3. Teraz już wiesz
- Co ty tu robisz, Maureen? – wykrztusił Simon, wciąż w osłupieniu wpatrując się w dziewczynę, która machała luźno nogami na krześle zbyt wysokim, by mogła dotykać stopami posadzki.
- Rządzę – odpowiedziała z niejakim zaskoczeniem, wyraźnie zdumiona, że Simon może pytać o coś tak oczywistego. – Ach, chyba, że masz na myśli sposób, w jaki przejęłam klan? – zapytała.
Uśmiech Maureen wydał się Isabelle podobny do obnażonych zębów polującego zwierzęcia, a błysk w jej oku był tak dziki, że Nocna Łowczyni z trudem powstrzymała się przed cofnięciem o krok. Maureen, którą pamiętała z żałośnie nieudanych koncertów zespołu, była pogodną, ubraną we wszystkie kolory tęczy dziewczynką, wodzącą za Simonem rozmarzonym spojrzeniem. To, co siedziało w tej chwili na krześle ponad nimi, przypominało Isabelle przyczajonego drapieżnika. Młodego, ale niejasno przeświadczonego, że pod wieloma względami przewyższa swoje ofiary.
- Przyznaję, że nie było to finezyjne posunięcie, ale pomyślałam, że skuteczność usprawiedliwia brak elegancji – mówiła Maureen wciąż z tym samym niebezpiecznym uśmiechem i nieodgadnionym lśnieniem w ciemnych oczach. – Camille formalnie nadal była przywódczynią nowojorskich wampirów, więc, żeby zająć jej miejsce, wystarczyło ją zabić.
- Zabiłaś Camille? – Zgroza malująca się na twarzy Magnusa sprawiła, że serce Isabelle na chwilę zamarło w przerażeniu. – Ona… To była potężna, stara wampirzyca…
- Och, oczywiście! – Maureen zaśmiała się zupełnie tak, jakby czarownik opowiedział jej doskonały dowcip. – Ale ja jestem wampirem… nieco innego typu – odpowiedziała wymijająco. – Zresztą, ty powinieneś rozumieć mnie najlepiej – dodała wesoło – bo przecież oboje mamy w sobie krew Wielkich Demonów. To czyni nas wyjątkowymi!
- Nie. – Chłód w spojrzeniu Magnusa sprawił, że Maureen przestała się uśmiechać i wymachiwać swobodnie bosymi stopami. – Ja pozostałem sobą, ale ciebie ta krew uczyniła potworem.
Przez kilka sekund nie działo się zupełnie nic. Isabelle zorientowała się, że przestała oddychać, dopiero kiedy płuca zakłuły ją boleśnie, dopominając się o tlen. Nabrała powoli oddechu, gdy nieoczekiwanie Maureen wybuchła gromkim, nieludzkim śmiechem, a ciemność dookoła zawirowała, wyrzucając w pasma półmroku sylwetki kolejnych wampirów.
Lata treningu sprawiły, że Isabelle instynktownie sięgnęła po owinięty na ręku bat z elektrum, a serce zatrzepotało nerwowo w jej piersi na widok zaciskającego się wokół nich kręgu Dzieci Nocy. Simon rzucił jej przerażone, zdezorientowane spojrzenie. Tylko Magnus pozostał w bezruchu, a w kocich oczach nie kryło się nic poza pogardą wobec nowej przywódczyni klanu. Isabelle nie mogła pozbyć się wrażenia, że czarownik patrzy na wampirzycę z góry, choć nie wiedziała, skąd ta myśl, ponieważ wszyscy znajdowali się kilkanaście stopni poniżej krzesła, na którym siedziała Maureen. Wszystko w jego postawie i spojrzeniu mówiło „nie jesteśmy tacy sami".
Śmiech wampirzycy brzmiał jak tłuczone szkło, choć ona sama wyglądała niczym rozbawiona do łez dziewczynka, którą rozśmieszyła głupiutka historyjka opowiedziana przez szkolną koleżankę z ławki. Maureen umilkła tak nagle, jak nagle się roześmiała, po czym płynnym ruchem zeskoczyła na podest i pomaszerowała w kierunku ściany.
- Pokażę ci, jak nieprzeciętnym potworem jestem, Magnusie Bane – rzuciła swobodnie tonem, jakiego używa się do mówienia z dumą o kwiatach we własnym ogródku albo własnoręcznie upieczonym, wyjątkowo udanym cieście.
