Rozdział 5
Był to najtrudniejszy eliksir z jakim miała do czynienia w swoim życiu - włączając w to Wielosokowy. Tylu składników, które trzeba było dodawać w tak niewielkich odstępach czasu nie widziała nigdzie indziej. Nie była jednak typem, który poddawał się bez walki, więc by się zmotywować przypominała sobie, jak wyglądał Snape na spotkaniu Zakonu, zanim wyszli z kuchni państwa Weasleyów. Była pewna, że profesor umrze i na samo wspomnienie robiło jej się słabo. Więc jeśli ten eliksir potrafił uratować człowieka tak bliskiego śmierci, to ona da z siebie wszystko. I to dosłownie.
Skupiła się maksymalnie. Powoli, z każdym kolejnym ruchem, dochodziła do perfekcji – jej kostki nie były dysproporcjonalne, a odmierzane proszki były co do mililitra dokładne. Większy problem miała z mieszaniem. Mikstura pryskała i dwa razy chlapnęła jej na spodnie wypalając w nich dziury, ale jakimś cudem omijając skórę, która wciąż pamiętała zielony eliksir. Przypomniała sobie rozmowę z Ginny, że chyba będzie musiała latać w majtkach, ale wolała już mieć te dziury.
W pewnym momencie - gdy wrzące krople omal nie wylądowały na jej biuście - nie wytrzymała. Podeszła do Snape'a i pociągnęła go za rękaw szaty.
– Czego?!
Wyciągnęła dłoń po różdżkę. Wskazała na kociołki, udawała, że miesza po czym wskazała na spodnie i znów wyciągnęła rękę.
– Nowa chochla? Utopiłaś wszystkie.
Tupnęła nogą i ponownie wyciągnęła rękę, a Snape najwidoczniej miał z tego świetny ubaw.
– Tak zachowują się pięciolatki. Poproś.
Zapowietrzyła się, ale miała coraz mniej czasu – musiała zaraz zamieszać. Odetchnęła kilka razy i znów pociągnęła go za rękaw.
– Słucham? – spytał jadowicie. Podniosła dłoń, zamrugała kilka razy rzęsami i uśmiechnęła się radośnie wyobrażając sobie, że stoi przed nią Ron, nie Snape. – No, proszę. Jak chcesz, to potrafisz.
Wyciągnął jej różdżkę z kieszeni w wielkich rękawach i podał jej. Przywróciła sobie głos.
– Pan się świetnie bawi moim zakłopotaniem, prawda?
– Jedna jedyna dobra strona dziewic – parsknął. – Tak łatwo się czerwienią przez byle głupotę.
Podbiegła do eliksiru i ledwie zmieściła się w czasie.
Od razu lepiej. Różdżka leżała w jej dłoni jak ulał. Musiała przyznać, że bez niej czuła się bezbronna, pomimo butnych słów, że radziła sobie bez niej przez jedenaście lat. Rzuciła kilka zaklęć, tylko jedno wymagało półgodzinnego skupienia i doszła do części najtrudniejszej.
– Panie profesorze… Krew.
– Już – mruknął i rzucił kilka zaklęć nad swoimi kociołkami. Na chwilę zniknął w magazynie, skąd wrócił z sierpem, który omal nie wywołał u niej zawału.
– Ja tę rękę mam sobie obciąć czy co?!
– Nie, Granger – warknął. – Jedynie naciąć nadgarstek. Ten sierp to robota goblinów. Wiecznie ostry. Mogę wziąć zwykły nóż, ale będzie bardziej bolało. Rzecz jasna, nie mam nic przeciwko temu, żebyś sobie pocierpiała, więc jeśli wolisz, to chętnie po niego pójdę.
– Do czego przelewamy?
Przywołał dwie miarki, które miały równe dwieście dwadzieścia mililitrów zaznaczone kreską i było jeszcze nieco wyższe, ale tylko po to, by się krew nie wylewała. Snape podał jej sierp.
– Tnij, Granger.
– Jak? Nie chcę przy okazji odrąbać sobie ręki.
Westchnął ciężko.
– Czy ja naprawdę muszę sam wszystko robić?! – krzyknął i przyłożył sierp do jej nadgarstka. – Pociągniesz nim trochę w dół. Nie za głęboko, nie za płytko.
Serce waliło jej jak oszalałe.
– Czekaj – powiedział w pewnym momencie.
– No, cholera! Akurat miałam ciąć i czułam się przygotowana!
– Jeszcze jedno słowo, Granger – wysyczał – a ponownie odbiorę ci głos. Zdejmij szatę. Nie chcesz chyba jej pobrudzić?
Sam też zdjął te swoje obszerne szaty i został w czarnych spodniach i białej, wysoko zapinanej koszuli. Zaczął podwijać rękawy. Hermiona miała pod szatą przepalone dżinsy i najzwyklejszy podkoszulek, ale z nerwów tak się spociła, że przylgnął jej do ciała i czuła się niemal naga. Okropne wrażenie.
– Tnij – mruknął. Pociągnęła i poczuła piekący ból. Z jej nadgarstka, do pojemników zaczęła kapać krew. Kilka kropel zmoczyło jej spodnie, koszulkę i twarz.
– Uspokój się Granger – warknął. – Tak się spięłaś, że ci ciśnienie skoczyło i krew płynie zbyt silnym strumieniem.
– Łatwo powiedzieć. Niech pan sobie kroi rękę, a ja pana będę uspakajać, co?!
– Nie panikuj. Rozluźnij się. Już nie boli, prawda?
– Nie – powiedziała zdziwiona.
– Problem z pierwszym nacięciem jest taki, że człowiek boi się bólu – powiedział spokojnie, wciąż podwijając powoli rękawy. – Jednak za drugim i trzecim razem przychodzi to całkiem łatwo. Po ósmym można nawet to polubić.
– Mówi pan z własnego doświadczenia?
– Tak. Z własnego. – Na chwilę przestał ruszać dłońmi. – Teraz będę musiał cię dotknąć, więc postaraj się nie drgnąć, bo możesz nabrudzić. – Przyłożył dłonie do jej prawej ręki i zaczął przesuwać palcami od barku do nadgarstka. – Spędzam krew w dół. W pewnym momencie ciśnienie przestanie ją wypychać i będzie potrzebowała dodatkowych bodźców.
Kolejny powód, by przestać być dziewicą – pomyślała, gdy jego chłodne, lekko wilgotne palce dotknęły jej ramienia. Miała wrażenie, że ktoś jej jedzie rybą po ręce. Jednak chcąc, nie chcąc musiała przyznać, że miał wyjątkowo zgrabne ręce. Długie, szczupłe palce przechodziły w dużą, umięśnioną i nieco żylastą dłoń, która spotykała się z wąskim nadgarstkiem i ciągnęła aż do barku równymi, mocnymi liniami. To były ręce i dłonie człowieka nawykłego do ciężkiej pracy – umięśnione, nieco żylaste, pewne i sprawne. Nawet kiedy uciskał jej rękę, to robił to w sposób delikatny, w odpowiednich miejscach.
Po pewnym czasie pierwszy pojemnik był pełen i przeszli do drugiego.
– To będzie trudniejsze i pod koniec może boleć. Na pewno poczujesz się słaba. Kiedy tylko zacznie ci się kręcić w głowie oprzyj się o stół lub o mnie. Nie chcę, żebyś padła i zmarnowała resztę krwi.
– Jasne, panie profesorze – mruknęła. Po dwóch czy trzech minutach zaczęło się jej kręcić w głowie, ale nie dała się ponieść słabości. Jednak wkrótce po tym jej nogi zaczęły drżeć, tak samo dłoń, którą wciąż uciskał. Lewą ręką podtrzymała się stołu, ale zaczęło jej na zmianę być ciepło i zimno, mdliło ją i miała wrażenie, że upada, gdy poczuła silną dłoń na lewym biodrze.
– Trzymam cię - wycedził przez zaciśnięte zęby Snape. Czuła jak bardzo był spięty. Jedną ręką musiał utrzymać jej ciężar, a drugą wciąż przenosił krew do nadgarstka. Poczuła lekkie pieczenie dłoni, ale bardziej ją mdliło. Oparła głowę o jego ramię i całkowicie odpłynęła.
Gdy się obudziła miała wrażenie, że wciąż śni się jej koszmar. Widziała sufit pracowni Eliksirów, a nieco z lewej majaczył jej długi, zakrzywiony nos Snape'a.
– Umarłam i jestem w piekle? – wyjąkała słabo. Usłyszała złośliwy chichot.
– Chciałabyś, Granger. To jeszcze gorsza rzeczywistość.
– Miałam nadzieję, że pan mi się tylko śni.
