Rozdział 18

Przez resztę weekendu Harry prosił Severusa co najmniej dwadzieścia razy o wysłanie prośby o to, by Draco mógł do nich przyjechać. W tym czasie Snape był bardzo zadowolony, że jego syn zaczął go prosić o różne rzeczy, zwłaszcza o coś dla siebie. Z drugiej strony, gdy wreszcie znalazł czas, by w niedzielne popołudnie wysłać wiadomość z podziękowaniem za herbatę wraz z prośbą o przybycie chrześniaka, był niemal gotów wyrwać sobie włosy z głowy. A wtedy Harry miał kolejną rzecz, o którą mógł pytać: Czy Malfoyowie już odpowiedzieli?

W przerwach między tymi pytaniami chłopiec paplał o czarodziejskich szachach, miotle Draco i o tym, jak zabawny jest jego nowy przyjaciel. Severus, zbyt wdzięczny za fakt, że siedmiolatek jest bardziej ożywiony niż od czasu, gdy zabrał go od Dursleyów, nie zwracał mu zbytniej uwagi, by się uspokoił. Wciąż jednak był bardziej niż zmęczony, gdy nadeszła pora snu w niedzielny wieczór.

Tak jak to stało się ich małym rytuałem, Severus, po prysznicu Harry'ego, ubraniu go w czystą piżamę i umyciu zębów, otulił go kołdrą. Odsunął włosy z czoła chłopca, odsłaniając na chwilę bliznę w kształcie błyskawicy. Harry złapał go za rękę i wciąż ją przytrzymując, wpatrywał się swoimi zielonymi oczami w twarz Snape'a.

— Coś się stało, dziecko?

— Kocham cię, tatusiu — wyszeptał Harry.

Snape przestał oddychać, gdy poczuł, jakby stalowe obręcze zacisnęły się wokół jego klatki piersiowej. Jak mógł poczuć tak wiele do chłopca i to w tak krótkim czasie? Świadomy, że jego wargi układają się w uśmiech, pogłaskał policzek siedmiolatka.

— Ja również cię kocham, Harry. Teraz czas iść spać. Jutrzejszy dzień będzie wykańczający.

Harry uśmiechnął się w odpowiedzi.

— Zawsze to mówisz.

— I zawsze jest to prawdą.

— Ojcze, opowiesz mi historię o Hogwarcie? Proszę.

— Dobrze. Ułóż się wygodnie. — Poczekał, aż Harry ułoży się w swojej ulubionej pozycji na boku, z kolanami podciągniętymi pod samą brodę. — Gotowy? — Na skinienie chłopca zaczął: — Kiedy po raz pierwszy poszedłem do Hogwartu, spotkałem w pociągu, jak inni pierwszoroczni, ogromnego człowieka o imieniu Hagrid, z grzmiącym głosem, ale z najsympatyczniejszym usposobieniem jakie mógłbyś sobie wyobrazić...

— Co to jest sypityczny? — przerwał cicho Harry.

— Sympatyczny. To znaczy miły, Harry. Hagrid jest bardzo miłym człowiekiem.

Zanim skończył opowiadać przejmującą — przynajmniej w jego opinii — historię, jakie zagrożenia niesie Hagridowa obsesja na punkcie niebezpiecznych bestii, wymieszana z ciekawością nowych uczniów, Harry zapadł już w sen. Severus ponownie odgarnął ciemne włosy z jego twarzy i pocałował go w czoło. Nieważne co on czuł, ważne jak to się stało, że Harry mógł uznać jego, Severusa Snape'a, za godnego zaufania? Miłości?

To przyprawiało w sercu o ból, który był przeznaczony dla Lily i jej syna. Teraz jego syna. Po rzuceniu zaklęcia na kulę światła znajdującą się na nocnym stoliku, wypowiedział urok, który poinformuje go, gdy chłopiec się obudzi lub będą mu się śniły koszmary. Potem wstał i ruszył spokojnie do drzwi, by następnie zatrzymać się, obrócić i obserwować Harry'ego, schowanego pod przykryciami. Tak jak powiedział Albusowi, jego zdaniem wygląd Harry'ego nie zmienił się znacząco po rytuale krwi, który uczynił ich ojcem i synem.

