6. Koalicja zdrajców

Noc w Hotelu Dumort zdecydowanie nie była tym, czego Simon by sobie życzył, ale wolał to, niż pozostawanie w towarzystwie Maureen sam na sam. Kalka bystrego, okrutnego potwora nakładała się na postać uśmiechniętej małolaty z oczami tak roziskrzonymi, jak miewały je dziewczynki w jej wieku, gdy po godzinach proszenia i błagania rodzice zgodzili się na nocowanie u koleżanki. Simon wzdrygnął się. Maureen powinna mieć tylko takie problemy i dylematy. Czuł się winien, że pośrednio to on doprowadził do jej przemiany, z której nie wynikło jak na razie zupełnie nic dobrego, a nie przypuszczał też, by kiedykolwiek miało.

Gdy tylko złożył uśpionego czarem Aleca na starym łóżku ze sprężynami sterczącymi groźnie z rozdartego materaca w jednym z hotelowych pokojów na najwyższej kondygnacji, Maureen zaciągnęła go do ogromnej sali jadalnej. Oczywiście wolałby pozostać przy Nocnym Łowcy, by czuwać nad jego bezpieczeństwem, bo choć wampirzyca obiecała nie uczynić mu żadnej krzywdy, Simon nie mógł powiedzieć, że był tym przyrzeczeniem uspokojony. Rzucił ostatnie spojrzenie na bladą twarz pogrążonego we śnie chłopaka i, przeczuwając kłopoty w razie oporu, pozwolił Maureen wziąć się za rękę. Szczebiocząc radośnie jak nastolatka na pierwszej randce, poprowadziła go schodami w dół, a potem między licznymi okrągłymi stolikami, póki nie zatrzymali się przed jednym z nich, nakrytym w miarę czystym obrusem, do którego dostawiono dwa masywne krzesła o wysokich oparciach.

Uniósł brwi w wyrazie zaskoczenia, bo na stoliku nie znajdowało się nic poza dwoma ciężkimi kielichami z rżniętego szkła i przywiędłą, czerwoną różą w wąskim wazoniku. Maureen spojrzała na niego tak, jak czasem zerkała Becky, gdy na okazjonalnej kolacji w wystawnej restauracji chciała przypomnieć mu, że ma zakichany obowiązek nadskakiwać jej i najlepiej, żeby zaczął od odsunięcia krzesła, by mogła usiąść. Podszedł sztywno do wampirzycy i skłonił się jej, proponując zajęcie miejsca. Mina przywódczyni klanu wyrażała zachwyt i uwielbienie, które byłoby może i miłe, gdyby pod warstwą radości Simon nie dostrzegał tak wyraźnie drapieżnego wygłodzenia i zwodniczości.

- Nadchodzi złota era dla nowojorskiego klanu – oznajmiła Maureen tak, że zabrzmiało to jednocześnie uroczyście i złowróżbnie. – Razem poprowadzimy nasze dzieci ku świetlanej przyszłości.

Uśmiechnął się blado i nic nie mówił, bo odpowiedź, jakiej oczekiwała, nie przechodziła mu przez gardło, a odpowiedź zgodna z tym, co sądził o całej sytuacji, mogłaby się okazać równoznaczna z wyrokiem śmierci. Koncepcja ślubu przerażała go i nie mógł oderwać myśli od gorączkowych prób wykombinowania sposobu na wykręcenie się z tego układu. Boleśnie zdawał sobie sprawę, że w obecności wampirzycy miał związane ręce i niewielkie pole manewru, dlatego pozostało mu wierzyć, że Isabelle i inni Nocni Łowcy zdołają jakoś to wszystko rozwiązać.

- Jesteś ogromnie wyjątkowy, wiesz? – kontynuowała z uśmiechem, który przyprawiał go o dreszcze. – Twoja zdolność do swobodnego poruszania się w promieniach słońca to prawdziwy dar.

