Rozdział 3

Hermiona ledwo dowlokła się do wieży. Wciąż w szatach padła na łóżko, nastawiła budzik i od razu zasnęła. Przynajmniej tym razem nie prześladowały jej wizje martwych ludzi. Widocznie była zbyt zmęczona, żeby śnić. Jednak kiedy o ósmej zabrzęczał dzwonek wstała bez problemów i zmieniła szatę wierzchnią na nową. Umyła szybko zęby, przeczesała włosy i pobiegła w kierunku gabinetu profesor Hooch. Zapukała i weszła. Profesor obróciła się od okna i uśmiechnęła.

– Nora?

– Tak. I za jakieś czterdzieści minut bym wróciła.

– Nie ma problemu. Kominki Dyrektora, Minerwy, Filiusa, Severusa, Poppy i mój są połączone z Norą w sposób całkowicie bezpieczny. Wskakuj.

– Dziękuję.

Weszła w płomienie, powiedziała: „Nora" i po chwili wyskakiwała z kominka państwa Weasleyów. Pani Weasley na jej widok niemal upuściła nóż.

– Hermiono, co ci się stało?!

– Mały wypadek przy pracy. Muszę się przebrać. Jest może jakieś śniadanie?

– Oczywiście, siadaj. Harry i Ron powinni zaraz zejść.

– A Fred, George, Bill, Charlie?

– Bliźniacy wrócili na Pokątną, Bill i Charlie są… poza domem.

Zrozumiała, że „poza domem" oznaczało jakąś misję zleconą przez Dumbledore'a. Nałożyła sobie dżemu pilnując zegarka. Chwilę później pojawili się jej przyjaciele. Pomachała im i uśmiechnęła się.

– Łał, wyglądasz okropnie.

– Dzięki, Ron. Też miło cię widzieć z samego rana.

Harry przyjrzał jej się uważnie.

– Snape cię nie męczy?

– Tylko trochę. Jesteśmy zbyt zajęci, żeby wymieniać się wątpliwymi uprzejmościami. I to jest profesor Snape, Harry.

– A co ci się stało w nogę?

– Wyobraź sobie, że odkryłam, że niektóre trucizny wybuchają – parsknęła i wzięła łyk herbaty. Harry sięgnął po grzankę i masło. – Ale ogólnie nie jest źle. Dużo się nauczyłam. O dziewiątej muszę z powrotem być w sali i dokończyć testery.

– Wyrobicie się do jutra? – Pani Weasley postawiła przed nią paszteciki.

– Ciężko powiedzieć. Profesor Snape zajmuje się odtrutkami, więc nie wiem jak mu idzie. Testery na pewno będą gotowe, jeśli tylko niczego nie popsuję.

– Ciężka praca? – Ron sparzył sobie palce o pasztecika i właśnie na nie dmuchał. – Wyglądasz, jakbyś z miesiąc nie jadła i nie spała.

– Nie jest łatwo. Ale jest to raczej stresujące niż ciężkie. Muszę uważać, żeby przypadkiem nie wylać sobie niczego na stopę czy rękę. A niektóre mikstury są wyjątkowo paskudne. – Skrzywiła się, bo przed oczami pojawiła się jej fiolka z napisem Potter. Dokończyła herbatę i zerknęła na zegarek. Miała jeszcze pół godziny. – Dobra, idę się przebrać. Za chwilkę wracam.

Wpadła do pokoju i omal nie zbiła z nóg Ginny.

– Wybacz! – Podskoczyła do szafy i wyjęła z niej dżinsy, a z szafki pod łóżkiem adidasy. Nie miała nic innego. Po namyśle zmieniła podkoszulek.

– Spałaś?

– Trzy godziny.

– Snape cię nie męczy?

– Czemu wszyscy pytają o to samo? – wydusiła spod zakładanej koszulki. – Nie męczy mnie bardziej niż zwykle. Chłopcy powiedzą ci resztę, bo muszę lecieć.

– Nie posiedzisz nawet trochę?

Ginny stała w pidżamie i patrzyła na nią smutno. Hermiona szybko ją przytuliła.

– Wybacz, ale jeśli nie chcesz, by mój skalp zawisł w lochach, to musisz mnie puścić. Jutro, jeśli uda nam się wyrobić w terminie, posiedzę dłużej.

Wróciła do kuchni i sprawdziła czas. Ósma czterdzieści.

– Jeszcze pięć minut z wami posiedzę i muszę znikać. – Usiadła na krześle i oparła się. – Plecy mnie bolą od tego stania.

– Mam maść na to – powiedziała mama Rona. – Jak następnym razem przyjdziesz, to ci ją wmasuję.

– Dziękuję, pani Weasley. Harry, ćwiczysz Oklumencję, prawda? Przed snem wyzbywasz się uczuć?

Chłopak pokręcił się na krześle wyraźnie unikając jej wzroku.

– Hermiono, to nie takie proste – wydukał w końcu. – Staram się, ale to zbyt trudne.

– A ty, Ron?

– Też się staram – mruknął. – Tylko niezbyt wiem, jak to zrobić. Poczekam do poniedziałku. Może Snape jakoś mi to wytłumaczy. Kurczę, dlaczego z nikim innym nie możemy mieć tych lekcji?

– Nie wiem, ale też wolałabym mieć je z Dumbledorem czy kimś innym, kto ma więcej cierpliwości.

– Kto ją w ogóle ma – zauważył Harry, czym doprowadził ich do śmiechu. Chcąc nie chcąc, wstała.

– Dobra, muszę iść. – Uściskała każdego z nich. – Dziękuję, pani Weasley za śniadanie.

– Jak będziesz chciała, to się pokaż. Zawsze będę trzymała coś ciepłego pod ręką.

– Dziękuję. Do zobaczenia. – Uśmiechnęła się i rzuciła proszkiem Fiuu. – Hogwart!

Ostatnim, co widziała były szerokie uśmiechy Rona i Harry'ego. Wyszła z kominka pani Hooch i otrzepała szatę z popiołu.

– Od razu lepiej wyglądasz, kiedy masz dwa buty. – Uśmiechnęła się czarownica. Była wysoka, szczupła i miała w sobie coś z sokoła. Możliwe, że były to żółte oczy albo kształt nosa. – Molly dała ci śniadanie czy chciałabyś się poczęstować?

Wskazała ręką na biurko, na którym stały grzanki.

– Dziękuję, pani profesor, ale już jadłam. Muszę iść do lochów.

– A, tak, tak. Jak znajdziesz chwilkę, to wpadnij do mnie na herbatkę. W wakacje jest mi tak nudno – westchnęła.

Hermiona ruszyła czym prędzej po schodach w dół. Na trzy minuty przed dziewiątą otworzyła drzwi od sali Eliksirów. Tym razem robiła to spokojnie – nie chciała wpadać jak po ogień. Snape'a jeszcze nie było. Rozejrzała się szybko i podeszła do jego biurka, na którym było mnóstwo papierów. Stare Proroki, jakieś listy i gdy zauważyła kilka kartek zapisanym ciasnym pismem Mistrza Eliksirów usłyszała zbliżające się kroki. Odskoczyła od biurka i oparła się o ławkę, przy której pracowała. Dosłownie sekundę później drzwi otworzyły się z rozmachem i Snape bez słowa wszedł do środka, zatrzaskując je za sobą. Wyjął różdżkę i podszedł do kotła.

– Część dalsza – powiedział jakby kontynuował wykład. – Odwracanie biegunów. Co to są bieguny?

– Kierunek składników wskazujący na przeznaczenie danego eliksiru. Bieguny są dwa- –negatywny i pozytywny. Negatywny to trucizny, pozytywny – inne eliksiry.

– Idealna formułka z Najsilniejszych Eliksirów, czyli książki, której nie powinnaś nawet tknąć końcem miotły. Mogę wiedzieć skąd ją miałaś?

Zaczerwieniła się z powodu własnej głupoty. Nie mogła mu powiedzieć, że w drugiej klasie wypożyczyła tę książkę, więc milczała.

– Mniejsza z tym. I tak się tego dowiem prędzej czy później– syknął przez zaciśnięte zęby. – Użyj tej swojej mózgownicy i powiedz mi, do czego nam odwrócenie biegunów.

– Nie sądzę, byśmy w pełni odwracali te bieguny – powiedziała powoli. – Raczej znajdziemy środek, miejsce neutralne. Testery mają jedynie wykryć obecność eliksirów nie wpływając na kogoś, kto by je wypił.

Snape'a widocznie nie zadowoliła jej gładka odpowiedź, bo nachmurzył się.

– Samo zaklęcie jest proste, ale do utrzymania go jest potrzebne absolutne skupienie. Czy będziesz potrafiła skupiać się tylko i wyłącznie na wypowiadaniu inkantacji przez trzy godziny?

– Trzy godziny?!

– Rozumiem, że mam sam to zrobić – mruknął i zaczął podwijać rękawy szat, więc szybko zaprotestowała.

– Nie, nie. Dam radę. Po prostu nieco mnie to zdziwiło.

– Niewiele eliksirów wymaga tak długiego czasu skupienia. Ostrzegam, że będziesz po tym wykończona – patrzył na nią tak, jakby oceniał czy się nadaje. Po chwili skinął głową. – Zaklęcie składa się z jednego zdania. Można ja wypowiadać na głos, ale znacznie łatwiej jest używać go jako niewerbalnego.

– Mam je powtarzać w myśli przez trzy godziny? I wykonywać za każdym razem odpowiedni ruch różdżką?

– Tak. Ruch wygląda w ten sposób.

Wykonał dwa powolne koła nadgarstkami, dźgnął różdżką niczym szpadą, po czym uniósł końcówkę do pionu. Powtórzyła ruch i ćwiczyła go tak długo, aż wydawał się jej naturalny.

– Jak brzmi zaklęcie?

Quod cibus est aliis, aliis est atrum venenum.

– To brzmi znajomo… Co dla jednych jest potrawą, dla innych jest czarną trucizną? Lukrecjusz? – parsknęła i uśmiechnęła się. – Całkiem ciekawy wybór zaklęcia jak na coś takiego.

– Ironia, nieprawdaż? – Przez chwilę miała wrażenie, że się uśmiechnął, ale gdy zerknęła drugi raz miał swój zwykły, skrzywiony wyraz twarzy. – Będziesz to powtarzała w umyśle jednocześnie wykonując ruchy, które ci pokazałem. Twoje… myśli będą musiałby biec dwutorowo.

– To znaczy?

Przywołał drugi, równie wielki kocioł, do pierwszego dolał jakiegoś specyfiku, aż eliksir sięgnął brzegu kociołka.

– Potrzebujemy tego naprawdę dużo, więc zrobimy dwa kociołki. To – potrząsnął buteleczką. – Eliksir Powiększania. Zwiększyłem objętościowo esencje. Połowę wrzucę do drugiego kotła.

– A to nie wpływa jakoś na ich jakość?

– Nic a nic. Kiedy będziesz rzucała to zaklęcie, esencje będą zmieniały kolory i objętość. Teraz już rozumiesz o co chodziło mi z dwutorowością?

– Tak. Dam radę.

Skinął głową, przeniósł połowę esencji do drugiego kociołka i obrócił się do niej.

– Na te trzy godziny będę musiał pozbawić cię słuchu.

– Że jak?! – Cofnęła się o kilka kroków, a on się wyraźnie zdenerwował.

– Nie bądź głupsza niż jesteś, Granger. Muszę wykonywać swoją pracę, a te odtrutki, które na dzisiaj zostawiłem często wydają różne dźwięki, które będą cię rozpraszać. A ty potrzebujesz PEŁNEGO skupienia.

– To skąd będę wiedziała kiedy miną trzy godziny?

– Położę ci dłoń na ramieniu i przywrócę słuch. Zaczynamy. – Skierował różdżkę w jej stronę i chwilę później poczuła się tak, jakby ktoś zatkał jej uszy kawałkiem ligniny. Starała się nie wpaść w panikę.

