10. Wieczni parabatai
Magnus czuł się znużony i wyzuty z sił. Torba na ramieniu ciążyła mu niemiłosiernie, nie wspominając już o ważącym całe tony Prezesie Miau, przez którego ledwie udawało mu się stawiać kolejne kroki naprzód. Prowadzący go przez Instytut Jace i Isabelle ponownie przystanęli, by na niego zaczekać, a czarownik sarknął w głębi ducha na niedomyślność Nocnych Łowców, którzy jak na razie nie wpadli na pomysł poniesienia bagaży, a jako Wysoki Czarownik Brooklynu wciąż miał więcej dumy niż sił, w związku z czym nie zamierzał prosić o pomoc. Odetchnął ciężko, klnąc w myślach siarczyście na kilometry korytarzy i niebotyczne wysokości klatek schodowych, gdy Jace otworzył niewielkim kluczem jedne z bocznych drzwi i gestem zaprosił Magnusa do środka. Czarownik nie potrzebował lepszej zachęty. Wsunął się do wnętrza posuwistym krokiem rozpadającego się na kawałki zombie, postawił transporter z kotem na dywanie, zrzucił z ramienia torbę… i zamarł.
- To… – zaczął, aż nazbyt dobrze przeświadczony, co usłyszy.
- To pokój Aleca – wyjaśniła Isabelle takim tonem, jakby oznajmiała jedną z ogólnie znanych prawd wszechświata i nie widziała w obecnej sytuacji zupełnie niczego nienaturalnego. – Gdyby tu był, na pewno chciałby, żebyś wprowadził się do niego.
Tego akurat nie byłbym taki pewien, pomyślał z goryczą czarownik, ale skinął dziewczynie głową. Uznał, że o rozstaniu powinna się dowiedzieć od brata, a nie jego byłego partnera, choć wszyscy bogowie mu świadkiem, jak bardzo żałował tego, co stało się na opuszczonej stacji metra.
Gdy Jace wypuszczał nastroszonego Prezesa Miau, Magnus przesunął wzrokiem po dosyć surowym i niemalże sterylnie utrzymanym wnętrzu. Nigdy tu nie był, ale subtelne detale wtopione w generalną prostotę i praktyczność umeblowania pozwalały mu natychmiast powiązać to pomieszczenie z jego właścicielem.
Na szafce stojącej przy gładko zasłanym łóżku dostrzegł oprawione w chromową ramkę zdjęcie. Rozpoznał je mimo panującego półmroku, bo sam posiadał odbitkę we własnym albumie, ale serce ścisnęło mu się na widok dobrze znanego ujęcia. On i Alec stali objęci na balkonie, z którego roztaczał się widok na dachy paryskich kamieniczek skąpanych w ciepłym świetle zachodzącego słońca. Wydawali się wtedy tak szczęśliwi, bez pamięci w sobie zakochani, pełni radości i wiary we wspólną przyszłość. Czy po tym wszystkim Alec mu wybaczy? Czy będzie jeszcze w stanie uśmiechnąć się tak szczerze, jak na tym starym zdjęciu? Potrząsnął głową i dopiero po chwili dotarło do niego, że Isabelle najwyraźniej już od dłuższego czasu coś mówiła.
- …musi odpocząć, kazał przyjść do Sanktuarium za godzinę, dlatego powinieneś się teraz wykąpać i położyć na trochę. Łazienka jest za tamtymi drzwiami, a ręczniki i ubrania znajdziesz w szafie obok okna. Pewnie nic, co nosi Alec, nie będzie na ciebie pasowało, bo jest od ciebie niższy i lepiej zbudowany, bez obrazy, dlatego poszukam jeszcze czegoś u innych Nocnych Łowców, ale musisz się przygotować na coś nudnie czarnego i bez okrucha brokatu – wymieniała tak szybko, że Magnus przysiadł na skraju łóżka i ucisnął palcami skronie, z trudem przyswajając sobie wszystkie informacje wyrzucane w tempie strzelającego salwami karabinu. – Brat Euzebiusz przygotuje dla ciebie miksturę wzmacniającą, powinna też wspomóc proces regeneracji mocy. Mama wysłała już wiadomości do Idrisu, a ponieważ na mocy ostatnich postanowień w Alicante są czarownicy, wsparcie ze stolicy powinno przybyć przez utworzoną Bramę już niedługo. Gdybyś czegoś potrzebował, to pokój Jace'a jest na końcu tego korytarza w lewo i po prawej stronie. Przyjdziemy po ciebie za godzinę i poprowadzimy do Sanktuarium, gdzie razem z wampirem zostaniecie przesłuchani.