Zatem co spowodowało ból, który obudził chłopca tamtego dnia? W przyćmionym świetle rzucanym przez lampkę nocną, Severus przypatrywał się śpiącemu synowi i rozmyślał o jego smukłym nosie i wargach, łuku brwi oraz o zagadkowych słowach Albusa: „Mógłby być twoim synem".

Wychodząc z pokoju, zanim wytrącił się całkowicie z równowagi swoimi rozmyśleniami, wrócił do dobrze wyposażonego salonu. Wybrał jedną z rozpakowanych książek i usadowił się wygodnie, by ją przeczytać. Był pewien, to są pytania, na które Albus znał odpowiedzi, a on uzyska je prędzej niż później. Bez zastanawiania przywołał szklankę do połowy wypełnioną najwyższej jakości brandy Ogdena i wypił długi łyk. Resztę alkoholu sączył powoli podczas przekartkowywania książki.

Harry zdołał przespać niemal dwie godziny, zanim włączył się alarm. Severus, poderwawszy się z krzesła, przewrócił szklankę z brandy. Nie zatrzymując się, by wyczyścić bałagan, rzucił książkę na ziemię i pognał do pokoju syna, aby go obudzić z jego najnowszego koszmaru. Gotów, by zapewnić mu bezpieczeństwo i komfort w swoich ramionach.

OoO

Krzyki kobiety zostały ucięte przez błysk światła, a Harry zawołał: „Mamo!", ale było już za późno. Nie żyła. Jedną rękę miała wyciągniętą, jakby chciała po niego sięgnąć. Zawsze po niego.

Czerwone oczy wpatrywały się w jego, gdy mężczyzna roześmiał się i uniósł różdżkę skierowaną na twarz Harry'ego. Harry próbował ją odsunąć, ale mężczyzna wycedził straszne słowa i było więcej zielonego światła, bólu i krzyku, ale tym razem to on krzyczał. Jego głowa eksplodowała na kawałki, pokrywając wszystko krwią i brudząc telewizor, w którym był program o modzie. Krew ochlapała różowe i żółte sukienki, białe buty oraz blade twarze modelek. Jedną z nich była ciotka Petunia, która wrzeszczała: „Nie na mój czysty dywan!".

Telewizor rósł większy i szerszy, aż stał się wujem Vernonem. Uciszanie musiało nie działać, ponieważ wuj wrzeszczał na niego: „ZAMKNIJ SIĘ!". Starał się to zrobić i w końcu udało mu się, gdy zagryzł zęby na swojej dłoni. Ale bolała go głowa, wszystko go bolało i wiedział, że dalej wydaje dźwięki. By je zatrzymać, ugryzł się mocniej, wypełniając sobie usta krwią. Ale wuj Vernon był tam, chwytając go i szarpiąc za ramię. Pił wcześniej, Harry mógł to wyczuć i wiedział, że znalazł się w tarapatach. Zwinął się w jak najmniejszą kulkę, chroniąc głowę i czekał, aż ból się skończy.

Jakiś czas później zdał sobie sprawę, że tak naprawdę nic go zbyt mocno nie boli, z wyjątkiem głowy i ręki. Ktoś trzymał go, kołysząc i mówiąc cicho jego imię, niemal szeptem. Nie mógł już wyczuć alkoholu, więc może wuj Vernon sobie poszedł.

Otworzył oczy.

Był w ciasnym uścisku ojca, który ich kołysał. Głowę miał pochyloną, a na jego policzkach widniały łzy. Harry sięgnął zdrową ręką, by je zetrzeć.

— Nie płacz, tatusiu. Proszę. Nie smuć się.

