Rozdział 4

W Bibliotece wreszcie mogła się napawać ciszą i spokojem, co po ostatnich kilku dniach było prawdziwym błogosławieństwem.

Hermiona stanęła w odosobnionym kącie i spróbowała pójść nieco na skróty, więc podniosła różdżkę i nieco niepewnie powiedziała:

Accio książki o Cruciatusie.

Podleciały do niej dwie cieniutkie książeczki i jeden potężny tom. Ułożyła je na stoliku i rzuciła zaklęcie maskujące. Zaczepiła rękawem szaty o jakąś małą książkę, formatu kieszonkowego. Wspomnienia barda. Nie chciała, by ktokolwiek ją zauważył, więc położyła tomik na reszcie.

Dużym tomem okazała się encyklopedia Niewybaczalnych Zaklęć Z Ostatnich Dwustu Lat. Małe książeczki kolejno się nazywały: Bolesne Doświadczenia i Cruciatus. Zaczęła od tej ostatniej. Nie było w niej, niestety, nic odkrywczego. Odłożyła ją jednak na bok. Kilka zdań, których znaczenie musiała dopiero rozgryźć mogło być pomocne. Bolesne doświadczenia to była najstraszniejsza lektura, jaką kiedykolwiek trzymała w rękach i czuła się chora, gdy ją w końcu zamknęła. O Cruciatusie było tam niewiele, a nawet, gdy było, to jedynie opis wrażeń. Autor był masochistą i to na skalę, która wykraczała poza jej granice wytrzymałości psychicznej. Przeszły ją ciarki, więc z ciekawości - a także po to, by otrząsnąć się po Bolesnych Doświadczeniach - sięgnęła po Wspomnienia barda. Pisał to jakiś człowiek, który przeżył wojnę, która odbyła się wiele lat temu. Nie było dość szczegółów, by domyślić się którą i choć nieco ją to męczyło, wiedziała, że nie ma ani czasu, ani zbytnich możliwości, by odkryć autora lub choćby jego okres historyczny.

Tytułowy bard wspominał sposób, w jaki powstrzymał drgawki po klątwie „żywcem ciało palącej" i chwilę zajęło jej zrozumienie o co właściwie chodzi. Pierwsze dwie linijki przeczytała dość niechlujnie, sądząc, że jest to po prostu kiepska poezja, ale już przy trzeciej niemal sunęła nosem po tekście.

Drżą mi ręce, drżą mi nogi.

Sięgam daleko po swoje ostrogi.

Nacinam dłoni prawej kciuk,

Marii mojej nie porwał Mruk.

Czystości nieskalanej światło,

W jasnym świecie bladło.

Co po prawej, co po lewej

Do ognia wrzucam pierwej.

Serca krztynę, by porwało

W uroku swoim ciało.

Drżą mi ręce, drżą mi nogi,

Pomóż mi, mój Boże drogi.

Słowo zapomniane mi podajesz,

Kawałek siebie dokrajesz.

Maścisz ciało moje tym oleum,

Drżę cały w bólu apogeum.

Mija kopa minut i nagle

Ciało wolne niczym żagle.

To było zaklęcie, bądź eliksir - czytała wielokrotnie o ukrytych recepturach i dyrektywach, ale nigdy z czymś takim się nie spotkała! Nie była pewna czy było to akurat o Cruciatusie, bo - niestety - nie była to jedyna klątwa powodująca takie efekty. Niemniej czując lekkie podniecenie kazała piórze skopiować ten fragment i zerknęła do encyklopedii. O Cruciatusie było niewiele. Głównie spekulacje o czarodzieju, które wynalazł inkantację, wraz z listą potencjalnych nazwisk (które natychmiast sprawdziła w Księdze Rodów Czystej Krwi by przekonać się, że każdy z wymienionych rodów dawno był już wymarły). Ledwo wspomniane było, że nie działa na zwierzęta magiczne i płazińce. Dopisała ręcznie pod wierszem zwierzęta magiczne, płazińce.

Po jakimś czasie zerknęła na zegarek i omal nie zemdlała: osiem po dziesiątej. Odesłała książki na miejsce, a pergamin włożyła do kieszeni. Pani Pince spojrzała na nią z oburzeniem, gdy biegiem ruszyła do drzwi Biblioteki. Za nimi omal nie potrąciła profesora Flitwicka.

– Przepraszam! – krzyknęła i leciała dalej. Przeklinała Założycieli za to, że do lochów było daleko z każdego zakątka zamku. Delikatnie otworzyła drzwi, weszła do środka i spokojnie za sobą zamknęła, by zmierzyć się z nawałnicą, tornadem, trzęsieniem ziemi i erupcją wulkanu w jednej postaci zwanej przez niektórych Severusem Snape'em. Przez następne dwadzieścia minut zdzierał sobie gardło, a ona modliła się, by ochrypł i przez miesiąc nie mógł nawet pisnąć. Niestety, bogowie nie byli dla niej łaskawi. Kiedy Mistrz Eliksirów wykrzyczał, co miało być wykrzyczane, odetchnął i nawet nie chrypiącym głosem kazał jej brać się do pracy.

Wspominając słowa Dumbledora doszła do wniosku, że Dyrektor przeceniał Snape'a. Ten człowiek gadał więcej niż ktokolwiek chciałby słuchać, na tematy, które nikogo nie interesują, i zdecydowanie nie było możliwości czytania pomiędzy wierszami, bo z jego wrzasków i tak niewiele można było zrozumieć.


Kiedy wieczorem wracała do Nory, była tak skrajnie wyczerpana, że jedynie mruknęła: „Nora" i przez chwilę bała się, że wpadła do złego kominka, ale donośny śmiech Hagrida ciężko było pomylić z czymkolwiek innym. Zdjęła szatę, powiesiła na haku i przeszła do pokoju dziennego. Na jej widok Hagrid zagwizdał przez zęby.

– Uuu, cienko wyglądasz, Hermiono. Co ci się przydarzyło?

– Choróbsko, katastrofa i potwór w jednej osobie – wyjąkała i padła na sofę. Pan Weasley, Hagrid i Remus wpadli w niekontrolowany atak śmiechu, a Ginny i Malfoy, siedzący przy oknie, starali się trzymać powagę.

– Ja tu umieram, głuchnę i zasypiam, a wy się ze mnie śmiejecie? – Usiadła i oparła głowę na dłoni. – Czy coś mnie ominęło?

– Remus właśnie opowiadał, jak w szkolnych czasach z Jamesem, Syriuszem i Peterem wymykali się nocą do Zakazanego Lasu. – Pan Weasley parsknął w herbatę, a Hagrid poklepał Lupina po plecach, aż zadudniło.

– Oż, wybacz, Remus. Nawet nie wicie, jak mi się obrywało za to wasze wałęsanie się po Lesie. Dumbledore denerwował się na mnie, a ja nie umiałem powidzieć kto to! Ale Fred i George byli gorsi, o wiele gorsi. Bo oni biegali jako ludzie i mogło im się co zdarzyć.

– Jak na przykład atak głodnej Akromantuli? – Hermiona błysnęła zębami.

– Aragog był dobry! Trochę, no… Niewychowane te jego dzieciaki, ale dam se z nimi radę. Właśnie, Hermiono, chciałabyś może trochę krwi jednorożca?

Aż podskoczyła.

– A masz?!

– Oczywiście, że mam. Jeden się ciachnął ostatnio w kopyto. Se pomyślałem, że może ci się przyda.

– Och, to wspaniale, Hagridzie. Dziękuję! – Zaczęła chodzić w tę i z powrotem. – Można by ulepszyć mikstury lecznicze… I nawet odtrutki… I… O, rany. Sama nie wiem od czego zacząć!

