2. Dzieci Nocy i ich pani

W całym mieszkaniu zapadła cisza, którą uszanował nawet Prezes Miau, nie domagając się nasypania mu do miski kocich chrupek. Zegar na ścianie tykał ogłuszająco, a każdy ruch ciężkiego, mosiężnego wahadła sprawiał, że Isabelle miała wrażenie, że od puli czasu przeznaczonej na ocalenie brata bezlitośnie i bezpowrotnie odcinane są kolejne sekundy.

- Muszę tam iść – oznajmiła twardo tonem sugerującym, że jakiekolwiek próby powstrzymywania jej będzie wyperswadowywać wybijaniem zębów i łamaniem kości.

- Pójdę z tobą – zaoferował natychmiast Simon, prawdopodobnie na pół z wrodzonej rycerskości, a na pół z powodu zauroczenia Nocną Łowczynią.

Magnus łypnął na oboje wzrokiem rozeźlonym, nieprzychylnym i wyrażającym skrajną dezaprobatę dla zaproponowanego planu działań. Isabelle rozpoznawała już to spojrzenie i doskonale wiedziała, że zirytuje ją wszystko, co tylko czarownik teraz powie. Głównie dlatego, że na pewno będzie miał rację.

- Ostatnio nie byłeś chyba z Raphaelem w jakiejś doskonałej komitywie – przypomniał sucho, kiwając głową w stronę Simona. – Nie ma powodu, dla którego miałby wpuścić cię do siedziby klanu. Tym bardziej, że nie posiadasz już Znaku Kaina, więc zupełnie straciłeś dla niego na atrakcyjności. – Czarownik powoli przesunął wzrok na Isabelle. – A wkroczenie do Hotelu Dumort przez Nocnego Łowcę jest traktowane jako naruszenie postanowień. Nie śmiem wątpić w twoje wyszkolenie, słodka Isabelle – rzucił tonem poddającym pod wątpliwość wszystko, włącznie ze zdrowym rozsądkiem Nocnej Łowczyni – ale w konfrontacji z całym klanem wampirów twoje zdolności mogą się okazać niewystarczające.

Zapadła chwila ciężkiej, wypełnionej wzajemną wrogością ciszy. Isabelle kolejny raz pomyślała, że obok złamanych paznokci, rozmazującego się tuszu do rzęs i pogrubiających ją wizualnie ubrań, najbardziej na świecie nienawidzi chwil, w których Magnus ma rację.

Czarownik wstał z dywanu, na którym dziewczyna brzydziła się nawet stać w butach na obcasach znacznie zwiększających odległość między podłogą a piętą, po czym na jedno skinienie jego ręki pośrodku gotycko starego, zawilgłego lochu pojawił się drewniany stolik i trzy lakierowane krzesełka. Sam opadł ciężko na pierwsze z brzegu, gestem zachęcając Simona i Isabelle do zajęcia pozostałych miejsc.

- Clary i Jace już tam byli – zaprotestował nagle Simon. – Uratowali mnie.

Magnus spojrzał na niego z irytacją, która uświadomiła Chodzącemu za Dnia dziecinność jego uporu, jeszcze zanim czarownik się odezwał.

- Oczywiście – sarknął, ale w jego oczach jarzył się gniew. – Wydaje mi się, że to właśnie wtedy prawie wszyscy zginęli, ty napiłeś się krwi Raphaela, konflikt między wampirami a wilkołakami tylko się zaostrzył i generalnie z całej tej poronionej wyprawy nie wynikło nic dobrego.

- Tam jest mój brat, a ty mówisz zupełnie tak, jakbyś nie chciał go uratować! – rzuciła z wściekłością Isabelle i w jednej chwili pożałowała wszystkiego, co palnęła między słowem „brat" a wykrzyknikiem na końcu wypowiedzi.

Twarz Magnusa była ściągnięta, oczy pociemniały z gniewu, a dookoła niego powietrze zawirowało z przyczyn, których próżno by szukać wśród zjawisk naturalnych. Niebieskie iskry wyładowań przeskoczyły po jego palcach, gdy oparł głowę na splecionych przed sobą dłoniach.

- Nigdy – wycedził. – Przenigdy nie insynuuj czegoś takiego, Isabelle Lightwood.

