8. Pakty i porozumienia

- Jace! – syknęła Isabelle, potrząsając przybranym bratem tak, jakby zamierzała mu w razie dalszego oporu wyrwać ramię ze stawu barkowego. – Jace, ty leniwy obiboku, obudź się w tej chwili!

- Mmm… Izzy? – zamruczał sennie Nocny Łowca, przecierając oczy.

W infirmerii panował mrok, ale poświata miejskich świateł sprawiła, że był w stanie wyłowić wzrokiem w ciemności kontury stojącej nad nim siostry. Która to miała na sobie wyjściową sukienkę, szykowny płaszczyk, szpilki i pełen makijaż, co dosyć jednoznacznie wskazywało na to, że mimo nieprzytomnie późnej pory, z pewnością nie wstała przed chwilą z łóżka.

- Na Anioła, co ty tutaj robisz? – zapytał, na poły zaskoczony, na poły niezadowolony z nieoczekiwanej pobudki. – W środku nocy? I jakim cudem ominęłaś Brata Euzebiusza?

- Boże, Jace, to nie przesłuchanie, więc przestań zachowywać się jak Inkwizytor – zrugała go natychmiast. – I posuń się, chcę usiąść. – Gestem pozbawionym zupełnie kobiecej delikatności trzepnęła go sugestywnie w ramię, spychając do krawędzi szpitalnego łóżka.

Jace postanowił nie komentować jednoosobowego charakteru tego konkretnego elementu wyposażenia infirmerii, bo wiedział, że Isabelle natychmiast odgryzłaby się jakąś kąśliwą uwagą, a wnioskując z jej nastroju – byłaby dziś pod tym względem w szczytowej formie. Posłusznie przesunął się w bok, przecierając jeszcze oczy, gdy siostra zrzucała buty, żeby wciągnąć stopy na pościel.

- Słuchaj, problem jest gigantyczny i mama nie może się o tym dowiedzieć – zaczęła, ale ponieważ zaczynała tak większość dyskusji oscylujących między tematem krycia faktu nowej randki a zagadnieniami natury zatuszowania dowodów zbrodni przeciw porządkowi w Instytucie, zaspany Jace wzruszył tylko ramionami.

- Nie pierwszy i nie ostatni raz, Izzy – ziewnął. – Ale mów, jesteśmy przecież złotymi medalistami w dziedzinie robienia wszystkiego za plecami rodziców – parsknął śmiechem, urwanym zaraz w reakcji na łokieć siostry wbity z impetem między żebra.

Jej poważne, skupione spojrzenie otrzeźwiło go, jeszcze zanim dziewczyna się odezwała:

- Chodzi o Aleca…

Simon nie mógł się powstrzymać przed krążeniem nerwowo po pokoju, dlatego też przemierzał jego długość już po raz pięćdziesiąty siódmy. Cherry, w milczeniu rozebrawszy Aleca do pasa, kawałkiem jakiejś nieznanego pochodzenia szmatki przemywała mu teraz włosy, twarz i klatkę piersiową. Chodzący za Dnia zerknął na jej delikatne, a przy tym pełne szacunku zabiegi, po czym znów wrócił myślami do problemów, jakie napędzały go do pięćdziesiątego ósmego pokonania odległości od zabitego deskami okna do drzwi i z powrotem.

Pomimo dojmującego poczucia zagubienia i jeszcze gorszego wrażenia niepokoju, zmusił się do ponownej analizy wszystkich informacji. Maureen chciała armii podległych jej wampirów zdolnych do wędrowania w świetle dnia. Moc tę dać mogła tylko przepojona anielskim światłem krew Jace'a, ofiarowana dobrowolnie, a nie odebrana siłą – jak więc dziewczyna zamierzała napoić nią cały klan? Simon przystanął, czując kolejną lodowatą falę przerażenia. Spojrzał z bólem na Aleca.

Maureen wcale nie zamierzała go wypuścić, uzmysłowił sobie. To dlatego tak otwarcie mówiła mu o swoich planach. Miał być kartą przetargową, bo Jace szybciej sam odciąłby sobie głowę, niż pozwolił na skrzywdzenie swojego parabatai, najlepszego przyjaciela i przybranego brata w jednym. Jej plan nie zakładał zatem uwolnienia żadnego z nich.