– Może najpierw usiądź. – Remus uśmiechnął się delikatnie. – Jeśli takie rzadkie ingrediencje cię interesują, to mogę ci kilka dostarczyć. Dość często…eee… szwendam się po lesie.

– Właściwie jest jedna sprawa. – Uśmiechnęła się ponuro. – Myślisz, że dałbyś radę pozwolić mi przy następnej pełni ciachnąć ci trochę sierści i jeden pazur? Odrośnie, więc się nie martw.

– A po co ci to?

– Mam pewien pomysł… Ale musiałabym go dopracować. – Skrzywiła się i dodała: – I wykopać profesora Snape'a z pracowni na jakieś pięć godzin. Dobra, zapomnij. Nie będę pozbawiać cię owłosienia, skoro i tak nie będę mogła tego zrobić.

Oparła się o sofę i pogrążyła w myślach. Myślała o eliksirze dla ludzi takich, jak Bill. Jednak ten eliksir zażyłoby się raz w życiu, by całkowicie cofnąć efekty pogryzienia przez wilkołaka w formie ludzkiej. Wymagałoby to odwrócenia biegunów. Wolała nie myśleć, ile trwałaby taka praca, no i musiałaby znaleźć chętnego do wypróbowania, a nie wiadomo czy nie wyszłaby jej jakaś trucizna. Do tego potrzebowałaby przynajmniej połowę tajnego zapasu Snape'a. W myślach obliczała proporcje, gdy nagle doszła do wniosku, że i tak nie ma sensu, bo ten cholerny nietoperz za nic nie wyjdzie z lochów.

Podniosła się i zaczęła krążyć w tę i z powrotem. Może mu powiedzieć? Albo znów ją okrzyczy, albo przyjmie do wiadomości. Pytanie, czy stworzenie czegoś takiego w ogóle ma przyszłość? Jak dobrze pójdzie, to podczas wojny takie świry jak Greyback pójdą do piachu, ale pomogłaby takiemu Billowi. I Colinovi. Energia, której przed chwilą nie miała rozsadzała ją. Nagle ktoś ją zatrzymał i zauważyła, że Ginny macha jej przed oczami.

– Hermiono, wyglądasz, jakby coś cię opętało.

– Nie, nie. – Zaśmiała się cicho. – To po prostu to, co mi zawsze zarzucacie. Za wiele myślę. Wpadł mi do głowy pewien pomysł i muszę poważnie go roztrząsnąć. Jakbyście mnie szukali, to będę na podwórzu. Tam mogę sobie spokojnie pospacerować.

Wyszła i po chwili Ginny mogła ją obserwować, jak chodziła w kółko, mamrocząc pod nosem. Malfoy parsknął.

– Ona naprawdę za wiele myśli. Powinna trochę przystopować, bo te włosy jeszcze bardziej jej się skręcą.

– Odpuść – mruknęła.

– Co by nie powiedzieć – odezwał się Remus – to najmądrzejsza dziewczyna jaką znam. Więc jeśli coś wymyśliła, co może pomóc ludziom dotkniętym tym, co ja czy Bill, to powinno to zadziałać.

– Tylko, że ona robi się powoli równie nerwowa, co Snape – wymamrotał Hagrid.

– Każdy byłby nerwowy przebywając tyle czasu z Severusem. – Zaśmiał się pan Weasley. – Ale Hermiona ma charakter, więc nie sądzę, że tak po prostu da się stłamsić.

Ginny odskoczyła od okna i usiadła obok swojego ojca.

– Jeśli jest jej potrzebna sierść wilkołaka, to na pewno ma to coś wspólnego z tobą, Remusie lub z Billem. Nie sądzę, by myślała w tym momencie o czymś dla siebie.

– Szczęściara – mruknął Malfoy. – Ja tak nie potrafię.

Hagrid wstał i podszedł do okna.

– Każdy potrafi, młody. Wystarczy umieć kochać. Ja też częściej martwiem się o Harry'ego, Hermionę, Weasleyów, Remusa i Tonks, Dumbledore'a i profesorów. Nawet o Snape'a, a teraz i o ciebie. Po prostu trzeba przestać bać się bać. – Uśmiechnął się do siebie. – O, coś postanowiła, bo ma ten wyraz twarzy.

– Ten gdzie ściąga brwi i uśmiecha się, jakby wszystko już ułożyło się po jej myśli? – Ginny również podeszła i syknęła. – Auć. Będzie niewesoło.

– Granger miała ten sam wyraz twarzy, gdy zbierała się do tego, żeby mnie spoliczkować. – Malfoy lekko zarumienił się na to wspomnienie. – Chyba ktoś będzie miał kłopoty.

Hermiona wpadła do kuchni, porwała po drodze szatę i narzuciła ją na siebie.

– Wracam do Hogwartu – oznajmiła, wchodząc. Złapała kilka ciastek i szybko je zjadła. Wyjęła Ginny herbatę z rąk i popiła. – Wybacz, Ginny. Od śniadania nic nie jadłam.

– Zostań choć trochę. Mama niedługo powinna wrócić i coś ugotuje.

– Nie ma mowy. Muszę skopać tyłek pewnemu nietoperzowi. – Uśmiechnęła się wrednie. – Tym razem moja cierpliwość się skończyła.

Wyszła i po chwili usłyszeli: „Hogwart!". Malfoy uśmiechnął się radośnie i obrócił się do zaniepokojonych obecnych i powiedział słodkim tonem:

– O co zakład, że wybuchnie wojna?


Hermiona wyskoczyła z kominka pani Hooch, która spojrzała na nią zdziwiona.

– Kiedy pół godziny temu szłaś do Nory wyglądałaś na padlinę. Cóż ci takiego podali?

– Pomysł, pani profesor. Pomysł.

– Jest prawie pierwsza w nocy. Kogo idziesz wyrwać z łóżka?

– Profesora Snape'a.

Pani Hooch zachichotała.

– Chciałabym to zobaczyć, ale na pewno usłyszę aż tutaj. – Spojrzała łobuzersko na Hermionę. – A w ogóle wiesz, gdzie go szukać?

– No… nie. Ale gdzieś w okolicach sali Eliksirów i gabinetu, jak mniemam.

– Ułatwię ci sprawę. Wejdź do kominka i po prostu powiedz: „gabinet Mistrza Eliksirów". Stamtąd idziesz prosto przed siebie. Na okres wakacyjny zdejmuje zabezpieczenia wokół swoich komnat, więc dasz radę. Powodzenia.

Podziękowała i po chwili wchodziła do miejsca, któremu nigdy się nie przyjrzała. Gabinet Snape'a wyglądał bardziej jak sala tortur. Biurko, fotel, proste, sztywne krzesło dla skazanych, kilka książek i jakieś żelastwo wiszące na ścianach. Pewnie te łańcuchy, za którymi tak płakał Filch. Bez ociągania się ruszyła do przodu. Otworzyła pierwsze drzwi i weszła do zupełnie innego pokoju. Był dość przytulny, chociaż wydawało się, że jest zbudowany z książek. Świerzbiło ją, żeby przyjrzeć się chociaż tytułom, ale nie miała na to czasu. Przed następnymi drzwiami nieco się zawahała. Jakby nie patrzeć pchała się prosto w paszczę lwa… tfu, węża. I to wyjątkowo jadowitego i agresywnego. Pokręciła głową – dla dobra Billa. Weszła bez pardonu, dziwiąc się, że drzwi naprawdę są otwarte i pierwsze słowa, jakie wypowiedziała, brzmiały:

Accio różdżka.

Po chwili trzymała ją w palcach i podeszła do łóżka czy też raczej łoża, Snape'a i zaczęła nim potrząsać.