Magnus pokiwał tylko głową, mierząc wzrokiem ilość kilometrów dzielących go od prysznica, kiedy Nocni Łowcy ruszyli do wyjścia. Tak daleko, westchnął ze znużeniem, które ciągnęło jego ciężkie powieki w dół. Spojrzał na Isabelle. Dziewczyna zatrzymała się w progu i zerknęła na przybranego brata, nim odezwała się głosem, w którym nie pozostał zupełnie żaden ślad poprzedniej pewności i rzeczowości.
- Czy… Czy ten wampir, Sinclair, czy mówił coś o Alecu? – zapytała cicho, zaciskając nerwowo palce na futrynie, jakby walczyły w niej strach i desperacka potrzeba usłyszenia odpowiedzi.
- Nie martw się, moja słodka Isabelle – odpowiedział Magnus, sam na siebie zły za brak przekonania we własnym głosie. – Twój brat jest teraz pod opieką dzieci Raphaela. Cherry, siostra Sinclaira, przyrzekła strzec go i uchronić przed jakąkolwiek krzywdą. Zobaczymy się z nim wieczorem – dodał, całą siłą woli samemu starając się uwierzyć we własne słowa.
…
- …i suknia będzie biała! – ciągnęła rozentuzjazmowanym tonem Maureen, niemalże podskakując na fotelu z ekscytacji. – Długa i biała, bo muszę wyglądać jak prawdziwa królowa!
Simon z trudem skupiał się na jej słowach, dokładając wszelkich starań, żeby uśmiechać się promiennie i kiwać głową z aprobatą. Pochłaniały go myśli o Nocnych Łowcach i Magnusie, dlatego nie zauważyłby nawet, gdyby z podobną żarliwością potakiwał wampirzycy mówiącej o planach zagłady świata.
Cherry obiecała natychmiast wysłać kogoś do czarownika, ale jak na razie nie otrzymał żadnej wiadomości, co tylko potęgowało jego obawy. Ze wszystkich sił próbował zająć czymś Maureen do świtu, by jej czternastoletnia jaźń przyćmiła instynkty bestii i przynajmniej do zmierzchu nie wykombinowała niczego groźnego. Ponownie pokiwał głową, kiedy nowa przywódczyni klanu z piskiem radości wpadła na pomysł uwicia wieńca z żywych białych róż, które cudownie pasowałyby do sukni i doskonale kontrastowały z jej ciemnymi włosami. Odpłynął myślami, gdy zaczęła referować mu plany fryzjerskie, zastanawiając się zawzięcie, czemu czas płynie tak wolno i że dostanie szału, jeśli za chwilę nie dowie się, czy Magnus uniknął zamachu.
- Przypnę ci białą różę do klapy garnituru! – kontynuowała z roziskrzonymi oczami Maureen, wychylając się w jego stronę. – Uwielbiam białe róże! Każę przynieść całe naręcza i wypełnić nimi naszą sypialnię.
Na hasło „sypialnia" Simon wyprostował się, ale w ułamku sekundy dokonał korekty miny, by z wyrazu skrajnego przerażenia przyjęła aprobowany przez wampirzycę szeroki, wymuszony uśmiech. Musi się stąd wydostać! Ten ślub to jakieś szaleństwo! Ukradkiem rozejrzał się po sali kominkowej, nie mając wielkich nadziei na ratunek. Raphael stał przy fotelu władczyni nieruchomy i nieporuszony niczym posąg, a dwie wampirzyce, wyraźnie zdeklarowane zwolenniczki Maureen, siedziały na wytartym dywanie u jej stóp, chichocząc między sobą i wplatając drobne białe kwiaty w długi koronkowy welon. Simon nie patrzył na nie dłużej, niż musiał, bo na widok swoich potencjalnych druhen i ślubnego welonu robiło mu się słabo.