Isabelle zacisnęła usta w wąską linię, nie zdając sobie nawet sprawy z tego, jak bardzo przypominała wtedy Maryse. Drażniło ją łagodne przenikanie się granic między Maureen-nastolatką zakochaną w Simonie i Maureen-władczynią wampirów. To jakby być jednocześnie czarnym i białym. Uważała, że podobny paradoks nie był możliwy do realizacji w praktyce, ale, widząc obecną przywódczynię klanu, tylko takie porównanie nasuwało jej się na myśl. Zacisnęła dłonie w pięści zła sama na siebie, że jest jej żal przemienionej w wampira dziewczyny na równi z gorącą falą wściekłości za to, co potencjalnie zrobiła Alecowi.
Ta zaś, prawdopodobnie w ogóle nieprzejęta wewnętrznym konfliktem Nocnej Łowczyni, w kilku lekkich podskokach znalazła się przy zabitym deskami oknie. Raphael bezszelestnie cofnął się w głąb pomieszczenia, gdy Maureen bez najmniejszego trudu oderwała kawałek drewna, a snop czerwonego światła padł na schody prowadzące na podium. Isabelle spojrzała na nią na poły przerażona, na poły nie dowierzając temu, co pani Hotelu Dumort wyraźnie zamierzała zrobić.
Wampirzyca bez wahania wsunęła dłoń wprost w blask zachodzącego słońca. I nic się nie stało. Na widok zaskoczonych min gości, Maureen roześmiała się perliście, po czym wróciła spojrzeniem do własnej ręki tkwiącej w jasnych promieniach słonecznych. Dopiero po upływie kilkudziesięciu sekund jej skóra zaczęła leciutko dymić nieśmiałymi smużkami popielatej szarości, a Maureen odskoczyła w ciemność.
- To… – zaczął Simon i umilkł, najwyraźniej decydując, że nie wie, jak powinien skomentować ten pokaz.
- To zasługa krwi Nefilim – zachichotała do niego zalotnie Maureen.
Piła krew Aleca! Isabelle aż zgrzytnęła zębami, ciskając w jej stronę rozwścieczone spojrzenie. W taki idiotyczny sposób czternastolatki zachowywały się w towarzystwie chłopców nad wyraz często, ale plotły wtedy jakieś kompletne głupoty kalibru chwalenia nowego roweru (choćby oczy krwawiły od patrzenia na niego) albo stylu jazdy na deskorolce (choćby były to koszmarnie marne podrygi). Wiedziała, bo sama tak robiła, ale podryw na wymianę doświadczeń w dziedzinie picia krwi Nocnych Łowców uważała za chory i odrażający. Maureen mówiła o skrzywdzeniu Aleca tak lekko, jakby referowała ostatni wypad na zakupy z koleżankami, a Isabelle marzyła już tylko o tym, by odciąć jej głowę i wyrwać serce z klatki piersiowej.
- To krew tego konkretnego Nefilim – kontynuowała wampirzyca, mrużąc uwodzicielsko oczy. – Choć teraz już wiem, że to nie o niego chodziło. To jego parabatai, prawda, Simonie? Łącząca ich więź sprawiła, że krew Alexandra Lightwooda nabrała nieco na wartości, ale nie pozwala uzyskać tego samego efektu.
- Ty mówisz o… – Simon zająknął się tak, jakby uświadomienie sobie dążeń Maureen zdławiło go w gardle.
- Chcę stać się Chodzącą za Dnia! Tak jak ty – dodała ze spojrzeniem, które w ujęciu Isabelle wyglądało jednocześnie na rozmarzone i wygłodniałe, tak jakby przed Simonem w tym samym czasie znajdowała się zauroczona nim małolata i bezlitosna, nieprzewidywalna bestia. – Wiem już, że to nie krew młodego Lightwooda dała ci tę moc, ale krew związanego z nim parabatai.
- Chcę zobaczyć mojego brata! Przyprowadź go tu! – zażądała Nocna Łowczyni, postępując krok naprzód.
Miała serdecznie dość wysłuchiwania Maureen opowiadającej o krwi Aleca jak o chodliwym towarze na wyprzedaży. Otaczające ich wampiry zasyczały ostrzegawczo, ale Isabelle była na tyle zdeterminowana, że byłaby gotowa wyrąbać sobie przejście, gdyby zaszła taka konieczność. Dłoń Magnusa zaciśnięta na jej ramieniu rozdrażniła ją tylko bardziej, dlatego szarpnęła się gniewnie w bok, nie odrywając rozwścieczonego spojrzenia od Maureen, która najpierw wyglądała na zaskoczoną użyciem wobec niej trybu rozkazującego, a teraz jej mina nabrała naburmuszonego i urażonego wyrazu. Kompletnie kłócącego się ze słowami, które padły z jej ust:
- Chyba zapominasz, kto dyktuje tutaj warunki, głupia Nefilim. – Głos wydobywający się z krtani wampirzycy brzmiał jak szkło i nie wróżył niczego dobrego. – Żyjesz tylko dlatego, że ja tak zdecydowałam. Zabijałam już ludzi, wilkołaki i wampiry. Uważasz, że miałabym jakiekolwiek opory przed zabiciem Nocnego Łowcy?
