Rozdział 6
Hermiona z impetem usiadła naprzeciwko Ginny i uśmiechnęła się, jednocześnie zerkając w kierunku stosu książek, które na nią czekały (wciąż jeszcze nie zapamiętała materiału ze Starożytnych Run na ten rok, a czasu było coraz mniej).
– To jak chcesz wyglądać?
– Chciałabym mieć czarne włosy i dłuższy nos – mruknęła ruda, zezując na swój krótki i perkaty przedmiot szczerej nienawiści. – Do tego możesz mi wydłużyć do pasa. Włosy, nie nos, rzecz jasna. Dasz radę dodać mi centymetrów? Chyba powinnam być trochę wyższa, bo ciuchy i tak wezmę od Flegmy. Usuń też piegi. Cerę pociemnij o dwa stopnie, bo przy takiej urodzie nie mogę być zbyt blada, zwłaszcza latem.
– Nie ma sprawy. Zaklęcie powinno wytrzymać z dobre sześć godzin, więc tyle masz na cieszenie się swoim nowym nosem.
Zaczęła machać różdżką i po chwili stała przed nią ciemnowłosa kuzynka Fleur.
– Ładnie, całkiem ładnie. – Zajrzała w lustro i okręcała się przed nim. – Powiększyłaś mi oczy, wydłużyłaś rzęsy i zrobiłaś bardziej wystające kości policzkowe, prawda? Do tego jestem nieco szersza niż zwykle. To były zaklęcia maskujące połączone z transmutacją miejscową?
– Mhm. Pomyślałam, że ci się spodoba.
– Jest cudownie. Zaczynam dostrzegać praktyczną stronę Transmutacji.
Hermiona dwie godziny wcześniej zaczęła wygładzać swoje włosy przy pomocy odżywki „Ulizanna" i teraz jedynie zmieniła ich kolor na jasny blond, związała ruchem różdżki w warkocz, który sięgał jej łopatek. Również dodała sobie centymetrów, ale całą resztę zostawiła. Stanęła przed lustrem i zaczęła zmieniać twarz – nos zmniejszyła i nieco poszerzyła. Powiększyła usta i zrobiła przedziałek pomiędzy górnymi jedynkami.
– Powiedz mi – odezwała się Ginny – jak my dobierzemy rozmiar, mając takie ciała?
– Spokojnie. Mugolskie ubrania łatwo da się dopasować przy pomocy tego. – Machnęła różdżką. – Zmierzyłam cię przed zmianą, prawda? Potem pozostanie wyczarowanie twojego fantoma i sprawdzenie na nim.
– Sprytne.
– Dzięki.
Założyły przerobione ubrania Fleur i zeszły na dół. W kuchni na ich widok rozległy się gwizdy zachwytu.
– Niech zgadnę – powiedział roześmiany Bill. – Ciemnowłosa to Ginny, a blondynka Hermiona. Nieźle.
– Dzięki – Uśmiechnęła się Hermiona i usiadła przy stole zerkając na zegarek. – Zaraz będziemy iść. Nie rzucamy się zbytnio w oczy?
Specjalnie wybrały najmniej krzykliwe i o stonowanych odcieniach ubrania, chociaż nie było łatwo, wziąwszy pod uwagę to, co Fleur zwykle na sobie nosiła. Ginny miała na sobie sukienkę na ramiączkach i słomkowy kapelusz. Hermiona wolała szorty (zwinięte w tajemnicy od Rona) i zwyczajny top.
– Nie, raczej nie. – Pani Weasley uśmiechnęła się, patrząc na Ginny. – Wychodzą twoje kompleksy, córeczko.
– Cóż… Chciałabym być wyższa, nieco bardziej zaokrąglona, czarnowłosa, bez piegów, z dłuższym nosem i ciemniejszą karnacją, a do tego…
Zaśmiali się podczas, gdy ona dalej wyliczała i akurat w połowie tyrady wszedł Wolly. Spojrzał na nie i uśmiechnął się.
– Całkiem dobrze. Ukryłaś też czar jak widzę?
– Tak. Lepiej, żeby nie było widać zaklęć na pierwszy rzut oka.
– To dobrze. Ile mamy czasu?
– Chcemy jak najszybciej skończyć, ale zaklęcie potrwa dłużej niż sześć godzin.
Skinął głową i wskazał drzwi. Bez słowa za nim wyszły i po chwili aportowali się w pustym lasku.
– Co teraz? – Ginny rozglądała się chciwie dookoła, wyraźnie zniecierpliwiona.
– Tuż przed nami jest dróżka, ale daj mi chwilę. – Wyjęła różdżkę z kieszeni i machnęła nią. Zaklęcie Przeszukujące wykryło jedynie kilka ptaków i dwie wiewiórki. – Czysto. Możemy iść.
Przez następne dwie godziny wchodziły do różnych sklepów i w zaciszu zakładały rzeczy na fantomy. Ginny była zachwycona mugolskimi ubraniami.
– Mówię ci, Jane – zwróciła się do Hermiony jej drugim imieniem. – Mogłabym w tego typu sklepach siedzieć całymi dniami. Spójrz na tę koszulkę, jest po prostu cudowna!
– Tobie wszystko się podoba. Ja szukam czegoś praktycznego.
– Proponuję w takim razie to. – Wolly wziął do ręki wieszak, na którym był kombinezon strażacki. Parsknęła, ale po chwili pomacała materiał.
– Nie powinien tak łatwo się rozpuszczać… Będę wyglądała jak idiotka, ale trudno.
– Żartowałem – zaśmiał się mężczyzna, za co oberwał ponurym spojrzeniem.
– Faktycznie, dowcipne. Ale nie mam nic innego. Nie mam jak… dostać się do sklepu, w którym mogłabym to znaleźć.
Włożyła kombinezon do koszyka i rozglądała się dalej. Ginny skakała z jednego stojaka do drugiego.
– Molly, może znajdziesz sobie coś na ślub swojego brata?
– Właśnie o tym myślałam, ale nie jestem pewna. A co z tobą?
– Może spróbuję… Nie lubię się specjalnie stroić. – Zaśmiała się nieco gorzko. – Ale ponownie zeszłam się z twoim bratem a on lubi, by jego dziewczyny wyglądały dobrze, więc sądzę, że się poświęcę.
Ginny upuściła na ziemię koszyk, czym naraziła się na wściekłe spojrzenia ekspedientek i doskoczyła do niej, wściekle sycząc.
– Kiedy?! Oszalałaś? Przecież mówiłaś, że to koniec!
– Kiedy patrzył na mnie tak… tak prosząco… Nie mogłam mu odmówić – wymamrotała, patrząc w kierunku swoich stóp.
– Acha, jasne. Jakoś nie okazujesz takiej durnej uległości przy S... przy swoim współpracowniku. Może pokażesz tego pazura i przy moim bracie? Nie podoba mi się to, co robisz. Ani trochę.
– Twój brat jest moim przyjacielem i nie zamierzam z nim tracić kontaktu w żadnym przypadku, a wiesz dobrze jak by zareagował, gdybym się nie zgodziła. A tego… - wymamrotała coś mniej lub bardziej niecenzuralnego. - Jego mam nadzieję po roku nie widywać zbyt często, a najlepiej w ogóle. Zresztą… twój brat przez siedem lat nie zirytował mnie nawet w połowie tak bardzo, jak mój współpracownik przez kilka dni. Ma do tego wybitny talent – mruknęła, a gdy usłyszała, że Wolly się śmieje obróciła się. – Jesteś dokładnie taki sam, więc się nie ciesz! Zresztą, podsłuchiwanie to przykład złych manier.
– Nie podsłuchuję, tylko wy zapomniałyście o mojej obecności. Szeptanie nie jest zbyt dobrą bronią przeciwko byciu podsłuchanym. Czego oczywiście nie robiłem. W razie gdyby ktokolwiek pytał.
