Rozdział 2

Hermiona z pyknięciem pojawiła się tuż przed bramą Hogwartu i odetchnęła z ulgą, gdy zauważyła, że wszystkie części ciała ma na miejscu. Ostatnim razem aportowała się kilka miesięcy wcześniej i nie była pewna, czy aby przypadkiem się nie rozszczepi. Ale podobno nie zapomina się tego tak samo, jak jazdy na rowerze. Zerknęła na zamek i uśmiechnęła się – tutaj czuła się jak w domu. Z daleka widziała basztę, w której znajdowała się jej sypialnia i od razu poczuła się lepiej. Na tyle, że zapomniała, że nie jest sama.

– Długo będziesz tak stać? – warknął Snape, stojący przy bramie szkolnej. – Nie mam czasu na twoje fanaberie.

– Przepraszam, panie profesorze.

Śmignęła koło niego przez bramę i poczekała, aż ją za sobą zamknie. Ruszył przed siebie długimi, szybkimi krokami i ledwo mogła za nim nadążyć. Wydawałoby się, że z dopiero co posklejanymi wnętrznościami powinien iść wolniej niż zazwyczaj, jednak pędził przed siebie ze stałą prędkością. Bez ociągania się weszła do holu szkolnego i przystanęła, niepewna co teraz.

– Zanieś bagaż do swojego pokoju – mruknął Snape. - Jak tylko to zrobisz, to przebierz się w swoje szaty robocze, weź rękawice i przyjdź do sali Eliksirów. Byle szybko!

Pokój wspólny Gryffindoru był przyjemnie znajomy, jednak nie mogła pozwolić sobie na chwilę odpoczynku. Wbiegła do sypialni i rzuciła swoje rzeczy na łóżko. Pokój jej, Parvati i Lavender był mały. Mieścił trzy łoża z baldachimami, trzy biurka z lustrami (chłopcy nie posiadali luster, widocznie Założyciele uznali, że nie potrzebują) i trzy szafy, więc największym problemem było lawirowanie między sprzętami i nie obijanie bioder o kanty. Nie bawiła się w porządek, tylko wypakowała swoje szaty i zaczęła się szybko przebierać. Wiele ze sobą nie miała – pidżama, trzy pary szat roboczych, rękawice ochronne, bielizna na zmianę, mydło, szampon, szczoteczka do zębów i pasta, ręcznik oraz kilka opasłych tomów dotyczących Eliksirów, które zabrała pamiętając, że jest tu głównie po to, by przeprowadzić badania nad eliksirem leczącym skutki Crucio. Wzdrygnęła się wspominając ten nieziemski ból. Musiała go znosić jedynie przez kilka minut, ale wydawało się to trwać godzinami.

Związała swoje bujne włosy gumką i szybko rzuciła okiem na lustro, czy żadne pasma się nigdzie nie zapodziały. Już kilka razy zepsuła eliksir tylko dlatego, że zbuntowany kosmyk wpadł do kociołka. Zdziwiła się widząc swoją twarz – od ponad trzech miesięcy nie spoglądała w lustro. Jej oczy wydawały się być jeszcze większe, cienie pod powiekami wydłużyły się. Była blada i wyglądała na zmęczoną.

– To pewnie z braku snu – westchnęła, po czym zaczęła biec w stronę lochów.

Od ponad miesiąca nie mogła dobrze spać, choć przypuszczała, że nie ona jedna zmagała się z tym problemem. Bała się o rodziców, o Harry'ego, Rona, Ginny, Weasleyów, Lupina, Tonks, Dumbledora, profesor McGonagall… A to był dopiero początek listy ludzi, których obawiała się stracić. I wszyscy pojawiali się w jej koszmarach martwi, gdy po prostu padała ze zmęczenia, a jej umysł nie był w stanie produkować kolejnej fali panicznych myśli o tym jak i kiedy można byłoby ich zaatakować tak, by wybić co do nogi.