– Wstawaj, profesorze.

Przez chwilę pomarudził, po czym chyba zdał sobie sprawę co się dzieje. Usiadł i sięgnął na szafkę po różdżkę, której oczywiście tam nie było.

– Tego pan szuka? – Podniosła lewą dłoń z jego różdżką. Nabrał powietrza i ryknął:

– GRANGER! CO TY…!

Silencio – mruknęła. Snape poruszał ustami, ale ani jedna nuta się z nich nie wyrwała.

– Tak znacznie lepiej – uśmiechnęła się. – Teraz pan mnie posłucha. Potem przyzna mi pan tyle szlabanów, ile się panu spodoba. Chyba znalazłam sposób na uleczenie Billa i jemu podobnych.

Od razu się zamknął (nie, żeby to miało w tym momencie jakieś znaczenie) i pokazał ręką, że ma kontynuować. Dopiero teraz zauważyła, że Snape nie ma nic na sobie. Chwała bogom, że okrywała go kołdra. Zaczerwieniła się i wydukała:

– To może… eee… ja wyjdę, a pan się ubierze, co?

Podniósł brew, jakby mówił: „sama tu weszłaś". Chwilę później już była w pokoju pełnym książek. Niektóre tytuły znała, inne chętnie by pożyczyła. Nie tylko te dotyczące Eliksirów, ale też Zaklęć, Transmutacji, Numerologii i Mugoloznastwa. Ze sporym zdziwieniem zauważyła nawet kilka komiksów Spider-Mana i Supermana wepchniętych gdzieś po kątach. Usłyszała cichy poświst i odwróciła się wyciągając rękę przed siebie i rzucając szybko w myślach Protego. To było pierwsze zaklęcie, które przyszło jej do głowy. Snape odbił się od niewidzialnej ściany i odskoczył. Chwała bogom, był już ubrany tak, jak zwykle. Zauważył, że jego działania są bezcelowe, więc ręką zaprosił ją, by usiadła. Machnięciem różdżki opróżniła drugie krzesło, starając się nie okazać zdziwienia - zachowywał się bardziej cywilizowanie, niż przewidywała.

– Zanim zacznie pan sobie wyobrażać nie wiem co, to powiem, że uciszyłam pana, bo wiedziałam, że pierwsze co pan zrobi, to podniesie na nogi cały zamek. Poza tym mam już dosyć obrażania. Jeśli mamy spędzić rok w swoim towarzystwie, to wolałabym nie być w takim stanie jak dzisiaj. Kilka razy porządnie zastanawiałam się nad wsadzeniem pańskiej głowy do kociołka. – Uśmiechnął się paskudnie. – Zresztą, mniejsza z tym. Wpadł mi do głowy pewien pomysł. Remus mi go podsunął. Niech się pan nie krzywi. Powiedział, że jeśli będę potrzebowała jakichś wyjątkowych ingrediencji może mi je znaleźć, bo często chodzi po lesie. – Gdyby mógł, to by wydał z siebie prychnięcie pełne pogardy. – I wtedy pomyślałam sobie, że przecież można użyć sierści wilkołaka lub jego pazurów, po czym odwrócić bieguny i stworzyć miksturę, którą ludzie tacy jak Bill zażyją raz na całe życie i będą mieli cały ten problem z głowy.

Urwała czekając na reakcję. Snape przez chwilę zastanawiał się, po czym wstał i wyjął jedną z książek. Tego tomu nie kojarzyła z wyglądu. Przerzucił strony, przeczytał coś po czym kiwnął ręką, żeby kontynuowała.

– Nie wiem dokładnie, jakie musiałyby być inne składniki, ale Hagrid zaproponował mi dziś trochę krwi jednorożca. – Głowa Mistrza Eliksirów podniosła się jednym szarpnięciem, a w jego oczach zalśniło pragnienie. – Właśnie, wyjątkowo rzadki składnik i jeszcze rzadziej oddawany dobrowolnie. Pomyślałam, że to może jakoś pomóc. Do tego ten nieszczęsny zawilec, a nawet akonit, bo im silniejsza trucizna, tym silniejsza mikstura po odwróceniu polaryzacji. Pytanie czy ma to szansę na powodzenie.

Skinął głową i rozejrzał się, po czym kazał iść za sobą. Weszli do gabinetu i wskazał na kominek.

– Nora? Chce pan teraz iść do Nory? – Kiwnął głową. – Nie zamierzam oddawać panu różdżki. Wolałabym mieć możliwość… uciszania pana.

Grymas wściekłości wypłynął na jego twarz i zaczął coś mówić.

– Właśnie dlatego wolę mieć ją pod ręką. Zrobimy tak – pan wejdzie w płomienie, a ja wypowiem to słowo za pana. Może tak być?

Skinął głową zdecydowanie niechętnie. Rzucił proszkiem Fiuu i wszedł w płomienie. Pochyliła się i powiedziała wyraźnie: NORA!

Zniknął w płomieniach. Wskoczyła zaraz za nim. Lepiej nie dać mu możliwości odebrania różdżki kiedy będzie wychodziła z kominka. Ustawiła różdżkę tak, by móc w razie czego szybko wypowiedzieć zaklęcie.

– Nora!

Tak jak sądziła, próbował ją zaskoczyć, ale wypowiedziała w myślach Petrificus Totalus. Padł na ziemię nieźle hałasując. Do kuchni wbiegł pan Weasley.

– Czy coś się mu stało? – spytał patrząc na Snape'a.

– Och, nie. Po prostu zabije mnie, gdy odzyska swoją różdżkę - odpowiedziała nieco histerycznym tonem.

Odwołała zaklęcie i pomogła mu wstać. Wyraźnie coś mówił, i to coś obraźliwego, ale na szczęście nie musiała go słuchać.

– Teraz, kiedy poradziłam się… eee… specjalisty mogę panu przekazać dobrą wiadomość. – Uśmiechnęła się i skierowała do pokoju. Snape nie miał wyboru i też wszedł do środka, po czym buntowniczo usadowił się na ramieniu sofy. Malfoy skinął mu głową, ale nawet tego nie zauważył.

– Co mu jest? – Remus patrzył zdziwiony na człowieka, którego znał od ponad dwudziestu sześciu lat i jeszcze nigdy nie widział go w takim stanie. Był wściekły i… milczał.

– Nic takiego. Chwilowo nie może mówić, co go denerwuje. Postanowił więc się obrazić.

Snape machnął rękoma w geście oburzenia, a Remus był coraz bardziej rozbawiony.

– Jak to nie może mówić?

– Musiałam się skonsultować, a profesor Snape… ma specyficzny sposób rozmawiania z uczniami, którzy wparowują do jego sypialni o pierwszej w nocy. Więc, żeby dopuścił mnie do słowa, zwinęłam mu różdżkę i uciszyłam.

Wszyscy obecni musieli się powstrzymywać od gruchnięcia śmiechem, a Hermiona dobrze wiedziała, że będzie to prawdopodobnie ostatnia kolacja w jej życiu więc sięgnęła po ciastko.

– Co to za dobra nowina? – spytał pan Weasley w miarę poważnym głosem.

– Jest sposób by wyleczyć Billa i jemu podobnych. Wyleczyć raz, a porządnie.

Wiadomość spowodowała głębokie poruszenie. Ginny spojrzała na przyjaciółkę.

– To dlatego przez kwadrans chodziłaś, jak nawiedzona?