– Zważając na twój stan pominę milczeniem ten komentarz – mruknął i poczuła, że dotyka jej nadgarstka.
– Co z eliksirem?
– Już zrobiony. Teraz musi tylko dojrzeć.
– To dobrze… Mogę usiąść?
– Jeszcze nie. Jesteś za słaba. Następnym razem postaram się nie stresować ciebie tak bardzo. Za szybko poleciała ci krew i miałem problem z uzdrowieniem twojego nadgarstka.
– Od kiedy zna się pan na uzdrawianiu?
– Od kiedy byłem uczniem. Magia pod każdym kątem mnie fascynowała. Jestem specjalistą w większości dziedzin jakie wymienisz.
– Jest pan beznadziejny w Mugoloznawstwie.
– Dlaczego?
– Bo Spider – Man i Superman byli popularni dwanaście czy coś koło tego, lat temu.
– Zauważyłaś, moje komiksy? Wszędzie musisz wściubić ten swój kudłaty łeb, co?
– Jestem wszechstronna… – Spróbowała zażartować. – Co mi przypomina, że póki jest pan jeszcze w miłosiernym nastroju powinnam spytać, czy pożyczyłby pan mi kilka książek, które widziałam w tym zawalonym książkami pokoju?
– Przeciągasz strunę, Granger – warknął. – Jakie?
– Na przykład tę, którą wziął pan, gdy mówiłam o Remusie i tym całym pomyśle. Inną, która nazywa się Eliksiry przez wieki i stulecia. Nie wiem, co za idiota to pisał, bo przecież wieki i stulecia to to samo. Później Eliksir eliksirowi nierówny, Co trzeszczy w kociołku?, Mocne i niebezpieczne eliksiry, Odtrutki i trucizny i kilka innych. Tylko te zapamiętałam.
– Rozważę to – parsknął. – Ale będziesz musiała zachowywać się nienagannie. Skończyć z głupimi tekstami, ze zmuszaniem mnie do powtarzania się i wszystkim, za co obrywałaś negatywne punkty.
– A mogę chociaż trzy razy dziennie odpyskować, profesorze? Inaczej będzie nudno. Ja się będę dusić, że nie mogę odpowiedzieć, jak bym chciała, a pan się będzie dusić, bo nie będzie miał na kogo nawrzeszczeć. Całkiem zdrowy układ.
– Jak sobie chcesz. – Miała wrażenie, że głos Snape'a jest zduszony i jakby rozbawiony, ale po chwili znów straciła przytomność.
– Ron, mówię ci, że to nie jest dobry pomysł. – Harry szedł szybkim krokiem korytarzem w lochach i co kilka sekund zerkał na zegarek. Przyjść wcześniej do Snape'a było tragedią. Spóźnić się było katastrofą, a Ron wyraźnie opóźniał.
– Chcę po prostu… Harry, obgadaj to ze mną jeszcze raz.
– Maglowaliśmy to osiem razy i za każdym razem powiem ci to samo. To jest zły pomysł. Nie możesz na nią tak naciskać. Wyobrażasz sobie, że ja coś takiego mówię Ginny?
Ron z miejsca najeżył się i zacisnął pięści.
– A tylko spróbuj!
– No właśnie. Dobra, wchodźmy. – Zapukał i otworzył drzwi. – Dobry wieczór, profesorzee – ee – ee…
Ron zajrzał do środka i zatrzymał się w drzwiach, po czym i jemu opadała szczęka.
– Co tu się stało?!
– Ciszej, Weasley. Obudzisz Granger – warknął Mistrz Eliksirów.
Hermiona leżała na dwóch złożonych stolikach. Jej lewa ręka była cała zakrwawiona, a na przedzie koszulki były zaschnięte krople krwi. Leżała lekko na boku i prawą ręką trzymała Snape'a za jego tłuste włosy. On siedział bez swoich powiewających szat, z podwiniętymi rękawami, a jego nogawka i biała dotąd koszula nabrały rdzawego koloru.
– Coś ty jej zrobił?! – Ron wpadł do środka, ale Snape zatrzymał go jednym ruchem różdżki.
– Usiądźcie, a najlepiej mi pomóżcie. Od trzech godzin próbuję wyplątać rękę panny Granger z moich włosów i mi nie wychodzi – burknął.
– Ona od trzech godzin jest nieprzytomna?!
– Śpi, Potter! Nie umiesz słuchać?!
Harry podszedł bliżej i nie zauważył żadnej rany, z której mogłoby lać się tyle krwi. Hermiona miała chyba jakiś skurcz, bo jej palce były ściśnięte tak mocno, że mimo iż próbował, nie mógł ich oderwać.
– Bardzo jest pan przywiązany do swoich włosów? – mruknął Harry.
– Raczej tak. Trudno, dzisiejsza lekcja odbędzie się na siedząco.
– Ale skąd ta krew?!
– Z nadgarstka panny Granger, Weasley. I przestań się drzeć – powiedział spokojnie ten wampir, jakby to była najzwyklejsza rzecz na świecie. – Potrzebna była do mikstury, która jest dość istotna dla Zakonu. Jednak okazało się, że jej organizm jest nieco zbyt słaby na takie ekscesy. Pani Pomfrey uzupełniła jej ilość krwi w naczyniach, więc teraz po prostu odsypia zmęczenie organizmu upływem krwi. A to – wskazał na rękę Hermiony – stało się kiedy usiłowałem zebrać fiolki leżące koło jej stanowiska.
Harry próbował jeszcze raz oderwać palce Hermiony i przy okazji zauważył, że włosy Snape'a nie są wcale tłuste, tylko jakby… wilgotne. Nie były jednak na tyle śliskie, żeby dało się je wyrwać z uścisku.
– Na pana miejscu odciąłbym te włosy, bo jak będzie się chciała przewrócić na drugi bok, to pociągnie je za sobą.
– Dziękuję za twoją troskę, Potter – warknął Snape i Harry wiedział, że wyczerpali całą cierpliwość Mistrza Eliksirów. – A teraz Oklumencja. Weasley, co to Legilimencja?
– Czytanie w myślach.
Snape parsknął.
– Och, oczywiście. Czytanie w myślach – powiedział z przekąsem. – Bo umysł jest jak otwarta książka, co, Weasley? Legilimencja to złożona sztuka wchodzenia w czyjś umysł i wyłapywania każdej myśli, każdego wspomnienia. Siedzisz naprzeciwko mnie, a ja mógłbym w jednej chwili dowiedzieć się co jadłeś dziś na śniadanie i co jadłeś na śniadanie dwanaście lat temu. Wszystko – myśli, obrazy, uczucia, dźwięki, zapachy. Co tylko chcesz.
– Dla mnie to i tak brzmi, jak czytanie w myślach – mruknął Ron.
– Oczywiście, że tak. Jesteś skończonym kretynem, więc wiadomo, że umysł aż tak ograniczony nie może pojąć tej różnicy. Potter, czy ty już tę różnicę zauważyłeś?
– Nie, panie profesorze.
– Wspaniale, po prostu cudownie – zaczął narzekać. – Mam przed sobą dwóch idiotów – ignorantów i jedną idiotkę, która przeceniła swoje siły i nie jest w stanie wziąć udziału w lekcji. Cudownie.
Harry wciąż nie mógł patrzeć na jego zakrwawioną koszulę i rękę Hermiony w jego włosach. W pierwszym widoku było coś tak okropnego, że aż go mdliło, a w drugim było coś… bardzo, bardzo niewłaściwego. Skoro on to tak odczuwał, to Ron musiał czuć to o wiele mocniej.
– Dobrze, na korzyść waszych mózgownic, co do których istnienia nie jestem pewien, przyjmijmy, że to jest czytanie w myślach. Oklumencja to dział nauki zajmujący się obroną umysłu przed Legilimencją. W jaki sposób można bronić umysł, Potter?
– Wyzbywając się emocji przed snem.
– Wyzbywając się emocji o każdej porze dnia. Powinieneś wyczuwać, kiedy ktoś wchodzi ci do głowy. Na zajęciach będę to robił otwarcie, ale na ulicy jakiś Śmierciożerca może wziąć co tylko chce z twojego umysłu i nawet się w tym nie połapiesz. Wyzbywasz się emocji chociaż przed snem?
– Nie umiem – mruknął Harry, wiedząc, co zaraz nastąpi.
– Nie umiem. Wielki Harry Potter, Chłopiec Który Przeżył, czegoś nie umie? To ci nowość.
– Mógłby pan przejść do konkretów – Policzek Rona nerwowo drgał i końcówki jego uszu były czerwone.
