5. Zawsze może być gorzej

Jace otrząsnął się z zamyślenia, gdy Clary szturchnęła go niedelikatnie w ramię, a po jej minie wnioskował, że robi to nie pierwszy raz. Uśmiechnął się przepraszająco, starając jednocześnie zepchnąć myśli w najodleglejszy kąt umysłu, by nie przeszkadzały mu w pełni skupić się na tym, co mówiła dziewczyna. Chciał zadać jakieś logiczne, związane z tematem pytanie, gdy uzmysłowił sobie, że tak naprawdę nie ma pojęcia, czego dotyczyła dyskusja. Spojrzenie Clary mówiło mu, że ona niestety również zdaje sobie z tego sprawę.

- Przepraszam – rzucił w końcu pojednawczo z nadzieją, że temat rozmowy nie należał do jakichś ogromnie poważnych i wina zostanie mu wybaczona.

- Jesteś nieobecny. Możesz mi powiedzieć, o czym myślisz? – zapytała, przypatrując mu się uważnie na wypadek, gdyby ubzdurał sobie, że będzie w stanie zbyć ją jakimś kłamstewkiem albo półprawdą.

Jace westchnął cierpiętniczo i w skupieniu zapatrzył się na swoje splecione dłonie. Mógł, jasne, że mógł powiedzieć tej dziewczynie wszystko. Nie wiedział tylko, czy Clary będzie w stanie odpowiednio go zrozumieć. Nie zamierzał też denerwować jej i niepokoić, gdyby wyjaśnienie miało się okazać idiotycznie wręcz prozaiczne, a jego obawy irracjonalne i stanowiące jedynie wynik zwykłego przewrażliwienia.

Przeczesał palcami jasne włosy. Ucieczka Sebastiana sprawiała, że czuł się nieswój, a każde minimalne odstępstwo od norm budziło w nim dojmujący lęk, że komuś może się coś dziać. Zerknął na drzwi do infirmerii, za którymi stał jeden z Cichych Braci. Kiedyś wydawali mu się nieludzcy i potężni, zdolni do rzeczy wielkich i przerażających, ale Valentine udowodnił, że każdy ma słaby punkt i każdego można pokonać, gdy tylko odnajdzie się właściwy sposób. Jego syn zaś, jak pokazało życie, nie ustępował wirtuozerii ojca, wynosząc ją na zupełnie nowy poziom zręczności. Jace drgnął, gdy usłyszał głos Clary:

- Po prostu mi powiedz – zaproponowała i z wyrazem troski na twarzy położyła mu dłoń na ramieniu.

Jeśli nie jej, to komu?, zdecydował.

- Chodzi o to, że… Chodzi o Aleca – wyrzucił z siebie, czując jednocześnie, że wypowiedzenie swoich obaw na głos i podzielenie się nimi z dziewczyną przywraca mu nieco utraconego spokoju ducha. – Chyba coś jest z nim nie tak. Nie widziałem go od wczorajszego ranka.

- Próbowałeś zadzwonić? – zapytała rzeczowo Clary, a Nocny Łowca był jej ogromnie wdzięczny za to, że nie wzięła go za przeczulonego paranoika, jakim sam się sobie czasem wydawał, gdy od wczoraj niemal nieustannie analizował własny stan i starał się odnaleźć w głębi siebie ślady jakiejkolwiek łączności z przybranym bratem.

- Ma chyba wyładowany telefon. To… – Jace dotknął koniuszkami palców Znaku parabatai. – Czuję, że nasza więź jest bardzo osłabiona. Ciężko to wyjaśnić, ale… – Spojrzał na siedzącą obok dziewczynę, szukając zrozumienia w jej oczach i odpowiednich słów we własnej głowie. – To takie wrażenie pewnego rodzaju pustki. Zdarzało mi się już, gdy Alec był ciężko chory albo śmiertelnie ranny… Generalnie, kiedy nie prezentował sobą okazu zdrowia, jeśli wiesz, o czym mówię – zakończył niezgrabnie, zastanawiając się jednocześnie, od kiedy nabawił się problemów z wysławianiem.

Przez dłuższą chwilę Clary wpatrywała się w okno, za którym noc objęła we władanie cały Nowy Jork, zaciekle starający się rozproszyć ciemność milionami różnokolorowych świateł. Po wyrazie jej twarzy poznał, że myśli intensywnie nad tym, co powiedział. Starała się uchwycić jakieś ulotne, odległe wrażenia mechanizmów, o jakich – z racji dosyć krótkiego stażu życia jako Nocny Łowca – nie mogła mieć zbyt dużego pojęcia.