- I musimy pojechać gdzieś na nasz miesiąc miodowy! Koniecznie! Nigdy nie byłam w Tunezji. Albo może Maroko? Tak? – Simon drgnął, wyczuwając nagle silną, władczą nutę w głosie Maureen i powiódł wzrokiem za jej spojrzeniem, które znów przypominało wrogie łypanie agresywnego zwierzęcia, gotowego zaatakować i zabić w każdej chwili.
Do sali kominkowej bezszelestnie wsunął się… najpiękniejszy wampir, jakiego Simon kiedykolwiek widział, a od wieczora poprzedniego dnia naoglądał się wszak całych rzeszy. Zamrugał z niedowierzaniem, kiedy nieprzytomnie urodziwe Dziecko Nocy zbliżyło się do nich miękkim krokiem i skłoniło w sposób nadnaturalnie zgrabny. W chwili przemiany mężczyzna miał najdalej dwadzieścia lat i najpewniej już za życia kobiety mdlały z wrażenia na jego widok, a dar mrocznej krwi tylko pogłębił jego niesamowity urok i niebywałe piękno. Simon poczuł się przy nim niemal jak Quasimodo przy Esmeraldzie.
- Czego chcesz, Featherdark? – rzuciła sucho Maureen, która nie wydawała się w jakimkolwiek stopniu ujęta urodą przybysza.
- Proszę uniżenie o wybaczenie – zaczął wampir, a Simon z udręką odnotował fakt, że nawet jego głos emanuje niezrównaną miękkością, a każde wypowiedziane przez niego słowo brzmi jak pieśń. – Zgodnie z twymi sugestiami, najjaśniejsza pani, chcemy przenieść Nocnego Łowcę na dzień do lepiej zamkniętego pomieszczenia. Nie śmiemy odciągać cię od przygotowań do twego wielkiego dnia – przemówił tonem, który sprawił, że siedzące przy Maureen wampirzyce wpatrzyły się w niego urzeczone, a Simon musiał niechętnie przyznać przed samym sobą, że przed chwilą wyglądał na zapewne tak samo jak one oczarowanego. – Czy twój wielmożny przyszły małżonek zechciałby doglądnąć przetransportowania zakładnika?
- Och – mruknęła Maureen, krzywiąc się z niechęcią. – Jeśli twierdzicie, że jesteście takimi pierdołami, że nie potraficie zrobić niczego bez nadzoru mojego Simona, niech będzie – westchnęła cierpiętniczo, choć w blasku jej oczu Chodzący za Dnia dostrzegł gniewne, zniecierpliwione i rozdrażnione migotanie. – Kochanie, czy pomógłbyś tym ofiarom losu?
- Oczywiście, najdroższa – odpowiedział szybko, a Bóg mu świadkiem, z jakim trudem wypluł z siebie epitet, okraszając go sztucznym uśmiechem odsłaniającym uzębienie po same ósemki. – Uwiniemy się szybko i niebawem wrócę do ciebie.
Wstał z fotela i ruszył za wampirem, starając się nie zerwać z miejsca jak oparzony i nie pognać do drzwi, jakby goniło go całe Piekło. Odetchnął na korytarzu z niewypowiedzianą ulgą, po czym pomaszerował za wiodącym go schodami w górę Dzieckiem Nocy, próbując pozbyć się przy tym nieznośnego wrażenia, że przy płynącym niemal wampirze, jego własny krok musiał wyglądać pokracznie jak chód w wykonaniu kaczki, której wydaje się, że może biegać niczym gazela. Zamarł, gdy przewodnik nagle zwolnił, by się z nim zrównać.
Miał rozjarzone, niebieskie oczy, a długie, połyskujące na granatowo czarne włosy spływały swobodnie miękkimi kaskadami na jego ramiona i plecy. Nosił skórzane rękawiczki bez palców, zapiętą pod samą szyję białą koszulę z żabotem, wytworny czarny frak z dwoma rzędami złotych guzików i opinające nogi czarne spodnie wpuszczone w wysokie oficerki do jazdy konnej. Simon nie mógł pozbyć się wrażenia, że prezentuje się przy nim jak nie przymierzając stary składak przy luksusowym Ferrari.