Hermioną zatrzęsło. Zacisnęła pięści i zamknęła oczy żeby się uspokoić.
– Właśnie o tym mówiłam – wycedziła przez zaciśnięte zęby. – Bądź tak miły i zamilknij. Chcę nacieszyć się ciszą choć przez ten jeden dzień.
– Jak na kogoś, kto się chce nacieszyć ciszą, strasznie dużo gadasz – sarknął.
– Powiedz mi, jak ktoś o tak przyjemnej aparycji może mieć taki parszywy charakter?
– Nie wiem co ma piernik do wiatraka, ale wychodzi na to, że lepiej byłoby gdyby mój wygląd zgadzał się z moim charakterem? – Uniósł brwi.
– Przynajmniej już z samego rana kazała bym ci wracać do siebie! Chciałam właśnie od czegoś takiego dzisiaj odpocząć, a ty jedynie pogarszasz całą sytuację.
Wydawał się być z siebie zadowolony. Nagle wyciągnął dłoń i sięgnął za nią.
– To będzie ci pasować.
Obróciła się i zdziwiona zauważyła, że trzymał w dłoni spódnicę naprawdę ładnej sukienki. Spojrzała spod byka.
– Kpisz czy o drogę pytasz?
– Chciałem jedynie odkupić swoje winy. – Podniósł ręce w obronnym geście.
Ginny podeszła bliżej i uśmiechnęła się.
– On ma rację. Będzie ci pasować, gdy tylko będziesz wrócisz do siebie. I daj mu spokój, Jane. Może ma paskudny charakter, ale przy tym i całkiem niezły gust.
Burknęła coś pod nosem, wypalając wzrokiem dziurę w słupku od przebieralni i dopiero po chwili podniosła głowę.
– Dobrze, masz czystą kartę. – Uśmiechnęła się. – Przepraszam za to wszystko, co było wcześniej.
– Nie ma sprawy. Ej, Molly – rzucił.
– No?
– Po twojej lewej ręce. Coś dla ciebie.
Obróciła się i z radości aż podskoczyła, przesuwając pomiędzy palcami jadowicie zielony materiał.
– Ooo, tak! Będę wyglądała tak nieźle, że D… no, że komuś oczy wyjdą z orbit!
Hermiona prychnęła. Przez ostatnie kilka dni życie jej przyjaciółki kręciło się jedynie wokół Malfoya. Co było dość męczące.
Włożyła do koszyka kilka par dżinsów odpowiednich rozmiarów, kilkanaście koszulek różnych krojów i kolorów, a po chwili marudzenia również dwie spódnice. Szaty szkolne miała zarówno na zimę, jak i na wiosnę, ale wrzuciła ciepły płaszcz. W przebieralni szybko okazało się, co należy zostawić, a co zabrać i obie odetchnęły z ulgą, gdy sukienki pasowały na ich normalne figury. Jedynie Ginny trzeba byłoby nieco skrócić dół.
Zapłaciły i ruszyły dalej, zwalniając tylko po to, by schować torby do plecaka, który Hermiona przezornie ze sobą wzięła.
– Daj, poniosę – odezwał się uprzejmie Wolly. Gdy mu podała, uśmiechnął się. – Gdybym wiedział ile zajmują tego typu zakupy, to w zwaliłbym to na inną osobę. Dobrze, że nie jestem wybredny w kwestii ubrań.
– Całkiem nieźle wyglądasz – Przyjrzała mu się dokładniej. – Te ubrania dobrze na tobie leżą. Zwłaszcza biorąc pod uwagę, co zwykle... wasi ludzie noszą, gdy wychodzą do świata. – Usta zadrgały jej na wspomnienie Archie'ego i jego nieśmiertelnej koszuli nocnej. - Nie umiem sobie wyobrazić ciebie w standardowym uniformie.
– Wyglądam niewiele gorzej – zachichotał złośliwie, co zadziałało jej na nerwy, ale złość szybko jej przeszła. Dzień był zbyt piękny, by niszczyć go czymś tak trywialnym jak kłótnia o byle co.
W pewnym momencie Ginny przystanęła i wpatrywała się w wystawę sklepową z szatańskim uśmieszkiem. Hermiona zerknęła i dojrzała wściekle różowy szal boa.
– Nie wiedziałam, że lubisz tego typu rzeczy, Molly. Jak dla mnie jest zbyt… intensywny.
– Właśnie doszłam do wniosku, że stary nietoperz nigdy nie dostał od nas prezentu na Boże Narodzenie. – Aż zagwizdała z uciechy.
– Sądzę, że nie będzie mu pasować do karnacji – powiedziała z przekąsem. – Chodź, bo czasu nam zabraknie.
Nagle Wolly uśmiechnął się podejrzanie szeroko i zaczął szeptać.
– Zacznijcie mówić o czymś neutralnym. Zbliża się do nas jeden.
– Myślisz, że pasuje do mnie, Jane?
– Czy ja wiem… Wolly, pasuje jej ten kolor?
– Raczej nie. Proponowałbym coś o bardziej stonowanych kolorach. Idziecie dalej, czy będziecie tu tkwić całe popołudnie? Już mnie nogi bolą.
Uśmiechał się, ale trzymał rękę schowaną pod kurtką. Szła o zakład, że trzymał tam różdżkę. Kątem oka zauważyła, że czarnoskóry mężczyzna jest już blisko nich. Czując nieznośne trzepotanie w żołądku, odwróciła się i podeszła do niego.
– Przepraszam, która godzina? – zaszczebiotała. – Nie mam zegarka, a jesteśmy umówieni…
– A wyglądam na punkt informacji? – odwarknął nawet na nią nie spoglądając i poszedł dalej. Wolly wyglądał, jakby miał dostać ataku szału. Ruszyli w dół ulicy i dopiero, gdy byli dwie ulice od sklepu z szalem boa, zaczął warczeć.
– Co. To. Do. Diabła. Miało. Być?!
– Mieliśmy wyglądać wiarygodnie, tak? No to właśnie uwiarygodniłam nas. Nawet na mnie nie spojrzał. Gdyby miał choć blade pojęcie, kim jestem, to byśmy od razu wiedzieli.
– Jesteś bardziej pokręcona, niż twoje włosy. To było cholernie niepotrzebne – mruknęła Ginny i nagle się zatrzymała wskazując palcem na jeden ze sklepów. – Idziemy teraz tam. Marudziłaś coś o stanikach, tak?
– Głośniej, Molly, głośniej – wymamrotała, czerwieniąc się. – Nie wszyscy na tej ulicy o tym usłyszeli.
– Och… Wybacz. Zapędziłam się – zachichotała i pociągnęła ją za sobą.
Wolly zerknął na nie i wskazał kciukiem stoliki przed kawiarnią. Najwyraźniej nie miał ochoty z nimi przebywać po tym wyskoku.
– Usiądę sobie tam. Wy w tym czasie załatwcie potrzebne sprawunki i nie spieszcie się.
Ginny oszalała na widok różnorodności staników.
– Cudowne… Wspaniałe! U nas są jedynie dwa modele, a to dosłownie raj!
– Tak to jest, jak się z zapadłej wsi przyjechało. – Uśmiechnęła się porozumiewawczo z ekspedientką.
– Nie przesadzaj. Och, tak! Chcę właśnie ten!
Wskazała na fikuśny czarno – bordowy.
– Twoja matka padnie na zawał, jak to zobaczy. Bierz. I wybierz coś jeszcze. Zostało mi trochę pieniędzy.
Większość ubrań kupiły w ciuch – budzie, więc nie wyniosło to za wiele. Dla siebie wzięła pięć zwykłych, białych i po namyśle dobrała trzy bardziej wyzywające. Jeden błękitny rozpinany z przodu, drugi cały czarny z ładnym wzorkiem w róże i trzeci, który był jednocześnie gorsetem, czarno – czerwony.
Ginny zerknęła na to i pokręciła głową.
– Facet, dla którego to włożysz padnie na miejscu.