Jace nie wiedział, czy potrafiłaby wyobrazić sobie choć trochę, jak działa Znak wiążący parabatai, kiedy ta oderwała wzrok od widoku za szybą i spojrzała na niego z powagą, która przyniosła mu ulgę. Za nic nie chciałby, żeby zbagatelizowała jego przeczucia, a jej podejście upewniało go w tym, że nie popadł jeszcze w histerię na skutek przedawkowania anielskości, przygód i karkołomnego narażania własnego życia w miejscach, do których nie powinien był nigdy trafić.

- Tak mi się przypomniało… – zaczęła z namysłem. – Myślisz, że to możliwe, żeby twoja więź z Alekiem tak bardzo osłabła, gdyby on oddał całą swoją energię Magnusowi? – spytała.

- Tak, ale Alec natychmiast nałożyłby na siebie Znaki, które przyspieszają regenerację, a ja od dwóch dni czuję się tak, jakby on był co najmniej półprzytomny – mruknął Jace, skubiąc skraj koca, którym był przykryty. – Jakby tracił świadomość samego siebie, a ja muskam tylko istotę czegoś, co jedynie resztkami sił kojarzy jeszcze, że jest Alexandrem Gideonem Lightwoodem. – Oklapł na poduszki. – Na Anioła, jak tak sam siebie słucham, to zastanawiam się, czemu jeszcze nie spytałaś, co piłem i w jakich ilościach – uśmiechnął się krzywo do Clary, która odpowiedziała mu kuksańcem w żebra.

- Poszukam Isabelle – postanowiła. – Może ona wie, gdzie jest teraz Alec, a ty się nie martw na razie na zapas. – Pocałowała go w policzek, zeskakując z łóżka na podłogę. – Nie obraź się, ale on akurat ma w sobie rozsądku za całą waszą trójkę. Na pewno nie wpakował się w żadne kłopoty.

- Jasne, od tego w tej rodzinie jestem przecież ja – zaśmiał się Jace, a głęboko wewnątrz chciał wierzyć, że Clary ma rację.

Isabelle wiedziała, że na Magnusa nie dość, że nie mogła teraz liczyć, to na dodatek spadła na nią cała odpowiedzialność za szczęśliwe przetransportowanie go na Brooklyn. Z trudem dowlokła się z nim do ruchliwszej ulicy, a potem kilkanaście minut spędziła machając jedną ręką na taksówki, a drugą przytrzymując chwiejącego się czarownika, którego chyba już tylko magia utrzymywała jeszcze w pionie.

Odetchnęła głęboko, kiedy wspólnie z uczynnym taksówkarzem udało jej się upchnąć go na tylnym siedzeniu, ale poczucie triumfu znikło bez śladu w chwili, gdy Bane ostatecznie przegrał walkę z własną świadomością i zemdlał. Ułożyła sobie jego głowę na kolanach, po czym dyskretnie wyrysowała stelą na udzie Znak siły, dochodząc do słusznego poniekąd wniosku, że bez wspomagania za nic nie uda jej się zataszczyć go do mieszkania.

Przez kilka przecznic nie odrywała wzroku od świateł migających za szybą. Nie tak miało być, pomyślała z goryczą i mocno przygryzła dolną wargę, by ból otrzeźwił ją i odwiódł od chęci rozpłakania się z bezsilności. Myślała, że uwolni brata, a w zamian zostali zmuszeni do pozostawienia w Hotelu Dumort również Simona. Odkrycie, że klan przejęła Maureen, zbrodnie, jakich się dopuściła i o których mówiła całkiem otwarcie, a także jej szalone, niebezpieczne plany z pewnością stanowiły coś, czym Clave powinno się zainteresować, ale Isabelle jakoś kompletnie nie widziała się w roli złego posłańca, który miałby te wszystkie rewelacje przekazać matce.

Zerknęła w dół na nieprzytomnego czarownika. Przypomniała sobie niewiarygodną bujdę nowej przywódczyni nowojorskiego klanu, ale nie wierzyła w ani jedno jej słowo. Co prawda kiedyś sądziła, że Aleca i Magnusa połączył tylko chwilowy romans – sama wszak uważała, że flirt z Podziemnymi jest jedną z najbardziej wysublimowanych i podnoszących poziom adrenaliny we krwi rozrywek. Nie ukrywała, że jego związek z Wysokim Czarownikiem Brooklynu przynosił niezliczone korzyści i choćby dla samych uzyskiwanych dzięki temu profitów warto było kontynuować znajomość. Teraz czuła zwyczajny wstyd, bo nigdy nie powinna była mierzyć brata swoją miarką. Alec zakochał się tak, jak nigdy w swoim życiu, a miłość, jaką darzył go Magnus, sprawiała, że Isabelle zżerała nieznana jej do tej pory zazdrość. Zrozumiała, że sama też nie chce już żadnych przelotnych miłostek.