Biała Księga, przypomniał sobie po chwili Chodzący za Dnia. I nie tylko ona, Alec mówił też o zbiorach biblioteki Instytutu. Tylko po co wampirzycy księgi magiczne? Większość z nich zawierała wiedzę zakazaną i poważnym naruszeniem Prawa było samo ich posiadanie, o korzystaniu nie wspominając. Do tego Maureen nie byłaby zdolna nawet ich odczytać, jaki więc miałaby z nich pożytek?

Na pewno jakiś, uznał. I nie wolno tego bagatelizować, bo nowa głowa nowojorskiego klanu pokazała już, że Clave nie jest dla niej żadnym autorytetem. A jeśli to prawda, jeśli dominanta krwi Nocnego Łowcy rzeczywiście umożliwiała im obojgu swobodne wkroczenie do Instytutu… Serce zamarłoby mu, gdyby nie to, że już od miesięcy nie wykonało żadnego drgnięcia. Póki Maureen żyła, Isabelle, Clary i inni nie byli bezpieczni za jego murami.

Przeniósł spojrzenie na Cherry, która metodycznymi, łagodnymi ruchami usuwała zakrzepłą krew sklejającą ze sobą kosmyki czarnych włosów Aleca. Raphael Santiago i jego zwolennicy byli zdecydowani dokonać bratobójczego zamachu, by ukrócić rządy małej, demonicznej wampirzycy. Simona przeszedł dreszcz, gdy stopniowo docierała do niego groza całej sytuacji. Jeśli Raphael nie odzyska władzy, Dzieci Nocy pod wodzą Maureen będą zmuszone otwarcie stanąć w wojnie przeciwko Nocnym Łowcom. Jonathan Morgenstern pozyskał już wsparcie Królowej Jasnego Dworu, a szeregi kroczących w blasku słońca wampirów byłyby dla niego kolejnym cennym sojusznikiem.

- Cherry? – odezwał się zmienionym głosem.

- Skończyłam – odpowiedziała mu wampirzyca tonem matowym, znużonym i ciężkim od nadmiaru zmartwień. – Poszukam dla niego jakichś nowych ubrań albo wyślę kogoś, żeby zdobył coś na mieście, bo te porozdzierane i brudne do niczego się już nie nadają.

Simon umilkł, gdy Cherry z westchnieniem przysiadła na skraju łóżka i odgarnęła mokre kosmyki z bladej twarzy nieprzytomnego Aleca. Było w niej tyle ciepła i wrodzonej łagodności… Simon nie wyobrażał sobie, że miałaby u boku syna Valentine'a walczyć przeciwko Nocnym Łowcom, kiedy jednego z nich pielęgnowała z takim oddaniem i szczerym zaangażowaniem. Potrząsnął niedowierzająco głową.

- To piękny chłopiec – powiedziała miękko, nie odrywając oczu od Aleca, którego okryła płaszczem Magnusa, by nie przemarzł. – Do tego bardzo dobry, dzielny i szlachetny – uśmiechnęła się pogodnie. – Wiesz, słyszałam już wcześniej. Plotki o nowym wybranku Wysokiego Czarownika Brooklynu obiegły cały Świat Cieni błyskawicznie. Wszyscy sądziliśmy, że to kolejna krótkotrwała miłostka, następny nic nieznaczący romans, jakich Magnus Bane miał na swoim koncie już setki, ale kiedy zobaczyłam, w jaki sposób on patrzy na tego chłopca… Wiesz, Simonie, naprawdę chciałabym, żeby mnie też kiedyś ktoś tak pokochał…

Chodzący za Dnia zszedł z wydeptanej przez siebie trasy i zbliżył się powoli do wampirzycy, która spoglądała teraz na Aleca z autentyczną troską i smutkiem. Zupełnie nieoczekiwanie Simon uświadomił sobie, że ona naprawdę chciała, by Nocnego Łowcy nie spotkała już żadna krzywda i by mógł opuścić Hotel Dumort.

- Cherry – powtórzył i odczekał chwilę, by podniosła na niego wzrok. – Ja… Zgadzam się. – Jej uniesione w wyrazie niezrozumienia brwi irracjonalnie wywołały w nim szeroki uśmiech, dlatego sięgnął tylko po jej dłoń i pomógł jej wstać, żeby mogli patrzeć sobie prosto w oczy. – Zgadzam się. Przyłączę się do Raphaela. Niech powie mi, co mam robić.

