedzenie — z pewnością będą musieli popracować nad manierami przy stole — Severus dostrzegł, że przygląda się jego obfitemu posiłkowi z czymś w rodzaju zazdrości.

Po jednym z takich spojrzeń, mężczyzna wytarł usta serwetką.

— Jutro pozwolę ci spróbować niektórych z tych rzeczy, dobrze? Być może trochę chleba lub świeżych owoców. Musisz zrozumieć, że nie chcę, byś był chory po tym, jak zjesz za wiele i zbyt szybko.

— Tak, proszę pana — wymamrotał, pochylając się nad swoim talerzem. Severus poczuł ból w piersi, który ktoś inny określiłby „winą". Nie chciał jednak, by dziecko zachorowało po całym trudzie, jaki włożył, aby poczuło się lepiej.

— Jutro — powiedział, obserwując go uważniej — ktoś przyjdzie przeprowadzić ceremonię adopcyjną. Będzie zainteresowany spotkaniem z tobą. Być może zechce również z tobą porozmawiać. Będę z tobą — dodał szybko, gdy maluch poderwał głowę, a w jego oczach pojawił się strach. — Przez cały czas.

— Tak, proszę pana.

— Ceremonia nie jest długa — kontynuował — ale potrzebne jest, byśmy oboje podczas niej oddali odrobinę krwi. Wystarczy małe ukłucie, to nawet nie będzie boleć. — Chłopiec wciąż wyglądał na nieprzekonanego, więc zaproponował: — Czy chcesz, żebym ci to zaprezentował? Mogę to przetestować dla ciebie na własnej ręce.

Harry przygryzł dolną wargę, rozważając, jaka odpowiedź będzie najwłaściwsza. Zanim podjął decyzję, Severus wyczarował ostrą szpilkę i uniósł prawą dłoń tak, by ten dokładnie ją widział. Przebił igłą skórę w pobliżu nadgarstka. Z rany wypłynęła kropla krwi.

— Widzisz? To wszystko. — Chwilę później starł krew i wyleczył maleńką rankę.

Chłopcu znacząco ulżyło.

— A potem… — Przełknął ślinę. — Będę twoim synem?

— Tak, Harry. Wtedy będziesz mój.

OoO

Harry nie spał dobrze tej nocy. Kręcił się i rzucał na dużym łóżku, nie czując się komfortowo pomimo miękkiej i czystej pościeli. W pokoju było ciemno, a on bardzo tego nie lubił – przynajmniej nie kompletnej ciemności. Zatrzymał się pośrodku łóżka, przynajmniej tak myślał, i przyciągnął kolana do klatki piersiowej, starając się zwinąć w jak najmniejszą kulkę.

Rankiem czerwona łuna świtu powoli dotarła do nóg łóżka. Harry wstał i przetarł oczy, zadowolony, że to koniec prób zaśnięcia. Ponownie musiał się udać do toalety. Wykradł się na korytarz prowadzący do łazienki, tak jakby ktoś w każdej chwili miał na niego wyskoczyć. Nikt tego nie zrobił, a on szybko załatwił swoją potrzebę i biegiem udał się do pokoju. Mistrz Snape — nie, ojciec — pozwolił mu chodzić do łazienki, gdy tylko zechciał, ale mógł zmienić zdanie. Wuj Vernon często to robił i przeważnie nie informował o tym Harry'ego, dopóki ten nie złamał nowej reguły.

Nie wiedząc, co ma teraz zrobić, Harry podszedł do okna, wyglądając na zewnątrz. Dom znajdował się przy wąskiej brukowanej drodze, wciśnięty między inne budynki. Przynajmniej ten, w którym znajdował się chłopiec, był ostatni na ulicy. Ogrodzony małym, żelaznym płotem z bramą po środku. Coś, co można było nazwać trawnikiem — połacie zieleni z bujną roślinnością — był bardzo zadbany. Harry mógłby zarobić na swoje utrzymanie, pielęgnując go. Mistrz Snape powiedział, że nie musi, ale wiedział, jak będzie. Był bezwartościowy, jeśli nie pracował. Zawsze mu to powtarzano.