– Nie, Weasley. Czerpię z tego spotkania tyle przyjemności, ile mogę. A wy macie słuchać bez względu na to, czy was obrażam, czy pouczam. Oklumencja jest barierą, jaką wznosicie. Od tego, jaka będzie mocna, zależy wasz stopień uzależnienia od uczuć, który - jak się obawiam - jest komicznie wysoki. Zaczniemy od ciebie Potter. Raz. Dwa. Trzy. Legilimens.
Był w pierwszej klasie i patrzył na swoich rodziców w lustrze Ain Eingarp. Był w czwartej klasie i pani Weasley przytulała go przed ostatnim zadaniem. Był w piątej klasie i całował się z Cho. Obserwował z zazdrością, jak Ginny rozmawia z Malfoyem. Patrzył z przerażeniem na bladą jak duch Hermionę. Uśmiechał się do Cho, na spotkaniu Zakonu. Po chwili siedział oparty o Rona i ciężko oddychał.
– Potter, gdybym chciał wykorzystać te informacje przeciwko tobie, to wiedziałbym, że twoim słabym punktem są kobiety, które są wokół ciebie. Molly Weasley, Cho Chang, Ginny Weasley, Hermiona Granger. Twojej matki nie liczę, bo nie żyje. Pamiętaj – przestań odnosić się do tego uczuciowo. Panie Weasley – Ron spiął się i starał wyzbyć się uczuć. – Raz. Dwa. Trzy. Legilimens.
Miał trzy lata i spadł z miotły łamiąc rękę. Miał lat dziesięć i patrzył, jak jego mama zajmowała się resztą jego rodzeństwa podczas świąt, podczas gdy on siedział w kącie sam. Miał lat czternaście i z zazdrością obserwował, jak Hermiona tańczy z Krumem. Siedział z Harrym w Norze i mówił: „kurczę, ona jest sztywna, jak sopel lodu!". Obserwował jak Hermiona drze się do pustego kominka: „Stary, cholerny, durny, obleśny nietoperzu! A żeby cię szlag trafił, ty dupku!". Siedział z Harrym na podwórzu i mówił: „powiem jej, że jest wojna i możemy umrzeć nawet jutro i czy nie chce zaznać mężczyzny przed śmiercią".
Po chwili to Ron opierał się na Harrym, a Snape dosłownie kwiczał z duszonego śmiechu. Obserwowali go ze zdziwieniem dopóki nie przestał.
– Weasley, wiedziałem, że jesteś durniem, ale ten tekst przebija wszystko inne – zachichotał. – Zaznać mężczyzny… Och, Merlinie. Naczytałeś się za wiele książek. I to nie tych, które czytać powinieneś. – Otarł oczy. – Dawno się tak nie ubawiłem.
– Bardzo śmieszne – mruknął Ron czerwony aż po czubek głowy. – Jak się ma do czynienia z panną Niedotykalską, która wierzy jedynie w siłę rozumu, to trzeba podać jej rzeczowy argument.
Harry też prawie się spalił ze wstydu – tym razem za Rona. Nie miał przed kim się wywnętrzać, tylko przed Snape'em. Ten uśmiechnął się złośliwe i odpowiedział głosem ociekającym jadem.
– Są inne sposoby zaciągnięcia kobiety do łóżka, Weasley. Widocznie twoi bracia nie podzielili się z tobą tą wiedzą. Proponuję, żebyś spytał Billa. Przez ostatnie trzy lata jego nauki niemal co noc dostawał karne punkty i szlaban, z coraz to inną dziewczyną. Wracając do Oklumencji. Twój umysł było nieco trudniej spenetrować, niż Pottera. Przynajmniej próbowałeś ze mną walczyć. Dopiero kiedy wszedłem na temat Granger opuściłeś zasłonę. Gdybym chciał cię w jakiś sposób użyć, to spróbowałbym z dwóch stron. Z jednej zapewniłbym wyjątkowość. Masz wyraźny kompleks niższości wobec swojego rodzeństwa. Z drugiej strony użyłbym Granger.
– Ja próbuję jakoś pozbyć się tych emocji, tylko jak to zrobić?
– Przede wszystkim nie myśleć na jeden temat za dużo – skrzywił się. – Przypuszczam, że akurat z tym Granger będzie miała największy problem. Poza tym, kiedy wyczujesz czyjąś obecność w umyśle, to staraj się myśleć o rzeczach nieistotnych. Takich, które ktoś inny może obejrzeć. Nie wiem, lekcja Zaklęć czy coś w tym stylu. Podstawą jest przyzwyczaić umysł do automatycznego wznoszenia bariery. Potter. Raz. Dwa. Trzy. Legilimens.
Szedł Privet Drive i widział z daleka panią Figg. Stanley Shunpike uśmiechał się do niego z Błędnego Rycerza. Dudley rozsiadał się przed wielkim tortem, a Harry dostał jedynie truskawkę. Karmił truskawkami Ginny w kwietniu, a ona w pewien charakterystyczny sposób zlizywała sok. Ginny stawiała przed Malfoyem naleśniki z truskawkami, a ten oglądał się za nią. Ginny stała przed lustrem w łazience, a Harry ją podglądał. Snape szybko przerwał kontakt, krzywiąc się przy tym niemiłosiernie.
– Masz to po ojcu, to pewne – mruknął. – Na początku szło ci lepiej. Specjalnie myślałeś o Arabelli, Stanie i tym grubym dzieciaku?
– Tak. Ale potem jakby… wszystko wymknęło się spod kontroli.
– Przynajmniej jest jakiś postęp. Weasley. Raz. Dwa. Trzy. Legilimens.
Trzymał misia, który zamienił się w pająka. Dzieci Aragoga goniły ich po Zakazanym Lesie. Obserwował Hermionę, jak podpalała szatę Snape'a na pierwszym meczu Quidditcha. Jego pierwszy obroniony gol. Spojrzenie Hermiony, gdy całował się z Lavender. Hermiona odtrącająca go: „Mnie wcale nie jest przyjemnie, Ron! To jest obleśne". Snape zerwał połączenie i westchnął, choć brzmiało to bardziej w stylu "Merlinie daj mi cierpliwość, nim rozniosę ich po ścianach" niż "oj, wy biedne dzieci".
– Ja rozumiem was obu. W tym wieku to normalne myśleć o osobach płci przeciwnej, ale starajcie się myśleć o czymś innym. Wolę nie widzieć pewnych… scen, które kompromitują was albo wasze wybranki. Nie mam najmniejszej nawet ochoty oglądać Weasley i Granger bez ubrania. Więc bądźcie tacy mili i skupcie się!
Harry jednak poczuł, że Ron gapi się na niego i coraz mocniej zaciska pięści, więc to skupienie jakoś mu uleciało.
– Co on miał na myśli mówiąc o Ginny bez ubrania?! HARRY!
– Ja nic… Naprawdę!
– Milczeć! – ryknął Snape, a oni poczuli się, jakby ktoś zatkał im usta poduszką. – Załatwicie to między sobą później! Obaj w tej chwili się wyciszcie i spróbujemy jeszcze raz.
W tym momencie Hermiona poruszyła się i najwyraźniej rozluźniła palce, bo Snape szybko odskoczył i zaczął sobie masować tył głowy, a dziewczyna usiadła. Spojrzała nieprzytomnie na Harry'ego, na Rona, na Snape'a i z powrotem na Rona i Harry'ego. Wzrok jej się lekko wyostrzył i powiedziała:
– O, rany. Spóźniłam się?
– Mniej więcej, Granger – warknął. – Dlaczego mi nie powiedziałaś, że nie zjadłaś porządnego śniadania?!
– Bo pan nie pytał. Nie sądziłam, że ma to znaczenie.
– No właśnie ma. Przez pięć godzin leżałaś sobie na tym stoliku i drzemałaś! Pani Pomfrey musiała zejść na dół, bo nie dało się ciebie ruszyć!
– Dziwne… Nic z tego nie pamiętam. – Zerknęła na Snape'a. – Dlaczego wygląda pan jak po świniobiciu? Ja wiem, że miałam nie robić za pańską matkę, ale tego się nie dopierze.
– GRANGER! MILCZ! – ryknął po czym zaczął cedzić przez zęby. – Gdybyś mnie nie trzymała kurczowo za włosy, to już dawno skończyłbym pracę!
– Ja pana nie łapałam!
– Potter, Weasley?
Harry spojrzał z miną winowajcy na przyjaciółkę, która z bladą twarzą i w zakrwawionym ubraniu wyglądała, jak wampir.
– Profesor ma rację - przyznał niechętnie. - Złapałaś go za włosy i nie puszczałaś.
Stropiła się przez chwilę po czym zeszła z biurka i oparła się o nie.
– W takim razie przepraszam. A teraz, co mnie ominęło?
– Uprościliśmy Legilimencję do czytania w myślach na użytek Pottera i Weasleya. Poza tym jakoś im to idzie.