Pomyślała z bólem o Simonie. Czuła coś do wampira i jeszcze niedawno myślała, że od zakochania się w Dziecku Nocy nie ma dla Nocnej Łowczyni już niczego gorszego. Teraz jednak los bezlitośnie zrewidował jej poglądy – zdecydowanie gorsze od potencjalnie nieodwzajemnionego uczucia do Dziecka Nocy jest potencjalnie nieodwzajemnione uczucie do Dziecka Nocy, które zostało władcą klanu, a jutro o zachodzie ma poślubić czternastoletnią psychopatkę.

To chyba sen, uznał Magnus. Z naciskiem na „chyba", bo całkiem realistycznie wydawało mu się, że siedzi na schodach prowadzących w górę do podium i krzesła, które zajmowała Maureen. Nie opuścił jeszcze Hotelu Dumort? Potrząsnął głową, jakby miało to pomóc w rozjaśnieniu myśli, choć po chwili uznał, że efekt jednak odbiega od zamierzonego i w dalszym ciągu nie ma pomysłu na wyjaśnienie całej tej sytuacji. Nie lubił tego wrażenia – ze swoich bogatych i różnorodnych doświadczeń życiowych wiedział, że ilekroć nie orientował się, gdzie był i co robił, Ragnor i Catarina nie mieli później powodów do zadowolenia i żadnej litości w referowaniu wszystkich żałosnych głupot, w jakich brał czynny udział.

Powiódł zmęczonym spojrzeniem po otaczającej go przestrzeni, ale wokół było tak cicho i ciemno, jakby cały wampirzy klan wymaszerował w chłodną noc, pozostawiając siedzibę bez opieki. Co ja tu jeszcze robię?, przemknęło mu przez myśl po raz piętnasty, gdy nagle usłyszał przed sobą kroki. Na widok Aleca serce mu zamarło, po czym zabiło tak intensywnie, jakby miało w zamiarze pogruchotać zamykającą je wewnątrz klatkę żeber. Nocny Łowca stał przed nim w porwanych, poplamionych zakrzepłą krwią ubraniach, a niebieski szal – ten sam, który Magnus dał mu niedawno – wisiał na jego ramionach w strzępach, odsłaniając białą szyję z mocno odcinającymi się na niej śladami po ukąszeniach Maureen. Uśmiechnął się smutno i wyciągnął w kierunku czarownika dłoń, na której spoczywała stela.

- Nie wszystko przepadło – odezwał się, a jego spokojny, znajomy głos sprawiał, że coś trzepotało w żołądku Magnusa tak nieznośnie, jakby miało zrobić mu dziurę w brzuchu i wydostać się tą drogą na zewnątrz. – Jeśli wciąż mnie kochasz, jeszcze nie wszystko przepadło.

Chęć zerwania się z miejsca i pochwycenia Aleca w ramiona jeszcze nigdy nie była tak przemożna. Magnus szarpnął się w przód, by zaraz z zaskoczeniem zauważyć, że nie jest w stanie wykonać żadnego ruchu. Całkiem jakby był figurą odlaną z ołowiu, której zamarzyło się odejść z miejsca, w jakim ją ustawiono. Bezskutecznie starał się pokonać opór własnego ciała, gdy nagle Nocny Łowca westchnął cicho i odchylił głowę, a na jego piersi pojawiła się plama krwi. Krzyk, rozpaczliwy i przejmujący, nie wydobył się z krtani czarownika, choć ten usiłował zaciekle wygrać wojnę z własną przeponą i rosnącym przerażeniem.

- Ja już wybrałem. Teraz ty musisz podjąć decyzję – mówił Alec coraz słabiej, z uśmiechem wyrażającym ból i beznadzieję. Przyłożył wolną dłoń do serca, a jego palce natychmiast zabarwiły się lśniącą czerwienią. – Wiem, że nie ma w tobie przebaczenia, bo zraniłem cię bardziej niż ktokolwiek inny w ciągu całego twojego życia, ale kocham cię, Magnusie. Nie wiem, czy coś jeszcze do mnie czujesz, ale teraz to do ciebie należy decyzja, jak wiele mógłbyś poświęcić. To jedyny sposób.

Magnus chciał, tak bardzo chciał zapewnić go o swoich uczuciach, przeprosić, wyjaśnić wszystko, zamknąć go w swoich ramionach i już nie wypuszczać. Miał ochotę ryczeć z wściekłości, że nie jest w stanie wykonać żadnego ruchu ani wydusić z siebie ani jednego słowa. Miotał się zawzięcie we własnym nieruchomym wnętrzu, desperacko starając zmusić oporny organizm do współpracy.