Zamknęła oczy, odetchnęła kilka razy i wykonała ruch różdżką całą swoją myśl skupiając na powtarzaniu: Quod cibus est aliis, aliis est atrum venenum, Quod cibus est aliis, aliis est atrum venenum, Quod cibus est aliis, aliis est atrum venenum…

Mięśnie się spięły, jedynie nadgarstek powoli się poruszał w sposób jakby machinalny. Wszystkim były dla niej te słowa, nic innego się nie liczyło. Jednocześnie zdawała sobie sprawę, że są dwa kociołki i w ich kierunku wysyłała te myśli.


Nie wiedziała, ile tam stała, ile czasu minęło, ale nic ją to nie obchodziło. Powtarzanie jednego zaklęcia w pełni ją pochłonęło. Po raz pierwszy od dawna czuła się tak spokojna. W tych słowach była moc, były wszystkim… Kiedy poczuła uścisk na ramieniu zrobiło jej się smutno, że musi przerwać. Po chwili wrócił jej słuch.

– Udało się?

– Udało – mruknął Snape i machnął różdżką w kierunku kotłów. Spojrzała i czuła, że opada jej szczęka. Z kotłów niemal się przelewała wodnista ciecz o lekkim różowawym zabarwieniu.

– W takim razie przeleję je do… no właśnie, do czego?

Machnął kolejny raz i z magazynu wyleciała duża ilość małych słoiczków z dzióbkiem.

– Dziwne, pierwszy raz coś takiego widzę. – Złapała jedną w locie i przyjrzała się.

– To są skraplacze. Bardziej poręczne niż pipety. Policzyłem ilu mamy członków Zakonu i członków ich rodzin. Czterysta dwadzieścia dwie osoby. Każde z nich dostanie jeden taki skraplacz do ręki. Jeśli nie będą szaleć, to starczy im na pół roku. Po kropli na dowolną ilość wody.

– Czyli pani Weasley na przykład, będzie mogła jedną kroplą sprawdzić wodę w studni?

– Czyżby twój słuch nie w pełni wrócił? – warknął. – A teraz usiądź na chwilę, bo jeszcze coś sknocisz.

– Czuję się dobrze, panie profesorze.

– Tak? – Uniósł brew. – A zrób krok do przodu.

Próbowała podnieść stopę, ale skończyło się to bliskim spotkaniem trzeciego stopnia z kamienną posadzką - boleśnie uderzyła w nią kolanami, a następnie nosem. Kiedy oparła się na rękach czuła, jak drżą.

– I co? Wciąż czujesz się dobrze, Granger? – Zabrzmiał nad nią ociekający jadem głos.

– Skoro wiedział pan, że tak to się skończy, to dlaczego mnie pan nie złapał?

Była zła, wyjątkowo zła, ale powstrzymała się od dodania kilku ciekawszych zdań, które cisnęły się jej na usta.

– Nic by to nie dało. Powinnaś wiedzieć, że w pewnych kwestiach mam rację. A teraz podnieś się i usiądź na krześle.

Pięć razy próbowała wstać i nie mogła – jej ręce drżały jak w febrze, a kolana były jak z waty. W końcu poddała się i położyła na ziemi. Było jej nieco zimno, ale za to odczuwała błogie rozluźnienie i głęboką satysfakcję. Nie wierzyła, że uda jej się ukończyć testery. Dotychczas skupiała się najwyżej pół godziny i nie sądziła, że tak łatwo jej pójdzie. Bała się, że coś popsuje i będzie musiała zaczynać od nowa. Coś zaszeleściło koło jej prawego ucha, więc uchyliła oczy i prawie wrzasnęła ze strachu. Snape pochylał się nad nią z wściekłością wymalowaną na twarzy.

– Czyżby coś poszło nie tak, Granger? Jesteś słabsza, niż sądziłem. Wydawało mi się, że Gryfoni nigdy się nie poddają.

– Bo tak jest. Ja jednak postanowiłam sobie odpocząć w ten sposób. Sufit jest całkiem przyjemny. Przerwał mi pan podziwianie.

– Na mój gust, to ucinałaś sobie drzemkę.

– Jak sądzę, ma pan ważniejsze rzeczy do robienia, niż nabijanie się ze mnie.

– Dziesięć punktów od Gryffindoru, Granger. I jeśli się nie podniesiesz, pan Potter zarobi szlaban na pierwszy mecz Quidditcha.

Zacisnęła zęby i próbowała się podnieść, ale wciąż była zbyt słaba.

– Zamiast stać i się uśmiechać – mruknęła – mógłby mi pan pomóc.

– Trzeba było od tego zacząć. – Złapał ją za łokieć i podniósł do pionu, po czym podprowadził do krzesła i dopilnował, by usiadła. – Jednak za pierwszą część zdania pan Potter zarobił właśnie szlaban z Filchem w pierwszą sobotę września.

– Nie może pan!

– Powtórz to jeszcze raz, a dowiesz się, ile jeszcze mogę zrobić – warknął. Po chwili podał jej kubek z parującą zawartością. – Eliksir Pieprzowy. Powinien zadziałać w pięć minut. Nie mamy czasu na zbijanie bąków.

Połknęła napój jednym haustem, co było błędem, bo zapiekło ją w przełyku i zaczęła kaszleć. Przeszło jej dopiero po jakimś czasie. Złapała powietrze i poczekała, aż poczuje powracające siły.

– Czy zmiana Wywaru Tojadowego pomoże Billowi, panie profesorze? – Wyrwało się jej pytanie, a plecy Snape'a wyprostowały się.

– Tak, Granger, pomoże. Zamknij się teraz, bo jak sobie wyleję ten eliksir na dłoń, to możesz być pewna, że wylądujesz w Skrzydle Szpitalnym przede mną.

Odpowiedziałaby, gdyby nie chciała dokładać Harry'emu lub Ronowi szlabanu. Będzie musiała poinformować przyjaciela o tym, że przez jej niewyparzony język będzie miał zajętą już pierwszą sobotę. Westchnęła ciężko i na próbę wstała. Nogi lekko drżały, ale stwierdziła, że da radę.

– Ile testera do każdego skraplacza?

– Po dzióbek.

– Chochlą czy zaklęciem?

Machnął różdżką i dziwna chochelka omal nie uderzyła jej w czoło.

– To jest idealna głębokość – powiedział, krojąc traszkę. – Ta chochelka ma lejek, więc staraj się nie uronić ani kropli.

Zacisnęła mocno zęby i nabrała powoli eliksiru. Był bardzo wodnisty i przelewał się bez problemu. Wpadła na pewien pomysł.

– Ma pan może drugą taką chochlę?

Tym razem nie udało jej się złapać, więc oberwała czoło i dosłyszała złośliwy chichot.

– Bardzo śmieszne, panie profesorze – warknęła. Jak należało się spodziewać, Gryffindor ucierpiał na tym kolejne pięć punktów. Zaczarowała chochelkę i skraplacze tak, by działo się z nimi dokładnie to, co z tymi, które trzymała w ręce. Fiolki unosiły się synchronicznie, chochle zanurzały się w dokładnie ten sam sposób i przelewały eliksir. Dzięki temu skończyła dwa razy szybciej, a i tak zajęło to ponad cztery godziny.

– Panie profesorze, zostało jeszcze trochę testerów, a skończyły się skraplacze.

– Już?

Nie mogła powstrzymać uśmiechu, na zdziwienie, które pojawiło się w jego głosie. Podszedł i spojrzał niepewnie na skraplacze, po czym zajrzał do kotłów.

– Przekażę to skrzatom domowym w Hogwarcie.

– To wspaniale! – wykrzyknęła Hermiona. – Przynajmniej się nie potrują!

Zaczęła z radości kiwać się na piętach i ostatkiem sił powstrzymała się od radosnego pogwizdywania. Snape patrzył na nią, jakby postradała rozum, a jej coś się przypomniało.

– Jak Hogwart zostanie pod tym względem strzeżony? Profesor Slughorn wspominał coś o kratce magicznej, ale nie sądzę, żeby był to dobry pomysł.

– Horacy ma wiele pomysłów, ale żaden z nich nie jest dość dobry – mruknął Snape i podał jej jeden skraplacz. – Ten jest twój. Noś go zawsze przy sobie i zanim coś wypijesz, dodaj do tego jedną kroplę. Jeśli będzie zatrute, wtedy zacznie świecić szmaragdowo. Jeśli napój będzie czysty, wtedy nic się nie stanie.

– Jak widoczne jest to świecenie?

– Dość widoczne, żebyś nawet spoza swoich kudłów to zobaczyła.

Zignorował jej ponure spojrzenie i podał jej pergamin.

– To lista wszystkich członków Zakonu i ich rodzin. Opisz każdą fiolkę imionami i nazwiskami. Następnie udaj się z tym do Nory, wytłumacz Molly jak się tym posługiwać i poproś ją, żeby rozdała to adresatom.

– Jak mam się z tym zabrać?

– Wymyśl coś.

Wypisywanie nazwisk zajęło jej dwie godziny, po których rozbolały ją palce. W magazynie znalazła pusty kosz i włożyła do niego wszystkie fiolki. Nie bała się, że się potłuką, bo już wcześniej zauważyła, że jest rzucone na nie zaklęcie nietłukące. Zmniejszyła kosz do wielkości kostki domino i ruszyła do drzwi. Gdy dotykała klamki Snape odezwał się do niej cicho.

– Zjedz u Molly kolację, Granger. Nie chcę, żebyś padła.

– Nie jestem taka delikatna, profesorze.

Obrócił się do niej i dopiero teraz zwróciła uwagę na to, że miał na sobie nową szatę.

– Nie kłóć się ze mną w tak błahych sprawach, Granger! – krzyknął i uderzył dłonią w biurko.

Zaschło jej w ustach. Wściekły Snape to nie było ani miłe, ani rzadkie zjawisko, jednak wciąż potrafił wywołać u niej gęsią skórkę. Machnął różdżką i w chwili, gdy otworzyły się drzwi poczuła, jak silny podmuch wiatru wyrzuca ją na korytarz. Gdy obróciła się, by powiedzieć mu to, co miała na myśli, drzwi z hukiem się zatrzasnęły. Po chwili namysłu doszła do wniosku, że na jej korzyść – straciłaby następne punkty. Ruszyła nabuzowana w kierunku gabinetu profesor Hooch, gdy natknęła się na profesora Flitwicka.

– Och, panna Granger, dobry wieczór – Uśmiechnął się szeroko na widok jej wściekłej miny. – Jak rozumiem, Severus daje się pani we znaki?

– Mało powiedziane – westchnęła, po czym powiększyła koszyk i wygrzebała fiolkę z nazwiskiem małego czarodzieja. – Tester dla pana, panie profesorze. Oraz dla pana rodziców i rodzeństwa. – Wyciągnęła pięć następnych.

– Och, już gotowe? – pisnął i podskoczył z uciechy. – To wspaniale, to wspaniale. Właśnie idę do Minerwy i Albusa. Masz może również dla nich?

Znalazła następne, dodała do tego fiolkę przeznaczoną dla Aberfortha Dumbledora. Od razu wyciągnęła te dla profesor Hooch i jej rodziców. Czarownica ucieszyła się.

– Szybko wam to poszło, moja droga. – Uśmiechnęła się energicznie. – Molly ma dziś na kolację paszteciki i mięso z indyka. Boi się podawać cokolwiek innego, bo wydaje jej się, że cała woda jest zatruta. Idź do niej szybko, bo się kobieta wykończy nerwowo.

W Norze było pełno członków Zakonu i Hermiona wychodząc z kominka, omal nie wpadła na Billa.

– Hermiono. – Uśmiechnął się. – Wyglądasz okropnie.

– Czy takie powitania są u was rodzinne? – Zaśmiała się. Lubiła najstarszego Weasleya. Jako jedyny ze swoich braci najpierw myślał, a dopiero potem działał.

