Rozdział 11

Severus podpisywał dokumenty, które miały zostać wysłane do ministerstwa, obserwując, jak Dappin prowadzi najpierw panią Collin, a później Harry'ego do jadalni. Chłopiec, zanim przekroczył próg, spojrzał na niego, szukając czegoś w jego twarzy. Pewności? Severus skinął mu lekko głową i siedmiolatek, któremu najwyraźniej ulżyło, poszedł za skrzatem, by dostać coś do jedzenia.

— Mruży oczy — Severus zwrócił uwagę Albusowi, który stanął za nim. Przypomniał sobie, że Harry robił to za każdym razem, gdy na niego patrzył.

— Tak. Nosi okulary.

— Nie zauważyłem, by jakieś miał. — Zmierzył Dumbledore'a przeciągłym spojrzeniem. — Skąd o tym wiesz?

Albus machnął lekceważąco ręką.

— Widziałem jego zdjęcie zrobione kilka lat temu.

Snape skrzywił się. To była niespodziewana nowina.

— Jak wyglądał?

— Chudy — powiedział miękko Albus. — Z dużymi zielonymi oczami za jeszcze większymi okularami. — Dyrektor roześmiał się nerwowo. — Z całym szacunkiem, ale wyglądał jak profesor Trelawney.

— Trelawney?

— Nauczycielka wróżbiarstwa. W tym roku minie osiem lat, odkąd pracuje w Hogwarcie.

Severus uśmiechnął się szyderczo.

— Wróżbiarstwo. Bezcelowe marnowanie czasu, na które nie poświęciłem ani sekundy.

Albus położył dłoń na jego ramieniu.

— Mój drogi chłopcze, wielu by się z tobą zgodziło, ale nie każda przepowiednia jest fałszywa.

Severus odwrócił się do starszego czarodzieja. Coś w jego głosie zapowiadało kłopoty. W jasnoniebieskich oczach nie było niczego nieprzychylnego, ale Severus poczuł nagły ból w brzuchu, który ostrzegał przed przyszłymi problemami.

— Na przykład jaka?

— Proroctwo — powiedział po prostu Albus.

Snape z drwiną odwrócił się do swojego pergaminu i złożył piórem kolejny podpis. Oczywiście, proroctwo. Do tego wróżbici i uliczni artyści. Chociaż… Zastanowił się przez moment i spojrzał w stronę jadalni.

— Masz na myśli…?

— Nic nie miałem na myśli, mój chłopcze. Jakbym mógł?

Jednak uśmiech Dumbledore'a miał w sobie fałsz i Severus nie mógł się pozbyć wrażenia, że dyrektor coś wie. Coś, co było… Och.

— Była taka jedna, z którą przeprowadziłeś rozmowę kwalifikacyjną w Gospodzie pod Świńskim Łbem. Ona… — Wciągnął gwałtownie powietrze do płuc. — Merlinie.

— Nie wiedziałeś, Severusie. Nie obwiniaj się.

W podłym człowieku, jakim był, niedowierzanie starło się z samowstrętem.

— Ta ja podsłuchiwałem, Albusie. To mój raport ich zabił! Jak mogę się nie winić?

— Nie wiesz tego — powtórzył dyrektor tak, jakby go uniewinniał. Oczywiście to nie pomogło, ale Severus wiedział, że resztę swoich samooskarżeń powinien zachować na inny, bardziej prywatny czas.

— Co o mnie pomyśli Harry?

Co stałoby się z kruchym zaufaniem chłopca, gdyby dowiedział się, że jego rodzice zostali zamordowani z powodu nowego „ojca".

— Nie rób tego, Severusie. Nie niszcz tego. Jeśli to zrobisz, będziesz czuł się jeszcze gorzej.

