9. Prawo Azylu

Magnus przetarł twarz dłonią, nie do końca wierząc własnym oczom i pamięci. Miał ochotę na szklaneczkę szkockiej, niestety butelka została rozbita w drobny mak, a komplet szkła do alkoholu stanowił teraz kupkę bardzo trudnych do ułożenia puzzli. Zajrzał bez problemów do barku, ponieważ zamykająca go klapa leżała w trzech częściach obok lodówki w kuchni. Spośród potłuczonych, wionących procentami odłamków wyłowił ocalałą butelkę brandy. Rozejrzał się za kieliszkiem bez większych nadziei na pomyślny rekonesans, po czym pociągnął potężny łyk z gwinta. Przysiadł na strzępach czegoś, co z niemałym trudem pozwalało na niepewną identyfikację z kanapą, która jeszcze dwadzieścia minut stała w salonie. Westchnął i przeniósł spojrzenie na wampira, który siedział na porwanym, poplamionym dywanie, opierając się plecami o zdewastowany regał.

- Chyba musimy porozmawiać, Sinclair – odezwał się, na co jego nieoczekiwany towarzysz niedoli tylko uniósł wzrok znad spoczywających po przeciwnej stronie pokoju zwłok i zaśmiał się ochryple, bez cienia szacunku wypluwając na podłogę ślinę zmieszaną z krwią i drobnymi odłamkami ukruszonych zębów.

- Chyba musimy się stąd wynosić, Bane – odpowiedział z krzywym uśmiechem, kiwając głową w stronę wampira z wyrwanym, leżącym nieopodal niego sercem. – Jeśli Maurice nie wróci w ciągu godziny, Maureen na pewno jeszcze przed świtem przyśle kolejnego zabójcę. Kogoś silniejszego i skuteczniejszego dla odmiany.

Czarownik ucisnął kąciki oczu ze znużeniem. Był tak cholernie zmęczony, że nie miał nawet siły czuć wdzięczności do Sinclaira, którego pojawienie się niewątpliwie ocaliło mu życie. Sam zresztą też nie był bez winy, bo w pierwszej chwili niemal wypalił wampirowi oczy błyskawicą, przekonany, że ten przybył do mieszkania w lofcie jako wsparcie dla Maurice'a, a nie jego obrońca. Odetchnął i wychylił kolejny łyk brandy, ponownie przecierając twarz.

- Pomóż mi, Bane – prychnął ze złośliwym uśmiechem wampir i pieszczotliwie wyciągnął ku niemu ramiona jak stęskniony kochanek. – To z twojego powodu Maurice podciął mi ścięgna w kolanach, więc poczuj się odpowiedzialny za moją krzywdę – dodał. – No dalej, na razie nie uda mi się samodzielnie wstać, potrzebuję kilkunastu minut na regenerację.

Z cierpiętniczym westchnieniem Magnus podniósł się z zajmowanego przez siebie miejsca, którego nie sposób było nazywać dłużej pełnoprawną kanapą. Przemierzył ostrożnie śmietnisko, po czym nachylił się i z trudem dźwignął Dziecko Nocy w górę. Sinclair dotknął czule jego policzka i wybuchł śmiechem, gdy czarownik z gniewnym błyskiem w oku odtrącił dłoń wampira, a w ramach odwetu niemal cisnął go w resztki połamanego fotela.

- Naprawdę się zakochałeś! – zachichotał i udał, że ociera łzę. – To wzruszające. Nie sądziłem, że Magnus Bane będzie kiedykolwiek integralną składową jakiegokolwiek stabilnego, stałego związku. Nie wiem, czy bardziej zaskakuje mnie to, że jesteś mu tak uroczo wierny, czy raczej to, że twój ukochany chłopiec jest Nocnym Łowcą, których to podobno nie darzysz cieplejszymi uczuciami.

- Czemu do towarzystwa Raphael przysłał mi swojego najbardziej irytującego i doprowadzającego do szewskiej pasji syna? – warknął Magnus, wracając na ruiny kanapy i sięgając po butelkę brandy odstawioną na blacie pozbawionego nogi stolika.