Wpadła do sali Eliksirów i zatrzymała się gwałtownie, gdy usłyszała jakieś jęknięcie. Zdziwiona zajrzała do środka i oblała się rumieńcem – uderzyła drzwiami profesora Snape'a. Siedział właśnie na ziemi i pocierał czoło.

– Wejście smoka, Granger – warknął podnosząc się. Zauważyła, że nieco się krzywi i zalało ją poczucie winy. – Zamierzasz stać w drzwiach przez resztę nocy? Bo jeśli tak, to wracaj do Nory.

– Nie. Jestem tu, by panu pomóc.

– Wiesz, jak się warzy Veritaserum?

– Wiem.

– W takim razie zrobisz trzy kociołki.

– Przecież eliksir musi warzyć się miesiąc…

Zaczął siekać żuki i zaklął cicho pod nosem.

– Widać nie wiesz jednak wszystkiego – powiedział z przekąsem. – Zamiast muszek siatkoskrzydłych dodaj sproszkowane jajka muszek. Dzięki temu oszczędzasz na czasie i robisz eliksir w ciągu pięciu godzin. Kiedy dodasz jajka, to zostaw eliksir na najniższym poziomie wrzenia i zajmij się Wielosokowym. Wierzę, że wiesz, jak go zrobić. Zamiast skórki boomslanga wrzuć pokrojone w kosteczkę trzy na trzy na trzy mięso. Zresztą, zanim to dodasz daj mi znać, to dalej cię poinstruuję.

– Trzy kociołki?

– Tak.

Praca okazała się cięższa niż sądziła. Woda w kociołkach zaczęła parować i robiło jej się na przemian gorąco i zimno. Kroiła pieczołowicie owoce berberysu, obrywała malutkie ciernie głogu dwuszyjkowego, lekko drżącą ręką odmierzała krople jadu akromantuli, przypominając sobie opowieści Rona o Aragogu, i wrzuciła odpowiednią ilość sproszkowanych jajek.

– Profesorze, wrzuciłam jajka.

Obrócił się od swoich kociołków i podszedł do niej. Rzucił okiem i widocznie było dobrze, bo nie skomentował.

– Zamieszaj cztery razy zgodnie z ruchem wskazówek i raz w drugą stronę. Zrób tak pięć razy w odstępach trzyminutowych, po czym rzuć zaklęcie podane w tej książce.

Machnął różdżką i jeden z opasłych tomów wyleciał z jego gabinetu i ułożył się na stoliku obok niej, na odpowiedniej stronie. Zamieszała pierwszy raz i rzuciła okiem na zaklęcie, nastawiając odpowiedni czas na zegarku. Zaklęcie było dość skomplikowane, ale nie trudniejsze niż te, które trzeba było wypowiadać nad Eliksirem Wielosokowym. Przećwiczyła ruch nadgarstka i różdżka wyślizgnęła się z jej spoconych palców. Wyrwało jej się wyjątkowo paskudne przekleństwo i złapała się za usta. Snape lekko się obrócił i obdarzył ją morderczym spojrzeniem.

– Po pierwsze, zważaj na swój język, Granger, bo będę takie zachowanie odnotowywał i z nadejściem semestru odejmę wszystkie zebrane punkty Gryffindorowi. Po drugie, na stronie trzeciej masz zaklęcie na suchość palców. Powinno się przydać. I nie machaj różdżką, jak jakaś idiotka na Zaklęciach.

Zacisnęła szczęki, ale nic nie powiedziała. Nikt nie obiecywał, że będzie łatwo, a i tak nie było tak źle, jak się obawiała. Zamieszała drugi raz i przerzuciła na stronę trzecią, zaznaczając wcześniej zaklęcie potrzebne do Veritaserum zakładką zrobioną z liścia laurowego. Z suchymi palcami łatwiej jej było je rzucić, kiedy nadeszła pora. Jednak coś jej nie pasowało.

– Profesorze, jeśli dodamy jajka, to czy eliksir nie będzie słabszy?

Westchnął głośno, dając jej do zrozumienia, że została mu chyba zesłana jako kara za wszystkie grzechy, ale niechętnie odpowiedział.