— Harry... — Głos ojca był stłumiony. Pochylił się bardziej, aż jego czoło prawie dotknęło czoła Harry'ego. Zamrugał, zanim otworzył zaciśnięte powieki, i odchrząknął: — Nie śpisz.

Harry skinął głową, a ojciec uśmiechnął się. Oczywiście, że nie spał.

— Nie mogłem... Miałeś koszmar, a ja nie mogłem cię obudzić — wyjaśnił ojciec.

— Przepraszam, ojcze.

— Nie... to nie była twoja wina. Myślę, że... dałem ci powód, do myślenia że jestem twoim... tym potworem Vernonem. — Jego oczy były mroczne niczym północ czy wnętrze szafy. — Obiecuję, że nie będę już więcej pić. Nie zdawałem sobie sprawy, że...

— Przepraszam — powtórzył Harry, nie wiedząc, co ma powiedzieć.

— Harry, proszę, nie przepraszaj. Jestem jedynym, który powinien to robić. Mogłem domyślić się... — Umilkł, jego głos ponownie był przytłumiony. Harry zmarszczył brwi, starając się zrozumieć, co się stało. Wujka Vernona już nie ma, więc nie miało to znaczenia, czyż nie? — Co z twoją ręką?

Harry, podążywszy wzrokiem za spojrzeniem ojca, ujrzał nowy bandaż owinięty wokół swojej dłoni. Bardzo go bolała, a gdy chciał poruszyć palcami, poczuł sztywność i dyskomfort. Unosząc głowę, zadał pytanie, a ojciec skinął.

— Uzdrowiłem ją, jak tylko mogłem, Harry, ale to... ponieważ sam to zrobiłeś, musi się w przeważającej części sama wyleczyć. Musisz uważać na nią przez kilka kolejnych dni.

— Tak, proszę pana... umm... ojcze. Wszystko z nią dobrze. — Kłamstwo przyszło tak łatwo jak zawsze.

— Dobrze. Czy... Mogę poprosić Nelli, by przyniosła kakao, jeśli chcesz.

— Nie, dziękuję. Jestem zmęczony. Czy mogę iść spać?

— Tak, oczywiście. Chcesz, żebym został z tobą na chwilę?

— Tak, poproszę.

Ojciec pomógł mu otulić się z powrotem kołdrą i usiadł na skraju łóżka. Jego dłoń spoczywała na boku Harry'ego, który spoglądał na kulkę światła spoczywającą na szafce nocnej. Patrzył jak jej kolory zmieniają się z czerwonego i złotego na zielony i różowy, i tak w kółko, aż jego powieki stały się zbyt ciężkie, by mógł mieć otwarte oczy.

OoO

Rano Harry wyczołgał się łóżka i był w połowie drogi do kuchni, by przygotować śniadanie, gdy zdał sobie sprawę, że tutaj nie musi tego robić. Zrobił parę okrążeń dookoła salonu, ale jego ojciec się nie pojawił. Drzwi do jego sypialni były zamknięte, więc może jeszcze spał. Przecierając swoje zmęczone oczy, Harry skrzywił się na ostry ból przeszywający jego lewą dłoń, po czym usiadł po turecku przed kominkiem, wpatrując się w żarzące się węgielki.

Być może ojciec gdzieś zafiukał.

Chwilę później, koło niego pojawiła się Nelli.

— Mistrzu Harry, mistrz Snape powiedział, żebyś poszedł na śniadanie, a później Nelli przez ten poranek będzie ci towarzyszyć.

Harry poderwał się na nogi.

— Dziękuję, Nelli. Gdzie on jest?

— Mistrz Snape rozmawia z dyrektorem Dumbledore'em. Mistrz Snape powiedział również, by Nelli upewniła się, że mistrz Harry założy ubrania odpowiednie do zabawy. Ale mistrz Harry nie może używać zranionej dłoni. Mistrz Snape przyjdzie ją zobaczyć jeszcze raz w czasie obiadu.

