4. Więzień i zakładnik

Magnus z trudem maskował wstrząs, jaki przeżył. Słowa Maureen wbiły się w jego myśli jak sztylety. Lodowaty, ostry metal przeszył wspomnienie spotkania w hali nieczynnej stacji metra, a czarownik nie czuł do siebie niczego poza odrazą. Był tak skoncentrowany na swoim zawiedzionym zaufaniu, że nie dopuścił Aleca do słowa wyjaśnień. Nie pozwolił mu nic wytłumaczyć, bo sam był – jak się okazało całkowicie mylnie – przekonany, że wiedział już wszystko.

Alec go kochał. Chciał stać się częścią jego życia i dowiedzieć jak najwięcej o jego przeszłości. Magnus długo zbywał go i bagatelizował wartość minionych lat. Nie potrafił zrozumieć, czemu przeszłość – tak odległa i długa – ma dla Nocnego Łowcy aż tak duże znaczenie. Zupełnie nie pomyślał, że z punktu widzenia Aleca wyglądało to jak wykręcanie się i zatajanie prawdy, a desperackie poszukiwania odpowiedzi doprowadziły do tego, że za jego plecami zaczął spotykać się z Camille ściganą przez Clave. Poczuł bolesne kłucie w sercu. Gdyby tylko okazał chłopcu zrozumienie i potrafił spojrzeć na samego siebie jego oczami… Maureen miała rację…

- Kłamiesz! – Aż podskoczył, gdy usłyszał tuż obok zapalczywy krzyk Isabelle.

Dziewczyna niecierpliwym ruchem ścierała z policzków ślady łez, wbijając w Maureen gniewne spojrzenie. Zdecydowanie bardziej wolała dać się porwać wściekłości niż rozpaczy, dlatego bez cienia strachu postąpiła dwa kroki naprzód, nie zwracając najmniejszej uwagi na syczące ostrzegawczo wampiry. Nie odrywała wzroku od przywódczyni klanu, której mina ponownie wskazywała na to, że nie przywykła, by ktokolwiek podnosił na nią głos i uchodził potem z życiem.

- Kłamiesz! – powtórzyła z niewzruszoną pewnością Nocna Łowczyni. – Magnus kocha mojego brata! Nigdy by go nie skrzywdził!

- Jesteś głupsza, niż sądziłam, Nefilim – warknęła jadowitym tonem Maureen, rzucając Isabelle spojrzenie wypełnione pogardą od brzegu do brzegu. – Jaki miałabym interes w ukrywaniu prawdy?

- Przede wszystkim nie jesteś faerie, więc możesz kłamać – odpowiedziała trzeźwo dziewczyna. – Znam mojego brata od urodzenia. Wiem, jaki jest, i wiem, że z reguły pół roku myśli i analizuje, zanim podejmie jakąś ważną decyzję, a swoich uczuć do Magnusa był pewien na tyle, żeby pocałować go w Gardzie w obecności całego Clave i Podziemnych. Zaryzykował dla niego reputację i Znaki. Był gotów pójść na wygnanie. Chronił go i bez chwili wahania oddałby za niego życie.

Magnus czuł się zupełnie tak, jakby się wykrwawiał. Dlaczego dopiero teraz, gdy Isabelle zaczęła o tym mówić głośno, dotarło do niego, jak bardzo Alec był w nim zakochany i jak daleko posunął się, by udowodnić mu swoją miłość i przywiązanie? Poświęcił przecież wszystko, co było dla niego najcenniejsze i stanowiło rdzeń jego jestestwa. Zaryzykował wykluczenie z Clave i wystawił się na otwartą krytykę, którą musiał znosić codziennie w otoczeniu pogardzających nim Nocnych Łowców. Och, jak ogromnym egoistą musiałem być, by dopiero teraz uświadomić sobie to wszystko?, westchnął ciężko czarownik, patrząc udręczonym wzrokiem w kierunku Aleca siedzącego przy Maureen.