– Ale przecież Legilimencja nie ma nic wspólnego z czytaniem w myślach! To skomplikowany proces umysłowy!
– Wreszcie ktoś mówi sensownie – mruknął Snape, po czym kontynuował. – Wiesz w jaki sposób wyciszyć emocje i co zrobić z niechcianymi wspomnieniami?
– Czytałam o tym. W praktyce, nie. Ale postaram się.
– Dobrze. Raz. Dwa. Trzy. Legilimens.
Miała cztery lata i pewnego dnia obudziła się na dachu swojego domu, który z komina puszczał bańki mydlane. Miała jedenaście lat i dostała list z Hogwartu, po czym popłakała się ze szczęścia. Razem z Harrym i Ronem stała we Wrzeszczącej Chacie i właśnie rozbroili Snape'a. W piątej klasie widziała, jak mózgi rozwijają swoje macki i oplatają Rona. Siedzieli w Norze, w jego pokoju i ślinił jej szyję, dotykał piersi, a ona miała cierpiętniczą minę. Patrzyła zafascynowana jak z jej nadgarstka płynie krew i kapie do pojemnika, a długie, blade palce suną po jej ręce. Po chwili znalazła się na podłodze, ciężko dysząc.
– Pierwsze dwa wspomnienia były kłamstwem, prawda?
– Tak.
– Całkiem dobra iluzja. Potem straciłaś kontrolę. – Skrzywił się i kontynuował, szybko poprawiając sobie humor. – Co do piątego wspomnienia… Nie dziwię ci się, że miałaś taką minę.
– Bardzo śmieszne, panie profesorze – mruknęła.
– Profesorze? – przeciągnął słowo z lubością i kontynuował złośliwie. – Z innych wspomnień słyszałem coś o starym, cholernym, durnym, obleśnym nietoperzu, który na dodatek jest dupkiem. Miło wiedzieć, jakie masz o mnie zdanie, Granger.
Naburmuszyła się i nie odpowiedziała. Harry prawie parsknął, bo Ron miał diablo winną minę.
– Potter. Raz. Dwa. Trzy. Legilimens.
Wypuszczał węża boa z klatki w ZOO. W Klubie Pojedynków wąż go posłuchał. Patrzył na wielkie cielsko bazyliszka wychodzące z pomnika w Komnacie Tajemnic. Na podłodze leżała prawie martwa Ginny. Ginny leżała na trawie z rozłożonymi ramionami i ciągnęła go na siebie. Malfoy podawał rękę Ginny i pomagał jej wstać.
– Prawie dobrze, Potter. Jeśli będziecie trenować w Norze przynajmniej raz dziennie, to powinniście dość szybko dojść do tego, o co w tym chodzi. Weasley. Raz. Dwa. Trzy. Legilimens.
Mała Ginny patrzyła wielkimi oczami na jedenastoletniego Harry'ego. W wakacje przed drugą klasą uciekała na jego widok. W trzeciej klasie obserwowała go z daleka. W czwartej wiele razy zastanawiała się przy Hermionie, czy by nie poprosić Harry'ego, by wziął ją na bal. W piątej klasie wypłakiwała sobie oczy widząc Harry'ego z Cho. W szóstej sama się na niego rzucała, przy całym pokoju Gryffindoru, a Rona zalewała wściekłość.
– Weasley – warknął. – Nie wątpię, że twoja siostra jest wybitnie fascynującym obiektem, ale miałeś mi pokazywać to, co chciałeś!
– Właśnie to zrobiłem. – Uśmiechnął się szeroko Ron.
– No to dobrze, ale następnym razem wybierz znacznie bardziej neutralny teren. Granger. Raz. Dwa. Trzy. Legilimens.
Jęcząca Marta płakała nad niewdzięczną Olivią Hornby. Dumbledore chwalił ich za to, co zrobili pod koniec pierwszej klasy i jej ponure spojrzenie. Snape – bogin w zielonej sukni i kapeluszu z wypchanym sępem. Snape mówiący: „Wodniki kappa żyją w Mongolii". Snape oparty o swoje stanowisko i z emfazą mówiący: „Kocham Pottera!". Snape siedzący na łożu, do pasa nagi, resztę skrywała kołdra. Podskoczyła i wzdrygnęła się.
– Obrzydlistwo – wyrwało jej się, po czym złapała się za usta. Jednak Mistrz Eliksirów nawet nie drgnął.
– To twoje wspomnienia, Granger nie moje.
– Nie wiem skąd to się wzięło. Chciałam pokazać panu najśmieszniejsze pańskie wpadki, ale nie wiem dlaczego to ostatnie wskoczyło mi do głowy.
– To się nazywa ciąg logiczny, Granger. Jęcząca Marta w pierwszej klasie, Dumbledore pod koniec pierwszej klasy, mój… bogin w zielonej sukni. – Skrzywił się. – Następnie chyba moja jedyna wpadka merytoryczna z wodnikami kappa. Kilka dni wcześniej moje… dość dowcipne hasło. – Rzucił spojrzenie na Harry'ego, który doszedł do wniosku, że nie chce wiedzieć. – Następne zdarzenie wyskoczyło samo z siebie. Jednak w miarę dałaś sobie radę. Tylko komentarz był zbędny, za co odejmuję ci pięć punktów. Na dziś jesteście już wolni. Codziennie macie rzucać na siebie Legilimens bez uprzedzenia. Nie wolno wam więcej, jak sześciu wspomnień ujrzeć.
– Dlaczego, panie profesorze?
– Dlatego, Weasley, że twój durny łeb więcej nie zniesie. Zabrniesz za głęboko w czyjś umysł i możesz tej osobie zrobić krzywdę. Nieodwracalną, Weasley. Nieodwracalną krzywdę. Widzę was za tydzień o tej samej porze. Macie poczynić jakieś postępy. Granger, jutro bądź z samego rana. Gdzieś koło szóstej.
– Ach, ja zapomniałam panu powiedzieć, że mnie nie będzie. – Pod wpływem jego spojrzenia nieco się zgarbiła. – Moje ostatnie spodnie zostały dziś zniszczone. Wraz z Ginny aportujemy się do Brighton, na zakupy. Nie mogę się pojawić w żadnym miejscu w świecie czarodziejów, więc mugolskie ubrania, będą musiały mi wystarczyć. Jeśli jednak to problem, to przełożę wyjazd na środę.
– Nie, nie trzeba – warknął. – Dam sobie radę. W takim razie pojutrze o szóstej rano. Jesteś wolna.
– Do widzenia.
Hermiona zamknęła drzwi i odetchnęła. Dzień pracy skończył się i było znacznie spokojniej, niż sądziła. Nawet biorąc pod uwagę dość histeryczny początek. Harry i Ron czekali na nią przy wyjściu z lochów, ale miała jeszcze jedną, małą rzecz do zrobienia.
– Muszę jeszcze na chwilę pójść do Dumbledora. Wracajcie beze mnie.
– Dasz radę? Dość blado wyglądasz. – Ron spojrzał na nią zaniepokojony.
– Nie jestem taka krucha jak się wydaje – mruknęła i poszła w kierunku gabinetu.
Okazało się, że jednak przeceniła swoje siły. Usiadła na schodach i oddychała głęboko. Albo to problemy z kondycją, albo osłabienie organizmu. Powoli się podniosła i ruszyła przed siebie, przysięgając sobie, że gdy tylko poczuje się lepiej przestanie jeść tyle czekolady i zacznie ćwiczyć coś więcej, niż chodzenie między regałami. Po ponad dwudziestu minutach stanęła przed posągami broniącymi wejścia do gabinetu dyrektora, cała spocona, zgrzana i osłabiona.
– Dyrektorze, z tej strony Hermiona – powiedziała w kierunku jednego z gargulców. Po chwili siedziała w wygodnym fotelu i piła herbatę. – Przepraszam, że bez pytania usiadłam.
– Nie przejmuj się. Byłaś tak zielona, że bałem się, że będę musiał wołać Poppy. Widocznie upust krwi, to za dużo jak na twój obecny stan.
– Dam radę. Tylko lekcja Oklumencji mnie dodatkowo wymęczyła. Współczuję tej dziewczynie, która była przede mną. – Odetchnęła i zdziwiła się, gdy Dumbledore wpadł w niekontrolowany chichot. – Powiedziałam coś nie tak?
– Severus powiedział ci, że przed tobą była jakaś dziewczyna, która oddawała krew?
– Tak. Że wzięły górę hormony i tego typu rzeczy… W każdym razie, że nie jest już dziewicą.
Dumbledore wybuchnął głośnym śmiechem i dopiero po chwili się uspokoił.