– Będzie silniejszy. Dojrzałe muszki mają mniej soku. A jajka mają go pełno. Sproszkowane zachowują swoje właściwości. To powoduje, że eliksir łatwiej wpływa na umysł.

– Ale wciąż nie penetruje umysłów o silnej barierze?

– Chyba jednak przeceniłem twoje zdolności – powiedział jadowicie. – Powinnaś wiedzieć, że odpowiednio strzeżone umysły opierają się wszelkim miksturom i zaklęciom. Weź się za Eliksir Wielosokowy, nie mamy czasu na pogaduszki.

– Nie mieliśmy robić odtrutek i testerów?

– A myślisz, że co ja robię? Czapeczki dla skrzatów domowych na drutach?

Zignorowała przytyk do jej W.E.S.Z.

– Mieliśmy mieć taką samą pracę, profesorze. Pan wziął na siebie więcej.

– Nie więcej, tylko o wyższym stopniu trudności. Kiedy skończysz Wielosokowy zaczniesz robić testery, więc nie marudź. Odtrutki zostaw mnie. A teraz do roboty!

Machnął rękawem i dopiero teraz zauważyła, że się jeszcze nie przebrał.

– Dlaczego nie zmienił pan szat? Te są pocięte i zakrwawione – powiedziała niepewnym tonem.

– Od kiedy jesteś moją matką, Granger?! W mojej sali będę chodził tak ubrany, jak mi się podoba! A ty weź pochyl ten swój kudłaty, pusty łeb nad eliksirami, którymi masz się zająć!

Po ostatnim wrzasku złapał go atak kaszlu, ale wolała nawet nie proponować pomocy, bo sama skończyłaby w Skrzydle Szpitalnym. Zajęła się Eliksirem Wielosokowym i uśmiechnęła na wspomnienie drugiego roku, gdy warzyła go nielegalnie w toalecie dla dziewcząt. Później, gdy go wypiła, zmieniła się kota i do dziś brał ją śmiech na wspomnienie wesołego uczucia, jakim było posiadanie ogona i wąsów. Pokroiła w idealne kosteczki delikatne ciało boomslanga. Ciekawe, czy Snape wie, że to ona ukradła mu tę skórkę z magazynu? Kiedy skończyła obróciła się i wciąż rozweselona odezwała się.

– Boomslang, panie profesorze.

– I z czego tak się cieszysz? – warknął stając obok niej. Rzucił jej ponure spojrzenie, ale ona nie mogła opanować głupiego uśmiechu. Było jej zbyt wesoło. – Wrzucasz po kolei, nie więcej niż jedno na raz. Kiedy się zanurzy, możesz dodać następne. Teraz część cięższa. Dotąd muszki siatkoskrzydłe dodawało się na samym końcu. Jednak przez zmianę skórki na mięso wrzucasz muszki zaraz po wężu i dopiero wtedy mieszasz i rzucasz zaklęcie.

– Jest jakaś zmiana w mieszaniu lub zaklęciu?

– Nie. Kiedy to skończysz, zgaś płomień i dokończ Veritaserum.

– Jak?

– Traktuj je, jakby dopiero co stało przez miesiąc. Znasz zaklęcia końcowe, czy pożyczyć ci książkę?

Przy ostatnim zdaniu uśmiechnął się złośliwie.

– Dziękuję, profesorze, to wyjątkowo miło z pana strony, ale znam.

Nie mogła się powstrzymać i dopiero po chwili zdała sobie sprawę, że właściwie odpyskowała.

– Pierwsze pięć punktów od Gryffindoru. – Machnął różdżką i jego pióro na biurku zanotowało to. – Niech się pani nie krępuje. Nie ma dla mnie większej przyjemności, niż odbieranie punktów Gryffindorowi.

Chciała odpowiedzieć, że nie ma osoby, która by tego nie wiedziała, ale ugryzła się w język. Nie ma sensu mu podpadać. Skończyła oba eliksiry i przelała je do odpowiednich słoiczków, podpisując etykietki.

