11. Decyzje i wybory

Cisza, jaka zapadła w Sanktuarium po oświadczeniu Sinclaira, była niemalże ogłuszająca. Magnus patrzył na niego z niedowierzaniem, ale im dłużej się wgapiał, tym bardziej Znaki nie znikały, co oznaczać mogło tylko jedno – wampir nie kłamał. Czarownik nabrał oddechu, po czym odezwał się powoli i niezbyt głośno, bo i bez tego jego głos w zestawieniu ze ścianą milczenia ze strony Nocnych Łowców brzmiał jak wybuch miny przeciwpiechotnej.

- Takie imiona nie figurują chyba w spisach rodowych – zaczął ostrożnie, nie spuszczając wzroku z wampira.

Kiedy ten odwrócił ku niemu twarz z ustami wykrzywionymi w paskudnym, kpiącym uśmiechu, Magnus nabrał pierwszych wątpliwości. To szaleństwo, próbował sobie przetłumaczyć, ale nieodgadnione, wybitnie złośliwe migotanie na dnie oczu Sinclaira sprawiło, że z każdym kolejnym słowem tracił początkowe przekonanie. To szaleństwo, a ja chyba do reszty zwariowałem, bo zaczynam w to wierzyć!

- Jeśli daty urodzenia są prawdziwe – ciągnął ze stopniowo malejącą pewnością w głosie – to niemożliwe, żebyście byli przez krew spokrewnieni z Raphaelem Santianago. Poza tym, jakim cudem runy nie znikły po przemianie? I…

- Och, co za ostrzał pytaniami – zaszydził Sinclair w znajomy sposób. – Ta twoja racjonalizacja, Magnusie… Tak naprawdę znasz wszystkie odpowiedzi lub się ich domyślasz. Założę się, że tak, bo kilka razy w ciągu ostatniego wieku niemal się o nas otarłeś, choć sam pewnie nawet tego nie kojarzysz – dodał, przekrzywiając zawadiacko głowę, a przydługie blond kosmyki opadły mu lekko na jedno oko. – Myśl, staruszku. Jesteś w końcu cwanym czarownikiem. Przypuszczam, że cwanym nawet bardziej niż wszyscy Nocni Łowcy w tej sali.

- Czarujący komplement, ale to chyba niezbyt rozsądne obrażać Nefilim w samym sercu nowojorskiego Instytutu – rzucił Magnus, obserwując kątem oka, jak szok Nocnych Łowców zaczyna zastępować narastające oburzenie pierwszych, którzy zorientowali się, że wampir z nich zadrwił i najwyraźniej nie miał w związku z tym żadnych wyrzutów sumienia, a już zwłaszcza nie miałby oporów, żeby kontynuować rozmowę w tym tonie. – Podobnie nierozsądne jest również ucinanie sobie ze mną pogawędek, gdy tak właściwie obaj wciąż jesteśmy w trakcie przesłuchania przed nimi. – Skinął dłonią w stronę kilkudziesięciu par oczu wpatrzonych w nich w sposób mniej lub bardziej zagniewany.

Sinclair parsknął śmiechem, który przypominał zgrzytanie długich paznokci skrobiących powierzchnię szklanej szyby. Przysunął sobie stopą krzesło, by bezceremonialnie opaść na nie w luźnej, niemalże nonszalanckiej pozie. Nie poprawił nawet zsuniętej koszuli i płaszcza, których zasadnicze braki wciąż obnażały jego nieskazitelne ciało do pasa, co z kolei – jak słyszał Magnus – zaczynało budzić pierwsze protesty zgorszonej tym widokiem podstarzałej części zgromadzonych Nefilim. Sinclair powiódł po Nocnych Łowcach pogardliwym spojrzeniem roziskrzonych, zielonych oczu, nim odezwał się z uśmiechem, który celowo eksponował długie kły:

- To naprawdę kretyńskie, ale widzę, że dla Clave historia mojego życia jest w tej chwili najistotniejszą do rozstrzygnięcia kwestią.

Odchylił się na oparcie krzesła i uniósł twarz do nisko sklepionego sufitu. Przymknął oczy, jakby próbował z głębin długiej, przepastnej pamięci wyłowić odpowiednie fakty. Wreszcie odezwał się głosem, który po wampirzemu brzmiał jak zgrzytanie, ale w tej sytuacji chyba wyłącznie po to, by w imię wyższej formy złośliwości dręczyć za jego pomocą uszy Nocnych Łowców:

- Urodziłem się w 1907 roku jako drugi syn Alberta Jonathana Waylanda i Celine Sophie Whitelaw. Nosiłem wówczas imię…

- …Fabian Alexander Lightwood – ciągnął spokojnym, bardzo przyjemnym dla ucha tonem Featherdark, a Simon pluł sobie w brodę, że pomimo licznych napomnień sumienia, wciąż wsłuchiwał się bardziej w melodię jego głosu, a nie w słowa.