Który wyrwałabyś mi z gardła bez chwili wahania, gdyby to było możliwe, pomyślał mimowolnie i spuścił wzrok na swoje splecione palce, by nie musieć wymieniać z nią spojrzeń. Pomimo rozmarzenia malującego się na jej twarzy, nie miał cienia wątpliwości, że nie cofnęłaby się przed niczym, gdyby istniał inny sposób przeistoczenia się w Chodzącego za Dnia i nie wymagał angażowania w to Nocnych Łowców.

- Razem będziemy władcami najpotężniejszego klanu, jaki kiedykolwiek zaistniał w historii. Nasze wędrujące w świetle dnia dzieci staną się niepokonane.

Zamarł. Cały klan? Ona chce sprawić, by każdy podlegający jej wampir był Chodzącym za Dnia? Simon nie czuł się z nimi jakoś szczególnie związany i nie potrafił myśleć o sobie jak o kimś przynależącym do tej rasy, ale gdzieś głęboko wewnątrz przeczuwał, że zamysł Maureen jest… niewłaściwy. Jak mieliby nosić miano Dzieci Nocy, stając bez przeszkód w blasku słońca? Oczywiście, uczyniłoby ich to silniejszymi, ale Simon nie mógł pozbyć się wrażenia, że odebrałoby to jednocześnie jakąś część ich tożsamości.

- Och, wybacz, że wciąż mówię! – zawołała nagle Maureen. Ton jej głosu zgadzał się z wypowiedzianymi słowami, ale blask oczu im zaprzeczał. Chciała, by słuchał i dowiedział się, jak szerokie perspektywy ma teraz przed sobą. By przemyślał je i stanął u jej boku albo przeciw niej, co w zasadzie równałoby się z egzekucją. – Na pewno jesteś bardzo głodny.

Machnęła niedbale dłonią, a w zasięgu wzroku pojawił się Raphael wraz z towarzyszącym mu wampirem o idealnej budowie ciała i twarzy jak z okładki magazynu. Obaj trzymali między sobą zakneblowaną, szarpiącą się słabo kobietę. Simon niemal poderwał się z krzesła i chyba tylko ciężar spojrzenia Raphaela utrzymał go na miejscu. Przyziemna miała potargane włosy, a na jej twarzy widniały czarne smugi tuszu do rzęs, który spłynął po godzinach płaczu. Strzelała na boki dzikim, spłoszonym spojrzeniem, ale jej zmęczone ruchy świadczyły o tym, że straciła już siły i nadzieję na wyswobodzenie się z żelaznego uścisku wampirów.

- Kazałam schwytać ją specjalnie na dzisiejszą kolację – oświadczyła z błyskiem w oku Maureen. – Młoda, zdrowa, niepaląca. Ciepła, żywa krew jest najlepsza.

Simon zmartwiał. Wrażenie absurdu i odrealnienia było tak silne, że przez chwilę zastanawiał się, czy nie śni. Raphael oddał szlochającą kobietę swojemu postawnemu towarzyszowi, który wyglądał jak przemieniony w wampira model, a sam sięgnął po jeden ze stojących na stoliku kielichów. Chodzący za Dnia nie zdążył wydać z siebie żadnego dźwięku, gdy jednym błyskawicznym ruchem zastępca Maureen dobył przypiętego do paska noża i rozpłatał ofierze gardło, podstawiając pod nie naczynie. Simon był zbyt wstrząśnięty, by zareagować, nawet kiedy Raphael – z tym samym nieprzeniknionym wyrazem twarzy – napełniał drugi kielich.

- Świetnie – odezwała się przywódczyni, kiwając przy tym głową z wyraźną aprobatą. – Dobij ją i pozbądź się zwłok.

- Nie! – wyrwało się Simonowi, zanim zorientował się, że podniósł głos, a Maureen patrzy na niego zaskoczona. – To znaczy… Szkoda marnować tak doskonały posiłek. – Z każdym kolejnym słowem czuł coraz silniejsze obrzydzenie do samego siebie. – Nie lepiej zasklepić jej rany i pozwolić, by karmiła nas dłużej?