– Gotowe, panie profesorze. Co teraz?

Evanesco – rzucił i jej blat zrobił się czysty. – Testery są dość proste do wykonania, lecz żmudne.

Wszedł do magazynu i wrócił ze sporym koszem, który postawił na blacie.

– Co to?

– Potrzebujesz tego do testerów. Wiesz, jak się je wykonuje?

– Nie.

– Coraz bardziej mi się to podoba. – Kolejny paskudny uśmiech wykrzywił jego usta. – W tym koszu są wszystkie trucizny, jakie zna świat. Musisz obchodzić się z nimi wyjątkowo uważnie. Pokażę ci na jednym przykładzie, co będziesz robić z resztą.

Wziął pierwszą buteleczkę, na której było napisane Eliksir Smoczej Łapy. Nie brzmiało to strasznie, ale kiedy Snape wlał miksturę do kociołka, ta zaczęła wydzielać nieznośne ciepło i odór, od którego zapiekły ją oczy.

– To Smocza Łapa. Dość paskudna sprawa. Jedna kropla i człowiek umiera godzinami, mając wrażenie, że pali się od środka. Stawiasz obok drugi kociołek, ten będzie w sam raz. – Przywołał największy kociołek, jaki w życiu widziała. Kocioł byłoby lepszym określeniem. – Zaklęcie jest łatwe. Oriri purgatum. Zauważyłaś ruch, jaki wykonuje różdżka? Jak widzisz, nad eliksirem zbiera się srebrna powłoczka. To jest właśnie esencja wywaru. Przenosisz ją zwykłą lewitacją i wrzucasz do drugiego kociołka. Teraz jednak najcięższa część zadania. Musisz z powrotem wlać miksturę do fiolki.

– Jak? Chochla się spali.

– Zaklęciem, głupia dziewczyno – warknął. – Antelatum! – Mikstura oderwała się od dna i zawirowała w powietrzu. Snape wciąż trzymał fiolkę w palcach. Machnął różdżką i skierował rdzawą ciecz prosto do szklanego pojemniczka. – Musisz bardzo uważać. Potrzebne jest do tego pełne skupienie. Masz tu zaledwie dziesięć mililitrów, ale wypaliłoby ci to w dłoni dziurę, nim zdążyłbym ci pomóc.

– Tu naprawdę są wszystkie mikstury? Łącznie ze wszystkimi, które wymyślił Fekete?

– Masz problemy ze słuchem? Skoro powiedziałem wszystkie, to oznacza, że wszystkie. – Ruszył w stronę swojego stanowiska, wciąż marudząc. – Przy okazji, nie zadawaj mi przy każdej fiolce pytań o to, co się dzieje po jej zażyciu. Muszę się skupić na swojej pracy.


W jednym miał rację - była to żmudna praca. Wlać miksturę, rzucić zaklęcie, przenieść esencję do kociołka, wlać miksturę ponownie do fiolki. Większości nazw nie rozumiała – Bibulus Canaliae, Discoere, Extraho, Hic haec hoc i nawet jeśli była ciekawa, to wolała nie przeszkadzać Snape'owi. Większą część i tak zapamiętała, by później poszperać w Bibliotece, gdyby kiedyś jej się nudziło. Ale przy dwóch nie mogła się powstrzymać od pytań.

– Panie profesorze…

– Czego?!

– Dlaczego tutaj jest napisane Voluptas? Przecież to po łacinie „rozkosz", prawda?

– To naprawdę okrutny eliksir – parsknął Snape, ale Hermiona mogłaby przysiąc, że był rozbawiony. – To właśnie jeden z wynalazków Fekete. Uznał, że wzmożona rozkosz może doprowadzić do szaleństwa, a nawet śmierci.

– Hę? – Zaczerwieniła się, czując skrępowanie, ale wciąż nie rozumiała. – Jak to?

– Granger, nie zamierzam ci udzielać informacji na tego typu tematy – syknął. – Jeśli tak bardzo cię to interesuje, zwróć się do pani Pomfrey.