– Pewnie tak. Ale naprawdę wyglądasz nieciekawie.

– Cóż, od wczoraj praktycznie zamieszkałam w pracowni Eliksirów. A wierz mi, że nie jest to najbardziej słoneczne miejsce w zamku.

– Domyślam się. – Rozejrzał się i złapał ją za ramię, po czym wyszeptał – Czy ten cały Wywar Tojadowy z zawilcem, o którym gada Horacy będzie w stanie mi pomóc?

– Tak. Pytałam dziś profesora Snape'a i powiedział, że zadziała.

Mocno ją przytulił i pogłaskał po głowie.

– Dziękuję, dziękuję – wyszeptał żarliwie. – Nawet nie wiesz, jak okropnie się poczułem, gdy się dzisiaj obudziłem. Parszywie, naprawdę parszywie. I… wiem, że ten zawilec to twój pomysł. Dziękuję, mam u ciebie dług.

– Daj spokój, Bill. – Zaczerwieniła się. – Jeszcze Fleur mnie przeklnie.

Zachichotał.

– Nie byłoby to takie dziwne.

– Jesteś gorszy od Rona – parsknęła, po czym podeszła do stołu i uśmiechnęła się do wszystkich. – Święty Mikołaj w lipcu! Mam testery.

Jak należało się spodziewać wybuch radości wstrząsnął kuchnią pani Weasley.

– Spokojnie, po kolei. – Powiększyła kosz i po kolei wyjmowała fiolki. – Jedną kroplę dodajecie do napoju, który zamierzacie wypić i jeśli zacznie świecić szmaragdowo to oznacza, że jest zatruty. To tester na wszystkie znane w naszym świecie trucizny. Tak, Ron, na wszystkie. Nie potrzeba więcej niż jednej kropli, Hanno. Tak, na pewno. Lavender. Remus. Tonks. Pan Weasley. Szalonooki. Ron. Harry…

Rozdała prawie setkę i dopiero wtedy podeszła do pani Weasley i podała jej powiększony skraplacz. Snape nie musiał o tym wiedzieć, ale dla pani Weasley zrobiła większy i dolała więcej mikstury.

– Niech pani trzyma to w sekrecie przed profesorem Snape'em – wyszeptała. – Wiem, że będzie go pani używać przynajmniej osiem razy dziennie, więc potrzebny pani większy. I naprawdę jedna kropla wystarczy.

– Dziękuję. – Przytuliła ją i schowała swoją fiolkę do fartucha. – Usiądź i zjedz coś. Pewnie śniadanie było ostatnim posiłkiem?

– Tak. Nie miałam czasu na nic innego niż testery.

– Zrozumiałe. A co z odtrutkami?

– Nie wiem. Profesor Snape się nimi zajmuje. Prosił, żeby przekazała pani testery, które zostały, odpowiednim osobom. – Wyjęła pergamin z kieszeni. – Tu jest lista, którą należy zniszczyć, gdy tylko zostanie oddana ostatnia fiolka. I oczywiście do tego momentu nie wolno jej ani na chwilę spuścić z oka. Skreśliłam nazwiska osób, których fiolki zostały już oddane.

– Nie ma problemu. A teraz zjedz coś.

Usiadła i dopiero wtedy poczuła jaka była zmęczona. Oparła się o Harry'ego i, nie wiedząc kiedy, przysnęła.


Ktoś nią szarpał, mocno ściskając za ramiona. Otworzyła niechętnie oczy.

– Ron, nie targaj mną.

– Od godziny śpisz. Chyba musisz wracać do zamku, co?

Podskoczyła i rozejrzała się nieprzytomnie. Członkowie Zakonu uśmiechali się do niej wyrozumiale.

– Dopiero teraz mnie obudziłeś?! Och… Już jestem martwa!

– Hermiono, zjedz coś!

– Pani Weasley, nie zdążę. Niech mi pani zapakuje. – Złapała pakunek, zmniejszyła go i wbiegła do kominka rzucając: „Hogwart!".

– Gdzie się tak spieszysz? – Pani Hooch popijała herbatę i czytała jakąś książkę.

– Zasiedziałam się i profesor Snape mnie zabije.

Pani Hooch zachichotała i coś powiedziała, ale Hermiona już nie wiedziała co. Pędziła w kierunku lochów i powoli otworzyła drzwi. Snape obrócił się do niej i spojrzał z paskudnym uśmiechem.

– Dobrze się spało?

– Ja… przepraszam. Nawet nie wiedząc kiedy… Nie chciałam.

– Zdążyłaś coś zjeść?

– Nie, ale wzięłam z sobą.

– To zjedz.

Hermiona powiększyła paczkę, w której było dwanaście pasztecików i niemal połowa indyka.

– Panie profesorze…

– CZEGO, GRANGER?! Jestem zajęty!

– Tego jest za wiele dla jednej osoby.

Obrócił się i zamierzał pewnie rzucić jakimś wrednym tekstem, ale wyraźnie usłyszała burczenie w jego brzuchu, gdy spojrzał na paszteciki. Starała się utrzymać powagę. Obrócił się do kociołków, zmniejszył ogień, oczyścił dłonie i dopiero wtedy podszedł do stolika.

– Herbaty?

– Słucham?

– Czy chcesz herbaty, Granger?! – warknął. – Dlaczego ja zawsze muszę powtarzać?!

– Dziękuję.

Wzruszył ramionami i machnął różdżką w kierunku biurka. Po chwili pojawiły się tam dwie filiżanki, które lewitował na stolik. Usiadł na blacie i sięgnął po pasztecika. Hermiona w tym czasie użyła swojego skraplacza i westchnęła z ulgą, gdy herbata pozostała taką, jaka była.

– Nie musisz marnować tego w Hogwarcie – burknął Snape, gdy przełknął kęs. – Skrzaty domowe dostały już resztę eliksiru i przed podaniem jakiegokolwiek napoju sprawdzają go.

– Ale to oznacza dla nich więcej pracy.

– I co z tego? One to lubią.

– Jasne. I dlatego trzeba dodawać im obowiązków.

– Szacunek, Granger – warknął i omal nie zadławił się indykiem. Musiała spojrzeć w bok, bo jej uśmiech na pewno mijał się z szacunkiem. Odkaszlnął i dopiero wtedy mówił dalej. – Nie rozumiem skąd wzięło się to durne przekonanie w twojej głowie, że one są niewolone. I skąd wyskoczyła ta wesz.

– Nie wesz, tylko W.E.S.Z! Co wszyscy z tą wszą?!

– Sama narzuca się na myśl. Trzeba było wymyślić inną nazwę. Widocznie nie jesteś na tyle bystra.

– Nie zamierzam z panem na ten temat dyskutować – mruknęła, a Snape parsknął.

– I dobrze.

Jedli w ciszy. Hermiona rzucała Snape'owi nieprzyjemne spojrzenia życząc mu z całego serca, żeby się udławił. W.E.S.Z było jej tworem i nadzieją, że durni, zacofani czarodzieje jak ten, co właśnie zżerał ósmego pasztecika, zrozumieli, że skrzaty domowe potrzebują wolności. Muszą zrozumieć, że mają wybór i zamiast poddaństwa, może być zatrudnienie. To nie do pomyślenia, że pracowały do późnej starości i czarodzieje zabijali je, kiedy nie były w stanie służyć. Przypomniały jej się głowy skrzatów wiszące na Grimmauld Place 12 i ze złości źle wbiła widelec w indyka i w efekcie tłuszcz prysnął jej prosto w oko.

– Auć! – Zaczęła wycierać oko, które jej łzawiło i zdziwiła się, gdy usłyszała jakiś dziwny odgłos. Spojrzała podejrzliwie na Snape'a i z oburzeniem odkryła, że dosłownie dusi się ze śmiechu. – No wie pan co! Ja prawie oślepłam, a pan się ze mnie śmieje!

– Nie bądź taka dramatyczna, Granger – warknął już normalnym tonem, ale uśmiech wciąż czaił mu się w kącikach cienkich warg. – Poza tym faktycznie nie powinienem się śmiać. – Spojrzała zszokowana, by po chwili zacisnąć zęby. – Gryfoni słyną ze swojej ślepoty. Prawdziwa, czy mentalna… co za różnica?

Zeskoczył ze stołu i energicznie podszedł do swojego stanowiska.

– Gdy skończysz jeść weźmiesz się za Amortencję.

– Amortencję?!

– Nie znoszę powtarzać, Granger! – krzyknął. – Tak, Amortencję!

– Ale po co Zakonowi Amortencja?!

– Jak to mówi mugolskie powiedzenie: łatwiej łapać muchy na miód niż na ocet.

– Ale… to okropne!

– Oczywiście, że tak. Żadna ze stron nie gra do końca fair.

– To… wstrętne, panie profesorze. Niech pan sobie wyobrazi, że musi pan być przywiązany do osoby, której pan nie znosi i udawać miłość. Albo jeszcze gorzej! Obudzić się po długim czasie w objęciach wroga!

Wzdrygnęła się i skrzywiła.

– Cóż, do ciebie należy jedynie uwarzenie tego eliksiru – syknął. – Nie powinno cię interesować jego przeznaczenie.

– Tak jest, panie profesorze – mruknęła wściekła.

Poszła do magazynu i zaczęła zbierać odpowiednie składniki, jednocześnie przyglądając się temu, co było na półkach. Nie miała czasu, by zastanowić się nad eliksirem łagodzącym bądź leczącym skutki klątwy Cruciatus. Kiedy Snape skończy te odtrutki, na pewno będzie miała więcej czasu dla siebie.

Coś jej nie pasowało. Nie znalazła kilku ingrediencji, których potrzebowała. Wyniosła to, co miała i położyła na stole.

– Profesorze, nie mogę znaleźć sproszkowanego rogu jednorożca i skrzydeł wróżek.

– Oczywiście, że nie możesz, bo są pod kluczem – sarknął, ale po chwili westchnął. – Jednak spędzisz tutaj cały rok, więc żebyś mi nie zawracała co chwilę głowy, dam ci hasło.

– Jak ono brzmi?

Rzucił Muffliato.

– O takich rzeczach, głupia dziewucho mówi się przy odpowiednich zabezpieczeniach – warknął. – Hasło to Kocham Pottera.

Hermiona otworzyła szeroko usta i czuła, że jej oczy robią się z chwili na chwilę coraz większe. Snape ze swoim zwykłym, złośliwym uśmieszkiem obserwował jej reakcję.

– Wyglądasz, jak mugolskie wyobrażenie o kosmitach, Granger. Nie dosłyszałaś i znowu mam powtarzać?

– Dlaczego coś tak… eee… niespodziewanego?

– Właśnie dlatego, że jest niespodziewane. Kilku uczniów próbowało dostać się do co ciekawszych zbiorów i próbowali odgadnąć moje hasło. Jak możesz się domyślić, nie udało im się.

– Nie dziwię się. Dobra, akurat coś takiego przejdzie mi przez gardło. – Obróciła się i poszła do magazynu, święcie przekonana, że się z niej nabija i niechętnie powiedziała. – Kocham Pottera.

Ku jej zdziwieniu w ścianie pojawiły się drzwiczki i otworzyły się. Znalazła wszystko, czego potrzebowała. Ciekawe, ile jeszcze miał tych skrytek w magazynie i jakie strzegły ich hasła...


Kiedy już wzięła się do pracy i musiała przyznać, że to jeden z przyjemniejszych eliksirów, jakie dotąd warzyła. Żadnego robactwa, żadnych szczurów czy żab, tylko płatki kwiatów i same przyjemne dla oka składniki.