– Przepraszam, że tak zareagowałem, ale to dość dowcipna sprawa. Widzisz tą kobietą przed tobą był właśnie profesor Snape. – Zachichotał na widok jej skonsternowanej miny. – Coś się stało?
– Eee… Ja się pytałam dzisiaj, czy… cóż, czy mężczyzna nie może być dawcą i profesor Snape odpowiedział, że są problemy z decyzją co się określa jako pierwszy raz. Więc jak to właściwie wygląda?
– Obawiam się, że szczegóły życia prywatnego mojego Mistrza Eliksirów nie są przeznaczone dla uszu uczniów. Mogę powiedzieć tylko tyle, że po trzydziestu siedmiu latach życia profesor Snape po raz pierwszy sobie pofolgował i to nie pod wpływem hormonów, a procentów – parsknął. – Jak sądzę, jest sobą głęboko zgorszony i wściekły. Taka mieszanka zwykle odbija się na wszystkich dookoła. Bardzo ucierpieliście?
– Nie, nie było źle. A przynajmniej z tego, co ja pamiętam… Bo dość długo byłam nieprzytomna. Można nawet powiedzieć, że był wyjątkowo uprzejmy. Przez chwilę zastanawiałam się, czy nie jest przypadkiem chory. – Miała na myśli moment, w którym na chwilę się obudziła. Nie tylko odpowiadał na jej pytania, ale też pożartował. Gdyby nie to, że nawet w najgłębszych snach nie wyśniłaby czegoś tak dziwnego, to uznałaby całą sytuację za sen. – Zawsze był taki trudny?
Dumbledore pogładził się po brodzie, przez chwilę obserwując ją z uwagą i najwyraźniej myśląc, ile może powiedizeć.
– Zawsze był ambitny i pracowity. Trudny charakter doszedł mu dopiero po czasie. Gdy przechodził na naszą stronę, był wciąż tym samym spokojnym i cichym chłopcem, jakiego pamiętałem z Hogwartu. Potem jednak… powiedzmy, że stało się coś, co poraziło go do głębi i wtedy, jak zawsze mówi Minerwa, pogrążył się we własnej żółci. Nie ma na świecie nikogo, kto nienawidziłby Severusa Snape'a tak mocno, jak on sam siebie.
– Co nie zmienia faktu, że nie powinien wyżywać się na innych. Niech się pójdzie zakopie w jakimś głębokim lesie i tam prowadzi pokutnicze życie, a nie truje innym – parsknęła na myśl o tym, jaki fajny lapsus językowy jej wyszedł.
– Nie żal ci go? – Dumbledore spojrzał na nią uważnie. Przez chwilę się zastanawiała.
– Nie, chyba nie. Nie z powodu jego przeszłości czy też charakteru. Każdy popełnia jakiś błąd w swoim życiu. Mniejszy lub większy. Ja może trochę dziwnie podchodzę do tego typu spraw, ale rodzice zawsze mnie uczyli, że każdemu, kto żałuje, należy dać drugą szansę. Przeszłość jest zapominana i wszystko zaczyna się od nowa. Profesor Snape ma najpaskudniejszy, najbardziej wybuchowy charakter z jakim kiedykolwiek się zetknęłam i z jednej strony mógłby się zmienić, ale z drugiej, jak zaczyna być miły, to mam wrażenie, że coś kręci. Choć… Było mi żal profesora Snape'a kiedy wniósł go pan razem z Hagridem prawie umierającego.
– Dlaczego akurat wtedy? – Dumbledore wydawał się być zaintrygowany.
– Tylko niech pan się ze mnie nie śmieje… Pomyślałam sobie, że to tak głupio umierać i być nienawidzonym przez wszystkich, za których się umarło. Co nie zmienia faktu, że z takim podejściem do ludzi jego przypadek jest beznadziejny. Przynajmniej osiem razy dziennie mam ochotę wsadzić mu ten durny łeb do kociołka – wymamrotała, po czym zdała sobie sprawę z tego przed kim siedzi. Wyprostowała się i zbladła. – Ja… Nie to miałam na myśli. To znaczy to, ale raczej chodziło mi o to, że…
– Zrozumiałem, Hermiono. – Uśmiechnął się ciepło. – Słyszałem również od Remusa wyjątkowo ciekawą opowieść o tym, jak dyrygowałaś Severusem. – Zachichotał. – I bardzo żałuję, że tego nie widziałem.
– Nie było w tym nic ciekawego – mruknęła. – Trzeba było go jakoś zatkać, bo inaczej do świtu byśmy tam siedzieli, zanim wykrzyczałby swoje pretensje. Czy naprawdę nie ma żadnego innego przydziału? Nie ma nikogo, kto mógłby mnie zastąpić?
– Hermiono… Powiedziałem ci, że jest wiele spraw, które bym tobie powierzył, ale eliksir na efekty klątwy Cruciatus jest priorytetem. Poza tym, sama zobaczyłaś, ile pracy trzeba włożyć w robienie mikstur dla Zakonu. Severus nie da sobie sam rady zwłaszcza teraz, gdy nie może robić Eliksiru Rodwana bez… dawcy. Obawiam się, że będzie musiał robić jeszcze więcej mikstur dla Zakonu, bo to, co robicie, szybko się kończy. Mógłbym mu przydzielić do pomocy młodego Malfoya albo Horacego, ale pierwszy z nich ma… inne zadanie, a drugi nie chce współpracować z Severusem.
– Nie dziwię mu się – wymamrotała. – Trudno, jakoś to zniosę. Koło południa wybieram się z Ginny do Brighton. Ten pana znajomy będzie obecny w domu?
– Tak. Hal praktycznie nie wychodzi. Boi się. Chcę mu zaproponować posadę nauczyciela Obrony przed Czarną Magią. W swoim liście zawarłem obietnicę bezpieczeństwa.
– Sam pan nie może z nim porozmawiać?
– Mógłbym, ale… Nie bez powodu wysyłam ciebie i Ginewrę. – Uśmiechnął się wesoło. – Hal ma słabość do ładnych dziewcząt – zaśmiał się cicho. – Poza tym przez większą część swojego życia podkochiwał się w Molly, a młoda panna Weasley bardzo ją przypomina.
– W takim razie nie ma problemu. – Uśmiechnęła się słabo. – Mamy po prostu stać i ładnie wyglądać?
– Coś w tym rodzaju. Przepraszam, że w ten sposób was wykorzystuję.
– Jest to znacznie przyjemniejsze zadanie niż to, które mam. – Usiadła i spojrzała niepewnie. – Martwi mnie tylko jedna sprawa.
– Słucham?
– Kiedy nadejdzie rok szkolny nie wiem, czy uda mi się połączyć naukę, odrabianie zadań domowych i wykonywanie eliksirów. Po każdym dniu warzenia jestem tak zmęczona, że zasypiam na siedząco. Czy… czy mogłabym tak jak w trzeciej klasie mieć Zmieniacz Czasu? Nie mówię, że nie dam rady, jeśli będę musiała - w końcu jednak muszę uczyć się do nadchodzących owutemów - jednak to znacznie ułatwiłoby sprawę.
– Niestety. Nie mamy ani jednego, a nie mam możliwości pójścia do Ministerstwa. Szczerze wątpię, by Tom zechciał mi jeden odstąpić. Jeśli jednak okaże się, że to wszystko jest zbyt dużym obciążeniem, to wtedy pomyślimy nad rozwiązaniem, dobrze?
– Dziękuję. Po prostu… lubię się uczyć i nie chciałabym niczego stracić. Wiem, że Zakon jest najważniejszy, ale i tak się nieco martwię.
– Coś się wymyśli. Masz tutaj list do Hala… czy też raczej do przyszłego profesora Friedricha. – Podał jej pergamin z wypisanym na wierzchu adresem. – Znajdźcie tę ulicę i pukając do drzwi powiedzcie, że przyszłyście na herbatkę ziołową. Powinien otworzyć.
– Skoro on tam mieszka, to czy nie będzie tam Śmierciożerców?
– Nie wiedzą, gdzie się znajduje. – Uśmiechnął się pocieszająco. – Miejsce zamieszkania Hala jest objęte całkowitą tajemnicą.
– Dlaczego jest taki ważny?
– Wie równie wiele o czarnej magii co ja, Szalonooki, Horacy i Severus. Jest specjalistą od zaklęć obronnych. Voldemort chce go zabić, nie przeciągnąć na swoją stronę. Jeśli zgodzi się na nauczanie, a jestem tego pewien, to zyskacie jednego z najlepszych nauczycieli, który w dodatku ma podejście do uczniów.
– W końcu przydałby się ktoś normalny na tym stanowisku – westchnęła.
– Nie miałem szczęścia do wybranych nauczycieli.