- Czekaj, niech zrozumiem. – Ton Jace'a wskazywał na to, że do wybuchu awantury pozostało tylko kilka sekund. – Poszłaś do siedziby nowojorskiego klanu wampirów, bez wsparcia ze strony innych Nocnych Łowców, za jedyne towarzystwo mając pozbawionego Znaku Kaina Chodzącego za Dnia i czarownika, którego poziom mocy był tak niski, że po zastosowaniu niewielkiego zaklęcia leczącego zemdlał? Do tego widziałaś tam otumanionego, pokąsanego Aleca, a Chodzący za Dnia musiał zostać w Hotelu Dumort jako narzeczony czternastoletniej wariatki, która stała się na dodatek nową przywódczynią Dzieci Nocy i zażyczyła sobie mojej krwi, żeby swobodnie spacerować z nim brzegiem morza o zachodzie słońca?

- Tak, sądzę, że dosyć dobrze oddałeś kwintesencję tej historii – warknęła rozeźlona Isabelle, skubiąc kawałek prześcieradła tak, jakby zamierzała je porwać na strzępy.

- Izz, co ty masz pod tą czaszką? – syknął wściekle Jace. – Mogliście tam wszyscy zginąć!

- Ooo, no nie – zaperzyła się natychmiast. – Bo jak ty wpakowałeś się tam z Clary, żeby ratować zeszczurzonego Simona, to wszystko było bezpiecznie i pod kontrolą, prawda?

- Jasne, bo, w przeciwieństwie do ciebie, ja potrafię układać sensowne plany działań, dzięki którym wszyscy docierają do ostatnich etapów w jednym kawałku!

- No oczywiście! Bo ty to jesteś genialnym strategiem i tobie zawsze wszystko wychodzi idealnie, a kiedy Abaddon niemal uśmiercił Aleca w czasie odbijania Kielicha, to to był tylko drobny wypadek przy pracy i nie wynikał w ogóle z twoich niedopatrzeń!

Przez chwilę oboje mierzyli się ciężkimi spojrzeniami, oddychając przy tym jak po pokonaniu maratonu. W końcu Isabelle wydała z siebie pełne udręki westchnienie, a Jace odchylił się na poduszkach do tyłu i utkwił wzrok w barwnym wzorze na suficie.

- Przepraszam, Izz – mruknął, zerkając na nią tak, że nawet w ciemności mogła dostrzec skruchę w jego oczach. – Wcale nie uważam, że jesteś głupia, tylko… Wiesz, po prostu wśród wielu twoich niewątpliwych talentów zdecydowanie nie znalazły się dwa: gotowanie i układanie planów.

Dziewczyna tylko trąciła go po przyjacielsku ramieniem na znak rozejmu, po czym wyprostowała nogi, przyglądając się teraz dwóm parom spoczywających obok siebie stóp.

- Wiem, że daleko mi do ciebie i Aleca, i że wszystkie moje pomysły kończą się klapą, co stało się już swoistą normą… – westchnęła. – Ale myślałam, że choć raz mogłabym poradzić sobie sama, bez waszej pomocy…

- Izzy, ty nie musisz niczego robić sama – uśmiechnął się ciepło. – Jesteśmy rodzeństwem. Lightwoodowie zawsze razem, nie pamiętasz?

Nocna Łowczyni rozpromieniła się, gdy Jace otoczył ją ramieniem i pieszczotliwie zmierzwił jej włosy tak, jakby zamierzał zmienić jej fryzurę w ruinę. Pierwszy raz od wielu godzin uwierzyła, że to wszystko może się jeszcze dobrze skończyć.

Rozstali się pod drzwiami pokoju, w którym leżał Alec. Simon nie czuł się pewnie, zostawiając go tam samego, ale Cherry – nim znikła w bocznym korytarzu z obietnicą odnalezienia i skonsultowania się z Raphaelem – zapewniła go, że wystawiła w pobliżu zaufanego strażnika, który dopilnuje, by nikt nie niepokoił Nocnego Łowcy. Jesteś oczkiem w głowie Maureen, powiedziała mu, kiedy przyrzekł pomóc ich wspólnemu ojcu ponownie stanąć na czele klanu. Przemiana i krew Lilith nie były w stanie zabić w niej tego zauroczenia, dlatego byłaby skłonna na wiele ustępstw względem ciebie, przekonywała. Najlepiej zrobisz, jeśli do końca nocy potowarzyszysz jej, przyglądając się wszystkiemu, co robi. To jeszcze pisklę, potężne, ale tylko pisklę. Wkrótce po wschodzie słońca sama zaśnie.