- Nie do towarzystwa, tylko jako – nie ukrywam! – wybawiciela, nie ojciec, tylko moja siostra Cherry, i nie najbardziej irytującego i doprowadzającego do szewskiej pasji, a najszybszego i najbardziej walecznego spośród wszystkich dzieci Raphaela! – zaśmiał się kpiąco na widok przewracającego oczami czarownika.

- Dobrze – przytaknął w końcu Magnus nie tyle zgodnie z własnymi przekonaniami, ile dla świętego spokoju i w imię połechtania dumy wampira. – Choć to cud, że ty i twoje ego mieścicie się w jednym pomieszczeniu, chyba powinieneś wyjaśnić mi, czemu zawdzięczałem wizytę Maurice'a, bo twoja to, jak mniemam, niewątpliwa zasługa tej drobnej blondyneczki, która przytargała mojego Aleca do Maureen, obchodząc się z nim jak z workiem ziemniaków.

- Och, czyżbym usłyszał w twoim głosie nutkę nagany i pretensji? – zapytał Sinclair z drwiącym uśmiechem. – Nie musisz się martwić, moja kochana siostrzyczka na pewno dba o Nocnego Łowcę z budzącą odruchy wymiotne troską, znam ją. Będziesz musiał jej za to podziękować, bo właściwie tylko dzięki tej całej rozkosznie samarytańskiej opiece chłopak odzyskał przytomność i udało mu się przekazać nam kilka… niepokojących wieści…

Magnus spiął się nerwowo. Sinclair spoważniał, a czarownik z doświadczenia wiedział już, że w naprawdę trudnych sytuacjach nawet on trzymał swój cięty język na wodzy i potrafił wyzbyć się doszczętnie swoich szyderczych odzywek. Niegdyś z przymusu podróżowali wspólnie, doprowadzając się nawzajem do szału i z podziwu godnym uporem mierząc przy tym granice wzajemnej cierpliwości. Czasem Magnus poważnie zastanawiał się, czy cokolwiek poza szacunkiem do Raphaela Santiago powstrzymywało go od wbicia jego synowi kołka w serce i oblania wiadrem wody święconej, co stanowiłoby jedynie preludium znaczenie bardziej dalekosiężnych planów czarownika.

Odetchnął głęboko powietrzem, które nagle stało się ciężkie i tak gęste, że mógłby kroić je nożem na plastry. Miał nadzieję już nigdy w życiu nie oglądać niewiarygodnie przystojnej twarzy Sinclaira, a już zwłaszcza tej paskudnej, budzącej dreszcze miny, jaką rzeczony zwykł przybierać, gdy zamierzał obwieścić coś na miarę wiadomości o końcu świata.

Słuchał jego opowieści w zamyśleniu i z nieodpartym wrażeniem nierealności nakreślanego przez wampira scenariusza. Jeszcze pół godziny temu świat nie wydawał mu się aż tak wrogi, obcy i niebezpieczny. Owszem, Maureen budziła w nim silny niepokój, którego nie potrafił sobie do tej pory wyjaśnić, ale jego myśli zbyt absorbował Alec. Ukrył twarz w dłoniach, gdy Sinclair ciągnął historię, okrutną i oderwaną od rzeczywistości niczym stara baśń, w której dobro nie zawsze jest zdolne do pokonania zła. To niemożliwe, niemożliwe, niemożliwe…

- Bane. – Uniósł głowę, gdy niespodziewany wybawiciel dotknął jego ramienia. Na Boga, nawet nie zauważył, kiedy wampir odzyskał siły, zaleczył swoje rany i jeszcze się do niego zbliżył! – Bane, natychmiast otrząśnij się z tej swojej małej depresji i pakuj wszystkie magiczne księgi, które po wpadnięciu w łapy syna Morgensterna grożą zamienieniem świata w sieczkę. No dalej, rusz się. – Z jego głosu bez śladu znikła powaga, zastąpiona teraz dobrą, znajomą kpiną ze szczyptą rozdrażnienia zmieszanego w równych proporcjach z ponagleniem. – Potrzebujesz korespondencyjnego zaproszenia, żeby ruszyć tyłek? Czy tylko następny zamachowiec odpowiednio zmotywowałby cię do ewakuowania się stąd?