- Miło mi cię poznać, Chodzący za Dnia – odezwał się ideał męskiej urody z uśmiechem, który przyprawiał przedstawicielki płci pięknej o motylki w brzuchu. – Nazywam się Marant Featherdark. Wybacz, że wyciągnąłem cię z sali kominkowej w tak ordynarny sposób, ale musimy porozmawiać, a Nocnego Łowcę faktycznie, zgodnie z rozkazami Maureen, przeniesiemy do innego pokoju.
Simon skinął tylko głową, bo jego własny głos nagle wydał mu się ogromnie pospolity i kaleczący wręcz uszy swoim brzmieniem. Westchnął z irytacją na samego siebie, kiedy pełne gracji ruchy Featherdarka i łagodne kołysanie jego bioder mimowolnie skłoniły go do ponownego rozważenia kwestii własnej heteroseksualności. Na Boga!, jęknął w myślach. On musi mieć w sobie domieszkę krwi inkuba, bo tylko to może tłumaczyć ten jego cholerny, powalający urok!
Pozwolił przepuścić się przodem w drzwiach i pożałował natychmiast, kiedy przeszedł za blisko niego, bo uderzyła go silna fala zdecydowanie zbyt kuszącego i uwodzicielskiego zapachu przypominającego nieco drzewo sandałowe ze słodkimi, kwiatowymi akordami. Rzucił wampirowi rozeźlone spojrzenie, na co ten odpowiedział tylko niewinnie uniesionymi kącikami idealnie wykrojonych ust.
Zirytowany na nagłe wrażenie trzepotania w żołądku, Simon wszedł do pokoju i od razu dostrzegł uniesione w wyrazie zdumienia brwi Aleca, którego twarz sugerowała, że toczy się w nim bitwa między uczuciem zaskoczenia a zażenowaniem objawiającym się delikatnym rumieńcem na bladych policzkach. Tylko że on jest przynajmniej zdeklarowanym gejem, pomyślał cierpiętniczo Simon, opadając na łóżko obok Nocnego Łowcy. Zauważył opartą o biurko Cherry dopiero, gdy zachichotała z rozbawieniem, co wywołało w nim jedynie kolejne fale złości na samego siebie. Featherdark zamknął drzwi i oparł się o nie, a Simon z prawdziwą wściekłością przeklął samego siebie za mimowolną myśl, że ten cholerny wampir wyglądałby jak miss piękności nawet gdyby dostał trądu albo w brudnych, podartych ubraniach wymiotował na środku ulicy.
- Przede wszystkim – zaczął Featherdark tonem, który sprawił, że Simon musiał poważnie zastanowić się, czy będzie w stanie skupić się na jego słowach. – Magnus jest bezpieczny, Alexandrze Gideonie Lightwood – zwrócił się do Nocnego Łowcy, który rozluźnił napięte dotąd mięśnie i pozwolił sobie na uśmiech wyrażający ulgę. – Twoja wiadomość ocaliła mu życie, nie umniejszając oczywiście zasług Sinclaira, który przybył mu na ratunek niemal w ostatniej chwili – dodał, na co Cherry zaśmiała się lekko. – Teraz obaj są w Instytucie i zostaną niebawem przesłuchani przez Clave, które z pewnością nie zignoruje ich ostrzeżeń. To wszystko dobre wieści.
- Na szczęście – rzuciła pogodnym głosem Cherry. – Niestety na polecenie Maureen musimy cię stąd przenieść, Alexandrze. Twoje rany zostały uleczone i odzyskujesz siły, dlatego na dzień zostaniesz zamknięty w pomieszczeniu, z którego nie uda ci się wydostać, gdy cały klan zapadnie w sen. Przykro mi – dodała, a jej mina świadczyła o tym, że naprawdę czuje się winna i zapobiegłaby tym przymusowym przenosinom, gdyby tylko mogła. – Ja muszę opuścić jeszcze siedzibę, a do świtu została tylko godzina, dlatego Featherdark zastąpi mnie i będzie wam służył pomocą. Możecie mu w pełni zaufać – zapewniła jeszcze, obdarzając brata uśmiechem, po czym wyszła z pokoju.