Harry westchnął krótko. Chciał mieć teraz przy sobie ojca, ale powiedział tylko: „Dziękuję". Spojrzał na swoją rękę, zastanawiając się, jak ona wygląda pod bandażami. Oprócz tego opatrunku, który miał na kostce, gdy obudził się w Spinner's End, Harry nie pamiętał, by kiedykolwiek miał bandaż. Używał koszulek, starych ręczników, a nawet podartych gazet, by opatrzyć cięcia i powstrzymać krwawienie, gdy musiał sam zatroszczyć się o swoje rany. To było dziwne, że ojciec zrobił to za niego. Ale miłe.

— Co mistrz Harry życzy sobie na śniadanie? — zapytała Nelli, bujając się na piętach.

— Hmmm... Nie jestem pewien — odpowiedział. — Tosty?

— Oraz jajka, szynka i sok, mistrzu Harry? — zasugerowała Nelli, potakując po każdym słowie.

Harry uśmiechnął się, gdy jego żołądek zaburczał zniecierpliwiony.

— Tak, poproszę. Dziękuję, Nelli.

Nelli uśmiechnęła się tak szeroko, że aż było widać zęby, i zniknęła z pyknięciem. Harry wrócił do swojego pokoju, by się przebrać. Wybranie ubrania było łatwe, odkąd ojciec pokazał mu, które są na co dzień, a które nie. Dobranie skarpetek i bielizny w ogóle nie zajęło mu czasu. Ale kiedy próbował zapiąć spodnie, jego zraniona ręka nie działała tak, jak chciał. Ból, który przeszył jego ciało, niemal wycisnął mu łzy z oczu. Zaciskając zęby, ponownie starał się zapiąć spodnie. Po prostu musiał zignorować ból, tak jak zawsze.

Z ostatnim ukłuciem bólu przełożył guzik przez dziurkę i odetchnął gwałtownie.

Już. Żaden problem.

Założył pulower, co nie stanowiło już problemu, i zszedł na śniadanie. Być może odrobinę spocony i z lekkimi zawrotami głowy, ale ubrany. Nelli już wróciła z większą ilością jedzenia, niż mógł sobie wyobrazić, że może zostać zjedzone. Skrzatka jednak upewniła się, by nie marudził nad jedzeniem i zjadł tosty z mlekiem lub sokiem, zanim pozwoliła mu odejść od stołu.

— Co mistrz Harry chciałby robić do obiadu?

— Możemy wyjść na zewnątrz? — Harry zapytał skrzatkę.

Nelli skoczyła z nogi na nogę.

— Nie na boisko, mistrzu Harry. Mistrz Snape mówi, mistrz Harry nie może na boisko bez...

— Jego zgody. Wiem o tym. Ale czy możemy po prostu iść na spacer?

— Och, możemy się przejść. Oczywiście, mistrzu Harry! Załóż swoje buty i możemy iść na zewnątrz, by iść na spacer.

Buty. Nie będzie w stanie ich zasznurować. Kiedy posiadał jedynie stare buty po Dudleyu, nie musiał się martwić o zawiązywanie i odwiązywanie sznurówek, ponieważ zawsze były one na niego za duże i po prostu wsuwał je na stopy. Spojrzał na Nelli i wziął głęboki oddech.

— Czy możesz mi pomóc?

Nelli uśmiechnęła się.

— Tak, mistrzu Harry! Nelli będzie ci pomagać przez cały dzień. Oto twoje buty!

W momencie, gdy miał na sobie buty, sznurówki same się zasznurowały. Sapnął, patrząc na to, po czym roześmiał się.

— To było niesamowite!

— Czy jesteśmy gotowi do wyjścia, mistrzu Harry?

— Tak, proszę, chodźmy.

Idąc przez lochy, jak je nazywał ojciec, dotarli okrężną drogą do głównych drzwi, znajdujących się w pobliżu Wielkiej Sali. Na zewnątrz świeciło słońce i chociaż było gorąco, wiał przyjemny wiaterek, dzięki czemu nie było upalnie. Harry zasłonił prawą ręką oczy przed słońcem i spojrzał w stronę lasu, gdzie zabroniono mu chodzić. Ale w jego pobliżu znajdowała się prawdopodobnie chata Hagrida, a on chciał spotkać pół-olbrzyma.