Czarownik pokręcił głową w odpowiedzi, uśmiechając się przy tym blado. Spod zarwanego i pociętego łóżka – nie pamiętał zupełnie, kiedy dwa zwarte w walce wampiry obróciły całe wyposażenie sypialni w perzynę – sięgnął niewielką sportową torbę. Jedną z tych, w jakie pakuje się dres, ręcznik i wygodne buty na zajęcia z fitnessu, a nie czarnoksięskie woluminy, ale Sinclair wykazał się niezwykłym jak na niego zrozumieniem i, nie komentując uszczypliwie bardziej, niż zakładało jego dzienne minimum, uniósł barkiem zawalone regały i półki, by Magnus mógł szybko przebrać usypaną w ten sposób stertę ksiąg. Niektóre z nich wrzucał niedbale do środka, niektóre zaś – przed potraktowaniem ich tak samo – zapobiegliwie owijał w rozrzucone dookoła elementy garderoby.

Wydobył wreszcie spod podręczników do podstaw zaklinania duchów Białą Księgę. Studiując w skupieniu jej stan i nie patrząc za siebie, wyciągnął zza odłamków półek pierwszą rzecz, która była jakimkolwiek tekstylnym materiałem, by wykorzystać ją do ochrony tomu na czas transportu. Zamarł na widok czarnego, noszącego ślady kilku napraw bezrękawnika, którego Alec używał w czasie treningów w Instytucie. Zacisnął na nim palce, a pamięć mimowolnie przywołała w jego wyobraźni obraz ukochanego Nocnego Łowcy. Wizja był tak realna, jakby chłopak znajdował się tuż obok, na wyciągnięcie ręki…

- Skończ z tymi podróżami sentymentalnymi – oznajmił Sinclair, a dla efektu upuścił podtrzymywany regał, który z ogłuszającym łoskotem zwalił się na podłogę i wprawił w drżenie szyby okien. – Jeśli to wszystko, to schodzimy na dół.

Bezceremonialnie wyrwał Magnusowi bezrękawnik, sam owinął w niego Białą Księgę i umieścił ją w torbie, którą zasunął jednym płynnym ruchem. Czarownik otrząsnął się, kiedy wampir przerzucał sobie pasek przez ramię i, nie kłopocząc się oglądaniem za siebie, ruszył w kierunku przedpokoju, by odblokować przejście zatarasowane teraz leżącymi po ukosie, wyrwanymi z zawiasów drzwiami wejściowymi. Magnus chwycił stojący w kącie, choć nieco przysypany szpargałami i tynkiem ze ścian, wiklinowy transporter o w miarę nienaruszonej konstrukcji, po czym błyskawicznie upchnął do niego zjeżonego Prezesa Miau, którego udało mu się wydobyć zza połamanych szafek kuchennych.

- Kot? – parsknął drwiąco Sinclair, mierząc czarownika spojrzeniem zarezerwowanym do patrzenia na ludzi dotkniętych nieuleczalnymi chorobami umysłowymi. – Prawie zostałeś zamordowany we własnym mieszkaniu, a zamiast o ratowaniu skóry, myślisz o zabraniu stąd swojego głupiego sierściucha?

- Tak. Widzisz, egoizm jest chyba tym, co zasadniczo nas od siebie odróżnia – syknął czarownik, oglądając się jeszcze na zrujnowane mieszkanie, które fatalnie zniosło walkę Dzieci Nocy, a wzbogacone dodatkowo truchłem jednego z nich, zdecydowanie nie prezentowało się najlepiej. – Szkoda, że nie mam energii, żeby to posprzątać.