- Czasami mam potrzebę poczucia się lepiej – burknęła, starając się opanować rumieniec.
Dobrała kilka par majtek i czekała aż przyjaciółka skończy zakupy. Ginny wybrała dwie bardotki, wściekle zieloną i brązową, która była całkowicie koronkowa.
– Stringi, Molly? – spytała z przerażeniem– Przecież to niewygodne!
– Jak dla kogo. Mnie tam pasują. – rozejrzała się i zniżyła głos. – Póki nie ma przy nas tego cwaniaczka powiedz mi dlaczego zeszłaś się z Ro… moim bratem?
– Powiedziałam ci prawdę. Nie mogłam mu powiedzieć „nie".
– Ale…
– Molly, rozmawiałyśmy o tym. Skoro nie jestem nikim zainteresowana – i raczej nie będę – nie widzę przeszkód na ten związek. Miałam epizod z Wiktorem, ale głównie dlatego, że podobało mi się w nim to, że był prawie pełnoletni i taki poważny. Od tamtego czasu żaden chłopak na mnie nie oddziałuje. Owszem, podoba mi się jak pachnie twój brat, na co zresztą wskazuje Amo... em, horoskop, ale nic nie czuję, kiedy mnie dotyka, czy też… - Widząc niedowierzanie w brązowych oczach stęknęła. – Dobrze, może trochę mnie odrzuca, ale nie jest to coś, do czego nie można się przyzwyczaić.
– I tak po prostu na to idziesz? Jesteś chora.
– Nie jestem. W końcu sam odkryje, że nie jestem dziewczyną dla niego. – Wzruszyła ramionami. – Zresztą i tak wiele czasu nie będę z nim spędzała. Kiedy wrócimy do… internatu, to wieczorami będę miała dodatkową pracę, tak samo w weekendy.
– Ja też będę miała dodatkową pracę, ale i tak znajdę czas dla… no, wiesz dla kogo. Mój brat będzie oczekiwał od ciebie tego samego, tego jestem pewna.
– I dobrze. Czy też raczej… Nie, nie dobrze. Miałaś czekać, aż on sam zacznie za tobą łazić!
– I tak jest. Wczoraj sam do mnie przyszedł. Ja do niego podchodziłam jedynie pierwszego i drugiego dnia. Potem przestałam. Nie jestem jednak pewna co będzie, gdy wrócimy do szkoły…
– Musisz być cierpliwa. Przez pierwsze dni może o tobie zapomnieć, ale wtedy – jeśli ci zależy – przypomnij mu jakoś o sobie. Jednak wątpię, by do tego doszło. Z tego co zauważyłam patrzy na ciebie w ten specyficzny sposób. Albo przynajmniej zaczyna.
Ginny uśmiechnęła się radośnie i spojrzała tęsknie w kierunku pończoch samonośnych, całych czarnych, więc Hermiona wzięła cztery pary. Kiedy wyszły od razu rzucił im się w oczy Wolly machający wesoło.
Hermiona westchnęła.
– Fajny facet, szkoda tylko, że ma taki charakter.
– Podoba ci się?
– Mówię o jego twarzy. I sylwetce. – Nachmurzyła się. – W przeciwieństwie do tego, co sądzi twój brat, ja nie zwracam uwagi jedynie na aparycję.
Ginny parsknęła i usiadły naprzeciwko mężczyzny.
– Jak widzę odwiedziny w bieliźnianym raju poprawiły wam humory – powiedział z przekąsem, wyraźnie ciesząc się, gdy obie się zarumieniły. – Herbaty?
– Nie, dzięki. Jane, powiedz mi gdzie mamy dotrzeć?
– Harvard Street 29. Spytałam kobiety w sklepie i wiem gdzie to. Możemy od razu ruszać.
– Najpierw dajcie mi pakunki, to schowam je do plecaka. Daleko stąd?
– Prawie nad samym morzem. Jakieś pół godziny spacerkiem.
Skinął głową i wstał. Poszły za jego przykładem i ruszyli w kierunku morza. Ginny głośno zachwycała się każdym elementem krajobrazu i gdy postanowili ruszyć plażą nie mogła się powstrzymać i biegała po wodzie z butami w ręku.
– Pierwszy raz widzę morze! – krzyknęła. – Musimy jeszcze kiedyś tu przyjechać! Chcę popływać!
Hermiona zaśmiała się głośno, po czym smutno westchnęła.
– Co jest? – Wolly spojrzał na nią spod grzywki.
–Tak jakby… przez chwilę zapomniałam, że w domu czeka nas wciąż ta sama sytuacja. Chciałabym, żeby zawsze było tak wesoło i spokojnie. – Przygryzła wargę. – Ale tak się nie da, prawda?
Wzruszył ramionami.
– Kiedyś na pewno będzie lepiej. Nie ma mowy, żebyśmy przegrali. – Zacisnął usta. – Przynajmniej dopóki mam coś do powiedzenia.
Obserwowała Ginny i żałowała, że ta nie może być w swojej prawdziwej formie i nie może zrobić jej zdjęcia. Na chwilę przystanęli i zagapiła się na mugoli, którzy beztrosko spędzali czas, tuląc dzieci, skacząc z przyjaciółmi do wody czy bez żadnych zmartwień wygrzewając się na słońcu.
– Chciałabym móc ich wszystkich uratować.
Wyciągnął przed siebie dłoń i zacisnął.
– A ja złapać słońce w garść – parsknął. – I po części mi się udało. Pewne… ofiary trzeba ponieść. Osobiście bym się nie pogniewał, gdybym to ja zginął.
– Takie myślenie to głupota – warknęła. – Powoduje, że człowiek wskakuje w niebezpieczeństwo bez chwili namysłu.
– Zawsze najpierw myślisz, a potem działasz?
Miała wrażenie, że w jego głosie słychać było nawet więcej niż odrobinę szyderstwa. Dumnie unosząc głowę starała się zachować tyle godności, ile się dało.
– Oczywiście, że tak. I po części dzięki temu ja i moi przyjaciele wciąż jesteśmy w jednym kawałku.
– Ale oddałabyś za nich życie? Za swoich znajomych i przyjaciół?
– Tak. W każdej chwili, za każdego z nich.
Spojrzał na nią z wrednym uśmieszkiem.
– Nawet za tych, których nie lubisz zbyt mocno?
– Tak. Nawet za tego nietoperza z loch… to jest, piwnicy. – Wzruszyła ramionami. – Każdy się liczy. Każde życie jest cenne. Ale to nie zmienia faktu, że nie pchałabym się bezsensownie w niebezpieczeństwo, gdyby istniała inna opcja. W ogóle dlaczego ci to mówię?
– Bo cierpisz na słowotok?
Skrzywiła się.
– Wspaniale. A ty cierpisz na nadmierne skwaśnienie.
– Dziękuję.
Szarmancko się ukłonił i parsknął. W tym czasie Ginny podbiegła do niej i przytuliła ją.
– Może jednak wykąpiemy się w morzu? Chociaż na chwilkę! Proszę…
– Molly, nie mamy na to czasu. Niestety. Innym razem tu przyjdziemy.
– Ale zanim wakacje się skończą?
– Tak. Obiecuję.
– Super! Wolly, zabierzesz się z nami?
Mężczyzna wzruszył ramionami.
– Nie wiem. Nie lubię pływać.
– A wpadniesz do Billa na ślub?
– Nie sądzę. Mam… kilka rzeczy do zrobienia i nie wiem ile zajmą mi czasu.
Ginny wzruszyła ramionami i znów pobiegła nad wodę. Hermiona sprawdzała co jakiś czas teren, by wiedzieć kiedy mają skręcić. Po dłuższej chwili bicia się z myślami i coraz silniejszym poczuciem winy powiedziała:
– Pomyliłam się co do ciebie.
– Czyżby? – Zerknął na nią, lekko przechylając głowę.
Musiała przyznać, że był to bardzo atrakcyjny gest.