Mężczyzna z westchnieniem przytaknął. Dość mówienia o duchach. Miał prawdziwe i żywe dziecko czekające na niego w drugim pokoju. Teraz ono było najważniejsze. Rozmyślając, spojrzał na podpisane dokumenty. Od teraz Harry był jego pod względem krwi i mógł być także pod względem nazwiska. Zmieniając Pottera na Snape'a uczyniłby życie chłopca o wiele bezpieczniejszym. Czy był to jedyny powód, dla którego by to zrobił? Bezpieczniej byłoby, gdyby nikt nie wiedział, że były śmierciożerca jest prawnym rodzicem Chłopca, Który Przeżył. Oczywiścieo ile nie ma żadnych ukrytych motywów w usuwaniu nazwiska swojej nemezis… Kogo on oszukuje?

— Nie wygląda jak James — mruknął, wciąż rozmyślając.

— Nie, jest zbyt chudy, by go przypominać. Może z okularami…

— Chłopiec ma jej oczy — zauważył Severus, przypominając sobie wcześniejszy komentarz Albusa.

— Tak, ale włosy ma po ojcu.

Włosy Jamesa, które wiecznie wyglądały jak rozwiane przez wiatr. Tak jakby przed chwilą zsiadł z miotły. Severus nie dostrzegał tego w Harrym. Jednakże, szczerze mówiąc, dotąd widział włosy chłopca pokryte krwią i brudem lub w postaci mokrych loków. Miał mało okazji, by ujrzeć je czyste i suche, przez co nie miał żadnego prawdziwego pojęcia, jak wygląda siedmiolatek. Równie dobrze mógłby być jasnowłosy.

— Skąd możesz… ach, zdjęcie?

Nie odpowiadając, Albus pochylił się i spojrzał na pergamin.

— Myślisz o zmianie nazwiska?

Severus skinął głową.

— Zachowam imię, ponieważ zmiana mogłaby go zdezorientować. Ale powinien przejąć nazwisko Snape, skoro jest moim dziedzicem.

Albus tym razem uśmiechnął się serdecznie.

— Oczywiście. A co z drugim imieniem?

— Myślałem, żeby dodać moje imię, tak jak nakazuje tradycja. Zatem będzie to Harry James Severus Snape.

— Brzmi całkiem dobrze.

— Tak.

OoO

Harry, przygryzając krakersa, którego Dappin wcisnął mu w dłoń, czekał na ojca. Usiadł na krześle przysuniętym do stołu dzięki pomocy pani Collin. Pamiętając, że ciotka Petunia upominała raz czy dwa Dudleya w temacie dobrych manier, starał się nie trzymać łokci na blacie. Jego stopy nie sięgały do podłogi, więc leniwie machał nimi w przód i w tył, obserwując drzwi do salonu, w którym ojciec wciąż rozmawiał z dyrektorem.

Wydawało się, że ojciec dość lubi starszego mężczyznę, ale Harry nie mógł być tego do końca pewien. Coś w sposobie, w jaki dyrektor Dumbledore na niego patrzył, pomimo tego, że cały czas się uśmiechał, sprawiało, że czuł się… dziwnie. Potarł dłonią czoło, gdy blizna go zaswędziała. Dudley twierdził, że wygląda przez nią jak potwór, niczym Frankenstein zszyty z różnych kawałków. Ciocia Petunia zawsze okręcała kota ogonem, gdy pytał o bliznę, przypominając mu, że powinien umrzeć w wypadku samochodowym i niech będzie wdzięczny, że ją posiada, ponieważ przypomina mu o rodzicach.

Ale ona kłamała, tak powiedział jego nowy ojciec. A jeśli rodzice nie zginęli, to gdzie są? Czy jeszcze żyją? Przyjdą i wezmą go od jego nowego ojca? Sam pomysł sprawił, że czuł przenikliwe zimno i odrazę. Nie chciał, by przyszli. Oni nigdy się nie pojawili, gdy był u Dursleyów, a mistrz Snape przyszedł. Mistrz Snape był tym, który go zabrał i powiedział mu, że może go nazywać ojcem. Nie oni.

Pociągnął nieco krawat, który znajdował się pod jego ładnymi szatami, i rozluźnił go. Nie czuł się komfortowo, gdy coś zaciskało się wokół jego szyi. Po zrobieniu tego potarł ponownie czoło. Pani Collin spojrzała na jego bliznę tak, jak zrobił to wcześniej dyrektor Dumbledore. Zastanawiał się, czemu się nią interesują, ale nie wiedział, czy może o to zapytać. Być może również myśleli, że wygląda przez nią jak Frankenstein.