– Tak. Musiałam wiedzieć, czy w ogóle warto o tym mówić. Narobiłabym wam nadziei, a potem okazałoby się, że nici z tego. Kiedy Remus powiedział, że może znaleźć jakieś ingrediencje, pomyślałam, że można użyć włosów prawdziwego wilkołaka i w pewien sposób zrobić z tego odtrutkę na to, co ma Bill. Profesorze, wytłumaczy im to pan, czy ja mam to zrobić?

Przez chwilę wydawało się, że dalej będzie się obrażał, ale skinął głową, więc odblokowała jego głos.

– Przysięgam, że pożałujesz tego, Granger – warknął, po czym nabrał powietrza. – Teoretycznie jest to do zrobienia. Podobno Hagrid ma krew jednorożca, a to uprawdopodobnia działanie takiego eliksiru. Będzie on za słaby na likanizm, ale Williama wyleczy na pewno. W ten sposób też wyleczymy innych mu podobnych.

– Ale jak? – Malfoy pochylił się. – Wydawało mi się, że likanizm nie jest uznawany za chorobę.

– Bo nie jest, Draco. Słuchaj uważnie. Mówię, że Williama wyleczy. To na co choruje jest czymś w rodzaju choroby. Oczywiście minusem jest to, że musiałby się znaleźć… chętny, który by to wypił. Nie sądzę by było ryzyko otrucia, ale nie wiadomo jakie spowoduje to skutki uboczne.

Pan Weasley podniósł dłoń.

– Myślę, że przy tej rozmowie powinni być obecni Bill i Fleur.

– Dobrze by było. Pójdziesz po nich?

– Oczywiście.

Snape obrócił się do Hermiony i gdy tylko otworzył usta podniosła różdżkę.

– Nie pan tylko spróbuje podnieść głos – powiedziała flegmatycznie. – Jestem zbyt zmęczona żeby dzisiaj tego wysłuchiwać, a pan zbyt zmęczony, żeby się drzeć. Możemy umówić się na mordowanie na jutro?

Lupin odwrócił wzrok, bo ze swojego siedzenia wyraźnie widział, że Snape'owi drgają kąciki ust, więc sam starał się nie roześmiać. Ginny tymczasem patrzyła na swoją przyjaciółkę, jakby zwariowała. Jeśli dobrze pamiętała, to w mugolskich filmach mówią na to „trzymanie na muszce".

– Ależ proszę bardzo – warknął jadowicie. – Ale nie ominie cię kara. Mam pozostałą część nocy na obmyślenie jej. A teraz oddaj mi różdżkę.

– Nie. Jak to wszystko się skończy, wtedy panu oddam, profesorze.

Granger. – Zabrzmiało to zdecydowanie jak początek burzy.

– Właśnie dlatego nie zamierzam oddać, bo wtedy zacznie pan krzyczeć. – Złapała się za głowę i wstała. – Muszę na chwilę wyjść na powietrze.

– Przeciążenie obwodów?

Zignorowała przytyk i czekała na dworze, dopóki Bill i Fleur nie zeszli na dół. Chłopak był podekscytowany.

– Strzelaj, Hermiono. – Uśmiechnął się.

– Lepiej nie – mruknął Snape, po czym powtórzył to wszystko, co mówił wcześniej. Fleur połowy słów nie rozumiała, więc Remus tłumaczył jej na francuski.

– Ależ to śmiszne! – powiedziała pod koniec. – I Bill ma być ten ochotnik?! Przecież wy nie wicie co mu się stanie!

– Nie powinno spowodować to trwałych urazów – powiedział spokojnie Snape. – Na pewno nie otruje się, a na wszelkie… następstwa można znaleźć odtrutkę mając właściwą truciznę.

– Odtrutkę na odtrutkę?!

– Fleur. – Głos Billa by poważny. Francuzka zamknęła się, ale nastroszyła piórka. Lupin, Malfoy, Ginny i Hermiona musieli przestać parskać, ale to było zbyt zabawne – Fleur i Snape wyglądali w tym momencie identycznie. Oboje nabzdyczeni i obrażeni.

Ginny odkaszlnęła i cicho się odezwała.

– Jeśli Remus mnie teraz pogryzie, to sama mogę zażyć ten eliksir.

Siedem obecnych w pokoju osób wrzasnęło:

– ZWARIOWAŁAŚ?!

– Dobra, dobra. Nie było propozycji.

– Zrozumiałem, o co ci chodzi – powiedział wesoło Bill. – Zresztą, podjąłem decyzję, zanim się odezwałaś. Wypiję to.

– Bill! – Fleur podniosła się oburzona.

– Nie, Fleur. To nie jestem tylko ja. Jest więcej ludzi, którzy mają ten sam problem. Nie umrę, to mi obiecali.

– Nikt ci tego nie obiecał – warknął Snape. – Nie nadinterpretuj.

– No, w każdym razie nie zakładają tego.

– Nie zamierzam pozwolić ci umrzeć, Bill – powiedziała Hermiona.

– Granger, przestań się udzielać. Nie możesz mu obiecywać czegoś, czego nie jesteś pewna!

– Akurat jestem tego pewna! Nie zamierzam pozwolić mu umrzeć!

– Jakbyś miała coś do gadania!

Silencio!

Snape podskoczył i spiął się tak mocno, że wyglądał, jakby sam dostał wścieklizny.

– Zawsze możemy to najpierw przetestować na panu, bo w tej chwili wygląda pan niemal tak samo, jak Bill kiedy wpadł w szał.

Hagrid uśmiechnął się lekko.

– Dobra, Hermiono, odpuść mu.

Wzruszyła ramionami i zwróciła się do Billa.

– Jak już mówiłam, nie zamierzam pozwolić ci umrzeć. Nie dostaniesz tej mikstury, dopóki nie będziemy pewni, że jest ona bezpieczna. Oczywiście możemy się pomylić. – Skrzywiła się, czując powstającą gulę w gardle. – Ale wtedy zrobię wszystko co w mojej mocy, żeby ci pomóc.

– Daj spokój. – Uśmiechnął się chłopak. – Wiem, że tak zrobisz. I Snape tak samo, choć gdyby mógł to teraz zarzekałby się jak żaba błota. Znam ryzyko.

– Bill. – Fleur płakała, a Hermionie na ten widok kroiło się serce. Poczuła dłoń na ramieniu i podniosła wzrok. Ginny ją rozumiała i wspierała. – Bill… A jak coś się stani? A jak ci nie pomogą?

– Bardziej martwię się tym, że mogę tobie zrobić krzywdę. Kiedy możecie zacząć nad tym pracować?

Hermiona zastanowiła się i przyjrzała się Remusowi.

– Do następnej pełni jest miesiąc. To za wiele. – Snape wymachiwał rękami. – Tak, wiem, o co panu chodzi. Sztucznie wywołany efekt pełni. – Skinął niechętnie głową. – W dwa, trzy dni powinniśmy go stworzyć. Remusie, czy… zechcesz przeżyć to więcej niż raz na miesiąc? Wystarczy jeden raz. Przystrzyżemy ci grzwkę, zrobimy manicure…

Lupin parsknął wesoło.

– Jasne, że tak. Tylko będę musiał mieć Wywar Tojadowy. Nie chcę nikogo pokąsać. Severusie?

Snape skinął głową krzywiąc się, jakby ktoś wsadził mu cytrynę do ust. W ciszy, która zapadła usłyszeli głos pani Weasley:

– Jest tu kto?

– Tutaj, Molly! – krzyknął pan Weasley. Pani Weasley, zmęczona, weszła do pokoju, ucałowała swoje dzieci, męża i Hermionę, po czym rzuciła się z objęciami na Malfoya.

– Dziękuję, dziękuję, dziękuję! – zaczęła mu szlochać w ramię, a ten, niepewny co ma robić, poklepał ją po ramieniu.