– Szaleniec z Voldemortem z tyłu głowy, laluś z jednym dobrym zaklęciem zapominania, wilkołak, Śmierciożerca przebrany za Aurora, ambitna pracownica Ministerstwa i chodząca bomba zegarowa. Czy profesor Friedrich zalicza się do którejś grupy?
Dumbledore śmiał się przy każdym podsumowaniu.
– Przynajmniej nie było nudno. Nie, Friedrich nie zalicza się do żadnej grupy. Sama będziesz mogła go ocenić i podzielić się ze mną spostrzeżeniami. Lepiej już idź i połóż się spać. Może poprosić kogoś, żeby cię odprowadził?
– Nie, dziękuję. Dam sobie radę. – Wstała i uśmiechnęła się. – Do widzenia, profesorze.
– Do widzenia, Hermiono. – Kiedy już była przy drzwiach dodał. – Dziękuję za to, co robisz.
– Jak skończy się ta cała wojna i nie dostanę medalu za wytrzymywanie z profesorem Snape'em, to złożę zażalenie – zażartowała, a dyrektor parsknął.
– Obiecuję, że dostaniesz. Ale dziękuję ci też za to, że go nie skreśliłaś i za to, że dzięki czyjejś obecności przez większość czasu nie dziczeje jeszcze bardziej, a nawet powoli się otwiera na ludzi.
– Nie sądzę. Profesor Snape jest przypadkiem beznadziejnym, jak już mówiłam.
Jedynie się uśmiechnął i pomachał na pożegnanie. Wyszła z gabinetu dyrektora i schowała pergamin do kieszeni. Powoli ruszyła w kierunku gabinetu pani Hooch. Oby ten cały profesor Friedrich okazał się kimś naprawdę dobrym. Niby Lupin i Snape znali się na czarnej magii, ale pierwszy zajął się raczej magicznymi stworzeniami, a drugi uczył doceniać czarną magię, co było potrzebne, jednak mało przydatne w trakcie wojny. Pani Hooch uśmiechnęła się na jej widok.
– Wyglądasz na wycieńczoną. Może posiedzisz ze mną troszkę?
– W sumie dla odmiany nie muszę się nigdzie spieszyć.
– Wspaniale! Usiądź, usiądź. Herbaty?
– Nie, dziękuję. Dopiero co piłam u profesora Dumbledore'a.
– Bardzo się cieszę, że znalazłaś trochę czasu. Każdy tu wpada jak po ogień, a ja muszę siedzieć i pilnować kominka. – Uśmiechnęła się energicznie. – Troszkę się nudzę, zwłaszcza że ostatnimi dniami pogoda jest tak piękna, że aż się chce polatać na miotle, nie uważasz?
– Prawdę mówiąc od kilku dni nie mam bladego pojęcia o tym, jaka jest pogoda. Ale nie lubię latać na miotle. – Skrzywiła się.
– Och, tak, pamiętam. Na pierwszej lekcji latania twoja miotła nie chciała oderwać się od ziemi. Ale później dawałaś sobie przecież radę.
– Owszem, wciąż jednak nie lubię latania. Zdecydowanie wolę poruszać się po ziemi, ale jeśli już muszę latać, to wolę hipogryfy i testrale.
– Och, nie… One tak strasznie trzęsą, a miotła leci spokojnie i tam gdzie ty chcesz.
– Nie umiem znaleźć przyjemności w siedzeniu na kawałku kija. Wszystko mnie od tego boli.
– Nie lubisz też Quidditcha, co?
– Niezbyt – parsknęła śmiechem. – Moi przyjaciele całymi dniami potrafią o tym rozmawiać, ale mnie to nie interesuje.
– Może nie rozumiesz zasad i dlatego nie możesz się rozkoszować grą? Mogę ci wytłumaczyć, jeśli chcesz.
– Pani profesor, znam zasady, widziałam wszystkie mecze, jakie się dotąd odbyły w Hogwarcie i raz nawet byłam na Mistrzostwach Świata - rzuciła lekko zniechęconym tonem. Naprawdę mogła już odpuścić. - Miałam dużo okazji, by się przekonać, że ta gra mnie nie ciekawi.
– Co w takim razie cię ciekawi? Mnie zawsze fascynowała miotła i ten pęd, który się czuje będąc w powietrzu. Poza tym lubiłam Zaklęcia, wtedy uczył jeszcze Albus, znaczy Dyrektor, i naprawdę potrafił zainteresować uczniów.
– Ciekawi mnie wiele rzeczy i żałuję, że nie mam tyle czasu, żeby się nimi zająć. Jeśli jednak miałabym wybrać swoje ulubione to byłyby to Zaklęcia, Transmutacja, Numerologia, Obrona przed Czarną Magią i Eliksiry. Chociaż te ostatnie ze względu na sam przedmiot, nie prowadzącego.
– Mnie uczył Horacy i szkoda, że nie byłam w tym dobra, bo jego ulubieni uczniowie mieli zawsze przywileje na zajęciach. Więc współczuję wam, bo krzyki Severusa nieraz słychać aż na Wieży Astronomicznej. Skąd u ciebie wzięła się taka wszechstronność?
– Nie wiem. Czasem… – Uśmiechnęła się niepewnie, kręcąc młynka kciukami. – Czasami chcę udowodnić sama sobie, że jednak należę do tego świata. Że jestem czarownicą bez względu na to, kim są moi rodzice.
– I dobre oceny ci w tym pomagają?
– Trochę tak, ale raczej chodzi mi o wiedzę. Kiedy mam uczucie, że wszystko wiem, to tak, jakby nikt nie mógł mnie złapać na tym, że nie jestem stąd.
– Wstydzisz się swojego pochodzenia?
– Skąd! – Zaśmiała się. – Jestem dumna ze swoich rodziców! Po prostu lubię czuć się na miejscu.
– Wiem, że kiedyś pan Malfoy nazwał cię szlamą. Nie uraziło cię to? – Pani Hooch patrzyła na nią zdezorientowana. - Miałam na roku dziewczynę, która wpadała w kilkugodzinną histerię ilekroć ktoś ją obrażał tym słowem.
– Nie. Wtedy, jeśli mówi pani o tej sytuacji w drugiej klasie, nie wiedziałam czym jest szlama. Jednak później… Niech sobie mnie nazywa jak chce. - Wzruszyła ramionami, pokazując jak niewiele ją to obchodziło. - Jestem dumna z tego, kim jestem i jeśli nawet oznacza to posiadanie szlamowatej krwi, to niech tak będzie.
– Podoba mi się twoja postawa. – Pani Hooch uśmiechnęła się ciepło. – Ja jestem pół na pół. Moja mama trochę się zdziwiła, kiedy poznała mojego tatę. Kiedyś w nocy wyszła na balkon i zauważyła, że syn sąsiadów, którego nie widywała od kilku lat, lata na miotle po niebie. Powiedziała, że to tak jakby sam Piotruś Pan podleciał jej pod okna. Zakochała się na początku w jego magii, dopiero później w nim samym. Tata często śmieje się, że był zazdrosny o cały ten magiczny świat, którym zachwycała się mama, bo nie widziała w nim jego samego.
Pośmiały się trochę i kiedy Hermiona zaczęła ziewać, pani Hooch dosłownie ją wygoniła.
– Molly mnie zabije, jeśli pozwolę ci tutaj zasnąć. Znajdź dla mnie jeszcze trochę czasu.
– Postaram się. Do widzenia, pani profesor.
W Norze było cicho. Zdjęła szatę i odsapnęła. Pani Weasley weszła do kuchni i na jej widok zbladła.
– Hermiono! Co ci się stało?!
– Nic takiego. Wypadek przy pracy. Czy Ginny już śpi?
– Nie, nie. Czeka na ciebie. Koło której jutro się wybieracie? Jadłaś coś? Pewnie nie.
– Nie jadłam, ale nie jestem głodna. Aportujemy się koło południa.
– Nie bądź śmieszna. Zjedz coś. – Uśmiechowi pani Weasley nie można się było oprzeć. – Harry i Ron wrócili prawie godzinę temu. Co się z tobą działo?
– Musiałam iść do Dumbledora, a potem pani Hooch mnie przytrzymała. Dziękuję – westchnęła, gdy przed nią pojawiły się naleśniki. Nim się obejrzała zdążyła zjeść pięć. Pani Weasley wesoło pogwizdywała i przystrajała mimbulus mimbletonię.
– Jak idą przygotowania do ślubu?
– Wspaniale! Nie mogę się doczekać. Martwię się tylko, jak rodzice Fleur na nas zareagują… Mają przybyć dziewiątego sierpnia, to taki okropny dzień. Nigdy go nie lubiłam.