Dziewczyna ze złością maskującą poczucie winy oparła łokcie na blacie stolika, a jej spojrzenie usiłowało zasztyletować Magnusa. On i Alec byli do siebie tak niesamowicie podobni! Obaj wybitnie specjalizowali się w tym całym sprowadzaniu jej do parteru, gaszeniu niekoniecznie przemyślanych, ale za to wyjątkowo błyskotliwych w jej przekonaniu pomysłów, i ogólnym przypominaniu nie tylko o niepełnoletniości, ale też o kompletnym braku dojrzałości. W głębi ducha nieraz – z bólem i goryczą – musiała przyznać im rację, co bynajmniej nie sprawiało, żeby ta ich wspólna cecha stawała się choć trochę znośniejsza.

Simon zamilkł, wpatrując się uparcie we własne dłonie. Był to punkt na tyle neutralny i niekolizyjny względem kłótni, jaka rozgorzała między Nocną Łowczynią a czarownikiem, że Chodzący za Dnia miał prawie pewność, że uniknie w ten sposób wmieszania w narastającą awanturę.

- Jutro jest spotkanie Rady i Alec ma na nim być! Jak ja mam wyjaśnić mamie jego zniknięcie?!

- Nie wiem, ale może zamiast krzyczeć zacznij myśleć, jak przekazać Maryse, że jej pierworodny znajduje się w hotelu pełnym wampirów i jak przekonać ją, żeby się z tego powodu nie denerwowała.

Simon zmarszczył brwi, przezornie nie odrywając wzroku od swoich paznokci. Czemu Alec znalazł się w siedzibie klanu Raphaela? Poszedł tam z własnej woli? Czy został porwany, ale jeśli tak, to dlaczego? Co zamierzał wymusić na Clave Raphael, mając za zakładnika jednego z członków Rady? W dodatku chyba niezbyt fortunnie wybranego, zważywszy na to, że Alec nie cieszył się poparciem wśród Nocnych Łowców, a na ratunek przybyłaby mu najszybciej banda nieodpowiedzialnych nastolatków z wyraźną tendencją do impulsywnego działania przedłożonego nad myślenie o konsekwencjach tychże działań.

W rozkojarzeniu usłyszał tylko kilka oderwanych od siebie słów, wypowiedzianych tonem pełnym rozdrażnienia, po czym podskoczył nerwowo, gdy siedząca obok Isabelle nagle poderwała się z miejsca i zaczęła krążyć po salonie. Magnus rzucił mu przeciągłe spojrzenie, po czym machnął lekko dłonią, a na stoliku pojawiły się trzy kubki kawy – import prosto z leżącego kilka przecznic dalej Starbucksa. Isabelle natychmiast chwyciła jeden z nich, kontynuując nerwowe przemierzanie salonu długimi, sprężystymi krokami. Simon sięgnął po stojący najbliżej kubek, zdjął wieczko i wciągnął do nieruchomych płuc ożywczy zapach kawy.

- Musi istnieć jakiś sposób! – zawołała Isabelle, przystając przed komodą, na której leżały dwa serafickie noże Aleca. Na ich widok jej twarz ściągnęła się w próbie ukrycia niepokoju i troski o brata. – Magnusie, musi istnieć jakiś sposób – powtórzyła najbardziej rzeczowym tonem, na jaki tylko było ją stać. – Jesteś Wielkim Czarownikiem Brooklynu. Musisz znać jakiś sposób. Proszę.

Simon, rezygnując z dalszych obserwacji własnych dłoni, wbił spojrzenie w upstrzoną drobinkami cynamonu piankę na kawie. Zdał sobie sprawę, że tak naprawdę nie mógłby powiedzieć, że był przyjacielem zaginionego Lightwooda, ani nawet, że choć trochę go znał. Przed wezwaniem Razjela uraczył go co prawda informacją, że polubił go bardziej niż Jace'a, jakkolwiek Alec był tylko jedną z ogromu rzeczy, które Simon lubił bardziej niż jego przybranego brata, dlatego nie byłby skłonny traktować tego jako dowodu przyjaźni.