– Pani Weasley… Ja naprawdę nic nie zrobiłem. Niech pani nie płacze. – Miał słaby głos, wydawał się być wręcz przerażony, ale i ona nie była lekka. Hagrid wstał i złapał ją pod ramię.

– No, Molly, nie rób sceny. Chodź, położysz się spać. Kiedy wracają Fred i George?

– Juuu-u-u-tro. Georgowi musi do końca zrosnąć się skóra, a Fred nie chce go zostawiać…

Kiedy pochlipywanie dobiegło końca Malfoy obrócił się do pana Weasleya.

– Ja tego nie chcę! Nie dziękujcie mi! Czy wy w ogóle zdajecie sobie sprawę z tego co ja robiłem będąc ze Śmierciożercami?!

Pan Weasley uśmiechnął się.

– Ale my czujemy wdzięczność, chłopcze. I chcemy ci ją okazać.

Malfoy obrócił się do Snape'a.

– No przecież pan to rozumie, prawda?! Niech pan coś im powie.

Ten jedynie pokręcił głową, klepnął Malfoya w ramię i wskazał Hermionie kuchnię. Niechętnie się podniosła i kiedy stanął przed kominkiem wyciągnął dłoń. Podała mu niechętnie różdżkę. Skierował ją na swoje gardło i po chwili mruknął.

– Pożałujesz tego, Granger. Pożałujesz.

– Byle nie dzisiaj – jestem wykończona.

– Ja ci dam wykończenie! – ryknął. – Zrobiłaś ze mnie durnia!

– To trzeba było zamknąć drzwi od sypialni!

– Nie należało tam wchodzić!

– A jak niby miałam się z panem skontaktować?!

– Istnieją Patronusy, sowy, COKOLWIEK!

Pan Weasley zerknął na Billa i machnął ręką.

– Niech ktoś idzie ich zamknąć, bo albo pobudzą cały dom, albo zaraz zaczną fruwać zaklęcia.

W tym momencie Hermiona pisnęła: „to bolało!" a po chwili usłyszeli „z drogi, Granger!". Zaciekawieni rzucili się do drzwi kuchni i znaleźli malowniczy obrazek – Hermiona wisiała w powietrzu i machała nogami starając się dosięgnąć twarzy Snape'a, a ten trzymał jej różdżkę, ale miał zaczerwienione oko.

– Następnym razem, Granger – wysyczał. – Używaj czarów, nie siły. Dźgnięcie przeciwnika różdżką w oko niewiele da. Jednak dzięki twojej głupocie to ja mam teraz pełną władzę nad tobą, jak widać.

Dziewczyna obróciła się w powietrzu plecami do Snape'a, a Hagrid zaśmiał się tubalnie.

– Zachowujecie się jak pięcioletnie dzieci!

Snape syknął niecierpliwie i zawiesił Hermionę na żyrandolu.

– Przynajmniej nie kręcisz się pod nogami. Jutro o ósmej, tym razem punktualnie masz być w sali Eliksirów. A to – pomachał jej różdżką – zabieram z sobą. Hogwart!

Hermiona wisiała obrażona na żyrandolu, dopóki Hagrid jej stamtąd nie zdjął chichocząc.

– Aleście się pożarli…

– Bardzo śmieszne – mruknęła. – Mam go wybitnie dosyć!

– No, to ciekawe, jak zamierzacie współpracować przez cały rok. – Zaśmiała się Ginny, ale kiedy otrzymała wymowne spojrzenie zamilkła.

Remus po krótkim omówieniu szczegółów z Hermioną pożegnał się i aportował do swojego mieszkania. Hagrid po chwili również wyszedł, wciąż się śmiejąc. Hermiona wstawiła wodę na herbatę i oparła się o blat stołu ciężko wzdychając.

– Ktoś chce herbaty?

Fleur poszła na górę, obrażona na cały świat. Bill, Ginny, Malfoy i pan Weasley usiedli w kuchni. Wszyscy poprosili o herbatę, więc musiała wstawić drugi czajnik. Zaczęła masować sobie kark, który ją strasznie bolał. Zdjęła gumkę do włosów i rozczesała je palcami. Od razu lepiej. Nalała herbaty, do każdego kubka wlała po kropli testera i odetchnęła, jak za każdym razem. Przeniosła po dwa do stołu, a potem wzięła swój. Pierwszy odezwał się Malfoy.

– Masz tupet, Granger. – Uśmiechnął się wesoło. – Zawsze w Slytherinie baliśmy się Snape'a, jak byłem mały też nie czułem się w jego towarzystwie komfortowo. W kręgach Śmierciożerców ponad nim jest jedynie sam Czarny Pan. A ty po prostu zwinęłaś mu różdżkę i zatkałaś go.

– Wyluzuj, Malfoy, bo to wcale nie było śmieszne. Musiałam to zrobić, żeby mnie wysłuchał i nie przedłużał wszystkiego niepotrzebnymi wrzaskami.

– A teraz sama nie masz różdżki. – Uśmiechnął się Bill. Cieszył się, że jest w jakiś sposób użyteczny. W tej chwili najbardziej przerażało go to, że będzie musiał stawić czoła swojej narzeczonej. Miał nadzieję, że tym razem obejdzie się bez ptasich transformacji.

– Przez jedenaście lat dawałam sobie bez niej radę, to i teraz dam. – Parsknęła śmiechem. – Powiem wam, że jednak w głębi duszy wciąż jestem mugolem. Jak ktoś mi mówi o bójce, to ja widzę bójkę na pięści. Kiedy przyłożył mi w głowę, to chciałam oddać. No i pierwszym odruchem było uderzenie pięścią. Tylko zapomniałam, że trzymam w niej różdżkę.

Pan Weasley omal się nie udławił herbatą.

– Więc mugole biją się na pięści?

– Tak. Czasem używają jakichś… przedmiotów, ale zwykłe bójki są na pięści.

– Fascynujące.

– Co ciekawsze, jest kilka sportów, które opierają się na przemocy. Boks, karate, judo, zapasy, rugby… Całkiem sporo tego.

– Czy jak udacie się z Ginny do Brighton, to mogłabyś… no wiesz…

– Rozumiem. – Uśmiechnęła się, oparła głowę o rękę i po szerokim ziewnięciu zasnęła, zanim się zorientowała.


Ginny właśnie odpowiadała Malfoyowi na pytanie dotyczące Zjednoczonych z Puddlemore, gdy Hermiona zaczęła głośno poświstywać przez nos. Bill zaśmiał się głośno i poczochrał jej przyjaciółkę po włosach.

– Biedactwo – mruknął. – Nie dość, że musi znosić Snape'a, robić stado mikstur i się bić, to jednak wciąż znajduje czas, by o mnie pomyśleć.

– Jak dla mnie, to oni znajdują w tym pewną rozrywkę. – Uśmiechnął się pan Weasley. – Mógłbym przysiąc, że Severus kilka razy prawie się uśmiechnął.

– A wie pan, że to samo zauważyłem? – Malfoy pokręcił głową z niedowierzaniem, tylko Ginny się skrzywiła.

– O czym wy gadacie? Hermiona jest tak wykończona, że zasnęła na miejscu, wcześniej rzuciła się na kogoś z łapami drugi raz w całym swoim życiu, potem zawisła na żyrandolu, a wy doszukujecie się w tym rozrywki?

Wszyscy wzruszyli ramionami, a Ginny pokręciła z niedowierzaniem głową. Mężczyźni. Bill wziął jej przyjaciółkę na ręce i zaniósł do pokoju. Omal nie zabił się na schodach bo dziewczyna wymamrotała: „Śmierdzący nietoperz… Silencio…". Usiadł na stopniu i dosłownie wył z radości. Ginny przebrała przyjaciółkę i przykryła ją kołdrą.