– Tak. Na początku byłam pewna, że jesteś moim współpracownikiem w przebraniu, ale teraz dochodzę do wniosku, że to raczej niemożliwe. Jesteście zupełnie inni. Ty jesteś zrelaksowany, często się uśmiechasz i potrafisz być uprzejmy. Z drugiej strony brakuje ci pewnej… hmmm… nie wiem jak to nazwać. Brakuje ci pewnej elegancji w obyciu i temperamentu.
– Zapewniam cię, że potrafię być temperamentny.
– Być może. Ale nie złościsz się, nie wrzeszczysz, jak opętany.
– To chyba dobrze, co? To raczej oznaka szaleństwa, niż temperamentu – parsknął.
– Oczywiście, że tak. Jednak tobie to w pewien sposób pasuje. Jak on robi się spokojny i zaczyna być miły, to mam wrażenie, że coś kręci. Tylko przepraszam, że z czymś takim wyskoczyłam. To było nieuprzejme z mojej strony.
– Nie ma problemu. – Jakiś uśmieszek kręcił się mu w kąciku ust i poważnie zastanowiła się, czy aby jednak nie pospieszyła się z przeprosinami.
W tym momencie zauważyła zejście, którym mieli ruszyć.
– Molly! Chodź! Nasze zejście!
Wolly obejrzał się na rozchichotaną dziewczynę i pochylił się, by poprawić Hermionie kosmyk włosów.
– Ej! To, że cię przeprosiłam nie znaczy, że…
– Śmierciożerca za nami idzie – wymamrotał jej do ucha. – Uśmiechnij się, udawaj, że cię to bawi.
– Skąd wiesz? – Posłała mu najbardziej czarujący uśmiech, jednocześnie czując lekką panikę, a Ginny zagapiła się na nią z niedowierzaniem.
– Bo go znam – odwzajemnił uśmiech. – Trzeba będzie się gdzieś zaczaić.
– Oczywiście – Złapała go pod rękę. – Znam odpowiednie miejsce. Molly…
Nachyliła się nad przyjaciółką i szybko jej wyjaśniła. Ruda zaczęła znów podskakiwać i mówić głośno.
– Idziemy do wujka? Wspaniale!
Skręcili do wyjścia i Hermiona westchnęła głośno.
– But mi się rozwiązał!
Kucnęła i zza włosów zauważyła, że dobrze zbudowany grubas także się zatrzymał i udawał, że interesuje go stojący niedaleko pomnik.
Wolly tupał nogą.
– Pospiesz się, Jane. Spóźnimy się.
– Już, już. Nie moja wina, że mi się but rozwiązał.
Poprowadziła ich w miejsce, do którego kiedyś zabłądziła przez przypadek i wystraszyła się nie na żarty.
Ślepy zaułek. Bez okien i drzwi. Idealne miejsce na obronę. Lub zasadzkę.
Zagryzła wargi i tuż za rogiem cała trójka wyciągnęła różdżki. Niestety, Śmierciożerca nie był sam. Przyprowadził kolegów. Było ich razem ośmioro. Hermiona przełknęła ślinę. To mogło być niebezpieczne. Jeden ze Śmierciożerców – chudy, niski chłopaczek zaśmiał się:
– Nieźle rzucone zaklęcia, ale na szczęście Amycus potrafi je przejrzeć na wylot! Granger, Weasley… Miło, że wpadłyście.
– Kim jest ten facet? – Mężczyzna zwany Amycusem przyjrzał się Wolly'emu. – Nie znam cię.
– Za to ja znam was. Amycus, Alecto, Spinear, Hollow, Beaumont, Murray, McTravish i Oaks.
Byli wyraźnie zmieszani faktem, że ich rozpoznał, choć nie zatrzymało ich to na długo. Hermiona nie była pewna kto pierwszy rzucił zaklęcie. Wkrótce walczyli zaciekle. Jej zaklęcie podtrzymujące ich wygląd padło wobec tak natężonego ataku magii. Na szczęście ich nieco powiększone ubrania nie przeszkadzały w walce. Razem z Ginny walczyły jedynie z Amycusem i Alecto, a i tak ledwo dawały radę. Pamiętała tę dwójkę z bitwy w Hogwarcie, choć nie dawało jej to absolutnie żadnej przewagi. Wolly sam dawał radę szóstce, ale powoli słabł. W pewnym momencie Ginny rozbroiła Alecto i spetryfikowała ją. Chwilę później padł Amycus. Obróciły się by pomóc Wolly'emu, ale ten warknął:
– Nie wtrącajcie się! Biegnijcie tam, gdzie macie biec!
Hermiona pociągnęła protestującą Ginny za rękę.
– Ruszaj się!
Dobiegły do numeru dwudziestego dziewiątego i zadudniły.
– Przyszłyśmy na herbatkę ziołową! Szybko!
Drzwi otworzyły się natychmiast. Stanął w nich czarodziej w granatowej szacie.
– Co się dzieje?
– Walczą! Tam, w zaułku. – Wskazała palcem. – Został jeden z naszych przeciwko szóstce. Kazał nam uciekać.
– Wchodźcie.
Sam wybiegł, zatrzaskując za nimi drzwi. Ledwie usiadły w środku, a Ginny zaczęła krzyczeć.
– Dlaczego to zrobiłaś?! Mogłam walczyć!
– Tylko byśmy przeszkadzały! Uspokój się i… Po prostu uspokój się.
Sama wyłamywała palce. A jeśli przez to, że posłuchały z gruntu obcego im człowieka, on zginie? Przecież mógł przecenić swoje siły. Czy potrafiłaby mieć czyjąś śmierć na sumieniu?
Gdy po kilkunastu minutach ktoś zapukał do drzwi, podskoczyły jak oparzone. Ginny podniosła różdżkę i niepewnie spytała:
– Kto tam?!
– Otwierajcie, wy dwie. Chyba mogę wejść do własnego domu, co?
Ginny otworzyła a Hermiona ją ubezpieczała. Na wszelki wypadek.
Do środka wpadł Wolly razem z profesorem Friedrichem. Z ulgi opadły na ściany.
– Nic wam się nie stało?
– Nie jesteście ranni?
Uśmiechnęli się, ale odezwał się profesor.
– Nie, wszystko w porządku. Chodźcie do salonu. Tutaj nie wejdą, więc nie macie się co martwić. Wolly, robisz się za stary na takie ekscesy.
– Dałbym sobie z nimi radę, Hal – parsknął i opadł na fotel. – Wiesz o tym.
– Wiem, wiem. Skoro jednak się tam ruszyłem, to nie mogłem pozwolić ci bawić się samemu.
– Miałem inne dzieci do zabawy – parsknął i wyczarował sobie chusteczkę, żeby przytrzymać ją przy ranie na głowie. Zerknął na nie. – Dałyście sobie dobrze radę. Niezłe rozeznanie w terenie, Hermiono i świetne udawanie, że wszystko w porządku. To samo tyczy się ciebie, Ginny.
– Dałybyśmy sobie radę – mruknęła płomiennowłosa. Profesor Friedrich przyglądał się jej z zaciekawieniem.
– Czy ty przypadkiem nie jesteś córką Molly Prevett?
– Przypadkiem jestem córką Molly Weasley. – Uśmiechnęła się dziewczyna.
Hermiona wyciągnęła z kieszeni szortów złożony pergamin.
– To od profesora Dumbledore'a.
Mężczyzna wziął, otworzył i nieco się nachmurzył przy czytaniu.
– Wielokrotnie mu odmawiałem, więc dlaczego naciska?
– Ma swoje powody – powiedział wesoło Wolly. – Od sześciu lat nie może znaleźć porządnego nauczyciela na to stanowisko.
– Hmm… A Moody?
– Miał nim być w czwartej klasie, ale w efekcie zastąpił go młody Crouch. – Wolly skrzywił się – Pamiętasz go, oczywiście?