Siedzieli we trzech na prowizorycznie wytrzepanym, starym materacu podsuniętego pod ścianę łóżka. Simon nakrył to siedlisko kurzu i roztoczy kapą niewiele młodszą – z wyglądu wnioskując – i w kondycji niewiele lepszej niż całe umeblowanie pokoju, ale była to jedyna nieprzetrawiona zupełnie przez mole rzecz, jaką udało mu się wygrzebać ze stojącego w kącie kufra. Przekopywał się przez jego zawartość usilnie i najdłużej, jak tylko mógł, by nie wzbudzić przy tym podejrzeń o nienaturalną nadgorliwość, ale niestety szybko przekonał się, że z perspektywy stania tyłem Featherdark krzątający się przy Alecu był tylko odrobinę mniej pociągający, niż kiedy miał go w zasięgu wzroku.

Isabelle! Myśl o Isabelle!, nakazał sobie surowo, rozkładając złożoną na trzy kapę w kolorze, jaki za czasów jej młodości mógłby uchodzić za lazurowy, ale teraz przypominał bardziej zmąconą wodę w kałuży, w której odbija się przebłyskujące zza burych chmur niebo niebieskie... jak oczy Lightwoodów… Zaklął szpetnie i miał ochotę zapłakać nad własną bezsilnością, gdy podawał Featherdarkowi kapę, dokładając wszelkich starań do tego, by nie musnąć jego dłoni nawet koniuszkiem palca.

Alec okrył się płaszczem Magnusa, ogrzewając ręce na wyszczerbionym kubku z jakimś gorącym naparem, który przyniosła do pokoju ciemnoskóra wampirzyca przedstawiona im imieniem Anabelle. Zajrzała do środka jedynie na moment, by upewnić się, czy z zakładnikiem wszystko w porządku, a później za zamkniętymi drzwiami rozmawiała przez chwilę z Featherdarkiem w korytarzu. Simon słyszał wyłącznie szmer, który nie układał się w żadne słowa, ale sam nie potrafił sobie wyjaśnić jakiegoś podskórnego, złego przeczucia. Po powrocie przez ułamek sekundy wydawało mu się, że dostrzegł na nieziemsko pięknej twarzy byłego Nocnego Łowcy wyraz gniewu, troski i zmartwienia, ale wrażenie to niemal od razu znikło, a Chodzący za Dnia potrząsnął głową, bo blask bijący z oczu Featherdarka ponownie sprawiał, że jego myśli powędrowały w niepożądanym kierunku. Wkrótce zupełnie zapomniał o ukłuciu irracjonalnego niepokoju, a tembr głosu wampira działał tak hipnotycznie, że z trudem przychodziło mu wyłapanie sensu opowiadanej przez niego historii.

- Poznałem Sinclaira już jako małe dziecko. Nasze rodziny były w bliskich koligacjach, więc oczywiście znaliśmy się wszyscy na wylot, dzieliliśmy wyłącznie odpowiednio dobrymi wieściami z naszego rodowego życia, skwapliwie ukrywając wszelkie niewygodne fakty, dyskretnie tuszując skandale i przemilczając niepowodzenia, a niedzielne obiady spędzaliśmy w całości na wymianie uprzejmości – rzekł wampir, krzywiąc się niechętnie. – Sam Sinclair zaś…

- Zauroczył cię? – podsunął Alec znad kubka, a Simon zaczynał z wolna odczuwać wobec siebie oznaki utraty cierpliwości, ponieważ nawet zdeklarowany gej wydawał się w towarzystwie zniewalająco pięknego Featherdarka bardziej skupiony i opanowany, co zdecydowanie nie wróżyło zbyt dobrze.

- Nie – zaprzeczył z perlistym śmiechem były Nocny Łowca, a w żołądku Simona wszystko wywróciło się w reakcji na urzekające brzmienie jego głosu. – Ja i Sinclair nienawidziliśmy się namiętnie od pierwszego wejrzenia. Nasza znajomość zaczęła się od tego, że niemal wydłubał mi oko widelcem podczas wspólnego podwieczorku, a potem było już tylko gorzej. Nie znosiłem go szczerze i permanentnie. Wiecznie kpił sobie ze mnie, robił ze mnie głupka przed kolegami i ośmieszał przed młodszym bratem. Na treningach wszystko szło mu lepiej, wygrywał każdy sparing bez względu na dyscyplinę, miał więcej siły i więcej wytrzymałości, o niebo lepszą kondycję i niezmordowaną determinację, a na dodatek każdej techniki walki uczył się z nieludzką łatwością. Nie cierpiałem go za to wszystko, chowając pod maską wściekłości najpierw fale zazdrości, a potem zachwyt i podziw. Miałem piętnaście lat, Sinclair imponował mi zdecydowanie bardziej niż powinien, a ja każdą chwilę życia poświęcałem odtąd na skrzętne ukrywanie moich uczuć.