– Aleś się wkopała…

Pogłaskała ją po głowie i cicho zamknęła drzwi. W drzwiach zderzyła się z Ronem.

– Jest już Hermiona?

– Jest, ale śpi.

– Miała do mnie przyjść!

– Ciiiszej… Nie mogła. Była zbyt zmęczona.

– Jeszcze kilka minut temu słyszałem, jak się darła na Snape'a.

– I zaraz po tym zasnęła. Idź spać, Ron. Jutro z nią porozmawiasz.

– Ja nie wiem! Czy ona w ogóle pamięta, że ma przyjaciół?!

W Ginny się zagotowało.

– Gdyby nie ci przyjaciele, to nie musiałaby znosić tego dupka i robić tylu mikstur, że po powrocie pada na nos! Wynoś się, bo cię przeklnę Upiorogackiem!

Jej brat skrzywił się, ale wrócił do swojego pokoju. Potarła oczy i zeszła do kuchni. Ojciec poszedł uspokajać mamę, a Bill Fleur. Malfoy siedział w kącie i patrzył nienawistnie na tatuaż na lewym przedramieniu. Gdy ją zauważył, opuścił szatę i zrobił jej miejsce.

– Dlaczego nie śpisz?

– Nie mogę zasnąć. Czuję się… trochę obcy.

– Daj spokój. Zostałeś przyjęty ze wszelkimi możliwymi honorami. Czego byś jeszcze chciał?

– Spokoju duszy. Ale to nigdy mi się nie uda, prawda?

– Zabiłeś kogoś? - szepnęła, nie do końca pewna czy aby na pewno może o to pytać.

Spojrzał na nią rozszerzonymi oczami.

– Nie. Nigdy! Ale… torturowałem. - Uciekł wzrokiem w bok i przygryzł wargę, po czym dodał ciszej: - Mugoli, czarodziejów, nawet dzieci…

Zacisnął szczęki i złapał się za głowę.

– To jest chore, Weasley. Naprawdę. Czarny Pan ma równo poryte pod garnkiem.

– Ginny. – Uśmiechnęła się, widząc jego zdziwienie. – Mam na imię Ginny. Jak będziesz w tym domu mówił do mnie Weasley, to odpowie ci więcej niż jedna osoba. Co do stanu umysłowego Sam-Wiesz-Kogo, to jestem od dawna uświadomiona, że jest nienormalny. Mniej więcej od drugiej klasy, kiedy omal nie umarłam przez niego. Czy też przez jego projekcję.

– Wiesz co, Wea… Ginny? Najgorsze, co może przytrafić się człowiekowi takiemu jak ja, to podziękowania. Torturowałem przyjaciół twoich rodziców, a oni mi dziękują za uratowanie Freda i Georga, których, jak mi się wydawało jeszcze kilka miesięcy temu, nienawidzę. Życzyłem wam wszystkim naprawdę źle. A kiedy przyszło co do czego, wyszło na to, że jestem tchórzem. A wy mi jeszcze dziękujecie.

Objął kolano ramionami i kiedy dotarł do niej jego zapach, ledwo powstrzymała ślimacze spojrzenie. Dopiero po chwili zaufała swojemu głosowi na tyle, żeby się odezwać.

– Jeśli zabijanie czyni cię odważnym, to cieszę się, że jesteś tchórzem. Że my wszyscy jesteśmy tchórzami. Muszę ci powiedzieć, że wpadając do moich braci, którzy na pewno by cię zaatakowali i ostrzeżenie ich… To naprawdę był bohaterski czyn. Moja mama w pierwszej wojnie straciła braci i połowę dalszej rodziny. Tata tak samo. Mimo to potrafią rozmawiać ze Snape'em. - Nie dodała, że przynajmniej wtedy, gdy on sam zachowuje się cywilizowanie. - Potrafimy chować urazę, ale jeśli ktoś nam się czymś przysłuży, to w tym momencie wyrównuje złe uczynki dobrymi i ma czystą kartę. Nie licz Rona, bo on jest wyjątkowo tępy. Masz u nas wszystkich, w mojej rodzinie, u moich przyjaciół, w Zakonie czystą kartę. Graj fair, a nie będziesz musiał iść z pochyloną głową. Rozumiesz co mam na myśli?

Skinął głową i nieśmiało się uśmiechnął.

– Dzięki. Chyba było mi to potrzebne.

– Nie ma sprawy, Malfoy. Dobra, ja będę szła spać. – Wstała i przeciągnęła się. – Pogadajmy jeszcze kiedyś na temat Quidditcha, co? Dobranoc.

Obróciła się i miała iść, gdy złapał ją za rękę. Spaliła raka i miała wrażenie, że cała się trzęsie, ale odwróciła głowę.

– Tak?

Błękitne oczy Malfoya wpatrywały się w nią intensywnie.

– Dziękuję, naprawdę. Poza tym… mam na imię Draco.


Harry nie spał dobrze tej nocy. Nie dość, że męczyły go koszmary, to w dodatku Ron przez całą noc kręcił się z boku na bok i narzekał na Hermionę. Wstał dość wcześnie i zszedł do kuchni. Zdziwił się widząc panią Weasley, Malfoya i Hermionę o tej porze na nogach.

– Dzień dobry.

– Harry, kochaneczku, mamy dziś płatki i zupę mleczną. Draco, weź sobie jeszcze dokładkę. Hermiono, jak nie zjesz więcej, to znów wrócisz głodna, jak wilk.

W tym momencie przez drzwi weszli bliźniacy.

– Cześć, Harry. My już…

– …przyszliśmy. Z jakieś dwie godziny temu.

Usiedli koło Malfoya i spokojnie jedli śniadanie. Blondyn lekko się spiął i zarumienił. Było mu głupio. Hermiona za to co chwila przysypiała.

– Lepiej się obudź Hermiono, bo widzieliśmy dziś Snape'a.

– Jest w wyjątkowo parszywym humorze. W sumie dawno…

–…nie widziałem go tak wkurzonego.

– Och, dzięki za pocieszenie, od razu mi lepiej – wymamrotała i nieco zbladła. – Pani Weasley, czy mogłaby mi pani jakieś kanapki zapakować? Wzięłabym ze sobą. Mam dzisiaj z osiem kociołków do odbębnienia, a potem lekcja Oklumencji. Pamiętasz, prawda, Harry?

Chłopak wzdrygnął się i sięgnął po chochlę.

– Mogłabyś postarać się nie wkurzać go bardziej? Żeby potem nie wyżywał się na mnie i Ronie?

– Wielkie dzięki, Harry – syknęła i złapała kanapki. – Jesteś bardzo uprzejmy. Dziękuję, pani Weasley.

Weszła do kominka i przeniosła się do Hogwartu. Malfoy patrzył na niego niepewnie.

– No co? Powiedziałem coś nie tak?

– Zabrzmiało to dość egoistycznie. Co nie zmienia faktu, że Granger lepiej by zrobiła, gdyby przestała podskakiwać. Snape potrafi być przykry.

Harry przełknął zupę wspominając słowa Rona: Że niby gdyby nie troszczyła się o nas, to nie siedziałaby z tym tłustowłosym dupkiem i nie robiłaby miksturek. Będzie ją musiał przeprosić.