- Wybacz, Maureen! – zawołał szybko Simon. – Isabelle nie chciała cię urazić. – Zignorował rzucone w jego kierunku ciężkie spojrzenie świadczące o tym, że owszem, bardzo chciała. – Ona martwi się o brata. Wiem, że jesteś tak dobra i kochana, że na pewno pozwolisz nam się z nim zobaczyć.
Isabelle nabrała już tchu, by odpowiednio dać Chodzącemu za Dnia do zrozumienia, co myśli o podobnych insynuacjach, gdy kolejny raz na jej ramieniu zacisnęła się dłoń Magnusa. Tym razem uchwytem tak żelaznym i nieustępliwym, że dziewczyna w ramach wyjątku postanowiła nie stawiać oporu i podporządkować się sugestiom czarownika, choć im dłużej patrzyła na łagodniejące natychmiast rysy Maureen, tym na myśl przychodziły jej jedynie kolejne wersje gwałtownej śmierci wampirzycy.
Simon tymczasem musiał już odkryć, że dawna osobowość ślepo zakochanej w nim nastolatki przebijała przez instynkty bezwzględnego krwiopijcy, bo uśmiechał się do Maureen tak wdzięcznie i sztucznie, że Isabelle aż mdliło. Ten spektakl był do granic absurdu nienaturalny, ale zachwycona zainteresowaniem Simona wampirzyca wyraźnie nie dostrzegała żadnego dysonansu.
- Jeśli tego chcesz, oczywiście pokażę ci go – zaświergotała radośnie, choć w jednej chwili jej ton nabrał na ostrości, gdy rzuciła bezosobowo: – Przynieść Nefilim.
- Przynieść? – szepnęła Isabelle.
Nie wiedziała, czemu zupełnie nie wzięła pod uwagę możliwości, że Alec odniósł ciężkie rany i może nie być w stanie samodzielnie się poruszać. Zawsze chroniły go wykreślone przez Jace'a Znaki, a on sam potrafił bezbłędnie kalkulować, na ile może sobie pozwolić w czasie walki. Z nich dwóch to Jace był narwanym idiotą, który rzucał się w wir bitwy zupełnie, jakby uważał, że jest nieśmiertelny, a potem chodził posiniaczony, podrapany i połamany – Alec zawsze wiedział, gdzie jest granica jego możliwości i nie przekraczał jej, jeśli sytuacja tego nie wymagała.
Nagle w oddali rozległo się echo kroków i nieprzyjemny, szeleszczący odgłos szurania, a Isabelle poczuła, że robi jej się zimno. Od środka. Dłoń Magnusa, do tej pory protekcjonalnie zaciśnięta na jej ramieniu, opadła bezsilnie w dół, gdy z mroku za krzesłem wyłoniła się drobnej postury wampirzyca z burzą jasnych loków. Szła lekkim krokiem, postukując wdzięcznie kozakami na obcasach, jakby ciężar wleczonego za sweter na karku Aleca zupełnie jej nie przeszkadzał, a już na pewno nie odbierał jej ruchom ani trochę gracji.
Isabelle miała wrażenie, że jakaś wielka, pazurzasta łapa chwyciła ją za gardło tak mocno, że do oczu napłynęły jej łzy, które ze wszech miar starała się powstrzymać, bo rozmazywały widok brata. Wampirzyca ukłoniła się nisko Maureen, po czym bezceremonialnie wypuściła z palców tkaninę poszarpanego, sztywnego od krwawych plam swetra, a Alec padł bezwładnie u stóp władczyni klanu.
…
Serce Magnusa zamarło. Alec nie wydał z siebie żadnego dźwięku. Nie poruszył się. Nie drgnął nawet, gdy Maureen przykucnęła przy nim i z zainteresowaniem, jakim na lekcji biologii darzy się ciekawy eksponat zanurzony w formalinie, uniosła jego głowę i przyjrzała się badawczo twarzy. Jednym płynnym ruchem poderwała go do siadu i oparła barkiem o bok swojego krzesła, po czym cofnęła się dwa kroki, jakby podziwiała swoje dzieło.
Stojąca obok Magnusa Isabelle uniosła dłonie do ust, by stłumić wyrywający się z jej piersi szloch. Alec był śmiertelnie blady, miał potargane, pozlepiane zaschniętą krwią włosy i porwane ubrania noszące ślady gwałtownej walki. Przez rozdarcia tkanin przeświecały partie poszarpanej, źle gojącej się skóry, a na szyi ponad strzępami niebieskiego szalika widniały ciemne ranki otoczone zasinieniami, z których biegły w kierunku obojczyka ciemne strumyki zakrzepniętej krwi.