Simon spojrzał na tarczę zegarka, który nosił na ręku, a wampirzy wzrok pozwolił mu bez problemów odczytać w ciemności godzinę. Do świtu pozostały niecałe cztery godziny, a jego zemdliło na wspomnienie poprzedniego spotkania z Maureen w porównywalnym stopniu, co na myśl o kolejnym. Nie miał najmniejszej ochoty przebywać z nią w tym samym pomieszczeniu, ale wiedział, że rada Cherry nosiła wszelkie znamiona zdroworozsądkowego podejścia do sprawy. Musiał przynajmniej sprawiać wrażenie rozanielonego jej obecnością, by odkryć, jak połączyć ze sobą poszczególne wiadomości wyrzucone na bezdechu przez tracącego przytomność Aleca.

Tylko że Hotel Dumort był naprawdę wielki i tętnił teraz życiem jak kasyno po zmroku. Po kilkunastu minutach pozbawionego sensu błąkania się korytarzami, Simon zaczepił mijającego go wampira o rysach orientalnego bożyszcza nastolatek.

- Przepraszam – zaczął, ale natychmiast zreflektował się, bo uznał, że jako potencjalny władca powinien wykazywać mniej dobrych manier. – Wiesz, gdzie znajdę Maureen? – zapytał najbardziej nonszalanckim tonem, jaki umiał z siebie wykrzesać, na co – ku jego złości – wampir parsknął tylko kpiąco.

- Że też królowa wybrała sobie na króla takiego wymoczka – prychnął lekceważąco, a Simon pomyślał mimowolnie, że gdyby to od niego zależało, zdegradowałby bezczelnego typa do poziomu karalucha. – Ja byłbym dla niej doskonałym partnerem – dodał, co z kolei wzbudziło w Chodzącym za Dnia obrzydzenie.

- Wybacz, panie doskonały, którego zasadniczym defektem jest niemożność prezentowania swojej idealnej facjaty w pełnym blasku słońca – warknął, obserwując z satysfakcją, jak niegrzeszącemu skromnością Dziecku Nocy rzednie mina. Trafienie idealnie w jego słaby punkt przyniosło mu niewypowiedzianą, mściwą radość. – Powiesz mi, gdzie jest Maureen, czy twoje deficyty umysłowe sprawiają, że nie potrafisz wyprodukować żadnej rozwiniętej odpowiedzi? – syknął, z ulgą dostrzegając gniew i zmieszanie przeciwnika.

- Pani przebywa teraz w sali kominkowej na pierwszym piętrze – burknął i odwrócił się na pięcie, by pomaszerować w kierunku schodów wiodących na górne kondygnacje.

Simon ruszył korytarzem, nie oglądając się nawet na urażonego wyraźnie wampira. Miał zbyt wiele problemów, by przejmować się nastrojem ewentualnych poddanych. Kojarzył na szczęście salę kominkową, mijał ją w drodze do jadalni i z powrotem, dlatego bez dłuższego błądzenia zbiegł schodami w dół i przeciął kilka bocznych korytarzy.

Zauważył smugę rozedrganej jasności wylewającą się przez uchylone drzwi do poszukiwanego pomieszczenia. Maureen musiała rozpalić ogień, pomyślał, kiedy już po chwili usłyszał trzask płomieni i głos wampirzycy. Zamierzał zapukać, by uprzedzić swoje przybycie, ale zamarł z dłonią tuż przy powierzchni drzwi. Nie zaskoczył go przepełniony mocą, złowrogi ton Maureen, ale to, co właśnie mówiła, zdławiło go w gardle. Gdyby jego serce było żywe i biło, teraz z pewnością zaczęłoby szaleńczo uderzać w zdwojonym tempie.