- Magnus ocalił życie mojego brata – kontynuowała tymczasem niewzruszenie Isabelle. – Wyleczył rany, które zadał mu Abaddon, choć Alec był już na skraju śmierci. Wyłowił go z rzeki, nim utonął, szukał na naszą prośbę Jace'a i starał się odnaleźć sposób, by oddzielić go od Sebastiana.

Nocna Łowczyni mówiła pewnym tonem z żarliwą wiarą w słuszność każdego słowa. Z jej ust padały same fakty, którym nie sposób było zaprzeczyć, a mimo to czarownik czuł się wartościowy jak nie przymierzając śmieć rzucony niedbale w brudnym zaułku. Miał wrażenie, że Isabelle mówi o kimś innym, dalece lepszym i szlachetniejszym od niego. Spojrzał na zmartwiałą, bladą, pozbawioną wyrazu twarz Aleca i wydawało mu się, że jego serce pęka na pół. Wszystko, co cię spotkało, to moja wina – uświadomił sobie, z trudem hamując łzy cisnące się do oczu.

- Nigdy, nigdy nie uwierzę, że Magnus byłby zdolny świadomie go skrzywdzić!

- Prawdziwy z ciebie obrońca – zaśmiała się szyderczo Maureen. – Bardziej zabawne od patrzenia na twoje głupie, górnolotne szczekanie byłoby tylko patrzenie na ciebie, gdy uświadamiasz sobie, jak mało tak naprawdę znasz swojego biednego, naiwnego braciszka i jego egoistycznego kochanka czarownika.

- Ty mała, podła, zakłamana…

- Pozwól mi do niego podejść – odezwał się nagle Magnus, przerywając tym samym kłótnię Isabelle i Maureen.

Obie spojrzały na niego zdezorientowane, a przywódczyni klanu bardzo odruchowo skinęła głową, choć jej zaskoczony wyraz twarzy świadczył jedynie o tym, że tak naprawdę nie zdążyła zastanowić się nad prośbą czarownika, gdy wydała już przyzwolenie. Krąg wampirów posłusznie rozstąpił się przed Magnusem, a zanim Maureen zdołała odwołać dyspozycję, mężczyzna bez zastanowienia ruszył przed siebie.

Byłby gotów resztkami sił i magii wyciąć sobie przejście, choć doskonale zdawał sobie sprawę z samobójczej głupoty takiej koncepcji. Może wdawał się w Aleca? Trzeźwe myślenie nakazywało nie ryzykować niepotrzebnie swoim życiem i wykorzystać odpowiednio okazję, która się nadarzyła. Szedł po stopniach wpatrzony w Nocnego Łowcę. Ogłuszał go łomot własnego serca i nie czuł zupełnie nóg, choć niewątpliwie każdy krok przybliżał go do Aleca.

Początkowo Maureen wydawała się zirytowana chwilą swojego zawahania, ale gdy czarownik przykląkł naprzeciwko otępiałego chłopaka, na jej ustach pojawił się leniwy, drapieżny i ogromnie zadowolony uśmiech. Najwyraźniej nie miała większych problemów z przekształceniem zastanej sytuacji na własną korzyść. Spoglądała spod rzęs, jak Magnus delikatnie dotykał jego twarzy i szeptał, usiłując uzyskać jakąkolwiek reakcję. Im dłużej Alec pozostawał bierny, tym głos czarownika łamał się coraz bardziej, a próby nawiązania kontaktu nabierały na rozpaczliwości.

- Alexandrze… Alec… Mój niebieskooki Aniele… – Kocie oczy czarownika lśniły udręką, gdy Nocny Łowca nawet nie zogniskował na nim wzroku i wydawał się zupełnie go nie słyszeć. – Groszku pachnący… Pamiętasz, jak nie podobało ci się to określenie? Mógłbyś się na mnie pogniewać albo zezłościć, że go użyłem… – Otoczył Nocnego Łowcę ramionami i przyciągnął do siebie, a lodowata skóra i muskające jego policzek sztywne od zakrzepniętej krwi kosmyki włosów przyprawiły go o dreszcze i wytłoczyły z płuc całe powietrze. – Proszę, Alec… Odpowiedz cokolwiek… Nawet, jeśli nie chcesz mnie już znać…