– Nie jestem pewna, czy dobrze myślę. Nerwy człowieka przewodzą każdy impuls do mózgu. Lekkie ich drażnienie powoduje przyjemność, więc jeśli to lekkie drażnienie będzie zbyt intensywne, to powoduje ból? Czy tak?

– Mniej więcej – burknął, obracając się do niej plecami i wiedziała, że to koniec dyskusji.

Za drugim razem przeczytała etykietkę kilkakrotnie, nim dotarło do niej to, co widzi.

– Co tutaj robi Potter?!

Snape drgnął, po czym obrócił się z nieprzeniknionym wyrazem twarzy.

– To akurat mój wynalazek, z którego nie jestem dumny.

– To znaczy?

– Pewnie wiesz od Pottera, że ja i jego ojciec nie darzyliśmy się miłością. – Skinęła głową. – Ten eliksir wymyśliłem jeszcze w szkole, a z nazwy możesz wywnioskować dla kogo był przeznaczony.

– Co… co się działo z osobą, która go zażyła?

– Nie musiała jej zażywać. Wystarczyło upuścić kroplę na ubranie, na włosy, na cokolwiek. To jest jak grzyb. Rozprzestrzenia się z zastraszającą prędkością pożerając ciało człowieka. Wyjątkowo żrący kwas, więc lepiej z tym uważaj.

Musiała chwilę odczekać, nim przelała go do kociołka. Nie mogły drżeć jej ręce. Wiedziała, że Snape był kiedyś Śmierciożercą, ale jakoś nie trafiało do niej to, że robił te wszystkie okropności, co inni. Miała jednak przed sobą namacalny dowód na to, że był zły. Bardzo zły. I nie bardzo wiedziała jak ma na to zareagować.

Przelała esencję do kociołka i z sercem w gardle rzuciła zaklęcie. Odetchnęła dopiero, kiedy zakorkowała i zapieczętowała fiolkę. Zdecydowanie wolała nie wiedzieć, jakie świństwo znajduje się w jej rękach.


Smocze Rękawice niejednokrotnie uratowały jej dłonie, jednak będzie najprawdopodobniej musiała kupić nową parę. Jedne eliksiry ją atakowały, inne wybuchały w najmniej oczekiwanych momentach. Jeden raz Snape musiał ją ratować podając odtrutkę, bo właśnie jedna z tych eksplodujących mikstur o wdzięcznej nazwie Zielona Radość niemal w całości wylała się na jej stopę. Zrzuciła szybko buta, patrząc jak pożerają go zielone ogniki i dopiero po chwili ogromny ból uświadomił jej, że kropla została na jej stopie. Płomień zaczął się rozszerzać, a ból był niemal równy temu, który odczuwała podczas Crucio rzuconego przez Bellatrix w zeszłym roku w Hogwarcie. Nie wiedząc o tym zaczęła krzyczeć i dopiero po jakimś czasie odczuła ulgę. Otworzyła oczy i pierwszym, co ujrzała, była blada twarz Mistrza Eliksirów. Snape właśnie wylał na jej stopę odtrutkę i teraz machał nad nią różdżką powodując, że naskórek powoli wracał. Kiedy skończył i pomógł jej usiąść na krześle otworzyła usta, żeby mu podziękować, jednak nie zdążyła.

– TY IDIOTKO! CZY JA CI NIE MÓWIŁEM, ŻEBYŚ UWAŻAŁA?! – ryknął tak, że nie tylko ona się zatrzęsła, ale nawet fiolki tuż za nią. Darł się tak z kilka minut, co oznaczało, że jego organizm ma się znacznie lepiej, i obrzucał ją takimi inwektywami, że nawet bracia Weasleyowie by się zarumienili. Wyrzucał jej lekkomyślność, pustogłowie, wodogłowie i wszelkie głowie, jakie przyszło mu na myśl. Kiedy przeszedł do stanu jej umysłu zgiął się w paroksyzmie bólu, ale kaszlał już bez krwi. Odetchnęła z ulgi – zarówno dlatego, że to oznaczało, że przestanie się drzeć, jak i dlatego, że przynajmniej nie krwawił.