– Jakbym mógł zapomnieć. Biedna Alicja…
– I Frank.
– I Frank. – Skinął głową. – A Snape?
– Zbyt wiele wrzeszczał, za mało tłumaczył – mruknęła Hermiona. – W dodatku skupiał się tylko na tym, żebyśmy docenili jak wielka jest czarna magia.
Profesor zaczął się tubalnie śmiać. Miał koło pięćdziesięciu lat, ale trzymał się naprawdę dobrze. Przystojna, ogorzała twarz, ciemne włosy zaczesane do tyłu, błękitne oczy, bardzo podobne do Dumbledore'a i, z tego co dało się zauważyć, nieźle zbudowany. Szkoda, że wyraźnie był typem lowelasa.
– Więc niby ja mam być idealnym kandydatem?
– Byłoby miło mieć kogoś normalnego na lekcjach. – Ginny wyprodukowała swój najsłodszy uśmiech, który powodował, że połowa chłopaków w Hogwarcie rozluźniała krawaty z wrażenia. Nie ominęło to Friedricha. Lekko poróżowiał i zerknął na Hermionę.
– Ty również uczysz się w Hogwarcie?
– Tak. W siódmej klasie.
– Czyli znasz sławnego Harry'ego Pottera oraz jego przyjaciół? Pana Weasleya i pannę Granger?
Hermiona zaśmiała się.
– Raczej tak.
– Och, chciałbym ich poznać. Muszą być fascynujący. – Hermiona i Ginny spojrzały na siebie i wyszczerzyły zęby. – Dobrze. Przekażcie Dumbledore'owi, że jeśli potrafi zapewnić mi bezpieczeństwo, to na pewno pojawię się pod koniec sierpnia w szkole. I… – dodał po chwili wahania. – Kiedy będzie następne spotkanie Zakonu, niech da mi znać. Pojawię się.
Cała trójka gości uśmiechnęła się, pożegnała i aportowała tuż za drzwiami. Po chwili stali przed Norą i odetchnęli nie widząc nikogo w promieniu kilku mil.
– Cóż… To był ciekawy dzień. – Wolly parsknął podając Hermionie plecak, po czym zaczął masować ramię w przesadnie ostentacyjny sposób. – Jednak nie mam ochoty go powtarzać. Babskie zakupy są ponad moje nerwy.
– Narzekasz. – Zaśmiała się Ginny i przytuliła zszokowanego mężczyznę. – Wielkie dzięki. Było wesoło. Wpadnij na ślub Billa. Ciekawi mnie, jakim jesteś tancerzem.
– Całkiem niezłym. – Uśmiechnął się. – Jestem wszechstronnie uzdolniony.
Hermiona znów spojrzała na niego podejrzliwie, a Ginny zgromiła ją wzrokiem.
– Miło było. – Podała mu rękę i kiedy ją uścisnął, parsknęła. – Jesteś ciekawym okazem.
– Wciąż mnie podejrzewasz?
– Tak. Zwłaszcza odkąd znalazłam to. – Podniosła do góry fiolkę z gęstym, złotawym płynem. – Sądzę, że kiedyś mi to wytłumaczysz.
Zbaraniał.
– Kiedy…?
– Kiedy wiązałam buta i ponownie wzięłam cię pod rękę. Tak cennych rzeczy nie trzyma się w kieszeni. – Przyjrzała mu się. – Ile minut jeszcze mam czekać, żebyś się zmienił?
Pokręcił głową.
– Uparte babsko. To się nazywa kradzież, w razie gdybyś nie wiedziała - warknął. - Dobrze, to nie jest moja prawdziwa postać. Wystarczy?
– Postójmy tu jeszcze chwilkę i porozmawiajmy. Chcę się upewnić, czy moje podejrzenia jednak były właściwe.
– Po co? – Wzruszył ramionami. – Jeśli jestem nawet samym Dumbledore'em, co ci to da?
– Satysfakcję, albo rozczarowanie. Lubię wiedzieć.
– Och, nie wątpię.
– I pierwszymi pytaniami, które zadam, jeśli moje podejrzenia się potwierdzą, będzie to, jak ukrył pan Mroczny Znak i czy ma pan schizofrenię.
– Cóż… Myśl sobie dalej, ale ja się spieszę.
– Wypił pan eliksir gdy wyszliśmy z plaży. Ukradkiem, kiedy ja rozmawiałam z Ginny. W związku z tym zostały jakieś dwie minuty.
– No już dobrze, dobrze – mruknął i nachmurzył się, przyjmując zaskakująco znajomą postawę. – To ja. Zadowolona, Granger?
Ginny, która niepewnie śledziła dyskusję, podskoczyła, a jej usta ułożyły się w idealne „O".
– Oczywiście, że tak. A teraz proszę o odpowiedź na pytania.
– Z Mrocznym Znakiem nie było problemu. Jest kilka… użytecznych zaklęć. I nie, nie powiem ci jakie. Taka wiedza nie tylko jest ci niepotrzebna, ale również i nieodpowiednia. Co do drugiego pytania, to nie wiem o co ci chodzi.
– Sądzę, że wyjaśniłam to kiedy „przepraszałam". – Zrobiła palcami cudzysłów w powietrzu.
– Przez ludzi pospolitych zwane jest to grą. Gdybym zachowywał się tak, jak na co dzień, to nie czułybyście się w moim towarzystwie swobodnie, a to na pewno zwróciłoby uwagę Śmierciożerców i mogłoby im podpowiedzieć, kim jestem. A tego przecież chcieliśmy uniknąć.
W tym momencie rozmarzone oczy zaczęły się zwężać, a złoto powoli przechodziło w czerń. Szopa brązowych włosów powoli oklapała i czerniała. Nos wydłużał się i stawał się haczykowaty. Skóra jaśniała, aż przybrała niezdrowy, blady odcień.
Ginny, wciąż zszokowana. wpatrywała się w profesora Snape'a, którego twarz, jak zwykle, wykrzywiał paskudny grymas.
– Na potrzebę waszego towarzystwa zmieniłem język i styl poruszania się. – Wzruszył ramionami. – Było to dość proste. Przy okazji, Weasley, niezbyt lubię róż, więc jakbyś chciała przysyłać mi boa, to postaraj się o inny kolor.
Dziewczyna poczerwieniała aż po cebulki włosów. Najwyraźniej zdała sobie sprawę z tego, że wiele słów, których właśnie on usłyszeć nie powinien, usłyszał.
Co dotarło również i do Hermiony.
– Przysięgam, że wyrzucę tę kieckę, gdy tylko przyjdziemy do domu.
– Rób jak chcesz – powiedział, po chwili jednak uśmiechnął się złośliwie. – Nie wątpię, że będzie ci pasować coś innego. Najlepiej różowego. Granger, nie pojawiaj się w tym kombinezonie w szkole, bo osobiście – i z niemałą przyjemnością - wykopię cię na błonia.
– Nie mam nic innego.
– Gdybyś powiedziała mi, że chcesz odpowiednie wyposażenie, to sam udałbym się po to na Pokątną – warknął. – Ale najwyraźniej jesteś typowym, tępogłowym Gryfonem. Wydaje ci się, że jeśli sama nic nie możesz zrobić, to jest to awykonalne.
– Świetnie! Po co więc pan w ogóle się fatygował?
– Rozkaz Dumbledore'a. Nie sprawiało mi przyjemności udawanie idioty.
– Wiele w takim razie do udawania nie było.
– Pięć punktów i szlaban dla panny Weasley w pierwszą sobotę!
– A za co?! – Ginny oburzyła się.
– Spytaj Granger. Jutro o szóstej masz być w sali – warknął do Hermiony i po chwili zniknął. Ginny podparła się pod boki.
– A pomyśleć, że nawet go polubiłam!
Hermiona, gdy już jej przeszło oburzenie, zaczęła chichotać, a później śmiać się z całego serca. Po chwili przyglądania jej się jakby straciła rozum, Ginny przyłączyła się do niej.