Siedząc na krawędzi parapetu, Harry dotknął gardła, ale obroży nie było, tak jak za każdym razem, gdy sprawdzał. Prawdopodobnie mistrz Snape uzdrowił jego szyję tak samo, jak to zrobił z całą resztą. Harry wiedział, że musi zarobić również po to, by zwrócić za opiekę. Lekarstwa nie były przeznaczone dla małych, bezwartościowych szczeniąt. Ciotka Marge zawsze powtarzała, że trzeba było go utopić w chwili urodzenia. Powinien dziękować Bogu, że cokolwiek ma.

Odwracając się przodem do pokoju, Harry zdecydował się pościelić łóżko, a następnie się ubrać. Nie wiedział jednak, gdzie są jego ubrania. Nie widział ich od samego rana. Być może zostały zabrane do prania. Mógłby zapytać Dappina, pewnie by wiedział.

Pościelenie łóżka zajęło mu trochę czasu, ponieważ było ono prawie jego wzrostu, ale w końcu poduszki zostały położone w odpowiednim miejscu, kołdra wyprostowana i wygładzona. Sięgał po nią po raz kolejny, by sprawdzić, czy wszystko jest w porządku, gdy drzwi zostały otworzone, a mistrz Snape stanął w progu.

— Bardzo dobrze, że już wstałeś. Głodny?

— Tak, proszę pana. Ummm… To znaczy, tak, ojcze.

Mężczyzna uśmiechnął się, a jego spojrzenie stało się łagodniejsze. Był ubrany podobnie jak wczoraj, ale Harry nigdy nie widział takiego stroju. Coś jakby szlafrok, ale znacznie dłuższe i grubsze. Ten konkretny strój był ciemnozielony z czarnymi runami na brzegach.

— Zejdźmy na dół. Dappin przyszykował dla nas śniadanie. — Czekał na korytarzu na Harry'ego, a gdy ten przekroczył próg, dodał: — Musimy zdobyć dla ciebie ubrania na dzisiejszą ceremonię. Na inne okazje również, ale szczególnie na dzisiaj.

— Tak, ojcze, ale… um…

— Coś się stało? — zapytał Severus, gdy dotarli do schodów.

— Ubrania są drogie, a ja…

— Pozwól, żebym to ja martwił się o koszta. — Mężczyzna powiedział ostro. Harry skinął głową.

— Tak, proszę pana. — Chłopiec skulił ramiona. Sprawił, że ojciec był zły, a jeszcze nawet nie odbyli ceremonii.

Cisza trwała przez dłuższy moment, zanim Snape się odezwał.

— Pozwól, że pomogę ci zejść na dół. Nie powinieneś nadwyrężać kostki.

Harry spojrzał na wysoką i chudą postać mężczyzny, który miał być jego ojcem. Stał z rozłożonymi ramionami, tak jakby oczekiwał, że do niego podejdzie, ale siedmiolatek nie był pewien, co ma teraz zrobić. Przygryzał wargi, stojąc niezdecydowany. Martwił się o to, co teraz zrobi ojciec, gdy jest zły. Snape podszedł do niego i Harry, nawet o tym nie myśląc, cofnął się.

— Harry, nie zamierzam cię skrzywdzić. Chcę cię zabrać na dół. — Tym razem jego głos był kojący. Nie zawierał w sobie żadnej ostrości, być może był nawet trochę smutny. Czując się jak głupiec i do tego będąc zażenowanym, chłopiec odwrócił głowę. — Czy może wolisz zjeść w swoim pokoju?

Dziecko skinęło głową.

— Tak, proszę pana. Proszę.

— Bardzo dobrze. Wracaj do pokoju. Powiadomię Dappina o zmianie planów.

— Tak, proszę pana — powiedział Harry, wracając samotnie do sypialni.