Absurdalnie piękny wampir zbliżył się do Nocnego Łowcy, a Simon zaklął gniewnie w myślach, gdy ponownie owionął go ten irytująco urzekający zapach. Potrząsnął głową, desperacko starając się pozbyć niechcianych myśli, kiedy Featherdark skłonił się dwornie, oferując Alecowi pomoc z podniesieniu się z łóżka. Nocny Łowca, przebrany teraz w czysty komplet ubrań, zsunął stopy na zakurzoną podłogę, nie wypuszczając z dłoni płaszcza Magnusa i podartego niebieskiego szala, który – jak zauważył Simon – był jedynym elementem jego starej garderoby, jaki pozostał w tym pokoju. Chłopak dźwignął się ciężko i niemal od razu opadł z powrotem na posłanie.
- Przepraszam… – wyjąkał, uciekając wzrokiem w bok. – To tylko… Zakręciło mi się w głowie i… – próbował się tłumaczyć, ale Featherdark tylko uśmiechnął się łagodnie w odpowiedzi.
Ruch był tak błyskawiczny, że Simon zobaczył jedynie jego ostateczny skutek. Alec w jednej chwili został uniesiony w ramionach wampira i kilka sekund zajęło mu zorientowanie się w swoim obecnym położeniu. Spłonił się niemal natychmiast, przyciskając do siebie płaszcz i szal, gdy Featherdark z rozbawieniem czającym się w niebieskich oczach ruszył w kierunku drzwi.
…
Magnus powiódł spojrzeniem po skonsternowanych twarzach członków Clave. Siedział obok Sinclaira, który skończył właśnie swoją opowieść, ale tłum Nocnych Łowców na niewielkiej przestrzeni Sanktuarium sprawiał, że poczucie osaczenia było silniejsze, niż sam by sobie tego życzył.
- Rozumiem – zaczęła powoli Jia Penhallow, jakby dokładnie ważyła każdą wypowiedzianą przez siebie sylabę – że Alexander Lightwood jest zakładnikiem nowej przywódczyni nowojorskiego klanu Dzieci Nocy, i że wyda go jedynie w zamian za ofiarę z krwi Jace'a Herondale'a.
- Lightwooda – wtrącił Jace, skarcony natychmiast przez przybraną matkę, której spojrzenie było tak ostre, że mogłoby posłużyć jako nóż do oprawiania mięsa.
- O ile uważacie, że to wasz największy problem – oznajmił chłodno Sinclair. – Jak mówiłem, Maureen jest potężniejsza, niż może się wam wydawać. Piła krew Nocnego Łowcy. Ma dzięki niej dostęp do Instytutu, a na dodatek chce stać się Chodzącą za Dnia i opowiedzieć po stronie Jonathana Morgensterna w wojnie przeciwko Clave. Zdecydowała się też likwidować waszych najistotniejszych sojuszników. Na razie uderzyła na Wysokiego Czarownika Brooklynu – ciągnął beznamiętnie, a Magnus poczuł wdzięczność, że wampir gładko przemilczał temat i nie zdradził tajemnicy Białej Księgi nielegalnie znajdującej się w jego posiadaniu. – Ale na twoim miejscu, Lucianie Graymark – skinął w kierunku narzeczonego Jocelyn – uważałbym na bezpieczeństwo twojego zapchlonego stada.
- Twierdzisz, że wampiry będą walczyły przeciwko nam – odezwał się jakiś sceptyczny głos z tyłu, ale Magnus nie dostrzegł jego źródła, bo ze złości i frustracji prawdopodobnie rzuciłby w nie kubkiem ziołowej mikstury, jaką otrzymał przy wejściu do Sanktuarium od Brata Euzebiusza. – Ile warte są twoje ostrzeżenia, gdy sam jesteś jednym z nich?