– Wiesz co, Ginny?
– No?
– Tak sobie myślę, że właśnie poznałyśmy kogoś, kto chowa się pod całym tym sarkazmem.
– Tak sądzisz? – Ginny uśmiechnęła się. – Cóż, Wolly to jeden z sympatyczniejszych facetów, jakich poznałam. Jeśli Snape ma z nim coś wspólnego, to chyba będę w stanie go polubić. A teraz chodźmy przymierzyć to, co kupiłyśmy. Mam nadzieję, że będzie wyglądało równie dobrze co na fantomie. – Zanim weszły do kuchni obróciła się z głupim uśmiechem. – Wiesz co zauważyłam?
– Już się boję.
– Snape w mugolskich ciuchach wyglądał równie dobrze co Wolly.
Hermiona skrzywiła się.
– Błagam cię, bez przesady. A tak przy okazji – nie mówmy nikomu, kim jest Wolly.
Ginny puściła porozumiewawczo oko.
– Ależ oczywiście.
Ginny założyła sukienkę i obróciła się przodem do lustra. Hermiona zeszła na dół, żeby coś zjeść i nawet nie zerknęła do torby. Jej przyjaciółka nie przywiązywała do swojego wyglądu żadnej wagi. Ginny była inna – lubiła dobrze wyglądać. Teraz miała do tego dodatkowy bodziec – chciała Dracona Malfoya, chciała go dla siebie. Postanowiła więc dyskretnie użyć wszystkiego, co posiadała. Chcąc - nie chcąc, musiała przyznać, że Snape miał oko, chociaż sam wciąż łaził jedynie w czerni. Jasnozielona suknia pasowała do niej idealnie. Była zawiązywana na szyi, usztywniany gorset idealnie opinał jej biust i talię. Spódnica pięknie łączyła się z górą, na której jakimiś sztucznymi kamieniami były wyszyte krwistoczerwone róże, i sięgała samej ziemi. Trzeba będzie ją skrócić i nieco zaszyć rozcięcie na udzie, bo sięgała jej bardziej pasa, niż uda, ale poza tym była w sam raz. Obróciła się i westchnęła widząc, że gorset przepięknie wygląda i komponuje się z jej ognistymi włosami. Czuła, że potrafi wszystko – nie ma mowy, by Draco na nią nie spojrzał. Hermiona weszła do pokoju i zatrzymała się z wrażenia w drzwiach.
– No co? Źle wyglądam?
– Wręcz przeciwnie – uśmiechnęła się i weszła do środka. – Zawsze wiedziałam, że masz cudowną figurę, ale ta sukienka podkreśla to i wspaniale pasuje do twojego typu urody. Malfoy nie ma żadnych szans – parsknęła.
– Mam nadzieję. – Usiadła na łóżku i zaczęła rozwiązywać gorset różdżką. – Przymierz swoją.
– Nie mam na to ochoty. Jestem zbyt zmęczona, żeby cokolwiek robić, a jutro muszę o szóstej być w lochach.
– Ty ostatnimi czasy w domu jedynie jesz i śpisz.
– A nawet jak wyjdę gdzieś na miasto to nie mogę się uwolnić od Snape'a. Czy on musi być taki… taki… wredny?
Ginny przebrała się w zakupione dżinsy i właśnie zakładała cudowną koszulkę. Fioletową z falbankami na ramionach. Kiedy przepchnęła głowę przez otwór, uśmiechnęła się.
– Nie przesadzaj. Był całkiem miły. Przynajmniej dopóki nie wrócił do swojej postaci.
– No właśnie, a ja muszę pracować z jego postacią właściwą. Co myślisz o tym całym Friedrichu?
– Nie dziwię się, że mama go nie chciała – zachichotała, wspominając pożądliwe spojrzenie starego czarodzieja. – Jest niemal obleśny z tym swoim wzrokiem. Ciekawi mnie jedynie jaką zrobi minę, kiedy się dowie, że to ty jesteś Hermioną Granger.
– To było akurat śmieszne. Mogę cię o coś prosić?
– No?
– Trzymaj dzisiaj Rona z daleka ode mnie – burknęła i opadła na łóżko. – Znowu zaczyna się do mnie kleić.
– Rozmawiał o czymś z Billem wczoraj. Podsłuchałam coś o różnych metodach zwracania na siebie uwagi dziewczyny. Nic dziwnego, że Bill był zawsze popularny.
– Tylko, że Bill nie robi tego wszystkiego z gracją słonia – mruknęła jej przyjaciółka. – I jest znacznie przystojniejszy. Możesz to dla mnie zrobić?
– Nie ma sprawy, ale według mnie powinnaś go rzucić. I to definitywnie.
– Nie mogę…
– Hermiono, jak tak dalej pójdzie, to w końcu nie wytrzymasz i rzucisz go z takim hukiem, że do końca życia się do ciebie nie odezwie. Wiesz o tym.
Usiadła i sięgnęła do plecaka po ubrania by się na nich wyżyć. Rozkładała energicznymi ruchami koszulki, spodnie i uśmiechnęła się paskudnie, gdy wyjęła kombinezon strażacki.
– Niech zgadnę – zaśmiała się Ginny. – Masz zamiar to założyć jutro?
– Oczywiście. Sam mi to zaproponował – parsknęła i pokręciła głową. – Potrafisz uwierzyć w to, że prawie polubiłam Wolly'ego?
– Ja tam go polubiłam. Nie mogę jednak uwierzyć, że cały czas byłaś podejrzliwa wobec niego. Naprawdę masz głowę nie od parady.
– Co mi po tym skoro nie mogę posłać w diabły tego wrednego nietoperza, rzucić twojego brata i nie być za mądrą dla wszystkich facetów w okolicy? Skończę jak Umbridge – stara panna z fiołem na punkcie kotów i różu.
– To niezbyt radosna wizja. Może spytaj o radę Trelawney? – Zachichotała, gdy Hermiona zrobiła wyjątkowo nawiedzoną minę.
– Och… Hermiono! Widzę, widzę! Umrzesz! Zapchasz się kocim kłaczkiem! – Podskoczyła. – Co mi przypomina, że miałam nakarmić Krzywołapa.
– Nie musisz. Dorwał wczoraj kilka myszy i zaniósł do swojej nory.
– Głupio mi bez niego. – Otworzyła drzwi. – Kici, kici, kici… Krzywołapku… No, chodź do pani. Kici, kici, kici…
Po chwili na schodach pojawiła się dumnie stercząca ruda kita i dopiero po niej pojawił się spłaszczony pyszczek. Uśmiechnęła się i wzięła go na ręce.
– Moje kocisko… Mój śliczny kotek…
Wyprężył się i zaczął mruczeć z zadowolenia nadstawiając spód pyszczka do drapania. Niestety, stała o kilka minut za długo. Z góry zszedł Ron i prawie na nią wpadł. Uśmiechnął się szeroko i przytulił ją mocno. Krzywołap wydał z siebie oburzone miauknięcie, wbił jej pazury w ramię i uciekł.
– Wspaniale, Ronald – warknęła, wściekła i obolała. – Tylko tego mi brakowało, żeby mnie Krzywołap podrapał.
– Sorry – mruknął i tym razem przytulił ją delikatniej. Oparła głowę o jego ramię w poszukiwaniu odpoczynku, ale zaraz zaczął gładzić jej kark. Musiała przyznać, że szyja i kark to najwrażliwsze części jej ciała, więc dziwiła się jak dotyk Rona, nawet najdelikatniejszy, mógł powodować u niej drgawki wstrętu.
– Ron… Nie dzisiaj. Jestem zmęczona.
– Ostatnio cały czas jesteś zmęczona – wymruczał jej do ucha.
– Słuchaj, zeszliśmy się ledwie wczoraj. Mówiłam, żebyśmy zwolnili.
– Przecież nic nie robię.
– Jasne. A ta ręka na moim karku? Druga na moich pośladkach? Odpuść, Ron.