- Och, kochanie! – zaśmiała się Maureen perliście w takim samym stopniu, jak psychodelicznie. – To nie jedyna tak dobra ofiara. Znajdziemy kolejne, nie martw się. To miasto jest ich pełne!

Simon rzucił Raphaelowi zrozpaczone spojrzenie, szukając w nim choćby cienia poparcia, ale wampir ledwo dostrzegalnie pokręcił głową. Chodzącego za Dnia zmroził smutek, jaki przez chwilę odbił się w jego ciemnych oczach.

- Pani ma rację – odpowiedział matowym tonem. – Utrata krwi jest już zbyt duża, a żaden Przyziemny nie może opuścić Hotelu Dumort, gdy już raz do niego wkroczył.

Nie wkroczył, tylko został porwany i zawleczony do środka wbrew swojej woli!, chciał zawołać, ale krzyk zamarł mu wpół drogi na zewnątrz, kiedy Raphael jednym sprawnym ruchem skręcił kobiecie kark. Simon poczuł, że znikoma treść żołądka podchodzi mu do gardła. Od dawna nic nie jadł, ale początkowy stan zwalczanej zaciekle ekscytacji będącej reakcją na zapach ludzkiej krwi ustąpił natychmiast na widok wiszącej w uścisku wampira zamordowanej kobiety i parującej lekko zawartości stojących przed nim kielichów.

- Wybacz, najdroższa Maureen – powiedział, gratulując sobie później samokontroli, która pozwoliła mu przy tym nie zwymiotować na obrus. – Doceniam kolację, jaką dla nas zorganizowałaś, ale chyba nie jestem głodny. – Tak szczerze mówiąc, to mam ochotę zwrócić światu zewnętrznemu wszystko, co znalazło się w moim żołądku, pomyślał. – Pozwól, że sprawdzę, jak miewa się Nocny Łowca. W trosce o dobro jutrzejszej transakcji, oczywiście – uzupełnił i wstał od stołu, nim ktokolwiek ze zgromadzonych zdołał go powstrzymać.

Przemknął ciemnymi korytarzami, tylko mgliście kojarząc drogę na górę. Mijał zniszczone ciągi schodów, obdarte dywany, potłuczone szkło zerwanych kinkietów i pokryte kurzem obrazy w zaśniedziałych ramach. Hotel Dumort był odpychający w każdym centymetrze sześciennym, jaki zajmował. Simon nie wyobrażał sobie siebie jako jednego z rezydentów tego miejsca, a już na pewno nie jako jego przywódcę.

Dotarł na najwyższe piętro, skąd roztaczałyby się z pewnością piękne widoki na pogrążone w ciemnościach nocy miasto, gdyby nie to, że wszystkie okna zamurowano lub zabito szczelnie deskami. W czasie drogi na dół zbyt skupiał się na świergotaniu Maureen, by zapamiętać trasę. Nie był z siebie dumny, a jeszcze większe wyrzuty sumienia wzbudziła w nim jedyna metoda, jaka przyszła mu do głowy, bo odszukać w tym labiryncie pomieszczeń Aleca. Przymknął oczy i pozwolił, by poprowadził go delikatny, ulotny zapach jego zakrzepniętej krwi.

Po kilku minutach błąkania się korytarzami stanął przed drzwiami, zza których dochodziła najintensywniejsza woń. Położył dłoń na klamce, gdy nagle coś chwyciło go za ramię, drugą ręką zatykając mu profilaktycznie usta. Został błyskawicznie wepchnięty do pokoju i wypuszczony dopiero po chwili, jaką zajęło mu zbędne odetchnięcie i rozluźnienie mięśni. Napastnik uwolnił go i obszedł tak, że stanął tuż przed nim, a Simon natychmiast rozpoznał drobną wampirzycę, która przywlokła do nich Nocnego Łowcę w czasie spotkania z Maureen.

- Witaj, Chodzący za Dnia – odezwała się miękkim głosem, uśmiechając przy tym pogodnie i ciepło. – Mam na imię Cherry. Przysłał mnie tutaj nasz ojciec.