Chwilami naprawdę tęskniła do jego chłodnej, w pełni opanowanej osoby, którą pamiętała z lekcji Eliksirów.

– Przez chwilę siedź tutaj i staraj się niczego nie zepsuć – zachrypiał, po czym spojrzał do koszyka. – Jeszcze jakaś godzina pracy nad tym ci została. Skończysz przelewać, rzucisz odpowiednią formułę i pójdziesz spać.

– Po co?

– A po co ludzie śpią? Właśnie po to, żeby nie popełniać takich kretyńskich błędów!

– A pan pójdzie spać?

– Nie. Mam zbyt wiele pracy.

– Więc ja również nie pójdę – powiedziała twardo i gdy tylko nabrał powietrza, dodała szybko – Profesor Dumbledore powiedział wyraźnie, że mamy mieć taką samą pracę. A pan wyraźnie zamierza robić coś, podczas gdy ja będę odpoczywać. Nie zgadzam się. Albo pan również się położy, co byłoby dobre dla pana organizmu, albo da mi pan kilka odtrutek, nad którymi będę pracować.

– Chciałbym zobaczyć, jak to mówisz Dumbledorowi – sarknął.

– Nie ma sprawy, pójdzie pan ze mną czy mam go tutaj przyprowadzić? – wstała niepewnie i ruszyła do drzwi. Głośne fuknięcie ją zatrzymało.

– Czterdzieści punktów od Gryffindoru!

– A niech będzie i sto, ale profesor Dumbledore o tym usłyszy. Więc jak robimy, profesorze?

Snape zacisnął usta tak mocno, że prawie nie było ich widać. Ledwo powstrzymała się od niecierpliwego tupania stopą - miała wrażenie, że użera się z nieco bardziej elokwentnym Ronem lub Harrym.

– Jak sobie chcesz. Trzy godziny snu, nie mniej, nie więcej. Potem wybierzesz się do Nory.

– Dlaczego?!

– Zamierzasz paradować w jednym bucie i zżartej do połowy nogawce? – Uśmiechnął się paskudnie, a w niej się zagotowało. Miała go serdecznie dosyć!

– Skoro pan paraduje w poszarpanej i zakrwawionej szacie, to nie mogę się wyróżniać nienagannym ubiorem.

– Mówiłem ci, żebyś nie robiła mi za matkę, Granger!

– A od kiedy pan robi za mojego ojca?!

– Mogę sobie chodzić po mojej sali, jak mi się podoba!

– Nie jesteśmy w trakcie lekcji i również mogę sobie chodzić, jak mi się podoba!

– Szacunek, Granger! Wynoś się stąd!

– Nie. A jeśli mnie pan wyrzuci, to pójdę prosto do Dyrektora. – Nigdy nie sądziła, że zatkanie Snape'a daje taką satysfakcję. Uśmiechnęła się szeroko i wróciła do kosza z fiolkami. Niestety, przeliczyła się.

– Granger, guzik mnie obchodzi co zrobisz. Jeśli po drzemce wrócisz mi tutaj w takim stanie, to możesz być pewna, że nie uda ci się przestąpić progu. – Jego głos był aż nazbyt spokojny i zdecydowanie miał niepokojące brzmienie. Tak, to właśnie był Snape, który siał postrach wśród uczniów. – Po drugie, albo będziesz zwracała się do mnie poprawnie, albo przestanę bawić się w punkty Gryffindoru i zacznę wymyślać szlabany dla twoich przyjaciół, Granger. Dwoje Weasleyów i Potter. Niewątpliwie będą ci za to wdzięczni. Po trzecie, przestaniesz mi grozić Dumbledorem, bo to się może skończyć źle jedynie dla ciebie. Rozumiemy się, Granger?!

Drgnęła i obróciła się. Patrzył na nią morderczym wzrokiem, którego nie mogła znieść.