Sinclair przeczesał nerwowo swoje jasne włosy, skręcone w miękkie loki sięgające nieco za ramiona, wbijając gniewne spojrzenie gdzieś na lewo od wejścia. Magnus zmienił pozycję, bo na niewygodnym, drewnianym krześle drętwiały mu nogi, a przy podobnym poziomie pychy i arogancji ze strony Clave, przekonanie Nocnych Łowców o realności zagrożenia może jeszcze potrwać. Upił kolejny, cierpki łyk napoju, gdy wampir zasyczał ze słabo skrywaną złością:
- Nie wiem, czy słuchał mnie pan uważnie – wycedził, a gniew sprawił, że wysunęły się jego kły i połyskiwały teraz groźnie między rozchylonymi wargami. – Klan nie jest w tej chwili jednorodnym organizmem. Raphael Santiago, jego dzieci i poplecznicy proszą o pomoc w obaleniu barbarzyńskich rządów Maureen. Ojciec przyrzeka, że w zamian Dzieci Nocy staną u boku Clave w nadchodzącej wojnie. Poza tym – dorzucił wściekle – nasza nowa przywódczyni pojmała i torturowała jednego z waszych.
- Owszem, ale nie tylko ja uważam, że Alexander to słabe ogniwo rodu Lightwoodów – odparła zdegustowanym tonem jakaś starsza kobieta, której Magnus nie kojarzył, ale i tak nabrał ogromnej ochoty, by wepchnąć jej trzymany przez siebie kubek w gardło i upewnić się, że skutecznie ją to zabije. – Dla nas wszystkich będzie lepiej, jeśli jego geny nie zostaną przekazane dalej, a i sam w sobie nie wyróżniał się na tle rówieśników. Clave nie odczułoby jego straty, a obdarzenie niebezpiecznej wampirzycy mocą Chodzenia za Dnia jest wykluczone.
- Nie może pani…! – zaczęli jednocześnie oburzeni Clary i Jace, ale nie udało im się dokończyć wątku, kiedy ponad ich głosy wybił się rozwścieczony krzyk Isabelle.
- Jak pani śmie! Niech się pani nie waży mówić w ten sposób o moim bracie! Nic pani o nim nie wie! Jest pani tylko starą, zrzędzącą…! – wrzeszczała, zrywając się ze swojego miejsca, natychmiast jednak została w kilku żołnierskich słowach poinformowana przez ojca, że jeszcze jeden taki wybryk, a razem z Jace'm i Clary opuszczą Sanktuarium.
Magnus kipiał z wściekłości. Palce zaciśnięte na kubku aż mu pobielały, a samo naczynie tylko jakimś niewyjaśnionym cudem nie rozpadło się na kawałki, zmiażdżone w jego uścisku. Niewyobrażalne! Spodziewał się, że skostniałe, fałszywie przekonane o własnej potędze Clave będzie trudno nakłonić do działania, ale nigdy nie przypuszczał, że mogliby skazać Aleca na śmierć, mając na uwadze jedynie… Jego orientację i partnera, który jest dla nich niczym więcej jak tylko brudnym Podziemnym…
Czarownik zacisnął zęby tak mocno, że niewiele brakowało, by potrzaskały. Jakim koszmarnym egoistą byłem!, pomyślał z rozpaczą, przesuwając zbolałym spojrzeniem po obecnych w Sanktuarium Nocnych Łowcach. Alec tyle zaryzykował, tyle poświęcił, wystawił się na krytykę tych wszystkich podłych ludzi, musiał codziennie znosić ich szykany i szyderstwa, które i teraz padały z różnych krańców sali. Teraz, gdy on tkwił zamknięty w Hotelu Dumort i był zdany jedynie na pomoc z zewnątrz.
Siedzący obok Sinclair najwyraźniej podzielał opinię Magnusa. Obaj tylko wyjątkowo zgadzali się w jakichkolwiek kwestiach, większość czasu poświęcając na wzajemne kłótnie, dlatego czarownik poczuł ulotną nić sympatii do wampira, który teraz wstał z krzesła i potoczył po twarzach zgromadzonych Nefilim rozjuszonym spojrzeniem zielonych oczu.
- Jesteście żałośni! Żałośni! – ryknął nieludzkim głosem, uciszając tym samym wszelkie toczące się między Nocnymi Łowcami dyskusje. – Czekam, aż ukarzecie mnie za posiadanie motocykla napędzanego demoniczną energią! No dalej! – zaśmiał się tak, że zabrzmiało to nieprzyjemnie jak zgrzyt tłuczonego szkła. – Idąc waszym tokiem myślenia, mój motocykl jest w tej chwili najistotniejszą do rozstrzygnięcia kwestią!