Isabelle krzątała się w kuchni urządzonej spartańsko w stylu gotyckiego lochu. Przetrzepała wszystkie wiszące na surowym, ceglanym murze szafki, nim odkryła paczkę kociej karmy wewnątrz zamykanej pufy, na której z niepojętych dla niej przyczyn Magnus ustawił mikrofalówkę. Prezes Miau wydał z siebie zachwycony odgłos zagłodzonego zwierzęcia, doskakując do napełnianej przez Nocną Łowczynię miski.

Wycierając dłonie o znalezioną na blacie ścierkę, dziewczyna weszła do salonu. Czarownik leżał na kanapie tak, jak go zostawiła, zbyt osłabiony nawet na to, żeby zdjąć buty. Z westchnieniem przysiadła na fotelu z kubkiem herbaty, którą udało jej się zaparzyć. Wzięła do rąk kurtkę Aleca, nadal zwieszoną niedbale na oparciu, i poczuła, że coś ściska jej serce. Sądziła, że wróci tutaj razem z bratem, że wszystko będzie w porządku, że obsztorcuje go za konieczność krycia go przed matką i napędzenie jej niepotrzebnie strachu. Zerknęła na Magnusa, który z trudem uniósł powieki i z jeszcze większym wysiłkiem odwrócił głowę w jej stronę.

- Kochana Isabelle, czy byłabyś tak uprzejma i przyniosła mi coś z sypialni? – mruknął zmęczonym tonem. – Na półce z księgami, w rogu obok szkatułki wysadzanej szafirami, stoi kryształowy flakonik z zatyczką z kości słoniowej.

- Jasne – odpowiedziała Nocna Łowczyni, wyruszając na poszukiwania z niejasnym, ale jak się okazało słusznym przeświadczeniem, że buteleczka na pewno nie będzie znajdowała się w opisywanej lokalizacji i kolejne minuty spędzi na przetrzepywaniu magicznych bibelotów.

Burdel większy niż w mojej szafie, a myślałam, że to niemożliwe, westchnęła w duchu, zaglądając pod haftowaną chustę, pod którą znalazła ususzoną dłoń. Wzdrygnęła się. Fantastyczne wyposażenie sypialni, sarknęła, przebiegając wzrokiem po grzbietach licznych grimoire'ów. Przysunęła sobie stołek i wspięła się na niego, by przejrzeć zawartość najwyższej półki. To pamiątki z podróży czy instrumenty potrzebne do pracy?

No w końcu!, orzekła triumfalnie, sięgając po zakurzony flakonik, ukryty w gąszczu figurek, świec, lichtarzy i słoiczków ze specyfikami, jakich nawet nie chciała sobie wyobrażać. Przedmiot zaciążył jej w dłoni bardziej, niż sądziła, że może ważyć tak niewielka fiolka. Misternie wyrzeźbiona w kształt stylizowanej, rogatej czaszki zatyczka zdecydowanie nie zachęcała do wypicia płynu, który konsystencją przypominał bardziej zamknięty wewnątrz kłąb sinego dymu niż ciecz.

- Nie jestem w stanie wyrazić swojej wdzięczności, moja droga Isabelle – oznajmił Magnus, gdy podała mu flakonik i wróciła na fotel.

Patrzyła sponad kubka z herbatą, jak lekko odkorkowuje buteleczkę i wypija eliksir jednym haustem, okraszonym tak wykrzywionym wyrazem twarzy, że nie miała najmniejszych wątpliwości co do walorów smakowych mikstury. Czarownik otrząsnął się z obrzydzeniem.

- Mam nadzieję, że lepiej działa, niż smakuje – parsknęła śmiechem w odpowiedzi na jego gniewne mlaskanie w bezskutecznych próbach usunięcia ohydnego posmaku z języka.

- Jak na tak drogi eliksir wzmacniający i wspomagający regenerację sił, mogli popracować nieco także nad tym aspektem swojego produktu – mruknął. – Czuję się, jakbym przeżuwał kawałek dwutygodniowych zwłok – dodał, a Isabelle nie śmiała dopytywać, skąd takie porównanie.