Zaczęła cicho podśpiewywać i kiwać się na piętach, uśmiechając się. Zamieszała wodę ze źródła wodników wraz z roztartymi płatkami róż. Powąchała i zachichotała – poczuła znajomą woń pergaminu. Im bliżej końca, tym bardziej była radosna. To było najweselsze pięć godzin jej życia. Mieszając ostatnie sześć razy nie ograniczyła się do cichego podśpiewywania wszelkich melodii, jakie przyszły jej do głowy, tylko głośno śpiewała „Fell in love with an Alien", po czym po każdym refrenie wpadała w niekontrolowany chichot.

Pergamin, świeżo skoszona trawa i szampon, którego używał Ron – wyraźnie to wyczuwała. Zaśmiała się głośno w połowie zwrotki na wspomnienie jego pocałunków i pieszczot. Nie rozumiała dlaczego czuła te zapachy, skoro osoba, z którą były związane nie wywoływała w niej żadnego podniecenia.

Rzuciła Finito i radością obserwowała, jak Amortencja przybiera wściekle różowy kolor, który wzbudziłby zachwyt Umbridge, która kochała wszelkie odcienie różu. Pochyliła się nad kociołkiem i wdychała znane zapachy, wciąż chichocząc. Potem cofnęła się nieco i przywołała słoik, do którego przelała wciąż gorącą miksturę. Amortencji nie wolno było podawać na zimno, wtedy traciła swoją moc. Rzuciła zaklęcie podtrzymujące temperaturę i radośnie okręciła się wokół własnej osi. Rzuciła Evanesco, które wyczyściło jej kociołek i stół, po czym odesłała pozostałe płatki róż. Dopiero kiedy to zrobiła dotarło do niej, że od pięciu godzin zachowuje się zdecydowanie niepoważnie, a nie jest w tym pomieszczeniu sama. Niepewna, co ujrzy, powoli się obejrzała. Snape stał oparty o blat biurka i złośliwy uśmieszek pełgał mu po ustach.

– Zastanawiałem się, ile czasu ci zajmie przypomnienie sobie, że tutaj jestem – parsknął. – To był najciekawszy sposób warzenia Amortencji, jaki kiedykolwiek widziałem, nawet jeśli makabrycznie fałszujesz.

– Przepraszam. Nieco mnie… poniosła euforia.

– Nie wątpię.

– Przeszkadzałam panu w pracy? – Skrzywiła się i oczekiwała krzyków, ale otrzymała spokojną odpowiedź.

– Nie. Dwie godziny po tym jak zaczęłaś, ja skończyłem.

– To dobrz… Zaraz! Czyli od trzech godzin robiłam z siebie idiotkę?!

– Tak właściwie od pięciu, chociaż ostatnia godzina była najweselsza – parsknął śmiechem, a ona wciąż miała zbyt dobry humor by sobie go psuć.

– Miło mi, że dostarczyłam panu rozrywki. – Uśmiechnęła się wesoło.

– Cóż takiego czułaś, że tak cię to rozbawiło, Granger?

– Nie mogę powiedzieć. To tajemnica. – Pokręciła głową, a po chwili przekrzywiła ją. – A pan? Co pan czuje?

– Wiecznie te pytania – mruknął, ale spojrzał na nią poważnie. – Nic. Dla mnie Amortencja nie ma zapachu od ponad dwudziestu lat.

– Hę? To w ogóle możliwe?

– A dlaczego nie?

– Przecież… Amortencja dla każdego pachnie tym, co wydaje mu się najatrakcyjniejsze. Decyduje o tym nasz zmysł węchu i mózg. To nie jest zależne od świadomości. Więc nawet jeśli ktoś zakłada, że żaden zapach nie wzbudza w nim… radości, to i tak ten eliksir powinien mu czymś pachnieć. Może ma pan problem z węchem?

– Dziękuję, ale mój nos ma się dobrze. – Snape uśmiechnął się paskudnie. – Masz za dużą głowę, Granger. Niektórych rzeczy nie da się naukowo wyjaśnić. Przyjmij, że Amortencja nie ma dla mnie zapachu.

– Albo pan kłamie. – Spojrzała na niego uważnie i dopiero po chwili skinęła głową. – Nie. Wierzę panu. Widocznie magia nie jest tak logiczna, jak mi się zdawało.

– Tu nie chodzi o magię, panno Granger. Po prostu są ludzie, którzy nie mają ulubionego zapachu. Moody także do nich należy.

– Bo on prawie nie ma nosa – bąknęła. – No, dobrze. Zakładając, że tak jest, to jaka może być tego podstawa?

– Brak uczuć?

– Haha, bardzo śmieszne, profesorze. – Podparła brodę dłonią i przyglądała mu się uważnie. Po chwili podeszła bliżej, machnęła różdżką tuż pod jego nosem. Podskoczył i złapał się za niego.

– Co to, do diabła, ma być?! Śmierdzi!

Uśmiechnęła się.

– Sprawdzałam, czy zapachy mają dla pana jakieś znaczenie. Skoro rozpoznaje pan smród od normalnego zapachu, to nie jest to brak uczuć ani kwestia nosa.

– Pięć punktów! Co to było? – Masował sobie nos, co było całkowicie zrozumiałe. Powstrzymując się od chichotu powiedziała:

– Bąki trolla.

– Powinienem odjąć pięćdziesiąt – warknął. – Skończyłaś z eksperymentami?

– Nie, jeśli pan profesor pozwoli chciałabym spróbować jeszcze jednej rzeczy.

Spojrzał na nią jadowicie, ale też z lekkim zainteresowaniem.

– Żadnych trollowych zapachów?

– Żadnych, ale będę potrzebowała pański włos.

– Voodoo nie jest dobrym pomysłem.

Zaśmiała się głośno.

– Nie zamierzam bawić się w voodoo. Mogę?

Wyrwał sobie jeden włos i jej podał.

Zapaliła ogień pod kociołkiem i weszła do magazynu. Kilka dni wcześniej w ten sposób pokazała Ginny, że osobą, którą ta kocha, nie jest Harry. Był to jej wynalazek. Całkowicie bezużyteczny w przypadku Zakonu, ale sprawiał jej dużo radości. Wrzuciła odpowiednie składniki do kociołka, zamieszała, wrzuciła włos Snape'a i rzuciła zaklęcie. Eliksir bulgotał i wirował dokładnie tak, jak powinien.

– Co to ma być, Granger?!

– Eliksir, który wymyśliłam.

– To akurat wiem – warknął. – Gdybym nie wiedział, że nie jesteś na tyle głupia, by produkować coś niesprawdzonego, to już byś była na korytarzu. Pytam, co to ma być?!

– Dwa tygodnie temu Ginny i Harry rozstali się…

– Nie interesują mnie sprawy sercowe Pottera – warknął robiąc coraz bardziej nachmurzoną minę. Hermiona wrzuciła kilka nasion trawy.

– Chcę zrobić wprowadzenie. Ginny miała wyrzuty sumienia, nie była pewna czy dobrze robi. Nie miałam jak uwarzyć Amortencji, żeby po zapachu pokazać jej, że to na pewno nie Harry'ego poczuje. Więc pomyślałam o czym innym. Eliksir, który pachnie. Pachnie tak, jak to, co interesuje, bądź będzie mogło zainteresować daną osobę. Jednak czegoś mi brakowało. Odczuwałam to samo co przy Amortencji, jednak Ginny nie czuła nic. A przynajmniej tak twierdziła. Więc dorzuciłam jej włos. Efekty były… ciekawe. – Zaśmiała się cicho. – Ginny omal nie zemdlała z wrażenia, gdy poczuła jakąś wodę kolońską. Powiedziała, że nie zna tego zapachu, ale wyjątkowo ją pociąga. Wychodzi na to, że mój eliksir…

– Pokazuje, co chce poczuć nos? – parsknął Snape, ale po chwili jego głos zrobił się poważny. – Jednak jak na pierwszy samodzielny eliksir, poszło ci dość dobrze, Granger. Przynajmniej niczego nie wysadziłaś w powietrze. Jak długo musi się to warzyć?

– Jeszcze kilka minut. Jak odtrutki? Trzeba będzie je rozlać do słoiczków. Sporo ich będzie…

– Niekoniecznie. Dzięki Fekete wpadłem na pewien pomysł. – Snape uśmiechnął się paskudnie. – Wszystkie odtrutki połączyłem w jedną. Doszedłem do wniosku, że gdyby Potter i Weasley poszli razem na herbatę i któryś z nich zacząłby mieć objawy wskazujące na zatrucie, drugi nie umiałby wybrać odtrutki.

– To… To wspaniale! – Hermiona nawet sobie nie wyobrażała, jak skomplikowany musiał być proces tworzenia jednej tak złożonej odtrutki, a przytyk w kierunku przyjaciół zignorowała. – Kiedy będzie gotowy?

– Pięć punktów od Gryffindoru za to, że po raz kolejny muszę powtarzać! – krzyknął Snape, a ona cofnęła się o krok. – Mówiłem przecież, że skończyłem trzy godziny temu! Widocznie wtedy jeszcze miałaś kanarki w głowie!

Hermiona skrzywiła się, ale nic nie powiedziała. Stali tak w milczeniu, dopóki eliksir nie przestał bulgotać i jego kolor nie zmienił się w głęboki błękit.

– Dziwne… Przy Ginny był jasnozielony. – Pochyliła się i machnęła ręką, by pierwsza para się rozeszła. – Dopiero dalsze opary mają ten konkretny zapach.

Cofnęła się nieco i czekała w napięciu. Snape drgnął i pociągnął nosem.

– I jak? Czuje pan coś?

– A ty nie?

– Nie. Dopóki nie wrzuciłam pańskiego włosa odczuwałam to, co przy Amortencji. Teraz jednak ten wywar nie ma dla mnie żadnego zapachu. Tak samo było z Ginny. Więc… czuje pan coś?

Snape, o bogowie… Snape się zarumienił! Odwrócił głowę i mruknął:

– Czuję, czuję.

– Jest to zapach przyjemny? Co pan czuje? Rozpoznaje pan ten zapach? Wzbudza w panu jakieś uczucia, czy raczej nie?

– Po co tyle pytań?!

– Muszę wiedzieć, jak działa mój eliksir. – Zaczęła się tłumaczyć. – Nie wiem, dlaczego zmienił kolor i chcę wiedzieć, czy efekty były takie same, jak przy Ginny.

– Jest to zapach przyjemny. Nie powiem, co czuję, ale nie rozpoznaję tego. Wzbudza… hmmm… – Na chwilę zamilkł, po czym pochylił głowę, a ona nie widziała jego twarzy, bo zakryła ją kurtyna włosów. – Wzbudza radość, spokój i pożądanie.

Zrobiło jej się niedobrze na myśl o Snape'ie i pożądaniu, ale odnotowała to w pamięci. Wyczyściła kociołek i pełna zadowolenia odesłała pozostałe składniki do magazynu.

– Co teraz? Kolejne eliksiry? – zapytała i drgnęła, gdy znów usłyszała zrzędliwy ton. Wszystko wracało do normy. A przynajmniej tak sądziła, dopóki nie dotarło do niej znaczenie jego słów.

– Skreślam szlaban Pottera i wszystkie karne punkty. Od teraz zaczynasz od nowa, Granger, więc się postaraj.

– Co?!

– CZY MUSISZ ZACZYNAĆ OD TEGO?! Pięć punktów karnych! – ryknął.

– Przepraszam, po prostu nie spodziewałam się tego.

– Dziwne by było, gdybyś się spodziewała – burknął. – Co do twojego pytania, to na dziś koniec. Wybiorę się do Nory i rozdam odtrutki, a ty idź spać.

– A mogę iść z panem?

– Po cholerę?! Jest prawie druga w nocy!

– Naprawdę? – Ze zdumienia otworzyła usta. – Byłam pewna… Och, straciłam poczucie czasu. Tutaj nie widać, czy jest dzień, czy noc.

– A widziałaś kiedyś lochy z oknami?

– Nie. – Postanowiła ignorować sarkazm. – Czym różnią się te skraplacze od tych z testerami?