- Walczył do końca – poinformowała z uśmiechem Maureen, wdrapując się na krzesło, wyraźnie ukontentowana obecnym układem, w którym górowała nad resztą wampirów z Raphaelem u boku i półprzytomnym Nocnym Łowcą u stóp. – Co prawda była to bardziej desperacka próba wywalczenia sobie szans na ucieczkę, ale przyznaję, że raz niemal udało mu się trafić mnie tym swoim śmiesznym, rozjarzonym scyzorykiem – zachichotała, jakby snuła właśnie zabawną opowieść o przygodzie, która spotkała ją podczas przerwy lunchowej w szkole. – Biedny, mały, głupi Nefilim ze złamanym sercem. Był tak rozkojarzony i chaotyczny, że obezwładnienie go i ogłuszenie udałoby się nawet pisklęciu, które ledwie wygrzebało się z własnego grobu. – Nagle jej spojrzenie przyszpiliło Magnusa. – Wiesz, że cię wołał? – zapytała pozornie najbardziej neutralnym tonem świata. – Rozpaczliwie wzywał twojego imienia, nawet kiedy wiedział już, że nie uda mu się ani wygrać ze mną, ani uciec. To smutne, że nie było cię przy nim akurat wtedy, gdy tak desperacko potrzebował twojej pomocy.
Magnus poczuł się, jakby ktoś uderzył go pięścią w twarz. Wbił spojrzenie w Aleca, zalewany lodowatymi falami poczucia winy. Nocny Łowca nie zareagował w żaden sposób, kiedy Maureen wychyliła się przez podłokietnik krzesła, ujęła palcami jego podbródek i obróciła twarzą w swoją stronę. Bierność i swoista kukłowatość Aleca mroziła Magnusowi krew w żyłach. Chłopak żył, nie nosił na sobie śladów żadnych śmiertelnych ran, ale działo się z nim coś ogromnie niedobrego, co sprawiało, że czarownik czuł się, jakby jego wnętrzności pokrył szron.
- Biedny, głupi Nefilim – zamruczała do Aleca Maureen, wpatrując się w półprzymknięte niebieskie oczy z wyrazem twarzy, który mógł stanowić chyba jakiś rodzaj współczucia. – Myślę, że trochę rozumiem, jak się czułeś. Mnie też cios zadała osoba, którą kochałam najbardziej na świecie. – Magnus nie musiał nawet zerkać w kierunku Simona, by wiedzieć, że cały spiął się i stężał na wspomnienie ataku. – Kiedy kogoś kochasz, nie spodziewasz się ze strony tej osoby niczego złego, prawda, mały, naiwny Nefilim? To dlatego taki cios boli najbardziej i rozdziera serce na pół. – Maureen przeniosła swoje spojrzenie na czarownika, ale w jej oczach nie było już nawet cienia współczucia i smutku, które jeszcze przed chwilą Magnus w nich dostrzegał. – Zwłaszcza, gdy ukochana osoba nie pozwala niczego sobie wyjaśnić, nie mając nawet pojęcia, jak koszmarną pomyłkę popełnia.
Jej śmiech brzmiał dla Magnusa ogłuszająco. Przypominał ostry zgrzyt szkła, w którym wyraźnie wybijały się tony jawnego szyderstwa. Czarownik zbladł, ale Maureen nie dała mu szansy na zadanie żadnego pytania, bo sama przemówiła głosem tak jadowitym, że każde słowo zdawało się ociekać trucizną:
- Ostrzegałeś go, że Camille Belcourt to intrygantka i manipulantka, a sam najwyraźniej o tym zapomniałeś. Oczywiście, Alexander Lightwood przychodził do niej, tak jak ci powiedziała, ale nie był w stanie zgodzić się na skrócenie twojego życia. On tylko pytał ją o ciebie i twoją przeszłość, gdy sam nie zamierzałeś niczego mu zdradzić. Prawdopodobnie dowiedziałbyś się tego od niego, a nie ode mnie, gdybyś tylko dał mu dojść do słowa. – Jej ciemne oczy lśniły płomieniem, który spopielał świat Magnusa i odbierał mu oddech, pogrążając coraz głębiej w ogłuszającym szumie własnej krwi i łamiącym żebra dudnieniu serca. – Teraz już wiesz. Gdybyś tylko go wtedy wysłuchał, żadne z was nie stałoby teraz w Hotelu Dumort. Wszystkiemu jesteś winien ty sam, Magnusie Bane, który twierdzisz, że nie jesteś potworem takim jak ja.
...
...
...
"Nic tak nie karmi weny, jak komentarze" - Anonimowy Autor ;)