Po zjedzeniu swojego krakersa Harry oblizał palce i spojrzał na resztę jedzenia znajdującego się na stole. Tylko przez chwilę pozwolił sobie pomarzyć, że będzie mógł zjeść trochę z tych smakołyków. Było tam coś, co wyglądało jak mięsne paszteciki. Obok leżały różnego rodzaju ciasteczka, z których większa część była pokryta lukrem. Był również talerz z kusząco pachnącymi plasterkami szynki otoczonymi małymi ziemniakami. Miska z zielonym groszkiem została postawiona koło innej z rodzynkami i startą marchewką polaną jakimś sosem. Kilka koszy z bułkami zostało rozstawionych w równych odstępach na stole. Z niektórych wciąż unosiła się para.

Do ust napłynęła mu ślina, a żołądek rozbolał z głodu. Harry ponownie skupił swoją uwagę na drzwiach prowadzących do salonu, zastanawiając się, co jego ojciec robi. Czyżby zmienił zdanie?

Kiedy czyjaś ręka opadła na jego ramię, Harry podskoczył i niemal spadł ze swojego miejsca w próbie pośpiesznej ucieczki. Stanął pewnie na nogach i trzymając mocno oparcie krzesła, spojrzał w górę na panią Collin.

— Wybacz mi, Harry. — Jej brwi opadły w dół, układając się w literę V nad oczami. Nie wyglądało na to, by naprawdę było jej przykro. — Nie chciałam cię przestraszyć.

Zaciskając swój uścisk na krześle, spojrzał ponownie na drzwi.

— Tak, proszę pani — odpowiedział automatycznie.

Czarownica skrzywiła się bardziej.

— Czy wszystko w porządku, Harry?

— Tak, proszę pani.

Chłopiec spojrzał szybko na jej twarz. Trwało to z sekundę, więc nie mogła zauważyć. Później spojrzał w dół na swoje nowe, lśniące buty. Nigdy wcześniej nie miał butów, które nie byłyby zdarte, z dziurami lub innymi uszkodzeniami. Miał również nowe ubrania!

Kobieta przesunęła się i Harry instynktownie przeniósł się tak, by krzesło znalazło się między nimi. Pani Collin milczała przez chwilę, ale on czuł, że jej oczy są na nim skupione. Nie podobało mu się to.

— Kto cię bił? — zapytała niespodziewanie.

— Co, proszę pani?

Nadal przyglądał się swoim stopom. Rozpoznał ton, którym zostało zadane to pytanie. Był teraz w poważnych tarapatach, które staną się jeszcze gorsze, jeśli będzie zachowywał się bezczelnie. W jakiś sposób wuj Vernon dowiedział się, gdzie jest i że nie milczał o pobiciach, tak jak powinien. On wiedział! Czy jego nowy ojciec mu powiedział? Czy może była to pani Collin?

Kobieta przesunęła się ponownie i nie mógł uciec, nawet gdyby chciał. Strach sparaliżował go i, co więcej, wiedział, że gdyby się odsunął, to tylko pogorszyłby sprawę. Zawsze było gorzej. Ale pani Collin go nie uderzyła, tylko dotknęła jego policzka w miejscu, gdzie miał jeszcze siniaka. Nie było to takie złe, nie tak jak wtedy, gdy Dudley go kopnął. Potem jej palce musnęły jego szyję i nic nie mógł poradzić na to, że wyszarpał się spod jej dotyku.

— Co ci się stało, Harry? Nie zauważyłam wcześniej, ale masz posiniaczoną twarz… i co to za blizna na twojej szyi? Kto ci to zrobił?

— Upadłem. — Dał jej jedyną odpowiedź, którą pozwolono mu powiedzieć.

— Upadłeś? Harry, to nie jest…

— Dlaczego przesłuchujesz mojego syna? — Od strony drzwi prowadzących do salonu dobiegł zimny głos. Ojciec Harry'ego stał w progu z załamującym ręce skrzatem domowym.