– Te z testerami są przezroczyste. Te są z kolorowego szkła. – Na jej pytające spojrzenie niechętnie dodał – Nie udało mi się po połączeniu odtrutek zmienić koloru wywaru, więc jest ciemnozielony. Zbyt rzucałby się w oczy przy przezroczystym szkle. Stąd błękitne fiolki.

– Dlaczego błękitne?

– Bo innych nie było na składzie – warknął, po czym podał jej jedną. – Twoja. Korzystaj z niej tylko wtedy, gdy twój organizm po zjedzeniu lub wypiciu czegoś, zacznie dziwnie reagować.

– Jeśli będzie… fałszywy alarm, to czy po wypiciu odtrutki coś mi się stanie?

– Nie powinno, ale nie wykluczam wymiotów, zawrotów głowy i tego typu dolegliwości. Przy zatruciu jedna kropla wystarczy. To dość silne odtrutki.

Skinęła głową i patrzyła, jak wkłada fiolki do tego samego kosza, który ona użyła. Machnął różdżką i wysłał Patronusa. Przez chwilę wpatrywała się w niego niepewna.

– Czy to… łania?

Snape drgnął, po czym sarknął.

– A czego się spodziewałaś?

– Czy ja wiem? Nietoperza? – wyrwało jej się zanim zdążyła się ugryźć w język. Snape jedynie parsknął i zmniejszył kosz do wielkości główki od szpilki i wziął do dłoni.

– Wysłałem Patronusa do Molly, żeby ją obudzić. Jeśli wolisz spać w Norze, to chodź ze mną.

Skinęła głową i starała się dotrzymywać mu kroku. O tej porze w lochach było wyjątkowo ciemno. Kiedy weszli do jego gabinetu i Snape zapalił ogień na kominku zerknął na nią.

– Jutro w południe chcę cię widzieć.

– Tak późno?

– Musisz się porządnie wyspać, ja zresztą też. Proponuję również udanie się na Pokątną i zaopatrzenie się w nowe rękawice, spodnie i buty. – Podał jej jakiś pierścień. – Idź z tym do Apteki. Dadzą ci obuwie i spodnie odpowiednie do tego typu pracy. Pewnie jeszcze nie raz oblejesz się czymś, a nie ma sensu kupować mugolskich ubrań, które rozpuszczają się łatwiej niż sól we wrzątku.

– Dziękuję.

Wzruszył ramionami i wskazał jej ręką, że ma iść pierwsza. Miała wrażenie, że kiedy już znikała Snape się uśmiechnął. Tak naprawdę się uśmiechnął.


Harry nie mógł spać. Głowa wciąż go bolała, a Voldemort tej nocy był wyjątkowo zadowolony, co nigdy nie wróżyło niczego dobrego. Zszedł do kuchni, nalał sobie wrzątku i dosypał herbaty. Kiedy się zaparzyła, wrzucił jedną kroplę testera i odetchnął, gdy nic się nie stało. Pani Weasley co godzinę chodziła sprawdzać wodę w studni, ale na wszelki wypadek wolał się upewnić. Hermiona odwaliła naprawdę niezłą robotę. Szkoda tylko, że wyglądała na kompletnie nieprzytomną.

Podczas kolacji, kilka sekund po tym, jak się o niego oparła, zasnęła, co wzbudziło lekkie śmiechy. Tonks przyniosła koc i okryła nim dziewczynę, a pani Weasley dorabiała paszteciki. Godzinę po tym jak zasnęła, w Norze pojawił się wściekły Snape i atmosfera od razu zrobiła się inna. Wyszedł z kominka wyglądając jak wściekły pies spuszczony ze smyczy.

– Gdzie się podziała Granger?! – obrzucił kuchnię wściekłym spojrzeniem, ale gdy jego wzrok padł na śpiącą Hermionę, wydawało się, że uszło z niego całe powietrze. Pani Weasley wkroczyła na scenę.

– Usiadła i od razu zasnęła, Severusie. Jest wykończona.

– Oczywiście, że tak. Nikt nie obiecywał, że będzie lekko – warknął. Remus podniósł się i widać było, że zamierzał coś powiedzieć, ale Snape najwyraźniej nie miał ochoty go słuchać. Machnięciem różdżki zakneblował go i zignorował Tonks, która krzyknęła z oburzenia. – Nie mam na to ochoty, Lupin. Obudźcie ją za dwie godziny i powiedzcie, że spała jedynie godzinę.

– Co?

– A to, Potter, że jeśli powiecie jej, że spała trzy godziny, będę musiał wymyślić jakiś sposób na ukaranie jej, a na to nie mam w tej chwili czasu – syknął, po czym bez słowa wszedł do kominka i warknął: „Hogwart!".

Kiedy zniknął od razu puściło zaklęcie kneblujące Remusa.

– No jak on tak mógł! – krzyknęła Tonks.

– Dobrze wiedział, co chciałem powiedzieć. – Uśmiechnął się jej narzeczony. – Gdybym powiedział to, co zamierzałem, to musiałby zaciągnąć Hermionę do zamku w tej chwili by pokazać, że nie zamierza mnie słuchać.

Teraz, siedząc i popijając herbatę, Harry zastanowił się, czy to możliwe, że Snape w jakiś sposób dba o Hermionę. Pozwolił jej wyspać się i odpuścił karę. Może wiedział, że jest kompletnie wykończona? Przez kilka ostatnich nocy spała równie mało, co Harry, jeśli sińce pod oczami nie były nieudanym makijażem. Ginny powiedziała mu, że za każdym razem, gdy budzi się w nocy widzi Hermionę, która siedzi w oknie i patrzy zaniepokojona w niebo. Ron krótko stwierdził, że ich przyjaciółka się boi - o swoją rodzinę, o przyjaciół. Ona przecież zawsze najpierw myślała o innych, a dopiero potem o sobie - przynajmniej wtedy, gdy w grę nie wchodziły egzaminy.

Ron z kolei całe popołudnie przesiedział z Hanną na najbliższym wzgórzu i gdy wrócił powiedział, że mają kilka pomysłów.

– Mam nadzieję, że od czasu do czasu pożyczysz nam pelerynkę, Harry – mówił rozentuzjazmowany. – Poza tym, Hanna ma o cztery lata młodszą kuzynkę w Slytherinie i z tego, co mówi, ta dziewczyna nie jest zbyt zadowolona z bycia Ślizgonką. Lubi też plotkować, co jest dla nas plusem. Zamierzamy się dowiedzieć, jak brzmi ich hasło i raz na jakiś czas wchodzić, właśnie w pelerynce, i podsłuchiwać. Na razie nie wymyśliliśmy nic lepszego, ale to się jeszcze zobaczy.

Był to dość kiepski plan, ale Harry wolał się nie wtrącać, bo jemu samemu Oklumencja nienajlepiej wychodziła. Próbował pozbyć się wszelkich uczuć przed snem, ale było w nim zbyt wiele tego wszystkiego. Strach, ból, złość, troska i przyjaźń… Wyrzucał jedno, ale jego miejsce zaraz zajmowało następne, a gdy przypadkiem pomyślało o Syriuszu wszystko co zdążył jako tako wypracować od razu rozsypywało się w drobny mak.

Głowa znów go rozbolała i wiedział, po prostu wiedział, że Voldemort się cieszy. Nie był pewien czy chciał znać powód. Nagle przez kuchnię przebiegł Patronus – smukła łania – i wbiegł na piętro. Zimny dreszcz przebiegł mu po kręgosłupie. Kto? Czy komuś coś się stało? Kilka minut później na dół zeszła pani Weasley w szlafroku. Na jego widok uśmiechnęła się.

– Harry, kochaneczku, dlaczego nie śpisz? – wstawiła wodę w czajniku.

– Głowa mnie boli.

Westchnęła.

– Mnie czasami też. Nic nie można na to poradzić. Próbowałeś smoczych łusek?

– Tak, ale tylko trochę pomogły. Pani Weasley… Czyj to był Patronus? Komuś coś się stało? Czy to Dumbledore? Hermiona?

– Spokojnie, Harry. – Uśmiechnęła się. – To był Patronus Severusa. Zaraz tu będzie z odtrutkami.

– Już? Szybko mu poszło. – Harry pamiętał, że Snape chciał tygodnia na wykonanie tego wszystkiego.

– Ma Hermionę do pomocy. A sam wiesz najlepiej, jaka jest zdolna – westchnęła ciężko. – Szkoda, że nie wyszło jej z Ronem. Chciałabym ją mieć za córkę. Tak samo jak ciebie za syna.

– Przykro mi, pani Weasley.

– Och, daj spokój, to nie twoja wina! – W tym momencie w kominku zapłonął ogień, a płomienie zabarwiły się na zielono i wyszła z nich Hermiona.

– Harry. – Uśmiechnęła się szeroko, ale widać było po niej zmęczenie. Chwilkę później omal nie zaliczyła gleby, bo Snape dosłownie na nią wpadł. Utrzymał równowagę i warknął:

– Uważaj co robisz, Granger.

– Przepraszam, panie profesorze – wymamrotała, robiąc minę do Harry'ego, który prawie zakrztusił się herbatą, bo jednocześnie próbował pić i się śmiać.

W tym czasie Snape powiększył kosz i wyjął z niego dwie fiolki. Jedną podał Harry'emu, a drugą pani Weasley.

– Ta sama prośba co z testerami, Molly. Masz jeszcze tę listę?

– Tak. Wszystkie testery rozdane.

– To odznacz nazwiska i zacznij znowu. Mnie, pannę Granger, pana Pottera i siebie możesz już skreślić.

– Dobrze. Zaraz tym się zajmę. Ale… to tylko jedna butelka?

– Odtrutka na wszystko. Jedna kropla i powinno przejść. Jeśli weźmie się bez powodu, to murowane zawroty głowy lub wymioty, lub inne tego typu przyjemności.

– Miało być tego więcej, o ile się nie mylę. - Kiedy pani Weasley zauważyła ponurą minę Mistrza Eliksirów, od razu się poprawiła. - Nie mówię, że nie wiesz co robisz. Po prostu… chciałabym wiedzieć, to wszystko.

– Powiedzmy, że doszedłem do wniosku, że jeśli Potter z Ronaldem pójdą na herbatę i jeden z nich się zatruje, to drugi nie będzie umiał podać mu odpowiedniego antidotum na czas – powiedział Snape, z lubością przedłużając ociekające jadem słowa. Pani Weasley rzuciła mu ostre spojrzenie, ale była zbyt wdzięczna za odtrutki, by się denerwować.

– Wstawiłam wodę. Napijesz się herbaty?

– Niestety nie. Muszę się położyć. W przeciwieństwie co do niektórych – tu zerknął ponuro na Hermionę, która się zaczerwieniła – nie uciąłem sobie drzemki.

– To była tylko godzina, profesorze!

– Co nie zmienia faktu, że musiałem sam sobie dać radę przez ten czas, a podobno mieliśmy się dzielić pracą po połowie – sarknął, doprowadzając dziewczynę do wściekłości. Harry przezornie zatkał jej usta ręką, przez co Snape nie mógł zrozumieć słów, które padły. Mimo to uśmiechnął się paskudnie. – Pięć punktów, Granger.

– Panie profesorze – zaczął Harry. – To był pański Patronus? Łania?

– Spodziewałeś się nietoperza?

– Eee… tak?

Snape parsknął, po czym wszedł do kominka.

– Dobranoc, Molly, Granger, Potter. Hogwart.

Gdy tylko zniknął Hermiona odrzuciła rękę Harry'ego.

– Po co to zrobiłeś?!

– Chcesz podpaść?

– I tak zabrałby te pięć punktów, a przynajmniej miałabym tę satysfakcję, że zrozumiał, co powiedziałam!

– O co chodzi z tymi punktami?