– Będzie dobrze, pani Weasley. Was nie można nie pokochać. – Uśmiechnęła się szeroko do pulchnej kobiety. – Jest pani dla mnie jak druga matka. A pani dzieci są jak moje własne rodzeństwo.
– Cieszę się, moja droga. Szkoda, że nie możesz naprawdę zostać moją córką. – Westchnęła patrząc na nią wymownie. Hermiona omal się nie skrzywiła. Lubiła matkę Rona, ale jej mało subtelne aluzje - i niekiedy wręcz szantaż - działały jej na nerwy.
– Nie wyszło nam. To wszystko.
– Cóż, mam więcej niż jednego syna. – Zaśmiała się wesoło pani Weasley. – Ale dla wszystkich jesteś za mądra. Jak idzie praca nad tym eliksirem dla Billa? Artur mi wszystko wczoraj opowiedział. Jestem taka szczęśliwa, że można coś wymyślić!
– Pojutrze powinniśmy skończyć. Dziś rzuciliśmy kilka zaklęć na gabinet profesora Snape'a, żeby tam wywołać sztuczną pełnię. Remus musi być zmieniony. Co mi przypomina, że mam dla niego dwa słoiki Wywaru Tojadowego. – Wyjęła z kieszeni pomniejszone słoiki i przywróciła im ich wielkość. – Niech wypije jeden jutro i jeden pojutrze. Będzie musiał zmienić się tylko na kilka minut, żebym mogła ciachnąć mu nieco futra i jeden pazur. Dwie dawki Wywaru powinny go na te kilka minut zachować przy świadomości.
– Remus jest pewien, że da radę. – Przytuliła mocno Hermionę. – Dziękuję ci, dziękuję. Tak się cieszę, że znalazłaś lekarstwo.
Hermiona miała wrażenie, że naleśniki zmieniają się w ciernie w gardle.
– Pani Weasley… Mimo moich zapewnień, że zrobię wszystko, żeby Bill nie umarł to… to może stać się tak, jak powiedział profesor. Umrze od następstw.
Starsza kobieta zesztywniała, ale po chwili znów się uśmiechała.
– Wierzę w was. I ty, i Severus macie talent i dużo rozumu. Razem na pewno coś wymyślicie i będziecie przygotowani na każdą ewentualność.
Nie czuła się dobrze z taką wiarą. Poczuła się wręcz przytłumiona.
– Będę już szła spać. Dobranoc.
Weszła na schody i dopiero tam odetchnęła. A jeśli coś stanie się Billowi? Jeśli… jeśli naprawdę umrze? I jeśli będzie to jej wina? Nie byłaby w stanie pokazać się potem żadnemu Weasleyowi. Co przypomniało jej, że Ron wczoraj chciał z nią porozmawiać. Zapukała do drzwi chłopaków i weszła.
Harry uśmiechnął się na jej widok, przy okazji mierzwiąc swoje i tak potargane włosy.
– Powinnaś wyprać koszulkę. Wyglądasz, jakbyś wróciła z rzeźni.
– Jak się domyślacie warzenie eliksirów z profesorem Snape'em niewiele się różni od rzeźni. Ron, chciałeś o czymś porozmawiać. Słucham.
Chłopak zaczerwienił się po czubki uszu i spojrzał na Harry'ego. Ten podniósł się i wyszedł.
– Więc… eee… może usiądziesz?
– Chętnie. – Usiadła na jedynym wolnym krześle, które przy okazji stało z daleka od łóżka Rona i bardzo blisko drzwi. Wiedziała mniej więcej o czym będzie chciał rozmawiać i wcale jej się to nie podobało.
– Widzisz… Chciałbym, byśmy jeszcze raz zaczęli. – Uśmiechnął się niepewnie, podszedł do niej, przykucnął i wziął za ręce. – Lodowate. Powinnaś się ogrzać. Chodzi mi o to… naprawdę cię kocham, Hermiono. Wiem, że to nie jest dokładnie to, czego byś chciała, ale potrafię zapewnić ci szczęście.
– Ron, wierzę w to. Jednak nie widzę nas razem. Zbytnio się różnimy, nie na tyle, żebyśmy nie mogli być przyjaciółmi, ale wiesz, że za dużo nas dzieli. Nie umiemy wytrzymać ze sobą zbyt długo bez kłótni.
– Mogę się poduczyć, czytać to, co ty i potem dyskutować o tym. Nie jestem najmądrzejszy, ale postaram się. Jeśli nie będziesz chciała rozmawiać o Quidditchu, to nawet słowem o nim nie pisnę. Daj mi jeszcze jedną szansę.
Przyjrzała mu się uważnie. Znali się od prawie siedmiu lat i był jej najlepszym przyjacielem. Jednak nie wierzyła, że ją kocha. Oglądał się za innymi – za Lavender, za Hanną, a nawet za Luną. Nie interesował go poważny związek i trudno było tego od niego wymagać. Patrzył na nią z pełnymi prośby oczami i czuła się wyjątkowo głupio. Nigdy nie umiała odmawiać.
– Możemy… Ale powoli – powiedziała, gdy spróbował ją pocałować. – Powoli, Ron. Może ostatnim razem zbytnio się pospieszyliśmy. I jeszcze jedno… Nie informujmy o tym nikogo.
– Dlaczego?
Był oburzony. Tak łatwo się denerwował i był wyjątkowo przeczulony na punkcie niektórych spraw.
– Nie chcę twojej matce narobić nadziei. Poza tym, jeśli drugi raz nam nie wyjdzie, to twoi bracia do końca życia nie przestaną ci tego wypominać.
– Też prawda, potrafią być upierdliwi. Ale Harry musi wiedzieć.
– Tak samo Ginny, ale nikt więcej.
– Wspaniale. W takim razie… Dobranoc. – Pocałował ją szarmancko w rękę i otworzył drzwi. Nigdy by się tego po nim nie spodziewała, więc miło ją to zaskoczyło.
– Dziękuję, Ron. Dobranoc.
Wpadła do pokoju i wściekła na siebie zaczęła zrzucać z siebie ubrania. Szata, koszulka i sięgała do zapięcia stanika, gdy usłyszała:
– Ciekawe, żadnej koronki.
Obróciła się zszokowana i zauważyła, że na łóżku Ginny siedzi Malfoy. Zarzuciła na siebie szybko szatę i warknęła:
– Co ty tutaj robisz?! I dlaczego nie powiedziałeś mi na wstępie, że tu jesteś?!
– Wyglądałaś tak, jakbyś zamierzała kogoś zabić, więc wolałem się nie udzielać. Nie sądziłem, że zrobisz striptiz. A siedzę tutaj, bo Ginny poszła po album Zjednoczonych z Puddlemore, który jest w pokoju Charliego.
– Wspaniale, ale proszę cię, idź stąd. Zamierzam się położyć spać i nie mam ochoty na kłótnie.
– Zauważyłem. Dobranoc.
I już go nie było. Zamrugała kilka razy, bo nie przywykła do tego, że Malfoy robi to, o co się go prosi.
Obudziła się nagle, jakby coś ją zaalarmowało. Przez chwilę leżała z mocno bijącym sercem, starając się przekonać samą siebie, że gdyby coś naprawdę się działo, to przecież ktoś by włączył alarm. Wypominając sobie głupotę usiadła i spojrzała na zegarek. Siódma rano. Coś poruszyło się na jej pościeli. Podniosła wzrok i wrzasnęła. Tuż przed nią siedział Harry. Zatkał jej usta i spojrzał niepewnie na Ginny, która mruknęła i obróciła się twarzą do ściany.
– Harry – syknęła. – Co ty tutaj robisz?! Czy wiesz jak mnie wystraszyłeś?!
– Musiałem z tobą porozmawiać, a tylko teraz masz czas. Możesz pojawić się na podwórku?
Skinęła głową i ubrała się, gdy tylko zniknął. Pożyczyła jedną z koszulek Ginny i westchnęła widząc, że w biuście jest na nią za luźna, a w pasie zbyt napięta. Jej przyjaciółka miała niesprawiedliwie wspaniałą figurę. Zarzuciła na ramiona granatowy sweter od pani Weasley z sową siedzącą na książce na przedzie. Harry chodził nerwowo od kurnika do studni.
– Co się dzieje, Harry?
Chłopak obrócił się i skierował na nią różdżkę.
– Legilimens.
Siedziała z Tiarą Przydziału na głowie: „Ravenclaw dla takiego mózgu byłby dobry, ale chcesz znaleźć swoje miejsce w tym świecie. GRYFFINDOR!". Harry i Ron wpadli do łazienki z różdżkami podniesionymi do góry, a ona siedziała skulona pod zlewem w marnej próbie obrony przed trollem. Patrzyła na Billa i myślała o tym, że mogłaby go przez przypadek zabić, a tego by nie wytrzymała. Profesor Snape odpowiadał jej na pytanie: „Może mu pomóc". Ron kucający przed nią. Pocałunek w dłoń.