- Licz się ze słowami, Podziemny! – zawołał czerwony na twarzy starzec. – Powinieneś być wdzięczny, że pozwalamy istnieć twojej plugawej rasie! Powinieneś…!
- Cisza! – krzyknęła Jia Penhallow, wyprowadzona z równowagi i dysząca ciężko z wściekłości. – Cisza – powtórzyła dobitnie, nim zwróciła się do Sinclaira: – Wiesz, że wedle Prawa słowo Podziemnego nie jest równe słowu Nefilim. Nie możemy poddać cię przesłuchaniu z użyciem Miecza Anioła, jak więc możemy być pewni, że… te niebezpieczeństwa, o jakich mówisz, są realne i rzeczywiście stanowią dla nas zagrożenie?
- Oczywiście – prychnął kpiąco Sinclair, po czym sięgnął dłonią do zapiętej na klamry stójki swojego skórzanego płaszcza. – Jak zwykle tylko słowo Nefilim ma dla was znaczenie…
…
Simon wszedł do ciemnego pomieszczenia kilka kroków za Featherdarkiem, by nie torturować swojego nosa subtelną wonią drzewa sandałowego i kwiatów. Zamknął za sobą drzwi i odwrócił się akurat w momencie, w którym zobaczył Aleca wypadającego z objęć wampira na zakurzoną podłogę.
- Alec! – zawołał i doskoczył do niego, by sprawdzić, czy wszystko z nim w porządku, ale zmartwiał na widok skrajnego szoku na twarzy Nocnego Łowcy.
Powoli, z narastającą w gardle gulą strachu, powiódł wzrokiem za spojrzeniem Aleca, utkwionym nieruchomo w postaci Featherdarka. Najpierw zauważył zerwany żabot i puste luki po guzikach przy kołnierzyku koszuli, a potem…
- Nie… Nie wierzę… – wyszeptał, czując niesamowitą suchość w ustach.
…
Magnus początkowo osłupiał. Czy Sinclair oszalał? Co on zamierzał osiągnąć tym całym striptizem? Potrząsnął głową z niedowierzaniem i już zamierzał skomentować jakoś wyraźną niepoczytalność wampira, gdy ten jednym, płynnym ruchem zsunął płaszcz do łokci razem ze znajdującą się pod nim koszulą. Czarownik w jednej chwili zapomniał, że powinien oddychać.
Choć to samo zdawało się dotyczyć też wszystkich zgromadzonych w Sanktuarium członków Clave, z których część wydała z siebie przerażone okrzyki na wydechu.
Od szyi w dół ciało Sinclaira było pokryte czarnymi, dobrze znanymi runami i bliznami po starych Znakach. Magnus miał wrażenie, że ktoś włączył wewnątrz jego czaszki silnik samolotu. Nie zauważył nawet, że po jego kolanie spływa strumień ziołowego naparu, przelewający się swobodnie przez krawędź zbyt przechylonego kubka. Zamrugał, ale to nie pomogło. Pierwsza odzyskała głos i zrobiła z niego użytek Maryse.
- To… Nie, to jakiś obłęd… Sinclair, czy to możliwe, że ty… Że byłeś Nocnym Łowcą? – wykrztusiła z trudem, przyciskając dłoń do ust.
- Tak – odparł bez wahania wampir, mierząc Nefilim pogardliwym spojrzeniem. – I gdy na was patrzę, chyba cieszę się, że już nie należę do Clave.
- Nie! To jakaś kpina! Jak śmiesz żartować z nas w ten sposób, ty mały, podły… – zaczęła z pasją Nocna Łowczyni, która jeszcze przed chwilą dowodziła, że ocalenie Aleca bynajmniej nie należy do priorytetów.