– Za każdym razem, gdy zachowam się nie tak, zapisuje to sobie i na początku semestru zabierze wszystkie te punkty Gryffindorowi – mruknęła i przyjęła herbatę. – Dziękuję, pani Weasley. Poza tym, kiedy przestaną mnie obchodzić punkty, to zacznie zadawać wam szlabany.

– Że jak?! Jak w takim razie możesz mu pyskować?!

– Harry, przestań! Sam nigdy nie byłeś lepszy! Spróbuj być zamkniętym w czterech ścianach ze Snape'em i nie pyskować! Staram się i wiele razy się powstrzymuję od powiedzenia tego, co mam na myśli.

Westchnęła ciężko, po czym potarła oczy, wyraźnie się opanowując.

– Jest strasznie upierdliwy?

– Raczej nie odbiega od normy. Czasem tylko jest gorszy, niż zwykle. Z jednej strony to rozumiem, bo te eliksiry to naprawdę nie zabawa, a zmęczenie robi swoje, a z drugiej sama też jestem pod taką samą presją i nie potrafię się opanować.

Harry zaśmiał się.

– Kto by pomyślał, że ty będziesz pyskować nauczycielowi, nawet jeśli na co dzień jesteś dość... oh, no, sama wiesz.

Hermiona zrobiła jedynie skwaszoną minę i zwróciła się do kobiety stojącej przy zlewie.

– Pani Weasley, czy jest może coś do jedzenia?

– Oczywiście. Paszteciki i indyk nie starczyły?

– Snape zeżarł dziesięć pasztecików, a indyk zemścił się na mnie za dźganie widelcem i prysnął mi tłuszczem w oko, więc już go nie ruszałam.

Pani Weasley zaśmiała się i dała Hermionie kanapki z peklowaną wołowiną, które ta pochłonęła w tempie ekspresowym. Dopiła herbatę i zaczęła ziewać i pocierać oczy. Harry puknął ją w ramię.

– Chodź, odprowadzę cię do pokoju. Musisz być zmęczona.

– Harry, która jest godzina? – spojrzała niepewnie na zegarek. – Snape mi powiedział, że jest koło drugiej. A mój zegarek i ten na ścianie wyraźnie wskazują piątą.

Chłopak rzucił niepewnym wzrokiem na panią Weasley, która się lekko uśmiechnęła.

– Nie wiem, jak twój zegarek, ale mój jest źle nastawiony. Miałam go naprawić.

Dziewczyna skinęła głową i ruszyła do pokoju ciężkim krokiem kogoś, komu porządny sen był naprawdę potrzebny. Harry upewnił się, że wybudzona Ginny się nią zajmie i wrócił do kuchni. Wziął kubek w dłonie i musiał wziąć trzy łyki gorącej herbaty, nim poczuł przyjemne ciepło. Dopiero w tym momencie zdał sobie sprawę, że Hermiona była skostniała z zimna. Lochy nigdy nie były najsympatyczniejszym miejscem na ziemi.


Spał zaledwie dwie godziny. Obudził go huk, który - jak mu się wydawało - dobiegał z kuchni. Razem z Ronem zerwali się z łóżek i zbiegli na dół, trzymając różdżki w pogotowiu. Westchnęli z ulgi, gdy okazało się, że to Hagrid zbyt energicznie usiadł na sofie i złamał ją w pół.

– Wybacz, Arturze. Harry, Ron nie przejmujcie się i wracajcie do łóżek.

– Która godzina? – Ron ziewnął szeroko.

– Ósma. – Pan Weasley podrapał się po łysinie. – Hagrid właśnie przyszedł z nowymi informacjami od Dumbledore'a. Wczoraj w nocy cała Pokątna i Gringott zostały zajęte przez Sami-Wiecie-Kogo.

Harry zaklął. To dlatego Voldemort był taki szczęśliwy. Miał w rękach całe złoto czarodziejskiego świata i większość ich sklepów.

– Co z Fredem i Georgem?

– Są w tej chwili w Hogwarcie. – Pan Weasley nieco posmutniał. – Ledwo, ledwo udało im się uciec Śmierciożercom. Pani Pomfrey się nimi zajmuje.

– Ale nic poważnego im się nie stało? – Ron zbladł i ręka zacisnęła mu się na różdżce.

– Nie. Fred nieco ogłuchł, ale słuch ma mu wrócić. George trochę się rozszczepił przy aportacji, ale udało się odtworzyć mu skórę na ramieniu. Molly jest teraz z nimi.

– Jak im się udało uciec? – Ginny odezwała się zza ich pleców. Obok niej stała wciąż zaspana Hermiona.

– Zostali ostrzeżeni. Właśnie dlatego jest tutaj Hagrid.

Widząc, że rozmowa będzie należała do dłuższych, cała czwórka weszła do kuchni i usiadła na krzesłach, a pan Weasley wstawił wodę na herbatę.

– Nigdy nie zgadnicie, co za psubrat im pomógł! – Ciepłe, czarne jak żuki oczy Hagrida uśmiechnęły się razem z jego ustami. – Młody Malfoy!

– CO?! – Cała czwórka poderwała się i zaczęli krzyczeć jedno przez drugie.

– Spodziwałem się takiej reakcji. Dumbledore mnie tu przysłał, żebym wam wytłumaczył. Dracon przystępuje do Zakonu.

To była tak szokująca informacja, że usiedli i nie mogli wymówić ani słowa. Harry odezwał się pierwszy.

– Dlaczego?

– To już sam wam powi. Ja powim wam tylko tyle, co mi kazał Dumbledore. Malfoy od teraz jest z nami, macie go traktować jak każdego innego członka. Złożył Wieczystą Przysięgę. Że będzie służył Zakonowi, że nie sprzeciwi się woli Dumbledore'a i że nigdy nie zdradzi. Byłem przy tym, a Gwarantem był Moody. Wcześniej podali Malfoyowi Veritaserum.

– Mogło być słabe. Wiadomo, że Snape zawsze kręcił dla Malfoya – powiedział zdezorientowany Harry.

– To niemożliwe – powiedziała z mocą Hermiona. – Jedyne Veritaserum, które jest na składzie Zakonu, robiłam ja. Jest wyjątkowo silne, a jestem pewna, że gdyby władał Oklumencją to profesor Dumbledore jakoś by o tym wiedział.

Harry'emu zamknęło to usta. Nie mógł uwierzyć w to, że jego trzeci największy wróg, zaraz po Voldemorcie i Snape'ie jest po ich stronie. Jednak Hermiona miała rację – powinien zaufać Dumbledore'owi.

– Trudno. Kiedy tu będzie?

Ron spojrzał na niego, jakby mu odbiło.

– Zwariowałeś, Harry?! To jest Malfoy. MALFOY!

– Słyszałem, ale skoro Dumbledore mu ufa, to ja także powinienem.

– No nareszcie! – powiedziały chórem dziewczyny i uśmiechnęły się do siebie.

– Powinien tu być za chwilę. – Hagrid podrapał się po głowie. – Ja jednak będę musiał iść. Mam co nieco do roboty.

Kiedy tylko skończył to mówić, z kominka wyszedł wysoki, szczupły chłopiec o pociągłej twarzy, błękitnych oczach i srebrno-blond włosach. Miał na sobie jasne spodnie i jasną koszulę. Tuż za nim pojawił się Snape, który chyba celowo wydawał się być kontrastem Malfoya – cały na czarno.

– Ożeż, Snape – mruknął Hagrid. – A ty co tu robisz?

– Mam dopilnować, żeby się nie pozabijali. Dyrektor chce cię widzieć, Hagridzie.

– A, ta, wiem. – Olbrzym podniósł się i pomachał ręką. – No to cześć, dzieciaki. Dajcie mu szansę.

Klepnął Malfoya w łopatkę, aż ten poleciał do przodu i gdyby nie Snape, to na pewno by upadł. Podniósł się i stał nieporuszenie patrząc w bok. Pan Weasley wstał i podszedł do niego, by podać mu rękę.

– Witaj w moim domu, Draco. – Chłopak spojrzał na rudowłosego czarodzieja z wyraźnym zdziwieniem. – Uratowałeś życie moim synom. Jestem twoim dłużnikiem.

– To… To było nic, naprawdę… – Niepewnie uścisnął dłoń pana Weasleya, choć cała jego postawa wyrażała niepewność. Snape oparł się o kominek i wyjął różdżkę. Harry miał nadzieję, że to na wypadek, gdyby kogoś poniosły emocje, a nie żeby ich postraszyć.

– Usiądź. – Tata Rona wskazał wolne krzesło, tuż obok siebie. – Mnie to niepotrzebne, ale sądzę, że Ron, Harry, Ginny i Hermiona chcieliby dowiedzieć się czegoś więcej na temat twojego… nawrócenia. Jeśli chcesz, to wyjdę.

– Nie trzeba – szepnął Malfoy i podniósł głowę, patrząc Harry'emu prosto w oczy. – Przez półtora roku byłem Śmierciożercą i to jest faktem. Robiłem wiele złych rzeczy, łącznie z próbami zabójstwa Dumbledore'a i prześladowaniami innych uczniów. Wczoraj… wczoraj moi rodzice kazali mi się ratować. Ojciec powiedział mi, że mam wybrać inną drogę, niż ta, którą on podąża. Nie zgodziłem się. Ale kiedy wylądowaliśmy na Pokątnej i wiedziałem, że Weasleyowie mieszkają na niej, a są na Liście… Jakoś tak... nie mogłem. Nie mogłem dopuścić do tego, by ich zabito czy torturowano. To było dla mnie za wiele. Włamałem się do ich mieszkania i kazałem się aportować. Mówiłem im, że cała ulica roi się od Śmierciożerców, ale mi nie uwierzyli i zaczęli walić we mnie zaklęciami. W końcu jeden z nich… Fred, lub George wychylił się z okna i oberwał ogłuszaczem. Aportowali się przed Hogwart, ja razem z nimi. Niestety jeden z nich nie miał skóry na jednej z rąk. Rozszczepił się, na szczęście nie za bardzo. Potem przyszedł Dumbledore i… - Oblizał wargi, zerkając to na stół, to na Harry'ego, jakby nie do końca chciał mówić, ale coś go pchało do przodu. Harry zastanowił się ile to wyznanie miało wspólnego z jego własnymi życzeniami, a ile z Przysięgą. - I on spytał, jakie są moje zamiary. Powiedziałem, że nie chcę być już Śmierciożercą, że chcę jakoś… odkupić moje winy, chyba tak to ująłem. Kilkanaście minut później w obecności Moody'ego, Hagrida i profesora Snape'a złożyłem Wieczystą Przysięgę. Wcześniej podali mi Veritaserum. To było… okropne. Musiałem odpowiadać zgodnie z prawdą, nie było jak skłamać, czy się nie odezwać. Jednak jeśli chcecie, to mogę go przyjąć jeszcze raz.

– Byłoby to niezdrowe dla twojego organizmu – mruknęła Hermiona. – Pomiędzy kolejnym podawaniem Veritaserum powinno się odczekać dwa dni, inaczej można doprowadzić do trwałych urazów w mózgu. Ja wierzę ci bez tego.

– Zwariowałaś, Hermiono?! – Ron podskoczył i zaczął wymachiwać ręką wskazując na Malfoya. – To jest zdrajca, ZDRAJCA! Jesteś zbyt naiwna! Kilka gładkich słówek, jakaś miksturka, przy której pewnie maczał łapy Snape i nagle Malfoy zmienia się w świętego?! Och, proszę cię! Mogłaś się pomylić przy robieniu mikstury!

Hermiona zaczerwieniła się i tak zdenerwowała, że Harry przysiągłby, że aż włosy jej się mocniej skręciły na głowie.

– Ja się nie mylę! A ty zrozum w końcu, że ani Malfoy, ani Snape nie są źli! Owszem, popełniali błędy, ale na bogów, każdy zasługuje na drugą szansę! A Malfoy właśnie powiedział coś, co musiało go wiele kosztować! Zrozum, że źle oceniasz ludzi!