— Profesorze Snape! — Pani Collin odwróciła się, a Harry odetchnął z ulgą. — Z pewnością go nie przesłuchiwałam, ale te znaki świadczą…

— Nie powinny one interesować nikogo innego oprócz mnie. Jest moim synem. — Twarz ojca Harry'ego była pozbawiona wyrazu, ale jego oczy płonęły wewnętrznym ogniem. – Wolałbym, żebyś nie osaczała go, gdy nie ma mnie w pobliżu.

— Dobro dzieci jest moją sprawą!

Snape już otwierał usta, ale dyrektor zainterweniował.

— Wystarczy. Będziemy kontynuować tę dyskusję kiedy indziej. Nie teraz.

Harry obserwował zza zasłony włosów twarze dorosłych. Pani Collin wyglądała na spiętą i nieszczęśliwą, ale później westchnęła głęboko.

— Dobrze, dyrektorze. Mogę oczekiwać pełnego raportu?

Uśmiechając się, Dumbledore skinął głową.

— Wydaje mi się, że nasz posiłek jest już gotowy.

Wszedł do pokoju, pchając przy tym Snape'a do środka, i usiadł przy stole. Spojrzał na Severusa, który skrzywił się w odpowiedzi. Coś się działo i Harry domyślał się oraz czuł, że nie jest to nic dobrego. Jego ojciec zajął swoje miejsce po wcześniejszym przysunięciu do stołu krzesła pani Collin, siedzącej przy dyrektorze.

— Wszystko pachnie cudownie — powiedział dyrektor i Harry musiał się z tym zgodzić. Może, jeśli będzie naprawdę cicho, pozwolą mu zostać w pokoju, gdy będą jeść i będzie mógł przynajmniej nawdychać się tego wspaniałego zapachu? Skupił się na stawianiu małych kroczków, by stanąć niepostrzeżenie za krzesłem, tak by ci zapomnieli o jego obecności. Wtedy dyrektor spojrzał na niego znad okularów. — Dlaczego nie usiądziesz z nami, Harry, by świętować przy pysznym posiłku powstanie nowej rodziny?

Zamiast usiąść, Harry spojrzał na ojca.

— Mogę zostać? — zapytał, pozwalając sobie na nikłą nadzieję.

Chociaż ojciec wyglądał tak, jakby ktoś go nagle uderzył, a jego twarz była blada, pomijając czerwone plamy na policzkach, skinął krótko głową.

— Dziękuję, proszę pana! — odpowiedział, wspinając się na krzesło.

Dappin przysunął go bliżej, więc jego oczy znalazły się na wysokości stołu. Ledwo mógł widzieć tace i półmiski, a talerza dostrzegał tylko krawędź. Ale miał swój własny talerz!

Nagle jego krzesło zatrzęsło się i strzeliło do góry, a następnie szarpnęło, zatrzymując się. Teraz jego pierś była na wysokości stołu i widział wszystko, co na nim było! Miał szeroko otwarte oczy, gdy patrzył na blat, a później na ojca, który chował coś, co wyglądało jak brązowy ołówek, do swojego rękawa. Co się zdarzyło? W jaki sposób krzesło urosło? Przygryzł mocno wargę i wbił wzrok w talerz. Ojciec powiedział mu, że może zadawać pytania, ale wiedział, że lepiej nie pytać o dziwne rzeczy, które się wydarzyły. Zrobił cichy wdech, czekając na wrzaski.

Ale nie nadeszły.

Zamiast tego zobaczył, że jego ojciec zabrał mu talerz. Och! Zatem żadnego jedzenia. Rozczarowany, ale nie zaskoczony, spojrzał na swoje dłonie i złączył je, by powstrzymać drżenie. W rzeczywistości nie był głodny, nie był! Miał przecież śniadanie.

— Myślę, że wszystkiego po trochę — powiedział cicho Severus i Harry spojrzał na niego, przekrzywiając głowę na bok. Nie wiedział, co jego ojciec ma na myśli.

Ale wtedy ojciec umieścił na talerzu kilka marchewek, kilka łyżek groszku, plaster szynki, dwa małe ziemniaki i jedną bułkę. Położył talerz z powrotem przed siedmiolatkiem, pytając:

— W porządku?