- Nie obraź się, Bane, ale już kiedy tu dotarłem i wpadłem do środka…

- …razem z drzwiami…

- …udało mi się zorientować, że utrzymywanie porządku nie jest twoją mocną stroną.

- Miałem na myśli uprzątnięcie zwłok, Sinclair.

W wypełnionym zdeterminowaną niechęcią milczeniu opuścili lokum i zeszli klatką schodową. Magnus pomyślał luźno, czy para wynajmująca mieszkanie piętro niżej wezwała już policję w związku z odgłosami burdy nad ranem u sąsiada z góry, ale w całym budynku panowała cisza. Zdziwiło go to, ale nie miał czasu dłużej nad tym dumać, bo Sinclair kopniakiem otworzył drzwi na zewnątrz i wymaszerował w chłód nocy, a on sam zatrzymał się w progu jak wryty.

Złośliwość, jaką emanował wampir, była widoczna niemal gołym okiem.

- Nawet mowy nie ma – oświadczył kategorycznie Magnus, czując jednocześnie, że prawdopodobnie i tak nie ma wyboru, co tylko spotęguje i tak już nadmiernie posępną odmianę radości u jego nieoczekiwanego wybawiciela.

- A uważasz, że jakim cudem udało mi się dotrzeć tutaj na tyle szybko, żeby wypatroszyć Maurice'a, zanim on wypatroszył ciebie? – prychnął lekceważąco Sinclair. – Wsiadaj i przestań dyskutować.

- On jest nielegalny! – wyrzucił z siebie czarownik.

- Jasne, i mówi mi to Podziemny, który nie tylko wszedł w posiadanie Białej Księgi, ale też robił z niej użytek – zaśmiał się z figlarnymi błyskami w oczach wampir.

- To co innego – oburzył się Magnus z bolesną świadomością, że opór na nic się nie zda, ale nie znosił, gdy Sinclair miał rację. – Ja nie mam tak nie po kolei pod czerepem, żeby podjechać do Instytutu wielkim latającym motorem napędzanym demoniczną energią!

- Oczywiście, ty masz tak nie po kolei pod czerepem, że podjedziesz do Instytutu wielkim latającym motorem napędzanym demoniczną energią z torbą wypchaną czarnomagicznymi księgami, w tym między innymi Białą Księgą, która to została z kolei owinięta kawałkiem seksownego fatałaszka należącego do uwięzionego w Hotelu Dumort Nocnego Łowcy, który to z kolei jest twoim partnerem o statusie albo obecnym, co nie we wszystkich członkach Clave budzi zrozumiały entuzjazm, albo byłym, co dla odmiany zrodzi mordercze zapędy w kręgach jego najbliższej rodziny. Wiesz – klepnął czarownika w ramię z najbardziej złośliwym uśmiechem świata – wydaje mi się, że chyba jednak blado przy tobie wypadnę, dlatego ładuj tyłek na motocykl i jedziemy, bo żaden z nas nie ma wystarczająco dużo mocy, żeby dać się wplątać w kolejny pojedynek i wyjść z niego bez szwanku.

Przez chwilę Magnus Bane szczerze żałował, że nie wypalił Sinclairowi oczu, a potem skupił się już tylko na szaleńczym locie nad miastem i ściskaniu transportera z popiskującym żałośnie Prezesem Miau, który całym swoim kocim jestestwem pokazywał, jak bardzo jego gatunek nie lubi latać.

- Okej, Izz – powtórzył Jace, ale Isabelle nie miała pojęcia, który to już raz, bo po dziesiątym straciła rachubę. – Nie możemy nawalić. I mama za nic nie może się dowiedzieć. Co jej powiedziałaś?

- Że Alec jest u Magnusa – mruknęła sennie, przekazując mu ten sam komunikat co najmniej ósmy raz. – To najbardziej wiarygodna wersja, a mama nie pójdzie tam sprawdzać. – Przetarła oko i ziewnęła. – Jace, już chyba wszystko ustaliliśmy, mogę iść spać?