– Jesteś nienormalna! Harry, Ginny?!

– Wybacz, Ron – powiedziała cicho Ginny. – Ja mu wierzę. I zgadzam się z Hermioną. Źle oceniasz ludzi.

– Odbiło wam, czy co?! Harry! No weź ty jeden bądź rozsądny!

Harry przyglądał się Malfoyowi. Kiedy Hermiona mówiła o drugiej szansie i tym, że wiele musiało go to kosztować chłopak zagryzł zęby i pochylił głowę. Było mu wstyd. Wstyd, że ktoś się nad nim lituje i go broni. Harry spojrzał na pana Weasleya, który czerwienił się ze wstydu za swojego syna i promieniał, słysząc odpowiedź córki. Widział Hermionę, która naprawdę rzadko popełniała tak poważne błędy i zawsze była gotowa każdemu wszystko wybaczyć. W końcu spojrzał na Snape'a, który stał z wyciągniętą przed siebie różdżką, gotów każdej chwili zareagować, a na jego spojrzenie skinął głową. Malfoy mówił prawdę.

– Wierzę mu – powiedział cicho, jednocześnie myśląc, że chyba naprawdę zaczął wariować. Malfoy podskoczył i spojrzał na niego z niedowierzaniem, tak samo zresztą Ron. Dziewczyny uśmiechnęły się, a pan Weasley poklepał go po plecach.

– Jesteście chorzy. Chorzy na umyśle – warknął Ron i sięgnął w kierunku różdżki. W jednej chwili był przywiązany do krzesła, a jego różdżka znalazła się w dłoni Snape'a.

– Niech się pan uspokoi, panie Weasley, albo porozmawiamy w inny sposób. – Snape uśmiechał się złośliwie, wyraźnie mając z całej sytuacji niezły ubaw.

– Hermiona i Ginny mają rację, Ron. Powinniśmy ufać tym, którym ufa Dumbledore – powiedział Harry.

– Nawet jeśli od tego zależy nasze życie?!

– Tak, sądzę, że tak. – Wstał i wyciągnął rękę do Malfoya. Ten również się podniósł, lekko się ukłonił i uścisnął dłoń Harry'ego.

– Będzie mi miło z tobą współpracować, Potter – powiedział, lekko się uśmiechając. Hermiona była znacznie mniej formalna i uściskała Ślizgona.

– Żeby nie było, Malfoy – powiedziała. – To na kredyt.

Parsknął i wzruszył ramionami.

– Jak uważasz, Granger. Postaram się to odpracować.

Ginny poszła za przykładem przyjaciółki. Jednak kiedy puściła Malfoya wyglądała, jakby piorun w nią trzasnął.

– Nie… Wszystko, tylko nie to. Wszyscy, tylko nie on! Powiedz mi, że to są jakieś perfumy, czy coś.

Chłopak popatrzył na nią zdezorientowany i powąchał się.

– Nie mam pojęcia, o co ci chodzi, Weasley. Nie pachnę jakoś inaczej niż zwykle.

Hermiona i Snape w tym samym momencie parsknęli - dziewczyna z wyraźnym niedowierzaniem, a mężczyzna z czymś bliskim zniesmaczenia - a Ginny mruknęła:

– Na kredyt, Malfoy. I musisz się naprawdę postarać.

Harry miał wrażenie, że - gdy szok już minął - Snape zaraz zacznie się uśmiechać, a Hermiona już jawnie chichotała. Posłał jej pytające spojrzenie, ale jedynie wskazała na okolice serca i zrozumiał, że Ginny chyba dla niego przepadła. Trudno, nie ona jedyna jest na świecie i to nie tak, że miał o co być zazdrosny.

– Dobra, koniec tych czułości. – Ron prychnął. – Nie wiem, co musiałbyś zrobić, żebym ci zaufał, Fretko.

– Jakoś to przeżyję. – Malfoy machnął ręką i wrócił do swojego zwykłego sposobu bycia. – Wiem, że to trochę nie na temat, ale gdzie miałbym spać? Nie udało mi się zmrużyć oka od dwóch dni.

– Sądzę, że Fred i George przyjmą cię do swojego pokoju. – Pan Weasley podniósł się i poklepał chłopaka po plecach. – Chodźmy. Pokażę ci, gdzie co jest.

Wyszli, a w kuchni zapadła cisza. Snape odezwał się pierwszy.

– Będzie pan spokojny, panie Weasley? Czy woli pan posiedzieć jeszcze trochę związany?

– Będę spokojny.

Po chwili masował ramiona, a różdżka leżała przed nim. Snape tymczasem zapalił ponownie ogień w kominku i obrócił się.

– Granger, o dwunastej.

– Nie mam jak pójść na Pokątną, profesorze.

– Fakt. Oddaj. – Wyciągnął rękę, a Hermiona zmieszała się.

– Przecież nie mam tego przy sobie. – Harry dopiero teraz zwrócił uwagę na to, że obie dziewczyny są w pidżamach. Widocznie i je obudził Hagrid.

– No to na co czekasz?! Idź po to!

Ruszyła przed siebie mrucząc coś pod nosem, zapewne jakieś inwektywy. Snape warknął:

– Nie mam całego dnia, Granger. Albo za minutę będziesz z powrotem, albo Weasley zarobi szlaban.

Chcąc, nie chcąc, pobiegła. Ron najwidoczniej szykował się do kłótni, ale Harry uderzył go w ramię.

– Co?!

– Zamknij się. Hermiona będzie miała kłopoty, jak ty się odezwiesz.

– Cóż za błyskotliwa dedukcja, Potter. – W tym momencie dudnienie na schodach oznajmiło przybycie Hermiony. – Proponuję nieco zrzucić, Granger. Inaczej schody Weasleyów na tym ucierpią.

– O dwunastej? – wycedziła zza zaciśniętych zębów.

– Nie. W obecnych okolicznościach, masz się pojawić za godzinę. – Spojrzał na szopę znajdującą się na jej głowie. – No, za dwie. Wolę nie mieć twoich kłaków w każdym eliksirze.

Zgrzytnęła zębami tak głośno, że zagłuszyło to jego zniknięcie.

– Stary, cholerny, durny, obleśny nietoperzu! – wydarła się Hermiona w kierunku pustego kominka. – Ażeby cię szlag trafił, ty dupku!

Obróciła się i wściekła wzięła zimną grzankę i, widząc ich osłupienie, warknęła:

– Czego?!

– No, no… – wymruczał Ron. – Nie wiedziałem, że tak łatwo cię doprowadzić do takiego stanu.

– Jakiego?! Jakbyś zaczął mnie obrażać z samego rana, po całych dwóch dniach zdzierania gardła przy użyciu miliarda inwektyw, to też byś to usłyszał! I dla twojej wiadomości z wyzwiskami poczekałam, aż zniknął, bo inaczej nie wyrobiłbyś się ze szlabanami!

Zagryzła ze złością grzankę i dopiero po chwili się uspokoiła. W tym czasie Ron wsiadł na Harry'ego i Ginny.

– Harry, z jakiej paki postanowiłeś zaufać tej cholernej Fretce?!

– Ty go nie widziałeś i nie słyszałeś, Ron - mruknął Harry, przygryzając wargę i starając się brzmieć na tyle przekonująco, by jego przyjaciel choć trochę opanował swoje emocje. Bo Harry sam nie do końca był pewien tego, co mówił. - Na Wieży Astronomicznej w czerwcu. W toalecie, gdy płakał przed Jęczącą Martą. W dodatku, jeśli była to mikstura Hermiony, to nie mam innego wyboru, jak wierzyć Dumbledore'owi. Musiał mieć powód, by mu zaufać.

– Harry, to jest MALFOY.

– Tak się składa, że dokładnie wiem kim on jest. Jednak nie mogę spowodować, by moje własne urazy powodowały problemy ze współpracą. Zresztą, spójrz na Hermionę. Jeśli ona jest w stanie znosić Snape'a, to ja będę w stanie znosić Malfoya. Z dwojga złego i tak trafiło nam się lepiej.

– Dzięki, Harry, za wsparcie - sarknęła dziewczyna, zapewne nie do końca pewna czy powinna go pochwalić czy obsztorcować, po czym ziewnęła i upiła łyk herbaty.

– No, dobra, ty miałeś jakiś powód, ale co z tobą, Ginny? – Ron spojrzał na siostrę, która wciąż była lekko nieprzytomna. – Jego ojciec podesłał ci ten dziennik z Sama-Wiesz-Kim w środku!

– Właśnie. Jego ojciec. Nie on.

– I dlatego patrzyłaś na niego, jakby spadł ci z nieba?

– Bo wyszła pewna… sprawa. Nie musisz o niej wiedzieć. Hermiono, zrób i mi jakieś kanapki i przyjdź do pokoju.

Harry patrząc na swoją przyjaciółkę, jak ta chichocze nad tostami, zastanowił się o co mogło chodzić. Nie zdążył jednak spytać, bo gdy ta już miała pójść na górę drogę zastąpił jej Ron.

– Chwila. Chciałbym porozmawiać z tobą trochę później.

– Później to ja będę w lochach – skrzywiła się przy ostatnim słowie.

– No, to jak wrócisz.

– W porządku. Ale nie wiem, o której będę z powrotem.

– Nieważne. Przyjdź i mnie obudź.

– Jak sobie chcesz.

Wyminęła go i poszła na górę. Harry spojrzał na przyjaciela.

– Co kombinujesz?

– Powiedziałeś, że mam spróbować ponownie, gdy spędzi nieco czasu ze Snape'em. Więc właśnie to chcę zrobić.

– Eee… To chyba trochę za wcześnie.

– Nie sądzę. Dawno nie widziałem jej tak wkurzonej. Już musi mieć go dosyć.


Hermiona otworzyła drzwi łokciem i zamknęła stopą, starając się niczego nie zrzucić z talerza. Ginny leżała na łóżku i wpatrywała się tępo w sufit.

– Powiedz mi dlaczego - jęknęła ruda tonem człowieka, który właśnie dowiaduje się, że został mu tydzień życia. - Dlaczego musisz być taka genialna? Dlaczego musiałaś wymyślić ten eliksir? I dlaczego spośród miliona czarodziejów w Wielkiej Brytanii, to musiał być Draco Malfoy?!

Odstawiła herbaty na szafkę nocną i rzuciła Muffliato. Nie zdziwiłaby się gdyby Ron przyciskał ucho do dziurki od klucza.

– Nie do końca wiem jak działa ten eliksir. Ja tam nic specjalnego od niego nie poczułam. Naprawdę tak fajnie pachnie?

– Och… Proszę cię. Myślenie o tym zmysłowym zapachu i łączenie go z osobą Malfoya jest obrzydliwe.

– Nie przesadzaj. Malfoy nie jest taki zły. Mogłaś trafić gorzej.

– Ron mnie zabije. Moja rodzina mnie wydziedziczy!

– Twój ojciec omal go dzisiaj nie wyściskał, a jestem pewna, że zrobi to twoja matka, gdy tylko dorwie go w swoje ręce. Uratował życie bliźniakom.

– No, niby tak, ale… - Ginny spojrzała w jej kierunku z powagą, zapominając na chwilę o użalaniu się nad sobą. - Naprawdę wierzysz w to, że się nawrócił? Ja tak powiedziałam, bo mam takie przeczucie, ale wiesz... Różnie bywa.

– Hmmm, chyba wierzę. Veritaserum było naprawdę mocne. – uśmiechnęła się. – Nawet profesor Snape go nie skrytykował, więc musiało być idealne. Poza tym Hagrid nie skłamałby nam o Wieczystej Przysiędze. Dumbledore sprytnie ułożył tekst przysięgi. Malfoy musi pracować dla Zakonu. Zbyt mocno boi się śmierci i bólu, by ją złamać.