- On cię nie poznaje. Nikogo z was, dla ścisłości – rzuciła lekko Maureen z głową opartą swobodnie na dłoni. – Tak naprawdę ciężko powiedzieć, co właściwie teraz widzi. Nie zorientowałeś się, Magnusie Bane? – zaśmiała się śmiechem przypominającym odgłos tłuczonego drobno szkła. – Ślina wampirów ma silnie narkotyzujące właściwości, a skutki jej działania najbardziej odczuwają jednostki zmęczone, osłabione i chore. Ich organizm nie ma wtedy sił na walkę z wprowadzoną do krwioobiegu substancją i pogrążają się w… czymś, czego przykład stanowi teraz Alexander Lightwood.

- Coś ty mu zrobiła, ty wredna, podła…! – zaczęła Isabelle, ale umilkła, gdy Simon chwycił ją za łokieć i zaczął coś cicho tłumaczyć.

Z bólem w oczach Magnus wypuścił Aleca z objęć. Chłopak wciąż wpatrywał się w przestrzeń pustym wzrokiem, a cokolwiek tam widział, nie budziło w nim zupełnie żadnych emocji. Przypominał porzuconą przez lalkarza kukłę albo pozbawionego duszy manekina na sklepowej witrynie.

Czarownik wiedział, że narkotyczny wpływ wampirzej śliny z czasem ustąpi, a nie wyglądało na to, by Maureen miała w zamiarze uczynić z Aleca swojego niewolnika albo – co gorsza – przedzierzgnąć go w Dziecko Nocy. Z pewnością snuła co do niego inne plany, które zakładały najwyraźniej utrzymanie go przy życiu, ale w stanie, który gwarantował jego pełną bezwolność i bierność.

Na zewnątrz zapadła noc, a dookoła pojawiało się coraz więcej zbudzonych wraz z nadejściem zmierzchu wampirów. Magnus wiedział, że nawet będąc w pełni sił, miałby ogromne problemy z wywalczeniem sobie drogi na zewnątrz. Klan był liczny i potężny, a Maureen, w przeciwieństwie do Raphaela, nie sprawiała wrażenia przywódczyni, z którą udałoby się wynegocjować uwolnienie Aleca. Spojrzał na niego z bólem w oczach i pełną świadomością, że nie jest w stanie go uratować. Brakowało mu sił, żeby przeciwstawić się planom wampirzycy i nie narazić przy tym ich wszystkich na śmierć.

- Mam niewiele mocy, Alexandrze – szepnął, muskając palcami bladą twarz Nocnego Łowcy. – Nie potrafię pomóc ci w żaden inny sposób, dlatego wyleczę twoje rany, dobrze?

Uniósł obie dłonie i przymknął oczy, pozwalając, by znajome, niebieskie iskry zawirowały na końcach jego palców. Gdy Maureen nie skomentowała w żaden sposób uzdrowicielskich poczynań, Magnus skupił się na przesłaniu magicznych impulsów w głąb ciała Aleca. Powietrze dookoła nich zafalowało jak rozżarzone tchnienie wiatru na pustyni, a czarownik z trudem powstrzymał się od bolesnego jęku, kiedy pod powiekami wizualizował kolejne odnajdowane za pomocą czaru obrażenia.

Nocny Łowca miał połamane żebra, strzaskane lewe ramię, pogruchotaną w trzech miejscach nogę i przez kilka godzin musiał mocno krwawić z rozbitej głowy. Całe jego ciało pokrywały zadrapania, stłuczenia i siniaki. Maureen nie walczyła z nim tak, jakby chciała go pojmać, ale tak, jakby w pierwszej chwili zamierzała go zabić, uprzednio zadając mu tyle obrażeń, by miał pełną świadomość tego, że umiera. Magnus zawzięcie starał się opanować drżenie dłoni, gdy nakładał kolejne zaklęcia leczące. Alec cierpiał, został niemalże zamordowany. I wszystko to przez niego, wyłącznie przez niego…

Przycisnął swoje czoło do jego czoła, szukając w niebieskich oczach choć odrobiny blasku, z jakim spoglądały na niego każdego dnia. Narkotyk wtłoczony w jego żyły dostał się do całego organizmu, a Magnus boleśnie zdawał sobie sprawę z ograniczonej ilości własnej mocy. Nie był zdolny podjąć się odtrucia. Już teraz chwiał się na klęczkach i słaniał z wycieńczenia. Zamrugał, pozbywając się napływających do oczu łez rozpaczy, bezsilności i wyczerpania.