— Tędy! — krzyknął do Nelli i ruszył biegiem w dół zbocza. Słyszał za sobą jej krzyk, który stawał się cichszy, ostrzegający go, by na siebie uważał. — Będę. — Obiecał, przysuwając ranną rękę bliżej klatki piersiowej.

Usłyszawszy szczekanie psa, zanim jeszcze ujrzał chatę, zamarł w miejscu. Majcher! Zakradł się, o wiele wolniej niż wcześniej, do ostatniego wzniesienia z drepczącą koło niego, zmartwioną Nelli. Chata, w kształcie nieregularnego koła z okrągłym dachem, stała na krawędzi ponurego lasu. Z tyłu był umieszczony ogród i Harry uśmiechnął się, widząc, że żadna z tych roślin nigdy nie pojawiła się u Dursleyów. Już sam ten fakt sprawiał, że podobało mu się to miejsce.

Ale szczekanie psa było o wiele niższe i głośniejsze niż Majchra ciotki Marge, więc był pewien, że to nie on. Mimo tego, wciąż był ostrożny, gdy zbliżył się do chaty. Widząc, że drzwi są otwarte, przemknął się chyłkiem, by zajrzeć do środka.

Wtedy właśnie wielkie, brązowe coś ruszyło w jego stronę. Harry wyciągnął przed siebie dłonie, by zapobiec zderzeniu, ale nie za wiele mu to pomogło. Masa składająca się z futra, języka i śliny powaliła go na ziemię, liżąc go po twarzy. Mimo szoku nie mógł się nie roześmiać.

— Proszę, przestań! Och, stop!

— Kieł! — krzyknął ktoś. — Odejdź, ty wielka bestio. Co tam masz?

Z ostatnim obwąchaniem i liźnięciem aż po same czoło Harry'ego, ogromny pies zszedł z niego i okrążył, by podejść do OGROMNIASTEGO mężczyzny. Harry, leżąc na plecach, spojrzał w górę i w górę...

— Harry? — spytał mężczyzna. Na jego twarzy widniało zdziwienie. — To ty? Harry Potter?

— Harry Snape, proszę pana — powiedział Harry, wstając. Przetarł twarz rękawem koszuli, by zetrzeć z niej część śliny. To jest lepkie! Kieł opadł na ganek chaty, kładąc głowę na łapach. — Choć kiedyś nazywałem się Potter — przyznał.

— Ach, racja. Profesor wspominał o tym. — Mężczyzna uśmiechnął się i zrobił krok w stronę Harry'ego. Każda z jego dłoni była wielkości półmiska, a na stopach miał buty w rozmiarze kubła na śmieci. Jego broda wyglądała na tak dużą, że można byłoby z niej korzystać zamiast koca. — Zastanawiałem się, jak długo ci zajmie znalezienie drogi do mnie.

— Dopiero przyjechałem, proszę pana — powiedział Harry. — W piątek. A ojciec powiedział mi, że jesteś gajowym i że jesteś simpatyczny.

— Och, mów do mnie Hagrid, chłopaku. Co miał namyśli przez simpatyczny?

— Że jesteś miły, Hagridzie, proszę pana. Opowiadał mi wczoraj na dobranoc jak starałeś się zatrzymać Toksyczki. I jak chciałeś je mieć jako zwierzątka domowe, nawet gdy dyrektor chciał, by ich nie było i to było przyczyną zniszczenia ogrodów. To było wspaniałe!

— Cóż, to było dawno temu. — Hagrid zarumienił się odrobinę, ale wciąż był uśmiechnięty. — Chcesz herbaty, Harry?

— Tak, proszę pana!

— W porządku. Wchodź, a ja wstawię wodę. Kieł, rusz swój leniwy tyłek!