Nocny Łowca był skryty i zamknięty w sobie. Simon wiedział jedynie o najistotniejszych faktach dotyczących jego życia i sytuacji, ale z pewnością nie odważyłby się stwierdzić, że poznał jego charakter i osobowość. Nie potrafił odnaleźć powodów, dla których Alec miałby wylądować w Hotelu Dumort – czy to z własnej woli, czy to jako więzień. Długo wydawało mu się, że był jedynym wampirem, z jakim chłopak pozostawał w bliżej znajomości, ale być może mylił się również co do tak newralgicznych kwestii.

W jednej chwili poczuł się zupełnie bezużyteczny. Pozostając z Alekiem w nieokreślonych i nie do końca sprecyzowanych relacjach, nie mógł służyć Isabelle i Magnusowi żadną radą, tym bardziej, że oboje kochali go i znali chyba najlepiej na świecie. Jako posiadacz Znaku Kaina stanowiłby dobre zabezpieczenie i kartę przetargową dla Raphaela i jego klanu, niestety opcja ta znajdowała się już poza jakimkolwiek zasięgiem. Nie potrafił ani powiedzieć, ani zrobić nic sensownego, gdy z myśli o własnej nieużyteczności wyrwał go głos Magnusa. Pewny jak zahartowana stal.

- Musimy wejść do Hotelu Dumort – oświadczył, a wzrok miał utkwiony w jakimś odległym punkcie znajdującym się poza rzeczywistością. – To jedyny sposób, żeby dowiedzieć się, jakiego rodzaju gościnnością Raphael uraczył Aleca, a bez tej informacji nie da się planować niczego dalej.

- Ale… – Isabelle aż się zająknęła, szybko jednak odzyskała rezon. – Ale nie dalej niż dziesięć minut temu powiedziałeś, że nie możemy wejść do siedziby klanu! – oburzyła się.

- Och, wy sami nie. Równie dobrze moglibyście skoczyć z mostu albo położyć się na przejeździe kolejowym, byłoby mniej zachodu.

Brwi Simona mimowolnie uniosły się w górę. Jego dłonie zacisnęły się na kubku z kawą, gdy zrozumiał, co miał na myśli czarownik.

- Pójdziesz tam z nami? – upewnił się, zerkając jednocześnie na rozpromienioną Isabelle.

- Nie, to wy pójdziecie tam ze mną – uściślił Magnus, podnosząc się ciężko z krzesła i sięgając po długi płaszcz z kapturem, ściągany i przewiązywany w pasie tasiemką niczym gorset, który przy swoich ekscentrycznych zwyczajach odzieżowych tylko on mógłby kupić i nosić. – Można powiedzieć, że znam Raphaela i istnieje niewielkie prawdopodobieństwo, że przez wzgląd na mnie jego wampiry nie pozabijają nas w progu.

Isabelle, która stała już przy drzwiach z dłonią ułożoną wyczekująco na klamce, zerknęła na czarownika z błyskiem rozbawienia w oczach.

- Gdybym była Alekiem, zapytałabym, czy ze sobą spaliście.

Magnus rzucił znużone spojrzenie w kierunku sufitu.

- Gdybyś była Alekiem, droga Isabelle, odpowiedziałbym, że nie, a ty byś pewnie i tak nie uwierzyła.

Simon przystanął na moment, zaskoczony smutkiem i goryczą pobrzmiewającą w tonie jego głosu. Potrząsnął głową, po czym wyszedł na klatkę schodową, gdzie czekała już Nocna Łowczyni i Wysoki Czarownik Brooklynu.

Magnus kazał taksówkarzowi zatrzymać się kilka przecznic przed miejscem, w którym wznosił się posępny gmach starego hotelu. Po kilku minutach szybkiego marszu stali przed zabitym deskami wejściem. W świetle późnego popołudnia prezentowało się tak odpychająco, jak tylko to było możliwe. Złotawe promienie słońca wydobywały z głębokich cieni ogromnie dużo szczegółów, z których każdy skutecznie odwodził Przyziemnych od pomysłów wchodzenia do środka budynku.

- Uch. – Isabelle w jednym słowie zawarła całokształt swoich przemyśleń odnoszących się do siedziby klanu. – W środku też jest tak… nieelegancko? – rzuciła w stronę Simona, mierząc wzrokiem odpadający od fasady tynk.

- Nie pamiętam – parsknął śmiechem w odpowiedzi na jej skrzywioną w wyrazie obrzydzenia minę. – Kiedy ostatnio tam byłem, koncentrowałem się raczej na walce o przeżycie, dlatego nieszczególnie zwracałem uwagę na wystrój.