Cofnął się i założył ręce.
– Już, już. Nie bądź taka zła. Masz może ochotę na spacer?
– Gdzie? Nie możemy wychodzić poza Norę.
– Gdziekolwiek… Z Ginny wybrałyście się do Brighton, tak? Chodź ze mną gdzieś. Miejsce nie ma znaczenia.
Westchnęła i podrapała się po czole. Czy ona naprawdę musi mieć takie szczęście, że natrafia na durniów, którym trzeba tłumaczyć nawet najprostsze sprawy?
– Nie możemy, to byłoby zbyt niebezpieczne. Z Ginny aportowałyśmy się do Brighton, bo nie miałam ani jednej pary spodni, która nie byłaby dziurawa czy zepsuta. Jednak nawet wtedy dostałyśmy obstawę.
– Daj spokój. Możemy przecież gdzieś się wybrać.
– Nie możemy! Zrozum to.
– Jak sobie chcesz – mruknął. –Jutro znów wrócisz późno i padniesz spać.
– Znam swoje obowiązki i wypełniam je najlepiej jak potrafię. Codziennie robię ze dwanaście kociołków różnych mikstur, Snape robi tyle samo, siedzimy do późnej nocy a i tak nie zawsze wyrabiamy normę. Mogę chyba być zmęczona, prawda?
– Tak, wiem, że musisz to robić i nie o to mam pretensje. Po prostu wygląda to tak, jakbyś specjalnie mnie unikała.
– Jesteś śmieszny, Ron.
– Czy ja ci się w ogóle podobam?
Westchnęła ciężko i przyjrzała mu się uważnie. Ron mocno wydoroślał przez szóstą klasę. Miał prawie metr dziewięćdziesiąt i zamiast plączących się patyków dorobił się umięśnionych ramion i silnych, zgrabnych nóg. Długi, piegowaty nos nadawał jego pociągłej twarzy charakteru, a niebieskie oczy świecące spod rudej grzywki powinny powodować u niej drgawki i efekt miękkich nóg. Nie powodowały. Westchnęła. Nie mogła go skrzywdzić. Nie potrafiła.
– W jakiś sposób na pewno. – Uśmiechnął się i znów spróbował ją pocałować, ale go odepchnęła. – Potrzebuję czasu, Ron. Czasu. Mamy przed sobą przynajmniej rok.
Lekko się skrzywił, ale odpuścił.
– Dobranoc, Hermiono i trzymaj się.
Nastawiła policzek i po chwili poczuła mokre usta. Powstrzymała się przed wzdrygnięciem z obrzydzenia. Weszła do pokoju, gdzie natknęła się na ponure spojrzenia Ginny.
– Grasz nie fair. Dałaś mu nadzieję.
– Ginny, ja po prostu NIE UMIEM mu tego powiedzieć! – zaczęła się bronić, ale i tak zdawała sobie sprawę z tego, jak mało przekonujące miała argumenty.
Jak dziecinne.
– Tchórzysz! Od kiedy jesteśmy kurczakami?!
– Uch! Nie rób takich samych porównań, jak Snape!
– A może on ma rację?!
– Zwariowałaś?! Od kiedy on miewa w czymkolwiek rację?!
– Daj spokój, Hermiono. Zawsze nam wyrzucałaś uprzedzenia wobec niego, a teraz robisz to samo!
– Wielkie dzięki – warknęła, po czym wzięła kilka głębszych oddechów. – To po prostu za trudne dla mnie. Nie chcę go stracić, a wiem, że odrzucając go zranię jego ego. Mam nadzieję, że sam zrozumie, że do siebie nie pasujemy i znajdzie kogoś innego.
– Wiesz, że masz u mnie poparcie bez względu na to co zrobisz. Tylko… nie podoba mi się to.
– Ginny od czasu zerwania z Harrym nie odzywacie się do siebie. Wiesz co by się stało, gdybym zerwała z Ronem? A pamiętaj, że on jest daleko bardziej wrażliwy niż Harry.
– Raczej drażliwy, niż wrażliwy – zaśmiała się dziewczyna. Uniosła ręce. – Poddaję się. Rób co chcesz, tylko potem nie oczekuj współczucia.
– A czy kiedykolwiek oczekiwałam?
– Tak. Po zerwaniu z Wiktorem.
Hermiona zacisnęła pięść. Ginny zasłoniła sobie usta. To miał być temat tabu.
– Ja… przepraszam. Nie chciałam ruszać tego tematu.
– Nie musisz. – Uśmiechnęła się. – Jestem teraz nieco starsza i znacznie mądrzejsza.
– To powiesz mi, co właściwie się między wami stało?
Pamiętała jak trzy lata temu w czerwcu Hermiona wbiegła do jej pokoju i rzuciła się jej na kolana i zaczęła płakać. Nie przestała, dopóki nie zasnęła.
– Pokłóciliśmy się. Teraz wiem, że to była bzdura, ale… Byłam przerażona tym, że Voldemort powrócił, że Harry omal nie zginął, że Cedric umarł. Zarzuciłam mu, że używał czarnej magii i że ma trzymać te brudne łapy z daleka ode mnie. Wpadł w szał i padło zbyt wiele niemiłych słów. Dopiero w ostatni dzień na chwilę wziął mnie na bok i porozmawialiśmy. Przeprosiłam go, ale… to był koniec. Za wiele sobie wykrzyczeliśmy. Dlatego teraz staram się panować nad sobą, bo wiem, że słowa wypowiedziane w gniewie mogą zniszczyć wszystko.
– Znam ten ból – mruknęła Ginny, chowając głowę między kolanami. – Ja też pokłóciłam się z Harrym. O Cho. Zarzuciłam mu, że wciąż za nią patrzy i pewnie dalej mu się podoba, a ja jestem substytutem. Dwa dni później zerwał ze mną. Powiedziałam za dużo, ale nie potrafię się hamować. Jeśli coś mnie złości, to nie potrafię tego w sobie zatrzymać.
– Nieodrodna siostra swoich braci i córka swojej matki – zaśmiała się Hermiona. – Teraz, jeśli mi wybaczysz, muszę nad czymś posiedzieć.
Ginny zajrzała jej przez ramię i przeczytała jakiś dziwny, makabryczny wierszyk napisany na pergaminie, który jej przyjaciółka trzymała na kolanach.
– Co to? Brzmi okropnie.
– Być może klucz do odnalezienia eliksiru na Cruciatusa. Niestety dość… trudny i pokręcony.
– Niekoniecznie. Niektóre zwroty są dość proste.
– Tak?
– Tak. Możesz tego nie wiedzieć, bo nie znasz świata czarodziejów od podszewki. Nacięcie kciuka prawej dłoni oznacza Wieczystą Przysięgę. Kiedyś nie zawierało się jej za pomocą tylko magii, ale też używano do tego krwi. Lewa ręka jest od serca, ale Wieczysta Przysięga ma być składana z rozmysłem, więc nacinano prawą rękę, tę od rozumu. Mruk to postać z dziecięcych bajek, którą straszy się małe dziewczynki. Bajka była dość… delikatna, ale ostrzegała przed gwałcicielami. „Co po prawej, co po lewej"… Mamy taki przesąd, że przed wyjściem z domu należy rzucić okiem na to, co po prawej i po lewej, by zapamiętać ostatni widok domu. Jednak nie wiem, jak to się ma do ognia. Z reszty nie rozumiem nic, ale dziwi mnie ten Bóg. Czarodzieje są ateistami. Często mówimy „o, bogowie" czy coś w tym stylu, ale nigdy nie odnosimy się do jakiegoś tam bóstwa. – Uśmiechnęła się. – Pomogłam jakoś?
– Trochę… Jak się nazywa ta bajka z Mrukiem?
– „Pani Mara i Pan Mruk". Nie mają autora.
– Kim była pani Mara?
– Sukkub.
Hermiona zaśmiała się w głos.