Ginny przewróciła się na brzuch i przyjrzała się swojej przyjaciółce, która usadowiła się na podłodze.

– Ale tak serio, myślisz, że może coś z tego wyjść?

– Czy ja ci wyglądam na Trelawney? – mruknęła, po czym zajrzała do swojego kubka i zrobiła minę, która upodobniła ją do Rona patrzącego na pająka. – Ginewro widzę, że… ooooch, tak… straszna przyszłość na ciebie czeka! Wystrzegaj się rudowłosego mężczyzny… I blondwłosego! I czarnowłosego! W ogóle wystrzegaj się mężczyzn!

Ginny parsknęła.

– Jesteś nienormalna. Siedzenie w lochach ze Snape'em nie działa dobrze na twój charakter.

– Ha! Nie do końca! Wyobraź sobie, że wczoraj… to znaczy dziś, bo to było z samego rana… nie tylko anulował mi wszystkie karne punkty i szlaban Harry'ego, ale nawet mnie pochwalił!

Rudowłosa dziewczyna aż podskoczyła do siadu z wrażenia.

– Żartujesz!

– Nie! I to w dodatku za to, że pokazałam mu ten eliksir, który ty tak przeklinasz. Jednak jak na pierwszy samodzielny eliksir poszło ci dość dobrze, Granger – zaczęła mówić zrzędliwym tonem. – Przynajmniej niczego nie wysadziłaś w powietrze. Więc, jak możesz sobie wyobrazić, była to wyjątkowa pochwała. Jedyna, jaką usłyszałam przez sześć lat.

– I zapewne usłyszałaś to jako jedyna osoba z całego Hogwartu przez wszystkie lata jego nauczania. Nie licząc Malfoya… – Przy ostatnim słowie jej głos lekko zadrżał.

– To jest niesmaczne – parsknęła Hermiona, ale po chwili się rozluźniła. – Spróbuj na początku po prostu z nim porozmawiać. O czymkolwiek. Quidditch powinien być w miarę neutralnym tematem. Potem dawaj mu powody do tego, by to on się do ciebie garnął. Malfoy jest przyzwyczajony do tego, że wszystko dostaje mu się łatwo. Jeśli będzie musiał się o ciebie postarać, to bardziej będzie cię doceniał.

– Gdyby nie to, że twoje rady w sprawie Harry'ego pomogły, to kazałabym ci iść do diabła. A jeśli chodzi o wysyłanie kogoś do diabła to nie wiem, czy wiesz, ale Ron nie zamierza odpuścić.

Westchnęła ciężko. Ta sprawa nie dawała jej spokoju. To znaczy wtedy, gdy miała czas na zastanowienie się nad nią.

– Wiem. Ginny robiłam wszystko, żeby go zniechęcić i dobrze o tym wiesz. Chciałam, żeby rozpadło się naturalnie, bez problemów. Jednak Ron jest taki uparty i to w dodatku nie w tych sprawach, co trzeba!

– Może rzadziej wracaj do Nory? Hanna się tutaj dość często pojawia. – Ostatnie zdanie wypowiedziała znaczącym tonem.

– Mówisz? To byłoby całkiem dobre wyjście. Ale wtedy ja mam do wyboru spędzać więcej czasu z profesorem Snape'em albo z Ronem. Niezbyt radosna perspektywa. Trudno, najwyżej zacznę pracować nad tym eliksirem z Cruciatusem.

– Ruszyłaś choć trochę?

– Niestety nie. Nie miałam na to czasu, ale mam wrażenie, że na biurku profesora Snape'a jest sporo ciekawych papierów. Raz prawie się do nich dorwałam, ale wszedł do sali.

– A książki?

– Nie miałam kiedy. Może uda mi się dzisiaj albo jutro do nich zajrzeć.

Hermiona wzięła szczotkę i zaczęła, z trudem, rozczesywać sobie włosy. Ginny tymczasem splatała swoje w dwa warkocze i zrzędziła na swoje zadanie.

– Nie wiem, jak miałabym się zaprzyjaźnić z dziewczynami z różnych domów. Niby w tej siatce mam Hannę, Lunę, obie Patil i kuzynkę Hanny u Ślizgonów, ale… Nie jestem zbyt towarzyska. Mam swoje kółko znajomych i to mi wystarcza.

– Mnie pytasz o zdanie? – zaśmiała się Hermiona. – Ja częściej siedzę w książkach niż pomiędzy ludźmi. Nie, żebym narzekała. Lubię to. Proponuję… tylko się nie złość… żebyś na ten temat porozmawiała z Fleur.

– Z Flegmą?! Żartujesz chyba.

– Nie. Z tego, co zauważyłam, to ona była dość lubiana w Beuxbatons. Porozmawiaj z nią. Ona nie jest taka zła.

– Jasne. Jak się klei do Billa. – wzdrygnęła się. – I jakie robi maślane oczy.

– Takie same, jak ty do Malfoya. – Oberwała poduszką i parsknęła. – Nie wyżywaj się na mnie. Powinnaś się cieszyć, że nie uciekła od Billa, kiedy on już nie jest taki przystojny, jaki był przed… - Przełknęła ślinę, ale dzielnie dokończyła. - Przed Greybackiem.

Ginny westchnęła i lekko się uśmiechnęła.

– Jestem jej wdzięczna i w pewien sposób podziwiam ją, nie myśl, że nie. Nie wiem, czy zdobyłabym się na to, biorąc pod uwagę, że Bill jest potencjalnie dość groźny i przyznam, że martwiło mnie to. Jednak zapewnienia twoje, Slughorna i Snape'a, że da się to… opanować, uspokoiły mnie.

– Jak każdego. Dobra, udało mi się. – Związała włosy w ciasny kok i pomachała głową. – Nic się nie wymknęło?

– Nie. Wszystkie na swoim pokręconym miejscu. Dlaczego tak wcześnie się zbierasz?

– Jest jedno miejsce, w które chcę zajść. A przedtem chciałabym coś zjeść.

Nałożyła dżinsy z poprzedniego dnia i adidasy, po czym westchnęła.

– Będę musiała jakoś kupić sobie nowe ciuchy. Jak stracę te spodnie i buty, to chyba będę paradować w samych gaciach.

– Chciałabym zobaczyć minę Snape'a, gdy w takim stroju wchodzisz do sali. – Zaśmiała się Ginny.

– Pewnie zszedłby na zawał. Ten temperament wyjdzie mu kiedyś na złe, naprawdę.

– Tak po prawdzie gdybym miała być potrójnym szpiegiem, uczyć w szkole, wykonywać do późna eliksiry, prowadzić lekcje Oklumencji dla trojga Gryfonów i jeszcze znosić własny, parszywy charakter, to pewnie też byłabym jak chodząca bomba zegarowa.

Hermiona parsknęła i założyła pierwszą lepszą koszulkę. W torbie miała sakiewkę ze wszystkimi pieniędzmi, jakie udało jej się odłożyć w ciągu kilku ostatnich miesięcy. Kilka galeonów i sykli oraz ponad pięćset funtów. Obróciła się do przyjaciółki.

– Byłaś kiedyś na zakupach w mugolskich sklepach?

– Nie.

– A chciałabyś? I tak muszę się wybrać po spodnie, buty, kilka koszulek i dodatkowy stanik, bo ten zdążyłam przepocić.

Ginny uśmiechnęła się.

– Jasne, ale nie mam pieniędzy mugoli, a do Gringotta raczej nie pójdę.

– Ja stawiam. I tak do niczego innego te pieniądze mi się nie przydadzą. Oddasz mi przy okazji.

– Jesteśmy na Liście, pamiętasz? Jak się mamy wybrać do centrum Londynu?

– Nie wybieramy się do Londynu. Tam jest za drogo. – Uśmiechnęła się szeroko. – Wybieramy się do miejsca, w którym raczej się nas nie spodziewają. Brighton.

– To przecież gdzieś nad morzem.

– Właśnie. A ja znam miejsce, w które można się bezpiecznie aportować. Poza tym większość rzeczy jest tam dość tania. Porozmawiam dziś na ten temat z Dumbledore'em, jeśli uda mi się go złapać.

– Byłoby fajnie. Nigdy tak naprawdę nie byłam w mugolskim mieście.

Hermiona nie znosiła chodzić na zakupy, ale skoro i tak potrzebowała kilku rzeczy, to mogła przy okazji spróbować się odstresować.


– Nie ma problemu. – Dumbledore uśmiechnął się ciepło. Wychodząc na korytarz z gabinetu pani Hooch dosłownie za drzwiami znalazła Dyrektora. Przedstawiła mu swoją prośbę i, jak się okazało, nie miał żadnych obiekcji.

– Trochę zmienimy wygląd. Ginny na pewno powinna przefarbować włosy. Aportujemy się do lasku, który jest w pobliżu. Nawet w trakcie sezonu rzadko kiedy ktoś tam jeździ.

– Skoro będziecie w Brighton, to chciałbym byście załatwiły dla mnie jedną sprawę. Mam tam pewnego znajomego i potrzebuję jego porady.

– Dobrze. Zamierzamy udać się tam we wtorek, jeśli profesor Snape nie będzie mnie potrzebował.

– Nawet jeśli spytasz, to dobrze wiesz jaka będzie odpowiedź. W poniedziałek, po lekcji Oklumencji, przyjdź do mojego gabinetu. Dam ci pismo dla znajomego i poinstruuję.

– Dziękuję.

Obróciła się i chciała odejść, gdy Dyrektor ją zatrzymał.

– Hermiono, dziękuję ci.

– Nie ma za co, panie profesorze. Jeszcze nie miałam czasu, by zająć się… Wie pan czym.

– Tak, wiem. Zdziwiłbym się, gdybyś znalazła. Jeśli jednak znajdziesz wolną minutkę pani Pince wie, że ma ci nie przeszkadzać w szperaniu między regałami, i że masz dostęp do działu Ksiąg Zakazanych. A tak na marginesie, jestem zadowolony, że udało ci się dojść do porozumienia z Severusem.

– Eee… Porozumienie to zbyt mocne słowo, panie profesorze. Jeszcze kilka dni i pewnie wzajemnie się otrujemy. Profesor Snape ma… specyficzny sposób zwracania się do uczniów.

– Oczywiście. Jednak trzeba umieć czytać między wierszami. Jest wiele rzeczy, których nie mówi, a których trzeba się domyślać. Dzięki temu wciąż żyje.

Skinęła głową. To akurat wiedziała. Nie zamierzała jednak bawić się w rozszyfrowywanie Snape'a w wolnym czasie.


A/N: Ożeż matko święta... Wyobrażacie sobie, że mordowałam ten tekst cały wczorajszy dzień i resztę dzisiejszego?! Najwyraźniej zwolnię tempo wrzucania, ale dzięki temu rozdziały będą dłuższe.

Wprowadzam więcej zmian, niż przypuszczałam i zajmuje to trochę czasu, mam jednak nadzieję, że dzięki tym poprawkom czyta się nieco łatwiej. Głównie usuwam niepotrzebne teksty i zbytnie zachwycanie się intelektem i dobrocią Hermiony - w niektórych miejscach było to ostro przesadzone. I już teraz wiem, że pod nóż pójdzie większa część wycieczki do Brighton.

Swoją drogą jak tak poprawiam to jestem wściekła sama na siebie xD Ostatnimi czasy zostałam wciągnięta przez drarry i morduję fanfiki o nich, jednocześnie przeklinając siebie za to, że postanowiłam pójść jednak z Ginny/Draco w Bez Cukru, skoro miałam takie świetne podwaliny do drarry... Cóż, trudno. Obawiam się jednak, że w przynajmniej dwóch pozostałych fanfikach, które piszę (piszę, obiecuję! po prostu czekam na wenę, której jakoś się nie spieszy...) ten pairing wystąpi.

No, to tyle. Do zobaczenia przy następnym rozdziale. Mam nadzieję, że uda mi się go wrzucić najpóźniej w niedzielę.