- Wybacz mi, Alexandrze – wyszeptał, składając na jego suchych, spękanych ustach krótki pocałunek. – Wybacz mi. I… To jedyne, co mogę jeszcze dla ciebie zrobić… Pozwól mi pogrążyć cię w śnie bez snów…

Simon oderwał wzrok od Isabelle. Wściekłość walczyła w niej z rozpaczą, a dziewczyna wyraźnie skłaniała się do popadania w tę pierwszą, na przekór drugiej, która uparcie usiłowała wydusić z jej gardła szloch. Głuchą ciszę zalegającą w hotelu od chwili, gdy Magnus szemrał coś cicho do Aleca i uleczał jego rany, nieoczekiwanie przerwał teraz śpiew.

Czarownik miał głos wyrobiony osiemsetletnim doświadczeniem w intonowaniu wersów przyzywających demony, recytowaniu inkantacji i melodyjnym przywoływaniu czarów odpowiednimi formułami. Simon nieraz miał okazję słyszeć zaśpiew w wykonaniu Magnusa. Wiedział oczywiście, że to część jego pracy, a tylko odpowiednia barwa głosu i ton, jakimi wypowiadał teksty zaklęć i przywołań, zapewniały sukces i bezpieczeństwo. Pieśń, która wdarła się w ciszę panującą wokoło, nie przypominała jednak swoim brzmieniem żadnego czaru. Miała w sobie zbyt wiele miękkości i łagodnych nut. Głos Magnusa oddawał całą miłość i czułość, jakimi darzył Aleca, mieszając się płynnie z ogromnym smutkiem, żalem i głębokim pragnieniem naprawienia błędów. Simon był muzykiem – w pewnym stopniu oczywiście, ale dokładnie wyczuwał każdą rozedrganą emocję czarownika, choć nie znał ani jednego wyśpiewywanego przez niego słowa.

- To jest kołysanka – wyszeptała nagle Isabelle, chwytając dłoń Chodzącego za Dnia. – Mama śpiewała nam ją, kiedy baliśmy się ciemności tak bardzo, że nie mogliśmy zasnąć. To ta sama melodia, poznaję ją, ale słowa zupełnie się nie zgadzają.

Oboje wpatrywali się w klęczącego przed Alekiem czarownika, który objął delikatnie osuwające się ciało Nocnego Łowcy. Isabelle wydała z siebie zduszony pisk, ściskając przy tym rękę Simona. Magnus ułożył chłopaka na posadzce i, nie przerywając śpiewu, niezdarnie ściągnął z siebie płaszcz, by nakryć nim bezwładnego Nefilim. Umilkł, odgarnąwszy kosmyki opadających na jego twarz sztywnych włosów.

Simon dostrzegł w kocich oczach ból, gdy Magnus starał się podnieść i zachwiał niebezpiecznie. Stojąca obok Isabelle chciała coś krzyknąć, a on sam skoczył naprzód, ale natrafił natychmiast na opór otaczającego ich kręgu wampirów. Czarownik byłby runął w dół schodów, gdyby nagle nie pojawił się przy nim Raphael. Wyglądał na bardzo drobnego przy o głowę wyższym od niego Magnusie, ale siła Dzieci Nocy, zwłaszcza tych starszych, znacznie przekraczała ludzkie standardy. Zastępca Maureen bez trudu zarzucił sobie ramię czarownika na szyję i powoli sprowadził go w dół. Simon usłyszał jego ściszony głos, gdy się zbliżyli:

- To było bardzo nierozsądne, Magnusie Bane. Zaklęcie usypiające wkomponowane w kołysankę do reszty pozbawiło cię sił. Regeneracja zajmie ci wiele dni, a zapewniam cię, że nie masz tyle czasu, lekkomyślny czarowniku.