Czarownik zignorował dyskusję dotyczącą wątpliwych walorów estetycznych, jakich mógł dostarczać swoim widokiem Hotel Dumort. Jednym płynnym ruchem prześlizgnął się pod taśmą zabezpieczającą rozsypujące się wejście, nad którym sterczał szkielet poszarpanej markizy. Wszedł w górę po kilku potrzaskanych schodkach, a odgłosy kroków z tyłu świadczyły o tym, że wampir i Nocna Łowczyni zakończyli kontemplowanie budynku i ruszyli za nim.

Bał się. Miał bardzo mało energii, zdecydowanie za mało nawet na osłanianie taktycznego odwrotu, a do zachodu pozostało najdalej pół godziny. Rezygnacja z wejścia do Dumort też nie przyniosłaby niczego dobrego. Raphael i tak na pewno wiedział już o ich przybyciu, pomijając fakt, że musiał przewidywać tę wizytę w bliższej lub dalszej przyszłości.

To nie pierwszy raz, kiedy po kłótni Alec wpakował się w kłopoty. Czarownik zacisnął zęby, pokonując ostatnie stopnie. Pamiętał doskonale, że życie Nocnego Łowcy jest krótkie i intensywne, ale samobójczość, jaką Alec przejawiał w swoich działaniach pod wpływem gniewu i żalu, sprawiała, że Magnus zaczynał siwieć i dorabiać się wrzodów żołądka z nerwów i niepokoju. A teraz zerwał z nim i kazał zabrać swoje rzeczy z mieszkania… Znając Aleca, otworzyło to przed nim zapewne zupełnie nowy wachlarz ryzykownych zachowań i kiepskich decyzji, które w efekcie doprowadziły go tutaj. Odkocham się, gdy tylko sprawdzę, czy wszystko z nim w porządku, postanowił twardo, choć intuicja podpowiadała, że połączenie Nocnego Łowcy i hotelu pełnego wampirów zdecydowanie nie należy do bezpiecznych i nie może wiązać się z niczym dobrym.

Uniósł dłoń, by zapukać do zabitego deskami otworu ziejącego we frontowej ścianie budynku. Wokół jego palców zawirowały znajome niebieskie błyski, ale nim zetknęły się z wejściem, cała konstrukcja z głuchym skrzypnięciem uchyliła się do środka, pozostawiając wąską szparę umożliwiającą wślizgnięcie się do wnętrza hotelu.

- Scena prawie jak w pierwszych dziesięciu minutach horroru o nawiedzonym domu – odezwał się cicho Simon, ale zamilkł spiorunowany spojrzeniem Isabelle, której komentarz najwyraźniej nie bardzo przypadł do gustu.

- To zły znak, tak? – zapytała, podchodząc do Magnusa.

- Nie, to po prostu znak, że Raphael się nas spodziewał i wie już, że tu jesteśmy – odpowiedział czarownik, wzruszając ramionami. – Kwestia, jak zamierza tę wiedzę wykorzystać.

Nie czekając na odpowiedź, pierwszy wsunął się przez uchylone deski do środka. Wnętrze oświetlały tylko nikłe, blednące w zapadającym zmierzchu promienie słońca, które wydobywały z mroku kontury ogromnej sali recepcyjnej i wirujące w powietrzu drobiny kurzu gęsto pokrywającego zniszczone meble. Wszędzie panowała tak ogłuszająca cisza, że obcasy Isabelle wydawały się brzmieć jak wystrzały z granatników przeciwpancernych.

- Dobrze, że nie musimy się skradać – mruknęła. – Wolałabym nie musieć zdejmować tu butów – dodała, rozglądając się po brudnym, zakurzonym i zaśmieconym wnętrzu.

- Nie wiem – odpowiedział cicho Simon. – Byłoby mi chyba raźniej, gdybym nie wiedział, że nas tu oczekują i w każdej chwili mogą rozszarpać na strzępy.

Ponownie ignorując rozbrzmiewającą mu za plecami dyskusję, Magnus ruszył powoli przed siebie. Zaturkotała odkopnięta przez niego butelka, zaszeleściły stare gazety, na które nastąpił. Zgodnie z przewidywaniami pozostali członkowie wyprawy do Hotelu Dumort podążyli posłusznie za nim.