– Muszę to przeczytać! Ciekawi mnie, jak dzieciom wykładało się takie tematy.
– Nie śmiej się. To dość poważna sprawa. Czarodzieje wiedzą, że dzięki magii mogą mieć pewną władzę nad mugolami. Te baśnie są po to, żeby od małego wpajać im odpowiednie podejście moralne. To wyjątkowo ważna część edukacji czarodziejskiej, której… hmm… urodzeni w niemagicznych rodzinach nie posiadają. I to jeden z powodów, dla których uważa się ich za zagrożenie.
– Dzięki. – Uśmiechnęła się z przekąsem jej przyjaciółka, ale dopisała coś pod spodem. Wyciągnęła z torby kilkanaście ciężkich tomów i całkowicie się w nich zagłębiła. Co chwila dopisywała coś lub skreślała. Ginny stała teraz przy oknie i spoglądała na podwórko, gdzie Harry z Draco latali na miotłach i łapali znicz. Ron po chwili do nich dołączył i zaczęli grać w berka. Nabrała ochoty na latanie, a im na pewno przyda się czwarty zawodnik.
– Hermiono, idę na dwór.
– Mhm – powiedziała tamta nieobecnym tonem, skreślając nerwowo kolejny punkt.
Zamierzała zbiec na dół ale, na własne nieszczęście, natknęła się na Fleur.
– Ginny, jak ty ładni wyglądasz. Pasuji ci ten kolor.
– Dziękuję, Fleur. Idę na podwórko pograć z chłopakami w Quidditcha.
– Och, to taki ciekawy. Mmm… Ginny? Czy Gabrielle może z wami spać? Jak przyjedzi?
– Oczywiście, że tak. Ja mogę spać z Hermioną w jednym łóżku – uśmiechnęła się niepewnie. – Zresztą nie jest pewne, czy Hermiona będzie tutaj nocować. Będą razem ze Snape'em ciężko pracować, więc możliwe, że będzie spała w zamku.
– Ja taka zła na nią! A jak Bill coś się stani?!
Łzy napłynęły do jej dużych, błękitnych oczu. Nie rozumiała podejścia Billa – on bał się, że może coś jej zrobić i to dla niej i ich przyszłych dzieci chciał wyzdrowieć. Ginny starała się opanować swój temperament i nie kopnąć przyszłej bratowej w niesprawiedliwie zgrabną łydkę.
– Fleur, on już postanowił. Nie jest to wina Hermiony. Wiesz dobrze, że jeśli Sama – Wiesz – Kto ma całą armię takich jak on, to nikt nie jest bezpieczny. A taki eliksir mógłby ich wyleczyć.
– Ale dlaczego Bill?!
– Gdybym to ja została pogryziona, to możesz być pewna, że zgłosiłabym się na ochotnika – warknęła. – Zrozum go choć trochę, Fleur. On to robi dla ciebie i dla wszystkich innych ludzi. Ale głównie ze względu na ciebie.
– Ja tego nie potrzebui! Mnie Bill starczy! Jeśli bo te ugryzienia on umrze, to ja też!
Zalała się łzami, a Ginny westchnęła. Na górze jedna nie umie mówić nie, a ta przed nią myśli tylko o sobie. Po chwili usłyszała dudnienie na schodach i Hermiona z rozwichrzonymi włosami podbiegła do niej.
– Jak mówisz, że nazywała się ta bajka?
– „Pani Mara i Pan Mruk".
– Świetnie. Lecę do biblioteki. Muszę ją znaleźć.
– To twoi wina! – Fleur potrząsnęła kędzierzawą dziewczyną, zalewając się łzami. – Jak Bill umrzeć, to przez ciebi!
Hermiona zbladła i zacisnęła zęby.
– Wybacz mi, ale sądzę, że Bill się zgodził.
– Tylko dlatego, że nikogo inny nie ma!
– Uspokój się i nie histeryzuj. – Najwyraźniej cierpliwość Hermiony tego dnia się wyczerpała. Odepchnęła Fleur delikatnie i szybko zeszła po schodach. - Mam znacznie ważniejsze sprawy na głowie niż twoje fanaberie i fochy.
Fleur zatkało, a Ginny uśmiechnęła się. Nie wolno było wchodzić Hermionie w drogę, gdy coś postanowiła. A Fleur musiała się nauczyć, że nie wszyscy padają jej do stóp i podają wszystko na złotej tacy. Usadziła Francuzkę przy stole i podała jej herbatę, wcześniej sprawdzając testerem.
– Jestem egoistki?
– Tak.
– Czy to taki źle, że chcę Bill zdrowy i cały?
– Nie, Fleur. Chodzi o sposób w jaki to przedstawiasz. Wychodzisz za Billa więc musisz zrozumieć, że on ma swoje zasady. Nie cofanie się przed niebezpieczeństwem do nich należy.
– Ja wim, że on odważny, ale… To moi boję się.
– Każdy z nas się boi.
– Ona ni. – Wskazała na pusty kominek. – Ty też ni.
– Hermiona jest ciągle w biegu, dlatego nie widać jak się boi. A ja… Ja się boję wielu rzeczy i o wiele osób. Jednak gdybym miała możliwość komuś pomóc, to zrobiłabym to. Nie mam niestety takiego mózgu i czuję się bezradna. Nie możesz myśleć tylko o sobie.
Dziewczyna niechętnie skinęła głową i zaczęła się bawić naszyjnikiem. Ginny czym prędzej wybiegła z kuchni i wpadła do schowka na miotły. Wyjęła Zmiataczkę 6 i podleciała do chłopaków.
– Mogę się przyłączyć?
– Wolniejszej nie było? – Harry śmignął na Błyskawicy tuż koło jej nosa.
– Nie popisuj się, Harry. – Ron był zachwycony swoją nową miotłą. Ich mama wyskrobała zaskórniaki na Nimbusa 2000. Draco siedział na Nimbusie 2001. Ona na Zmiataczce nie miała z nimi szans. Jej brat zauważył to i popisał się niesamowitą wielkodusznością. – Może chciałabyś na chwilę? Zamienialibyśmy się z tobą?
– Czyli gramy w trzy osoby?
– Czemu nie? – Draco parsknął. – Puszczamy znicza i ten, kto go pierwszy złapie, wygrywa.
– Wszelkie chwyty dozwolone, prócz czarów – Zlecieli na ziemię i Harry podał jej Błyskawicę. – Pokaż, co potrafisz.
– Ta jest, kapitanie! – Zasalutowała i wzbiła się w powietrze. To był pierwszy raz, gdy dosiadała tak szybkiej miotły. Działała na najmniejsze drgnięcie i bardziej wyczuwała zamiary, niż ruch. Ona i Draco w tej samej chwili dojrzeli znicza. Zanurkowali i przyspieszyli. Był szybszy, więc zrywem wyrwała się do przodu i zagrodziła mu drogę tak, by jej włosy przysłoniły mu widok. Usłyszała, jak klnie i zachichotała po czym bez problemu załapała małą piłeczkę.
– Grasz nieczysto. – Draco uśmiechał się tak czarująco, że zapierało jej dech w piersiach, ale odpowiedziała równie szerokim uśmiechem.
– Nie wiem o co ci chodzi. To ty grasz nieczysto.
Zrobił zdziwioną minę. I dobrze – nie musi wiedzieć, jak bardzo.
A/N: No, to teraz dałam ciała z tą przerwą... Jak napisałam w profilu – straciłam niestety chwilowo serce dla tego pairingu, przez co i beta mi do końca nie wyszła :( Ale, ale, jestem z powrotem i powoli zaczynam wszystko ogarniać!
W tym rozdziale zmiany były raczej czysto kosmetyczne, choć kilka razy musiałam zmienić wypowiedzi Hermiony, żeby brzmiała mniej jak przedramatyzowana nastolatka, a bardziej jak ona sama. Choć nie jestem pewna jak mi wyszło xD