Przekazał Magnusa Isabelle, która z godnością Nocnej Łowczyni tylko lekko ugięła się pod ciężarem wycieńczonego czarownika. Simon sądził, że po dopełnieniu eskorty Raphael wycofa się z powrotem na górę, dlatego jego brwi uniosły się w wyrazie zaskoczenia, gdy wampir stanął przed nim.

- Idź za mną, Chodzący za Dnia – polecił matowym głosem, a z jego oczu nie dało się wyczytać zupełnie żadnych intencji.

Simon dostrzegł przerażone spojrzenie Isabelle i zaniepokojone Magnusa. Czarownik z trudem uniósł głowę w górę, by zerknąć na Maureen, która zeskoczyła z krzesła i patrzyła teraz w dół wyczekująco. Chodzący za Dnia zawahał się. To już nie była dziewczyna, którą znał z koncertów. Na obraz radosnej, pełnej wiary w sukces zespołu nastolatki nakładało się ciężkie, czarne widmo upiornej wersji wampira z domieszką krwi Lilith. Nowa Maureen zdecydowanie nie była osobą, przy jakiej Simon chciałby się teraz znajdować. Jej nieme polecenie przyprowadzenia go do siebie w jakiś sposób wybrzmiewało groźbą, co do której nie miał wątpliwości, że w razie oporu czy jakichkolwiek komplikacji zostanie zrealizowana bez mrugnięcia okiem i nikomu nie uda się ujść z życiem.

Desperacko poszukiwał w Nocnej Łowczyni i czarowniku wsparcia lub jakiejś wskazówki, ale Isabelle wyglądała na wystraszoną jak nigdy, a Magnus zwisał półprzytomnie na jej ramieniu. Ich widok w żaden sposób nie napawał optymizmem ani nadzieją na to, że ktokolwiek wyjdzie z Hotelu Dumort bez szwanku, czego książkowym przykładem był jak na razie Alec.

Simon spojrzał na leżącego u stóp Maureen uśpionego Nocnego Łowcę. To brat Isabelle, dla niego tutaj przyszła i naraziła się na atak całego klanu wampirów. Simon pomyślał, że zrobiłby dokładnie to samo, gdyby chodziło o Becky, a Isabelle na pewno pomogłaby mu bez chwili wahania. Skinął powoli głową i ruszył za Raphaelem naprzód, choć z tyłu usłyszał cichy okrzyk Nocnej Łowczyni, która najwyraźniej niezbyt zgadzała się z decyzją, jaką podjął.

Gdy dotarł na szczyt, Maureen rozpromieniła się i chwyciła go za rękę. Simon nie potrafił pozbyć się wrażenia, że właśnie pozwolił zamknąć się w klatce z głodzonym od pięciu dni tygrysem i teraz może mieć o to pretensje wyłącznie do siebie.

- Wiedziałam, że przyjdziesz! – oświadczyła radośnie i drapieżnie zarazem. – Jutro stanę się Chodzącą za Dnia i wspólnie będziemy najpotężniejszymi władcami, jakich kiedykolwiek miał nowojorski klan!

Simon zmartwiał, a jego mina musiała w tej chwili wyrażać skrajne niedowierzanie. Czyżby właśnie został chłopakiem szalonej wampirzycy? Jej narzeczonym? Zaschło mu w ustach, gdy rzucił Isabelle zrozpaczone spojrzenie, ale Nocna Łowczyni była bezradna tak samo jak on.

- Pobierzemy się jutro w świetle zachodzącego słońca – dodała Maureen, gładko ignorując wyraz nieskrywanej paniki na twarzy przyszłego małżonka. – Widzisz ich wszystkich? – Powiodła dłonią w kierunku wampirów stłoczonych poniżej stopni podium. – To nasze własne Nocne Dzieci! Od jutra będziesz ich królem. Umocnimy klan i powiedziemy go triumfalnie w nadchodzącą przyszłość – oznajmiła z roziskrzonymi oczami, choć Simon uważał, że dostrzega w nich wyłącznie syndrom młodocianego psychopaty.