- Jasne. A pamiętasz, że masz zadzwonić rano do Clary i powiedzieć jej, żeby przyszła?

- Tak.

- A o naszykowaniu ampułek z wodą święconą?

- Też, zrobię to przed południem.

- I wiesz, co masz mówić mamie, jeśli na nią trafisz wieczorem?

- Na Anioła, Jace! Może i nie umiem wymyślać takich dobrych planów działań jak ty i Alec, ale nie mam jeszcze sklerozy i starczej demencji – zirytowała się, ciskając bratu sfrustrowane spojrzenie.

- Wiem, wiem! Ja tylko… – zaczął, gdy nagle rozległ się dzwon sygnalizujący przybycie kogoś do Instytutu.

Spojrzeli po sobie, a ich miny wskazywały na jednoczesne wysnucie w głowach najczarniejszych możliwych scenariuszy. Na ogół Podziemni, którzy przybywali z żądaniem rozmowy, nie mieli w zwyczaju przynosić dobrych wieści, a późna pora i ostatnie wydarzenia tylko wzmogły w obojgu obawy o najgorsze.

Isabelle zeskoczyła z łóżka, ruszyła boso przez infirmerię i wyjrzała dziurką od klucza. Zdumiona nacisnęła klamkę i ostrożnie wetknęła głowę za drzwi. Brat Euzebiusz opuścił stanowisko? Nie oglądając się, machnęła tylko ręką na Jace'a, by szedł za nią, i powoli opuściła salę szpitalną.

Dzwon obudził wszystkich Nocnych Łowców. Oboje słyszeli rozeźlone, zaspane głosy i echa trzaskających drzwi. Isabelle zamierzała coś powiedzieć, ale Jace gestem nakazał jej milczenie, a potem zaczął przemykać korytarzem w kierunku wejścia. Wzruszyła ramionami i pomaszerowała za nim. Podziemni bardzo rzadko zgłaszali otwarcie chęć do dyskusji, a środek nocy był porą zdecydowanie niecodzienną. Zacisnęła pięści, starając się opanować bijące zbyt mocno i zbyt szybko serce.

Zbiegli klatką schodową, na dole wpadając już w gromadzący się tłum. Maryse Lightwood w szlafroku narzuconym na koszulę nocną otwierała wielkie, dwuskrzydłowe drzwi. Isabelle i Jace bez pardonu przepchnęli się w pobliże matki, która była tak znużona, że przesunęła tylko zmęczonym spojrzeniem po przybranym synu, nie komentując już nawet jego samowolnej ucieczki z infirmerii. Na zewnątrz błękitny blask księżyca rzucał głębokie cienie, a nocne powietrze przenikało chłodem. Isabelle stanęła na palcach, ale nie mogła niczego dostrzec, dopóki na rozkaz Maryse bramy nie zostały otwarte.

- Magnus? – wykrztusiła kobieta na widok czarownika z kotem w transporterze, a towarzystwo wampira ze sportową torbą na ramieniu, dodatkowo opartego nonszalancko o demoniczny motocykl, zupełnie wymykało się jakiejkolwiek logice.

Isabelle nabrała oddechu z sykiem, na szczęście zbiegająca po schodach Maryse nie zwróciła na to uwagi. Magnus był podrapany, pokaleczony i potłuczony. Nawet w ciemności Nocna Łowczyni widziała pękniętą dolną wargę i ciemny siniec na lewym policzku. Pod względem obrażeń, prawdopodobnie zaleczonych dzięki naturalnym zdolnościom, wampir prezentował się lepiej, choć porwane, poplamione krwią ubrania świadczyły o tym, że obaj wdali się w groźną bójkę, z której tylko jakimś cudem uszli z życiem.

- Gdzie jest moje dziecko? – warknęła Maryse, chwytając ramię Wysokiego Czarownika Brooklynu z mocą sugerującą, że nie zamierza puścić, póki nie otrzyma satysfakcjonującej odpowiedzi.