– Tak, panie profesorze.

– Świetnie. Wracaj do pracy.

Powinna wiedzieć, że z nim nie pójdzie tak łatwo. Westchnęła i wzięła fiolkę z Eliksirem Nocnej Mary. Zawirował granatowo na dnie kociołka i zapachniał jej lawendą. Na wszelki wypadek odsunęła się nieco i dopiero wtedy rzuciła zaklęcie. Dwa ostanie eliksiry okazały się najtrudniejsze. Albo była to kwestia zmęczenia organizmu, albo trafiła na wyjątkowo paskudne mikstury. Pierwsza nie chciała oddać esencji, a druga próbowała ją zaatakować i uformowała się w dłoń. Z wysiłkiem zakorkowała ostatnią fiolkę i odwróciła się do Snape'a, ocierając dłonią pot z czoła. Była padnięta.

– Gotowe, profesorze.

Skinął głową, ale nie przestawał mieszać w swoich kociołkach. Oparła się o blat stołu i zapatrzyła na to, jak pracuje.

Był perfekcjonistą. Każdy ruch musiał być wykonany prawidłowo, każdy składnik obrany, pocięty, odmierzony co do milimetra. Musiała przyznać, że była pod wrażeniem. Wiedziała, że właśnie zaczęła pracę z jednym z najlepszych Mistrzów Eliksirów na świecie, ale mimo to nie mogła oprzeć się wrażeniu, że to, co dla niej byłoby wyjątkowo trudne, on robił jakby od niechcenia. Powodowało to, że poczuła chęć nauki, by być równie dobrą, jeśli nie lepszą. Musi się uzbroić w cierpliwość i to w całe jej pokłady. Snape właśnie zamieszał po raz ostatni odtrutki, po czym zmniejszył ogień pod kociołkami i podszedł do niej. Zajrzał do kotła, który do połowy był wypełniony srebrną mazią. Kilka razy machnął różdżką, a ona niemal zgrzytnęła zębami – mógłby nie używać zaklęć niewerbalnych.

– To na pewno wszystkie?

– Na pewno.

– W takim razie pozostało rzucić zaklęcie. Proces tworzenia testerów jest prosty. Kiedy mamy wszystkie esencje musimy połączyć je w jedno i odwrócić bieguny. Pierwszy proces trwa cztery godziny, akurat tyle, ile zajmie ci drzemka i wyprawa do Nory. Przy okazji uda ci się załapać na śniadanie u Molly. – Zerknął na zegarek. – Jest prawie piąta rano. Równo o dziewiątej chcę cię tutaj widzieć. Rzuć zaklęcie, które znajdziesz na stronie osiemset siedemnastej.

Machnął różdżką i kolejny wielki tom niemal zbił ją z nóg. Miała wrażenie, że słyszy złośliwy chichot, ale nie dała po sobie poznać, że ją to zdenerwowało. Zaklęcie nie było skomplikowane. Eliksir zaczął wirować i bulgotać. Snape rzucił okiem i skinął głową, po czym wrócił do swoich kociołków. Stanęła tuż przed nim.

– Nie pójdę, dopóki nie zabezpieczy pan eliksirów i też nie pójdzie.

W odpowiedzi dostała ponure spojrzenie, ale czekała następne kilka minut, w których dokończył mikstury i przelał je do słoiczków. Wyczyścił stanowisko pracy i machnięciem różdżki otworzył drzwi.

– Wynocha – warknął.


A/N: Dzielenie tego cholerstwa jest cięższe, niż sądziłam. Nie jestem do końca pewna czy lepiej dzielić na nieco krótsze rozdziały, czy też na dłuższe, ale obejmujące większą porcję akcji...

Następny rozdział powinien pojawić się jutro, ale nie jestem pewna. Środy są nieco... inne od kiedy w moim życiu pojawił się Bleach. Mogę więc być nieco zbyt oszołomiona tym, co się dzieje, żeby wrzucić kolejny rozdział xD