Alec tymczasem obdarzył go ostatnim spojrzeniem pełnym zmieszanej ze sobą czułości i bolesnej utraty nadziei, że czarownik w jakikolwiek sposób zareaguje lub odpowie. Z jękiem wyprężył się w tył, a szeroki strumień krwi z rozszarpanej piersi uderzył w posadzkę. Magnus chciał krzyczeć, choć żaden dźwięk nie opuścił jego zaciśniętych warg.

Nocny Łowca runął w tył, jego oczy uciekły w głąb czaszki, a przelewająca się gardłem krew zaczęła ściekać kącikiem ust. Upuszczona stela potoczyła się do stóp czarownika, ale on nie potrafił oderwać wzroku od konającego Aleca. Czuł się tak, jakby zanurzono go w lodowatej wodzie. Klatka piersiowa chłopaka uniosła się nierówno, spazmatycznie kilka razy, po czym znieruchomiała, a wszystkie napięte mięśnie rozluźniły się. Nie wierzył, nie potrafił i nie chciał w to uwierzyć, ale Alec, jego ukochany Alec, leżał martwy w kałuży krwi i nic już nie mogło przywrócić mu życia, a on sam, sparaliżowany świadomością jego śmierci, był zdolny jedynie bezmyślnie powtarzać jego imię.

- Alec… Alec…

- Przykro mi, że muszę cię rozczarować, ale to niestety tylko ja – usłyszał tuż nad sobą zmęczony głos Isabelle.

Poderwał się gwałtownie i niemal natychmiast trafił głową w brodę nachylającej się nad nim dziewczyny tak mocno, że aż jej zęby zadzwoniły. Nocna Łowczyni syknęła z niezadowoleniem, po czym jednym sprawnym ruchem usadziła czarownika prosto na siedzeniu obok siebie.

- Wybacz, słodka Isabelle. – Przesunął dłonią po twarzy, by odegnać widmo martwego Aleca, choć to pojawiało się pod jego powiekami ilekroć tylko zamknął oczy. – Śniło mi się coś koszmarnego.

- Mój brat jest dla ciebie koszmarny? – Nocna Łowczyni uniosła brew w geście, który nie zapowiadał niczego lepszego od prawego sierpowego, gdyby odważył się przytaknąć.

- Oczywiście, że nie! Chodziło raczej… o okoliczności – wyjaśnił, nie po raz pierwszy przeklinając swoją zdolność do proroczego śnienia, żywiąc przy tym głęboką nadzieję, że tego rodzaju półprzytomne wizje nie wchodzą w skład wrodzonego talentu. – Gdzie jesteśmy? – mruknął, wyglądając przez okno, w którym na tło mijanych budynków i samochodów widział nałożony obraz samego siebie z nieatrakcyjnie potarganymi włosami, ciemnymi cieniami pod oczami i taką udręką w spojrzeniu, że wolał nie odwracać się znów do Isabelle, by nie wpędzić jej tym w jeszcze większą depresję.

- Dojeżdżamy do twojego domu – poinformowała z ciężkim westchnieniem Nocna Łowczyni, wydłubując z kieszeni drobne na opłacenie taksówkarzowi kursu. – Odprowadzę cię na górę i mam nadzieję, że czujesz się już lepiej, bo musimy pomyśleć, co teraz robić. Naprawdę myślałam, że gorzej już być nie może…

- Och, droga Isabelle, uwierz mi, że nie ma takich sytuacji, by nie mogło być gorzej – odpowiedział ponuro, widząc w odbiciu, że Isabelle tylko pochyla posępnie głowę.

...

...

...

Stosując metodę Intoxic:

- Intoxic - Dziękuję Ci serdecznie za zainteresowanie tym tekstem, polecenie go dalej, sympatyczne komentarze i nie mniej sympatyczną korespondencję PM-kową :)

- Kokosz - Mam nadzieję, że nie stracisz zapału do czytania i nadal tak entuzjastycznie będziesz wyczekiwała kolejnych rozdziałów :)

- Glittery Angel - W psychopatii Maureen jest metoda i to chyba przeraża najbardziej XD Głównie Simona, jak sądzę, ale wszystko w niedalekiej przyszłości się wyjaśni ;)

- Sharon d'Arc - Dziękuję ślicznie za komentarz i bardzo motywującą opinię :) Jeśli chodzi o Magnusa i Aleca to moim zdaniem zawinili obaj, ale jeśli im obu na sobie zależy (a przecież zależy!), to ten związek nie może zakończyć się w tak paskudny sposób X3

- Ewelina - Cieszę się, że opowiadanie Cię zaciekawiło i mam nadzieję, że uda mi się utrzymać obecny poziom do końca historii i nie będziesz rozczarowana ;)