- To chyba tyle, jeśli idzie o naszą akcję ratunkową… – mruknął cicho Jace, ale Isabelle zignorowała go, wpatrując się z oszołomieniem w przybyszy.

- Tak, obaj czujemy się świetnie, Maryse, choć jeden z nas padł ofiarą zamachu, a drugiemu ledwie udało się wygrać walkę na śmierć i życie z pobratymcem – sarknął Magnus, bez powodzenia usiłując odzyskać kończynę. – Zaraz wszystko ci opowiem – mruknął, po czym odwrócił się w kierunku Nocnych Łowców. – W imię Prawa i Porozumień żądamy Azylu w Instytucie – oznajmił.

W ciszy, jaka nagle zapadła, drwiący śmiech wampira zabrzmiał niemal ogłuszająco.

- Jesteśmy teraz uciekinierami – warknął coraz bardziej rozjuszonym tonem czarownik, piorunując wzrokiem rozbawione Dziecko Nocy. – Moje mieszkanie na Brooklynie nie jest bezpieczne, a Sinclair nie może wrócić do siedziby klanu, bo zostałby tam natychmiast rozszarpany. W Hotelu Dumort doszło do… zmiany układu sił, co powinno was zainteresować, zważywszy na fakt, że sam Instytut nie jest już dla Dzieci Nocy nietykalny. Ale i tak zamierzamy skorzystać z prawa Azylu, bo mamy tu większe szanse przeżyć, niż usypując barykady w moim mieszkaniu – dodał, by rozwiać jakiekolwiek nadzieje na to, że pozwoli odesłać się z kwitkiem.

Przez szeregi Nocnych Łowców przeszedł pełen niedowierzania szmer. Członkowie Clave spoglądali po sobie, pomrukując między sobą i kiwając lub kręcąc głowami. Isabelle zadrżała. Nie wiedziała jeszcze, co się stało, ale cokolwiek to było, gdzieś głęboko wewnątrz czuła, że zignorowanie ostrzeżeń Magnusa byłoby najgorszym możliwym posunięciem. Czarownik tymczasem wysunął delikatnie rękę z osłabłego uścisku Maryse, a gdy spojrzał na nią, jego twarz złagodniała.

- Alexandra nie było z nami – rzekł. – Choć nie mogę z czystym sumieniem zapewnić cię, że nic mu nie grozi – dodał z bólem, po czym zwrócił się ponownie do skonsternowanych Nocnych Łowców: – Resztę opowiemy w Sanktuarium. Zaprowadźcie nas tam i… – Zerknął na stojącego obok wampira. – I motor też. Promienie słoneczne go zniszczą, a czuję się niejako w obowiązku chronić środek transportu, który, co z żalem muszę przyznać – westchnął, kiedy Sinclair obdarzył go kolejnym uśmiechem z kompletu tych mających za zadanie w jak najdosadniejszy sposób ukazać mu jego rację i wyższość – uratował mi życie…

...

...

...

Intoxic - Też wolę Jace'a jako jednego z Lightwoodów, a nie jako Herondale'a :) I nie martw się o Magnusa, on przecież nie dałby się zabić - zwłaszcza, kiedy ma dla kogo żyć ;)

Kokosz - Staram się połączyć ze sobą wszystkie elementy świata, żeby uzyskać jedną, spójną wizję, która uwzględni całość tworu ;) Przykro mi, że reagujesz na wampiry alergicznie, niestety moje opowiadanie jest z nimi najmocniej związane, dlatego z niejednym będziesz się jeszcze musiała przemęczyć ;)

Sharon d'Arc - Pomysł z butelką okej, ale chyba by nie wypalił, bo Maureen jest jednak za cwana ;) Poza tym butelkowa ilość to byłoby zdecydowanie za mało jak na jej potrzeby i ambicje :D A co do Jace'a - zasady są po to, żeby on mógł je łamać albo naginać do własnych potrzeb ;) Zwłaszcza, jeśli w grę wchodzi bezpieczeństwo kogoś z rodziny ;)