- Jest silny, nie wolno go ignorować. Mały, wierny piesek Clave, zauroczony jak szczenię jednym z nich. Jego ojca musi skręcać na widok tego, co zrobił z siebie ten godny pożałowania niewdzięcznik. Otrzymał w darze tak ogromny potencjał, a niczym skończony idiota oddał się zakazanym miłostkom. Co za bezmyślna, żałosna kreatura…

Każde słowo wyrzucała z siebie z taką pogardą, że Simon przywarł plecami do ściany, by wychwycić z jej wypowiedzi jak najwięcej. To wszystko budziło w nim uzasadnioną odrazę, chciał przerwać jej i nie musieć już dłużej znosić obelg ciskanych pod adresem czarownika, ale wiedział jednocześnie, że każda informacja była teraz na wagę złota.

- Potrzebuję Białej Księgi. Jonathan twierdzi, że jego głupia siostra oddała mu ją jeszcze w Idrisie. – Simon drgnął, przeczuwając najgorsze. – A teraz czarownik jest słaby. Naiwnie wyzuł się z sił, by uzdrowić swojego ślicznego chłopca. Maurice już wyruszył w drogę na Brooklyn. – Simon jej nie widział, ale aż nadto wyraźnie potrafił wyobrazić sobie drapieżny wyraz jej twarzy. Sam za to czuł się tak, jakby dostał obuchem w twarz. – To odpowiedni moment, by w niego uderzyć i pozbyć się go raz na zawsze. Co za ironia losu, że taka głupia, żałosna miłostka stanie się przyczyną zguby jednego z najpotężniejszych czarowników, jacy stąpali po świecie…

Magnus czuł się już znacznie lepiej. Co prawda ilość jego energii magicznej wciąż pozostawała na bardzo mizernym poziomie, a po wyjściu Isabelle musiał zasnąć na dwie godziny, by przywrócić sobie choć częściową jasność umysłu, ale przynajmniej nie słaniał się już jak zwalony z nóg ilością alkoholu menel pod monopolowym i mógł samodzielnie pokonywać kolejne odcinki trasy między łazienką, kuchnią, salonem i sypialnią.

Uniósł głowę znad uzdrowicielskiej księgi, którą otrzymał od Catariny na jedną z licznych ku temu okazji, samemu nie pamiętając już zbyt dokładnie, co wówczas świętowali. Pukanie do drzwi powtórzyło się, co ostatecznie rozwiało nadzieje, że pierwsze było jedynie omamem słuchowym godnym zignorowania i powrotu do wertowania zaklęć wzmacniających. Wizyta w środku nocy?

Wstał i ruszył do korytarza, podnosząc po drodze plączącego się pod nogami Prezesa Miau. Nie korzystał z magii, by oszczędzić na wieczór jak największe zapasy, dlatego sięgnął dłonią do klamki i – po krótkiej chwili zawahania i niewytłumaczalnym, instynktowym ukłuciu lęku, który na jedno uderzenie serca napełnił jego żyły lodem – otworzył drzwi.

...

...

...

Intoxic - Mnie się też nie podobało, że Maureen zabiła Camille, choć przeraziło mnie też jednocześnie, że taki pisklak jak ona dał sobie radę ze starą, silną wampirzycą... A sama Maureen może i materiałem na ulubieńca nie jest, ale za to jako postać ma ogromny potencjał ;)

Glittery Angel - Oczywiście, że Magnus nie przestał kochać Aleca, choć ich pierwsze spotkanie po nieszczęsnym zerwaniu może wypaść... ciekawie ;) I cieszę się, że polubiłaś Cherry :) W opowiadaniu pojawi się więcej wampirów, które - mam nadzieję - też zdobędą Twoją sympatię ;)

Sharon d'Arc - Ja myślę, że Isabelle nie jest najszczęśliwsza z tym, że cokolwiek wymyśli, to na mur-beton nie wypali ;) Ale stara się, jak może! ;) A Cherry nie ma żadnych nieczystych myśli, możesz mi wierzyć ;) I mam nadzieję, że tempo dodania kolejnego rozdziału nie rozczarowuje :D

Kokosz - Pisanie w ogóle fanfika do Darów Anioła jest wyzwaniem, kiedy bierze się pod uwagę całokształt świata i wszystkich bohaterów, bo każdy jest tak wykreowany, że tylko wspólnie tworzą jedną, barwną całość :)