Hermiona szła do sali Eliksirów z duszą na ramieniu i mocno bijącym sercem w gardle. Uchyliła drzwi i najpierw wsunęła głowę. Pusto. Odetchnęła i weszła do środka. Tym razem bez ociągania się podeszła do jego biurka i odnalazła ciekawiące ją dokumenty. Cholera, czy on musiał mieć takie ciężkie do odczytania pismo?! Przejrzała kilka pierwszych pergaminów – żaden nie był tym, którego mogła szukać, choć nie była do końca pewna - szum krwi w uszach i paniczne niemal przerzucanie kartek mogło odbić się na tym jak postrzegała dany tekst. Otworzyła pierwszą szufladkę, ale tam były jedynie atramenty i różne zarekwirowane uczniom przedmioty (choć fakt, że nie oddał ich właścicielom po zakończeniu roku był conajmniej niepokojący). Dwie następne szuflady były zamknięte i to nie na zamek. Bez różdżki się nie obejdzie. Usiadła na swoim stole i zaczęła kiwać nogami. Mogła zjeść więcej na śniadanie – to mógł być jej ostatni posiłek na bardzo długi czas. Choć w sumie powinna zjeść mniej – nie byłoby obawy, że zwymiotuje z nerwów.

Kiedy Snape wszedł do sali omal nie zemdlała, zwłaszcza, że zamknął za sobą drzwi i po raz pierwszy zabezpieczył je zaklęciem. Oparł się o biurko i wyciągnął z rękawa jej różdżkę. Bawił się nią, przesuwając pomiędzy palcami.

– I co ja mam z tobą zrobić, Granger? – zapytał ponuro. – Od momentu, gdy ukończyłem siódmą klasę nikt mnie tak nie poniżył.

– Nie zamierzałam…

Silencio – mruknął i poczuła, że nie wydobywają się z niej żadne dźwięki. – Zobaczysz, jakie to miłe, kiedy chcesz coś powiedzieć, a nie możesz. Kontynuując. Od dwudziestu lat nikt mnie nie poniżył tak, jak ty wczoraj, a mam spore doświadczenie dzięki Czarnemu Panu. Najpierw zakradłaś się do mojego gabinetu, następnie do mojego pokoju, gdzie ukradłaś mi różdżkę. Kazałaś mi się ubrać pomimo tego, że wchodząc do mojej sypialni powinnaś spodziewać się… różnych widoków. Uciszyłaś mnie, zalałaś potokiem elokwencji i przeklęłaś Petrificus Totalus na oczach Artura Weasleya. Potem nabijałaś się ze mnie w otoczeniu moich uczniów oraz prywatnych wrogów, jakim na pewno jest Remus Lupin. Zachowywałaś się jak… jak pani jakiegoś zwierzątka. Posyłałaś mnie różdżką tu i tam, zabierałaś głos i oddawałaś, kiedy ci się podobało. Następnie, kiedy zasłużenie uderzyłem cię w ten pusty łeb, rzuciłaś się na mnie z pięściami i w efekcie prawie wykłułaś mi oko różdżką.

Tam zaraz wykłuła. Uderzyła zdecydowanie bardziej w kość policzkową niż oko.

– Gdybym za każde z tych przewinień miał odejmować pięćdziesiąt punktów, to Gryffindor wciąż byłby na minusie, gdy skończyłby się drugi semestr. Gdybym chciał obdarzyć Pottera, dwójkę Weasleyów, Longbottoma i Lovegood szlabanami za każde z tych przewinień, to Filch miałby ich dosyć, a oni nie zaliczyliby roku z braku wolnego czasu. Więc co mam z tobą zrobić, Granger? – Ostatnie zdanie zabrzmiało wyjątkowo nieprzyjemnie. – Zastanawiałem się nad obdarowaniem cię dodatkowymi pracami, ale eliksiry i tak zajmą ci większość czasu, więc to nie ma sensu. Do Hogsmeade i tak się nie wybierzesz, bo jesteś na Liście. Nie mogę zabronić ci dostępu do Biblioteki, bo to wywołałoby protest w gronie nauczycielskim. Nie wolno mi rzucać na ciebie żadnych zaklęć, bo to byłoby wbrew mojemu honorowi. Zastanawiałem się nad przeniesieniem cię do Slytherinu, ale decyzje Tiary Przydziału są niepodważalne. Potem pomyślałem o tym, że mógłbym nakazać ci spędzać z dwie, trzy godziny z najgorszym pracownikiem w szkole, ale potem doszedłem do wniosku, że i tak ze mną spędzasz wystarczająco dużo czasu. – Zaśmiała się bezgłośnie. Wiedział, że jest najgorszym pracownikiem? – Bardzo dowcipne, faktycznie. Problem w tym, Granger, że każda zemsta jaka przychodzi mi do głowy jest problemem albo dla mojego honoru, albo dla regulacji szkolnych. Nie mogę cię odwołać ze stanowiska Prefekt Naczelnej, bo i tak nią nie zostaniesz. Masz tutaj spędzać każde popołudnie, więc na inne obowiązki nie znajdziesz czasu. Odwołać Pottera i Weasleyów z drużyny Quidditcha nie mogę, bo nie jestem Opiekunem ich Domu ani kapitanem drużyny. Mógłbym dawać im szlabany za każdym razem, gdy zbliża się mecz, ale Minerwa interweniowałaby u Dumbledore'a. Zakazać ci wizyt w Norze? Molly podniesie krzyk, że pewnie cię męczę. – Nie mogła uwierzyć. Jego naprawdę drażniło to, że nie może znaleźć na nią haka. – Mógłbym cię wziąć na prywatną służącą, ale po całym dniu pracy będziesz musiała jeszcze odrobić zadania domowe i pouczyć się do owutemów. Na kochankę cię nie wezmę, bo jesteś za młoda. – Wzdrygnęła się i skrzywiła. – Spokojnie, myśl o tobie ze mną również nie sprawia mi przyjemności. Chyba, że…

W jego oczach zapłonęło jakieś dziwne światło. Niezbyt podobały się jej dwa ostatnie zdania razem. Zwłaszcza to niedokończone. Nie mógł… Nie chciała! Przecież on był… Panika ją zalała i nagle przypomniała sobie ze wszystkimi szczegółami niektóre opowieści o tym, co robią kobietom Śmierciożercy. I fakt, że z jednym z nich - nawet jeśli nawróconym - była właśnie zamknięta w sali, całkowicie pozbawiona różdżki i głosu. Bezbronna.

Kiedy Snape zbliżył się do niej i podniósł jej głowę, już płakała ze strachu. Na jego twarzy najpierw pojawił się szok, potem coś w rodzaju konsternacji, a na samym końcu coś, co wyglądało jak czułe rozbawienie.

– Skończona idiotka – powiedział. – Chyba nie sądziłaś, że zamierzam cokolwiek ci zrobić?

Jej łzy były najlepszą odpowiedzią. Bała się. Bała się strasznie. Próbowała go odepchnąć, ale stał w miejscu i wciąż mocno przytrzymywał jej brodę. Wpadła w panikę i zaczęła go kopać i odpychać. Nie mogła nawet krzyczeć „pomocy!"! Złapał ją mocno i przycisnął do siebie tak, by nie mogła się ruszać. Był dla niej za silny. Wyglądał na chuchro, ale w tych dłoniach nawykłych do ciężkiej pracy, było zbyt wiele siły. Wyrywała się panicznie i gdyby mogła, to piszczałaby z przerażenia. Dopiero po jakimś czasie dotarło do niej, że coś mówi.

– No, już… Spokojnie. Spokojnie… Naprawdę nic ci nie zrobię. Obiecuję. Już…

Coś sunęło po jej włosach, uspokajając ją i powodując, że strach powoli niknął. Dopiero po chwili zrozumiała, że najprawdopodobniej to Snape gładził ją po głowie i uspokajał jednocześnie tonem głosu, którego nigdy u niego nie słyszała. Przestała się wyrywać i dopiero gdy dreszcze przestały wstrząsać jej ciałem zrobił kilka kroków do tyłu. Zauważyła, że twarz ma ściągniętą, jakby coś go bolało i zalało ją poczucie winy.