Sytuacja zupełnie wymykała się spod kontroli. Chodzący za Dnia uśmiechnął się blado do Maureen, na wypadek gdyby brak przejawów entuzjazmu miał kosztować go życie, ale wszystkie jego wnętrzności skręciły się w supeł. Nigdy nie aspirował ani na władcę klanu, ani tym bardziej na męża zwariowanej wampirzej czternastolatki. Ona ma czternaście lat! Coś takiego nie udałoby się nawet po pijaku w Las Vegas! Spojrzał w dół na Nocną Łowczynię, która patrzyła na niego z troską i strachem.

- Nefilim. – Isabelle natychmiast przeniosła wzrok na przemawiającą do niej Maureen. – Daję ci czas do wieczora, do godziny szóstej. Sprowadź do mnie parabatai swojego brata, a oddam ci Alexandra. Żywego – dodała po namyśle wampirzyca i zerknęła na Simona, który nieświadomie ścisnął jej dłoń w reakcji na wiadomość, że w ogóle rozważała przekazanie Clave Aleca w stanie innym niż nienaruszony, a w każdym razie nienaruszony bardziej niż w tej chwili. – Och, i obiecuję nie pić więcej jego krwi – odparła, bo sądziła najwyraźniej, że to o to mu chodziło.

Uśmiechnął się słabo, walcząc z własną mimiką o to, by wyraz jego twarzy ukazał choć odrobinę aprobaty. Nie mógł pozbyć się wrażenia, że postępowanie z Maureen przypomina spacerowanie po polu minowym. I jest porównywalnie niebezpieczne.

- Krew Nefilim musi zostać oddana dobrowolnie – odezwała się jeszcze. – Tylko dlatego nie wzięłam jej sobie siłą i tylko dlatego umożliwiam satysfakcjonującą obie strony wymianę. Przyprowadź tutaj anielskiego Nefilim, a pozwolę wam bez przeszkód opuścić siedzibę mojego klanu.

Głupia, pomyślał mimowolnie Simon, Jace jest teraz w infirmerii Instytutu pod strażą Cichych Braci, nigdy byś się tam nie dostała. Tłum wampirów zafalował, cofając się w głęboki mrok. Przy Magnusie i Isabelle pozostał pisklak, łypiąc na nich w milczeniu. Chodzący za Dnia domyślił się, że ponownie został ich przewodnikiem w Hotelu Dumort, ale nagle sam poczuł się ogromnie niepewnie. Nie chciał zostawać tu, w towarzystwie obcych sobie wampirów i poczuciu ciągłego zagrożenia ze strony niestabilnej emocjonalnie i psychicznie Maureen, choć wiedział jednocześnie, że nie może odejść.

Dostrzegł drobną wampirzycę, która nachyliła się nad Alekiem, prawdopodobnie w celu złapania go i odwleczenia tam, skąd przyciągnęła go na rozkaz Maureen. Wysunął dłoń z uścisku przywódczyni i zbliżył się do niej.

- Pozwól, że ja go wezmę – rzucił szybko, bez trudu podnosząc bezwładnego Aleca i okrywający go płaszcz Magnusa, nim wampirzyca miała choćby szansę zaprotestować. – Pokażesz mi, gdzie mógłbym go położyć?

Skinęła posłusznie głową i pomaszerowała w mrok. Simon odwrócił się jeszcze, by zobaczyć, jak na dole pisklę wyprowadza Isabelle i wspierającego się na niej ciężko Magnusa. Uchwycił ostatnie, pełne troski spojrzenie Nocnej Łowczyni, nim został w sali sam, trzymając w ramionach chłopaka, którego z czystym sumieniem nie potrafił nawet nazwać swoim przyjacielem.

...

...

...

Ogromnie dziękuję wszystkim, którzy czytają ten twór i poświęcają kilka chwil na zostawienie komentarza :) To bardzo mobilizuje! :)