- Powiedz mi teraz lepiej, co mam mówić, gdy wrócę do Instytutu – odparła, poważniejąc i prostując się w fotelu. – Jest już bardzo późno, mama urwie mi głowę i na dodatek muszę nakłamać jej coś na temat niedyspozycji Aleca. Myślisz, że Maureen wypuści go, kiedy dostanie krew Jace'a i zostanie Chodzącą za Dnia? I że Simon nie zostanie jej mężem? – zapytała, słabo ukrywając w swoim głosie narastające przerażenie.

- Mam nadzieję, że tak – odpowiedział cicho Magnus.

Ułożył się na kanapie, wbił wzrok w ceglany sufit i dopiero po chwili kontynuował:

- Nie ma dla niej najmniejszego sensu przetrzymywanie Aleca w Hotelu Dumort dłużej, dlatego na znak dobrej woli pewnie go zwróci, ale co do Simona… – zawiesił głos. – Przykro mi to mówić, słodka Isabelle, ale najbardziej martwi mnie to, co kombinuje ta dziewczyna. Simon i Alec są dla niej tylko sposobem do osiągnięcia czegoś, a nie celem samym w sobie. Clave powinno o tym wiedzieć i oczywiście działam w tym momencie bezprawnie, ukrywając prawdę, o co równie bezprawnie proszę także ciebie, ale myślę, że najpierw musimy zrobić wszystko, by odzyskać Aleca i Simona.

Isabelle pokiwała gorliwie głową. Ból, jaki słyszała w głosie czarownika za każdym razem, gdy wymawiał imię jej brata, tylko utwierdzał ją w przekonaniu, jak bardzo Magnus pragnął go ocalić. Właśnie wprost oświadczył, że dla bezpieczeństwa obu chłopców zatai wszystkie informacje, by zapewnić sobie swobodę działania bez angażowania w to wszystkich Nocnych Łowców, gotów ponieść karę za świadome złamanie obowiązujących praw.

- Musisz porozmawiać z naszym drogim, anielskim Nefilim, Isabelle – westchnął ciężko czarownik, rzucając jej przygnębione spojrzenie. – Nie chcę narażać go na kolejną z rzędu śmiertelnie niebezpieczną przygodę, ale obawiam się, że na razie jest naszym jedynym sposobem na pertraktowanie z Maureen.

Simon wytrzeszczył na wampirzycę oczy, ale ta – kompletnie niezrażona jego zaskoczeniem – poszła w głąb pokoju i przysiadła na skraju łóżka. „Nasz ojciec"? Miał jednego ojca, który już zresztą nie żył. Nie sądził, że poza Rebeccą ma jakiekolwiek inne rodzeństwo…

- Mam na myśli Raphaela – odpowiedziała, czytając w szoku na jego twarzy jak w otwartej księdze. – Jest naszym wspólnym wampirzym ojcem. To jego krew sprawiła, że staliśmy się Dziećmi Nocy – wyjaśniła, po czym machnęła na niego niecierpliwie dłonią. – Chodź tu i siadaj, bo nie mam zbyt wiele czasu, a jest kilka spraw, o których musimy porozmawiać.

Chodzący za Dnia otrząsnął się nieco i zbliżył powoli, by spocząć na skraju łóżka obok Cherry. Była piękna, jasne loki spływały falami na jej odsłonięte ramiona i plecy. Karminowy gorset podkreślał nieskazitelną figurę kobiety z okładek magazynów modowych, a sięgająca za kolana wielowarstwowa, postrzępiona celowo spódnica szeleściła sucho przy każdym jej ruchu. Simon nie pierwszy raz pomyślał, że nie natrafił jeszcze na żadnego wampira, który byłby w jakikolwiek sposób co najmniej ładny. Może ludzie brzydcy i grubi nie chcieli wcale oglądać swoich pozostawiających wiele do życzenia ciał przez wieczność?