Po chwili siedziała na ziemi i trzęsła się z zimna. To było zdecydowanie brutalniejsze babranie w głowie, niż to, które zastosował Mistrz Eliksirów.
– Co to, do diabła, miało być?!
– Przepraszam. Nie w tym celu cię tu zaprosiłem, ale mieliśmy ćwiczyć.
– Mogłeś wybrać lepszy moment. Jestem wciąż zmęczona. Czego chcesz? – burknęła.
– Co się wyrabia między Ginny i Malfoyem? Wczoraj w nocy zastałem ich przed waszymi drzwiami i wyglądali na dość… zżytych.
Przez chwilę patrzyła na niego, nie do końca wierząc, że zwalił ją z łóżka tylko po to, by spytać o związek Ginny, jednak jego twarz była poważna. Wzdychając ciężko podniosła się i zaczęła otrzepywać z piachu spodnie.
– To akurat moja wina. Wywaliłam ich z pokoju, bo chciałam spać a Ginny chciała mu pokazać album na temat Zjednoczonych Skądś-Tam.
– Z Puddlemore – wycedził Harry. – Świetnie, ale to nie tłumaczy tego, jak… jak wyglądali!
– Harry to co się dzieje pomiędzy Ginny a Malfoyem nie powinno cię interesować. Niedługo będzie pełnoletnia, a on już jest.
– Nie o to mi chodzi! – Znów zaczął spacerować. – Może on rzucił na nią jakieś zaklęcie, że tak się do niego klei? Albo podał jakiś eliksir, w końcu Snape to jego najlepszy kumpel, więc bez problemu mógł jej dodać Amortencję.
– Nie mógł.
– Co?
– Nie mógł jej dolać Amortencji, bo jeszcze wczoraj widziałam ją nietkniętą w magazynie Snape'a. Ale jeśli już chcesz wiedzieć…
Powiedziała mu wszystko na temat eliksiru, który wymyśliła i jaki ma to związek z Ginny. Kiedy skończyła spojrzał na nią ponuro.
– Wielkie dzięki.
– Harry, to ty z nią zerwałeś, jeśli mogę ci przypomnieć! Nie zwalaj winy na mnie!
– Ale to przez ciebie zadurzyła się w Malfoyu!
– Och, proszę cię! Nawet bez mojej pomocy by odczuła, że ją pociąga. Jak chcesz, to i tobie mogę uwarzyć ten eliksir, żebyś mógł w spokoju czekać na swoją wybrankę.
– Zrobiłabyś to? – od razu się uśmiechał. Miała właśnie mu odpowiedzieć, gdy pyknęło i przed Norą pojawił się czarodziej. Był wysoki i szczupły, miał włosy koloru orzecha włoskiego i duże, złociste, rozmarzone oczy. Krótki, zgrabny nos powodował, że wyglądał na jakiegoś poetę lub myśliciela. Miał na sobie, co było najdziwniejsze, ubranie mugoli – dżinsy, białą koszulkę i skórzaną, czarną kurtkę. Podnieśli na wszelki wypadek różdżki, ale przybyły uśmiechnął się, widocznie rozbawiony i bez problemu wszedł na podwórko.
– Dobrze wiecie, że nigdy nie wszedłbym na teren Nory, gdyby Dumbledore sam osobiście nie powiedział mi gdzie to jest. – Miał przyjemny, głęboki głos i olśniewający uśmiech – Nazywam się Wolly i mam dziś towarzyszyć dwóm pannom do Brighton.
– Proszę? – krzyknęła zdezorientowana Hermiona – Miałyśmy iść same!
– Będę waszą ochroną, chociaż mam inne obowiązki, więc musimy jakoś wzajemnie się znosić.
– Dlaczego pan? – przyglądała mu się podejrzanie. Było w nim coś nie tak. Nie umiała powiedzieć co, ale jego ton głosu irytował ją.
– Jako jedyny spośród członków Zakonu znam twarz każdego Śmierciożercy. – Uśmiechnął się czarująco. Harry opuścił różdżkę.
– Hermiono, co jest? Jest jednym z naszych.
– Wątpię. Nie pamiętam jego imienia na liście, w dodatku nie podał nazwiska. Poza tym w Zakonie są jeszcze dwie osoby, które znają twarz każdego Śmierciożercy.
– I sądzisz, że któryś z nich poświęciłby swój czas na to, by kryć dwie dziewczyny, którym zachciało się wybrać na zakupy?
– Gdyby dostali takie polecenie, to tak. Chociaż pierwszy poszedłby w milczeniu, a drugi darł się, jak stare prześcieradło i skończyłby utopiony w morzu.
Wolly'emu zadrgały usta i zachichotał.
– Dlatego ja tutaj jestem. Jeśli nie wierzysz, to udaj się do Hogwartu, do Dumbledore'a.
Przyjrzała mu się dokładnie.
– Czy ja pana przypadkiem skądś nie znam? – Nie mogła się pozbyć tego uczucia. Podeszła bliżej i krótko rzuciła: – Niech pan podniesie lewy rękaw.
Zmieszał się lekko, ale zrobił, o co prosiła. Ręka nie miała Mrocznego Znaku. Odetchnęła.
– Eliksir Wielosokowy nie działa na tak mocne zaklęcia jak Mroczny Znak.
– Skąd podejrzenie, że jestem Śmierciożercą? I że wypiłem Eliksir?
– Ma pan irytujący sposób mówienia – uśmiechnęła się wesoło.
– Każdy kto ma irytujący sposób mówienia sprawdzasz czy nie jest Śmierciożercą? – Parsknął. – Jakby miało to jakieś znaczenie.
– Nie ma, ale za bardzo przypomina mi pan pewnego nietoperza. Identyczna poza ważniaka.
Zrobił obrażoną minę i wymruczał coś niecenzuralnego.
– O, właśnie o tym mówiłam. Ciekawe, czy pani Weasley o panu wie. Idziesz, Harry?
Ruszyła przed siebie nieco zmieszana. Dlaczego pomyślała o Snape'ie? Na miejscu tego faceta, gdyby ktoś ją przyrównał do jakże uroczego Mistrza Eliksirów, obraziłaby się do końca życia. Zatrzymała się i obróciła do idącego za nimi mężczyzny.
– Przepraszam, nieco mnie poniosło. Ostatnio bywam dość… nerwowa i podejrzliwa.
– To normalne w tych czasach. – Znów się uśmiechnął, ale w tym uśmiechu była jakaś prowokacja. Ściągnęła brwi i weszła do kuchni, zanim wymknąłby się jej kolejny komentarz. Pani Weasley uśmiechnęła się na ich widok.
– Ach, Wolly. Dumbledore przesłał mi Patronusa. To miło, że zechciałeś towarzyszyć Ginny i Hermionie. Dlaczego tak wcześnie się pojawiłeś?
– Mam przygotować obie dziewczyny do drogi.
– Sama dałabym radę – mruknęła Hermiona znad owsianki. Jej umiejętności w rzucaniu zaklęć były na wybitnie wysokim poziomie i nie chciała, by ktokolwiek próbował je podważyć. – Potrafiłabym zmienić nasz wygląd.
– Tak, ale dyrektor poinformował mnie o tym, że możesz być… niedysponowana. Mówiąc prościej – zbyt zmęczona, by wymówić pewne inkantacje.
– Czuję się dobrze.
– Widzę. W takim razie wrócę równo w południe.
I już go nie było. Odetchnęła, ale po chwili musiała znów się spiąć, bo Harry zaczął ją wypytywać.
– Musiałaś być dla niego taka niemiła? To całkiem w porządku facet.
– Jest w nim coś irytującego.
– Ty za dużo czasu spędzasz ze Snape'em.
– To niecałe pięć dni. Pomyśl co będzie po miesiącu lub po pół roku – zażartowała, ale gdzieś w środku coś ją ścisnęło.
Ledwo przeżyła te pięć dni… Bała się myśleć o tym w jakim będzie stanie za miesiąc.
A/N: Wychodzi na to, że jestem najbardziej niesłownym człowiekiem na świecie xD Obiecywałam jeden na dzień lub dwa, a tu taka przerwa! Nie mam nic na swoją obronę, niestety. Poza, rzecz jasna, paskudnym AkaFuri, które mnie wciągnęło i kazało mi o sobie pisać fanfika.
Zmiany w tym rozdziale były dość istotne, czasami przerabiałam nie tylko całe zdania, ale także ich znaczenie w kontekście fabularnym. Oby mi cokolwiek z tego wyszło...
Nie wiem kiedy będzie następny rozdział, więc niczego nie obiecuję.