U wylotu korytarza biegnącego za recepcją, w głębokim cieniu za łukiem prowadzącym do klatki schodowej stał wampir. Magnus zatrzymał się i czekał, by ten odezwał się pierwszy. Nieskory do konwersacji pisklak zlustrował wszystkich wzrokiem, po czym udał się w głąb korytarza, prowadząc ich do dalszych partii hotelu. Czarownik pozwolił na zachowanie zdrowego dystansu między sobą a mimowolnym przewodnikiem. Po pokonaniu drugiego ciągu schodów Isabelle nabrała tchu, żeby coś powiedzieć, ale Magnus uciął jej zamiary jednym ostrym spojrzeniem. Dziewczyna westchnęła i kiwnęła głową.

Dookoła nich poruszało się w ciemności coraz więcej sylwetek. Magnus słyszał własne imię i nazwisko szemrzące wśród gromadzących się wampirów, powtarzane i przekazywane dalej. Do przewodnika przed nim dołączyło kilka kolejnych Dzieci Nocy, wiodąc gości coraz głębiej i coraz wyżej.

Pochód zatrzymał się nagle, gdy cała grupa dotarła do przestronnego korytarza, od którego odchodziły rzędy pogrążonych w mroku wnęk. Wampiry rozpierzchły się nieoczekiwanie, a spod łuku naprzeciwko Magnusa bezszelestnie wysunął się Raphael. Zmierzył czarownika spojrzeniem, po czym skłonił się przed nim lekko.

- Magnus Bane – oznajmił śpiewnie.

- Raphael Santiago – rzekł Magnus, odpowiadając lekkim pokłonem.

- Spodziewaliśmy się waszego przybycia. Jeden Nocny Łowca sprawia, że zwykle natychmiast pojawia się ich więcej.

Twarz wampira pozostała bez wyrazu, gdy odwrócił się i gestem nakazał za sobą podążać. Magnus kątem oka dostrzegł, że nikt z klanu nie ruszył dalej. Nie rozumiał, czemu milczenie i wycofanie pozostałych wampirów sprawiało, że czuł się tak, jakby ktoś wsunął jego organy wewnętrzne do lodówki i potrzymał je tam kilka minut, zanim trafiły z powrotem na swoje miejsca.

- Mój brat jest tutaj? – odezwała się po chwili Isabelle, wyraźnie zdeprymowana ciszą i brakiem wyjaśnień.

- Tak – odpowiedział Raphael, zerkając przez ramię na Nocną Łowczynię. – Jest z naszą panią.

- Camille wróciła i przejęła władzę nad klanem? – zapytał zaskoczony Simon.

Wampir na chwilę przystanął, po czym ruszył szybko naprzód. Był odwrócony plecami, dlatego wyraz twarzy nie mógł zdradzić niczego o jego nastroju, ale Magnus z niepokojem obserwował napięcie w ramionach i dłonie nieświadomie zaciśnięte w pięści.

- Nie – odpowiedział w końcu wampir.

Wprowadził gości do wysoko sklepionego pomieszczenia, gdzie na podium podniesionym na kilkunastu stopniach pokrytych strzępami wzorzystego, tkanego ręcznie dywanu stało krzesło z wysokim oparciem. Mebel swoje najlepsze lata miał z pewnością wieki temu, drewno było pociemniałe i wyszczerbione, a czerwona aksamitna tapicerka w wielu miejscach przetarła się, ukazując jasne plamy wypełnienia z pluszu. Raphael ponownie skłonił się Magnusowi, po czym wspiął po schodach i stanął w bezruchu po prawej stronie krzesła. Tylko dłoń zaciśnięta nerwowo na jego oparciu świadczyła o tym, że wampir nie czuje się pewnie w tym miejscu i w tej sytuacji.

W ciszy rozległy się ciche kroki. Raphael nie poruszył się ani odrobinę, gdy z gęstego mroku za krzesłem wyłoniła się postać bosej dziewczyny w sukience zaplamionej krwią. Isabelle nabrała z sykiem powietrza, gdy tymczasem Simon wykrzyknął z niedowierzaniem:

- Maureen!

...

...

...

Z podziękowaniami i pozdrowieniami dla kochanej Intoxic :)