– Nie chciałem, żeby tak to wyszło – mruknął. – Chciałem jedynie spytać, czy jesteś dziewicą.

Drgnęła, ale skinęła głową potakująco. Ronowi pozwoliła jedynie dotykać dłońmi piersi, ale nie działało to na nią, więc kazała mu się odczepić.

– Tylko o to chodziło. Twoją karą będzie krew. Wiesz dobrze, że krew dziewicy dodaje się do kilku mikstur. – Skinęła głową i tak jej ulżyło, że aż opadła na krzesło. Po chwili pełnego skrępowania milczenia Mistrz Eliksirów wrócił do swojego zwykłego tonu. – Granger, nie bądź śmieszna i wstań. Chyba nie sądziłaś, że zamierzam położyć na tobie dłonie?! Głupi bachor. I jakie wysokie mniemanie ma o sobie! Wstań i przestań się mazać!

Posłusznie się podniosła, ale nogi wciąż jej drżały. Podał jej jakąś chusteczkę i dopiero po chwili się uspokoiła.

– Panikara – mruknął. – Myślałby kto, że godłem Gryffindoru jest lew, a nie kurczak. Jeśli skończyłaś już swoje fanaberie, to weź się za eliksir z tej książki. – Machnął różdżką i wielki tom klapnął na stolik, a strony same zaczęły się przewracać. – Wszystko masz tam dokładnie opisane. Nie wiem, czy słyszałaś o Eliksirze Rodwana?

Pokręciła głową.

– To dość skomplikowany eliksir, ale dla nas szalenie ważny. Potrafi człowieka nawet o krok od śmierci przywrócić do życia. – Na chwilę zamilknął, po czym dodał niechętnie. – Tym właśnie uraczyła mnie Poppy kilka dni temu. Zużyła na mnie całą butelkę, chociaż zwykle wystarczy kilka kropel. Problemem tego eliksiru, mimo jego skuteczności, jest kwestia etyczna. Potrzebna jest niewinna krew. Dziewicy lub jednorożca. Na nieszczęście – dodał z przekąsem – o jednorożce łatwiej niż o dziewice.

Zachichotała, czy raczej, zachichotałaby gdyby mogła. Snape rzucił jej ponure spojrzenie.

– Nie ciesz się, to prawdziwa katastrofa. Krew do eliksirów jest cenna, ale, jak już mówiłem, ma obwarowania etyczne. Po pierwsze musi zostać oddana dobrowolnie i skaleczenie musi zadać sobie ofiara. Po drugie musi to być człowiek minimum sześć miesięcy przed osiągnięciem pełnoletności lub jednorożec co najmniej trzylatek.

Zaczęła na migi coś pokazywać.

– O co ci chodzi? – Lekko się skrzywił, gdy zrozumiał. – Tak, chłopcy też mogą być dawcami. Jednak u nich trudniej jest ocenić, co jest… eh… pierwszym razem. Granger, musi cię to tak interesować?! Pożyczę ci książkę na ten temat, a pan Weasley na pewno ma kilka odpowiednich gazet – warknął. – W każdym razie, u dziewcząt łatwiej to stwierdzić. Ostatnia dawczyni tydzień temu straciła dziewictwo, przez co mam deficyt dziewic – mruknął, a jej się chciało śmiać. Wydawało się, że uważa za osobistą obrazę to, że ta dziewczyna straciła dziewictwo. – Cholerna baba, nie umiała utrzymać hormonów na wodzy. Co za głupota! Teraz ty będziesz naszą dojną krową pod tym względem, więc trzymaj się z dala od chłopaków przez najbliższy czas.

Otworzyła usta z oburzenia i tupnęła nogą starając się przekazać, że to nie on będzie decydował o jej życiu seksualnym. Jednak trudno było mu to przekazać bez wykonywania obscenicznych gestów, w dodatku najwyraźniej bawiło go jej zakłopotanie.

– Nie mam pojęcia co mi zamierzasz przekazać, Granger, więc na chwilę uwolnię twój głos. Lepiej zważaj na słowa i, zaraz jak to było… Ach, spróbuj tylko podnieść głos.

Nabrała powietrza i zaczęła mówić powoli, chociaż rozsadzała ją wściekłość.

– Nie będzie pan decydował o moim życiu seksualnym. Mogę robić, co mi się podoba z moim ciałem. Jeśli będę chciała nawet w tej chwili stracić dziewictwo, to to zrobię, bo mi się tak podoba!

Uśmiechnął się wyjątkowo paskudnie.

– Czy to propozycja, Granger? Wydaje mi się, że wyraźnie powiedziałem, że jesteś za młoda. Co do twojego życia, ach, seksualnego, którego zapewne nie posiadasz, to twoją KARĄ jest oddawanie krwi. Obliguje cię to do pozostania dziewicą.

– Ty…!

Nie zdążyła powiedzieć, bo zabrał jej głos. Był tak kołtuńsko z siebie zadowolony, że aż szlag ją trafiał! Kopnęła stolik, ale skończyło się to tylko bólem palca.

– Jeszcze się uszkodzisz. W każdym razie weź się za to. Na jeden kociołek przypada dwieście dwadzieścia mililitrów. Będziesz mocno osłabiona po tym, więc ja dokończę za ciebie. Pytania?

Przywrócił jej głos.

– A… ile będzie tych kociołków?

– Dwa.

Jęknęła.

– Jak często będę musiała oddawać krew?

– Raz na tydzień.

Zrobiło jej się słabo.

– Nie dziwię się, że ta dziewczyna straciła dziewictwo. Też nabrałam na to ochoty. To będzie za dużo!

– Poppy będzie ci podawała mikstury na przyrost krwi, więc nie padniesz. Wbrew temu, co o mnie mówią uczniowie, nie jestem wampirem.

– Ale na pewno jego bliskim krewnym – mruknęła i za to została pozbawiona głosu.

– Przez pierwsze dwie godziny nie będziesz potrzebowała ani różdżki, ani głosu. Bierz się do pracy!


A/N: No, dobra. Chyba nie wyrobię tempa, jakie chciałam sobie narzucić. CLAMP mnie rozprasza i zmusza do czytania xxxHolic, a dopiero co rozwyłam się jak skończona kretynka nad RG Vedą. No, ale nie będę stękać o mangach, które czytam.

Jak na razie ten rozdział był najbardziej pocięty/rozwinięty. Brakowało mi mnóstwa informacji i trochę spłyciłam zachwyty nad Hermioną i Snape'em. Obawiam się, że będę to robić często, jednocześnie wstydząc się przerysowania tej dwójki w wersji oryginalnej. No i Draco. O ile wciąż nie jest sobą - w zaistniałej sytuacji jak na razie nie ma na to szans - to zdecydowanie przesadziłam z dramatyzmem.

A tak zupełnie na marginesie - jak mi ktoś jeszcze raz zacznie pytać o "Zabawę" i czy zamierzam ją ukończyć to chyba zacznę gryźć. TAK, będzie ukończona. NIE, nie wiem kiedy. NIE, nie została porzucona. TAK, skrobię od czasu do czasu w niej jakieś zdanie. Wiem, że chcecie więcej - naprawdę to rozumiem, bo sama wciąż gryzę pazury w oczekiwaniu na dalsze rozdziały niektórych fanfików, ale naprawdę nie jestem w stanie wam powiedzieć kiedy będzie gotowy!

O, i dziękuję za wszystkie komentarze ^.^ Naprawdę super się czuję, jak widzę, że to opowiadanie przypadło tylu ludziom do gustu.