- Posłuchaj – zniżyła głos do szeptu i Simon musiał nachylić się do niej, by usłyszeć, co wampirzyca chce mu przekazać. – Maureen musi zginąć. – W odpowiedzi na tę nieskomplikowaną wiadomość chciał odskoczyć w tył jak oparzony, ale Cherry chwyciła go za łokieć i z siłą, o jaką nie podejrzewa się kobiet tak drobnych jak ona, przyciągnęła z powrotem. – Przestań. To właściwie nawet nie jest propozycja. Maureen doprowadzi nasz klan do zagłady. Co prawda zdobyła już wielu zwolenników, ale nie wszyscy zgadzamy się z jej… polityką. Nie chcemy problemów z Clave ani z innymi Podziemnymi. Maureen zabijała już wcześniej, ale teraz…

Cherry przeniosła wzrok na pogrążonego we śnie Aleca i na chwilę jej rysy złagodniały. Czyżby w jakiś sposób polubiła zakładnika, którego, decyzją nowej przywódczyni, otaczała opieką? Kiedy podniosła oczy na Simona, cała delikatność znikła bez śladu i Chodzący za Dnia dostrzegł w nich tylko twardą determinację.

- Teraz Maureen podniosła rękę na Nocnego Łowcę – wyszeptała. – Clave nie wybacza takiej zbrodni, rozumiesz? Wszyscy zostaniemy skazani na śmierć. Musimy chronić klan, a to oznacza zabicie Maureen lub wydanie jej Nocnym Łowcom. Teraz, zanim stanie się jeszcze potężniejsza.

Simon zamilkł, czując w głowie głuchą pustkę. Cisza niemal dzwoniła mu w uszach. Ocknął się, kiedy poczuł zimną dłoń Cherry, dotykającą delikatnie jego ramienia.

- Ojciec mówił mi, że nasz los prawdopodobnie cię nie wzrusza. Powiedział, żebym przypomniała ci o jutrzejszej ceremonii ślubnej, która czeka cię nieuchronnie, jeśli nie przyłączysz się do nas.

Simon zacisnął zęby. Bycie mężem Maureen w tej chwili mieściło się na szczycie jego listy najczarniejszych wizji własnej przyszłości, co do których miał pewność, że wolałby umrzeć, niż pozwolić na ich realizację w praktyce. Uniósł w zdumieniu brwi, kiedy Cherry, dotąd poważna i skupiona, uśmiechnęła się do niego szeroko, po czym zaśmiała ściszonym głosem na widok jego skonsternowanej twarzy.

- Wiesz, ja nie sądzę, byś miał egoistycznie myśleć tylko o sobie – powiedziała otwarcie, ściskając go za ramię tak przyjacielsko, że Simon poczuł, że mógłby ją nawet polubić. – Widziałam Nocną Łowczynię, która przyszła tu z tobą i czarownikiem. Wiem, że jest w tobie zakochana, widać to po niej jak na dłoni, a mój kobiecy instynkt mówi mi, że taka dziewczyna nigdy nie pokochałaby faceta, który mógłby pozwolić na wymordowanie całego klanu wampirów.

...

...

...

Intoxic - Ta historia kiedyś na pewno się skończy (nawet ja mam nadzieję, że kiedyś uda mi się dotrzeć do czegoś, co będzie mogło nazywać się ostatnim rozdziałem!), nie gwarantuję jednak, że wszystkie postacie doczekają końca w stanie nieskazitelnym ;)

Kokosz - Twój entuzjazm budzi we mnie tylko uśmiech :) Mam nadzieję, że opowiadanie nadal będzie Ci się tak podobało :)

Sharon d'Arc - Rzecz jasna pamiętam o więzi parabatai, która jest jednak dosyć istotna w relacjach Aleca i Jace'a (serio? inni o tym zapominają? O.o). A rzeczony taksówkarz - wiesz, ja myślę, że to nie była najdziwniejsza rzecz, z jaką spotkał się w czasie swojej pracy ;)