Usta Harry'ego otworzyły się w niemym zdziwieniu i niemal zapomniał o manierach. Ale Severus uniósł brwi i chłopiec wyrzucił z siebie:

— Tak, proszę pana. Dziękuję, proszę pana. — Chwycił jeden z ziemniaków i już chciał włożyć do ust, gdy dostrzegł dezaprobatę na twarzy ojca.

— Harry, poczekaj, aż wszyscy inni się obsłużą — powiedział bardzo cicho, tak, że tylko chłopiec mógł go usłyszeć.

Harry skinął głową i odłożył ziemniaka z powrotem na talerz.

— Tak, proszę pana.

Ojciec kontynuował jeszcze bardziej miękkim tonem:

— I używaj sztućców.

— Tak, proszę pana.

Mężczyzna uśmiechnął się lekko i Harry wygrzewał się w tym uśmiechu przez chwilę. Kiedy jednak spojrzał na sztućce, jego żołądek skręcił się. Było wszystkiego po dwie sztuki: widelce, noże, łyżki. Które ma użyć? Zamiast pytać, obserwował swojego ojca. Gdy wszyscy się obsłużyli, Severus podniósł zewnętrzny widelec i użył go do marchewki. Harry, idąc w jego ślady, również chwycił widelec najbardziej oddalony od talerza. Ojciec, zauważając co zrobił, puścił mu ukradkiem oczko, a Harry uśmiechnął się delikatnie w odpowiedzi.

— Harry — powiedział Severus, gdy chłopiec wbił widelec w marchewkę, trzymając ją mocno — teraz jesteś moim synem. Czy chcesz również nosić moje nazwisko?

Harry zmarszczył brwi.

— Nazwisko? To znaczy „Snape"?

— Tak.

— Byłbym Harry Snape?

— W rzeczywistości, Harry James Severus Snape. Oczywiście, jeśli to zaakceptujesz.

Harry przypomniał sobie co znaczy „akceptacja". Oznaczała, że jeśli chce. Chłopiec przytaknął szybko.

— Tak, proszę pana… hmmm... ojcze — poprawił się szybko, pamiętając również o tym. W końcu przebił widelcem marchewkę i włożył ją szybko do ust, zanim spadła. Była cierpka oraz soczysta i naprawdę, naprawdę przepyszna. Przeżuwszy ją i połknąwszy, skinął głową. — Akceptuję.

Kiedy ojciec posłał mu uśmiech, sięgający nawet jego oczu, Harry poczuł, że mógłby latać ze szczęścia.

OoO

Późnym popołudniem, po tym jak pani Collin wyszła ze wszystkimi dokumentami podpisanymi przez ojca, Harry przysypiał z odchyloną do tyłu głową na kanapie w salonie. Czuł, że jego brzuch jest przyjemnie wypełniony. Dyrektor Dumbledore wciąż był w domu i rozmawiał z ojcem. Dumbledore siedział w fotelu przy kominku, a Severus w jednym z krańców kanapy. Ich głosy były ciche, usypiały go. Oczy mu się zamknęły. Broda kilkakrotnie spotkała się z klatką piersiową zanim poczuł, że ktoś go unosi i sadza na kolanach.

Harry, rozluźniony na tyle, że ledwo walczył, został uspokojony przez cichy głos, który rozpoznał jako należący do ojca. Severus nakazał mu się uciszyć i zapewnił, że jest bezpieczny oraz że nikt go nie skrzywdzi. Chociaż Harry chciał w to uwierzyć, to jednak drgnął z przestrachem, gdy delikatna dłoń dotknęła jego głowy, a palce zagrzebały się we włosach. To wrażenie dotknęło czegoś głęboko w jego piersi i pochylił się do dotyku niczym kot. Inna dłoń przyciągnęła mu głowę do odpoczynku na piersi ukrytej pod szatami. Mógł usłyszeć pod nimi bicie serca ojca. Tak długo jak słyszał ten dźwięk był bezpieczny. Oparł jedną z dłoni na klatce piersiowej Severusa i czując pod nią równomierne bicie wziął cichy, drżący oddech. Ramiona ojca otoczyły go i trzymały blisko.