- Zamilcz, Cynthio – rozkazała nieznoszącym sprzeciwu tonem Jia. – Znaków nie da się zafałszować, wszyscy je doskonale poznajemy. Żaden wampir nie mógłby nanieść ich na swoje ciało, jeśli nie posiadał ich przed przemianą, dlatego jedynym wyjaśnieniem jest prawdziwe pochodzenie Sinclaira – oznajmiła, po czym westchnęła, a rysy jej twarzy złagodniały, kiedy opadła na krzesło. – Jakkolwiek irracjonalne się to wydaje…
…
- Na Anioła… – wyszeptał Alec, nie odrywając wzroku od Featherdarka. – Ty jesteś… Byłeś Nocnym Łowcą…
- Zgadza się – odparł spokojnie wampir, odsłaniając palcami poły koszuli, pod którymi czerniły się na jego ramionach i torsie kolejne Znaki. – Jesteś dokładnie tak bystry i błyskotliwy, jak przypuszczałem, Alexandrze – uśmiechnął się niemalże z czułością. – Zauważyłeś wystający spod rękawiczki fragment runy Widzenia na mojej dłoni, prawda? Ogromnie ryzykowna hipoteza, a przy tym pełne odwagi działanie. Jestem z ciebie dumny.
Przykląkł zgrabnie i z nieprawdopodobną gracją zaoferował Alecowi dłoń, której ten jednak nie przyjął, wciąż mierząc Dziecko Nocy pełnym niedowierzania spojrzeniem. Simon dopiero po chwili zauważył, że gapi się na niego z otwartymi ustami i zakłapnął je nieco zbyt energicznie, bo aż mu zęby zadzwoniły.
- Nie obawiajcie się mnie – odezwał się cicho, niemal prosząco Featherdark, co do reszty zdezorientowało Chodzącego za Dnia. – Nie obawiaj się mnie, Alexandrze. Nie spotka cię z mojej strony żadna krzywda, przyrzekam. Ja…
…
- Nazywam się Ragan Sinclair, w przeszłości byłem Charlesem Christianem Waylandem. Urodziłem się w 1907 roku. Jestem kochankiem i parabatai Fabiana Alexandra Lightwooda, znanego teraz pod imieniem Marant Featherdark.
…
- Nazywam się Marant Featherdark, w przeszłości byłem Fabianem Alexandrem Lightwoodem. Urodziłem się w 1907 roku. Jestem kochankiem i parabatai Charlesa Christiana Waylanda, znanego teraz pod imieniem Ragan Sinclair.
...
...
...
Intoxic - Oczywiście, że Magnusowi nic się nie stało (no, nie licząc drobnych obrażeń...), nie chciałabym, by ktoś z czytających zamordował mnie za zrobienie krzywdy tej postaci ;) A przynajmniej większej krzywdy, niż to do tej pory miało miejsce ;) W torturowaniu go to akurat Ty tutaj jesteś lepsza XD
Kokosz - Niestety jesteś skazana na kolejne wampiry, wybacz! Mam nadzieję, że mimo wszystko nie zrezygnujesz, pokonana nadmiarem krwiopijców, i uda Ci się szczęśliwie doczekać końca tego opowiadania, z którego nieoczekiwanie nawet dla mnie zaczyna się robić istny tasiemiec... X3
Sharon d'Arc - Prezes Miau niejedno widział i niejedno przeżył w ciągu dwóch lat swojego życia :) A Magnus pewnie w nosie ma demoniczne motocykle, póki nie musi nimi podjeżdżać pod bramy Instytutu i obwieszczać wszem i wobec swojego przybycia ;)
W ramach przeprosin, że tak długo musieliście czekać na kolejny rozdział, przedstawiam BONUS! :3 zapodaj. n3t/ images/ c08b1e9371eaa. jpg (bez spacji między znakami, ale nie umiem inaczej linka tutaj wstawić, z "e" zamiast "3" na początku X3) Oto mój Magnus Bane, mam go od prawie dwóch miesięcy, to znajdek przygarnięty z ulicy :) Jest prześliczny, ma złoto-zielone oczyska, wszędzie śmieci i robi bajzel, wyspecjalizował się w kradzieży jedzenia i nie lubi, jak mu się rozkazuje - zatem podobieństwa do imiennika są uderzające ;)
Z dedykacją dla wiernych komentujących :) Dziękuję! :)