Głosy dalej rozbrzmiewały, ale Harry był zbyt zmęczony, by śledzić rozmowę.

— ….jest problem? — zapytał ojciec. Jego głos rozbrzmiał w piersi i siedmiolatek czuł go przez swój policzek.

— Żadnych… bardzo dyskretna.

—… nie pozwolę… zakłócenia.

— … rozumiem… weźmiesz go… Hogwartu?

— Koniec tygodnia… ubrania i… używanie magii.

Harry zaczął się kręcić w ramionach ojca, czując nagłe zaniepokojenie, ale wciąż był zbyt ospały, by obudzić się do końca. Delikatna dłoń wróciła i pogładziła jego czoło. Ojciec wymówił jego imię i Harry odprężył się jeszcze raz.

—… widzisz? Niespokojny… jego krewni powiedzieli mu…

—… nad tym, śmiem twierdzić….

Głosy rozbrzmiewały dalej, ale Harry całkowicie uległ senności. Po raz pierwszy, odkąd tylko pamiętał, czuł się naprawdę bezpieczny.

OoO

Jaki czas później Dumbledore wstał ze swojego miejsca i Severus również stanął na nogi z Harrym wciąż w ramionach.

— Wygląda na spokojnego — powiedział dyrektor, spoglądając czule na chłopca.

Severus oparł siedmiolatka o swoje biodro — skąd wiedział, że tak będzie najłatwiej trzymać dziecko? — i przykrył tył głowy syna dłonią, gdy ten umieścił ją na jego obojczyku. Ciepły oddech Harry'ego owiewał skórę mężczyzny.

— Muszę go wkrótce obudzić, bo w innym wypadku będzie na nogach przez całą noc.

Albus wyglądał na pełnego wątpliwości.

— Wbrew pozorom on może potrzebować o wiele więcej odpoczynku niż miał do tego czasu.

Snape zmarszczył brwi, patrząc w dół na chude ciało siedmiolatka i na swoje palce, przeczesujące jego miękkie, czarne włosy. Były na tyle długie z tyłu, że obejmowały jego szyję i wkrótce będą wymagały ścięcia. Czy James miał długie włosy? Nie, miał tylko zmierzwione. Nieposkromiony mop na głowie. Te włosy były bardziej jak jego. Czyżby rytuał krwi działał tak szybko?

— Nie sądzę, by spał dobrze ostatniej nocy. — Żaden z nich nie zaznał spokojnego snu.

— Masz na nim zaklęcie monitorujące?

— Nie. Przynajmniej nie ostatniej nocy.

— Rzuć je na niego dzisiaj — zasugerował Albus. — Być może nowy pokój sprawia, że jest zbyt nerwowy, by odpowiednio odpocząć.

Severus skinął głową.

OoO

Albus opuścił ich w kilka minutach po tej rozmowie. Pani Collin wyszła godzinę wcześniej, by złożyć w ministerstwie papiery adopcyjne. Severus miał nadzieję, że nie będzie robiła żadnych problemów z powodu śladów, jakie widziała na ciele Harry'ego i jego dziwnego zachowania przy kolacji, gdy myślał, że nie dostanie jedzenia. Dumbledore wierzył, że nie będzie niczego utrudniała, ale on nie był taki ufny.

Niezależnie od tego, co się stanie, nikt teraz nie zabierze od niego chłopca.

Zaniósł dziecko na górę i zdjął mu buty, skarpetki, płaszcz i krawat, zostawiając je jedynie w spodniach i koszuli. Zrobiwszy to, przykrył Harry'ego cienką kołdrą, planując obudzić go za jakąś godzinę lub dwie od kolacji. Wtedy też może pokazać chłopakowi resztę domu i będą mogli chwilę odpocząć przed snem. W międzyczasie popracuje w swoim gabinecie nad niektórymi planami zajęć, które rozważał dla starszych klas.

Harry najwidoczniej miał inny pomysł. Dwadzieścia minut później obudził się z krzykiem.