- Featherdark był koszmarną ciapą bitewną – mruknął Sinclair, uśmiechając się lekko do własnych wspomnień. – Za każdym razem zastanawiałem się, czy po treningu będzie miał więcej kontuzji wynikających z jego własnego braku umiejętności, czy tych, które mógłby zawdzięczać mnie. Nie potrafił sprostać najłatwiejszym zadaniom, a w walce na miecze pokonywał go bez trudu nawet Isidore, jego młodszy brat. Featherdark zdecydowanie nie miał ręki do żadnego rodzaju broni siecznej czy miotanej, ale był najpiękniejszym i najmądrzejszym chłopcem, jakiego kiedykolwiek spotkałem.

Odwrócił głowę w kierunku Magnusa, który bezbłędnie rozpoznał ten złośliwy uśmieszek, stanowiący zazwyczaj preludium do ciągu przytyków, a w dalszej perspektywie – awantury. Czarownik z pewną dozą rozsądku uznał, że Sanktuarium wypełnione po brzegi Nocnymi Łowcami to ostatnie miejsce na ciągnące się z reguły godzinami kłótnie, dlatego udał z premedytacją, że w tej chwili dużo bardziej pochłania go suszenie czarem spodni zalanych ziołową miksturą. Sinclair rozciągnął tylko usta w szerszym uśmiechu.

- Featherdark ma czarne włosy i niebieskie oczy – umilkł na moment, napawając się zaskoczonym wyrazem twarzy Magnusa. – Widziałem Alexandra tylko przez chwilę, ale założę się, że wyglądają jak bracia. Featherdark odziedziczył silne geny po swojej babce, Cecily Herondale, drogiej siostrze twojego znajomego Williama Herondale'a. To domieszka krwi Herondale'ów sprawiła, że od końca XIX wieku Lightwoodowie mają ciemne włosy i niebieskie oczy, a przynajmniej część z nich.

Magnus był tak zdumiony, że zapomniał zatuszować ten fakt, a Sinclair wydawał się irytująco zadowolony z efektu, jaki osiągnął, rzucając luźno tylko kilkoma faktami. Czarownik nie śledził zbyt dokładnie koligacji rodowych Nefilim, nie miał zresztą takiego obowiązku, a i sam nieszczególnie pchał się na salony, gdzie uśmiechano się do niego na pokaz, a po kątach szeptano pogardliwie. Doskonale wiedział, że nie był dla Nocnych Łowców niczym więcej niż tylko brudnym, niewartym funta kłaków Podziemnym, którego łaskawie tolerowano ze względu na „użyteczność". Tę z kolei Magnus Bane wolał posłusznie okazać Clave, jeśli tylko mogło to trzymać ich na dystans od interesów, jakie prowadził w Świecie Cieni, a jakie niekoniecznie mieściły się w ramach przyjętej przez Nefilim definicji „legalności".

Dobrze pamiętał też Williama Herondale'a, ale zaliczał go do dawno minionej pieśni przeszłości, której nie przywoływała dla niego nawet postać Tessy Gray. Nie spodziewał się, że będzie miał kiedykolwiek do czynienia z kimś tak blisko z nim spokrewnionym, a do tego żywym – o ile oczywiście można tak mówić o wampirach.

Nerwowe szepty w kręgach Nocnych Łowców sugerowały, że również oni nie byli przygotowani na takie zderzenie z własną historią. Sinclair nie miał najmniejszego powodu, by kłamać, zresztą jego opowieść nosiła znamiona wszelkiej logiki i spójności z księgami rodowymi, co niewątpliwie czyniło go jedynym żyjącym – bądź nie, biorąc pod uwagę jego obecny stan – członkiem wymarłego klanu Waylandów. Fabian zaś… Magnus dokonał w myślach szybkiej kalkulacji pokoleniowej, by po chwili unieść zdumione spojrzenie na Roberta.

To było tak… nierealne, a jednocześnie tak niemożliwie rzeczywiste. Oklapł na krześle, z niedowierzaniem uświadamiając sobie, że Alec jest obecnie pod opieką brata własnego pradziadka i brzmi to tak abstrakcyjnie, że nie pozostaje nic innego, jak tylko zaśmiać się z ironii losu, co też z braku lepszego pomysłu Magnus uczynił, uciskając z rezygnacją skronie. Sinclair zerknął na niego z triumfalnym, po przyjacielsku zaczepnym błyskiem w oku.

- Featherdark był idealnie piękny, poruszał się z nadnaturalną niemal zwinnością, każdy jego ruch aż kipiał od nadmiaru zgrabności i gracji. Wszyscy się za nim oglądali, a chociaż na polu walki był ostatnią fajtłapą i nauczyciele załamywali nad nim ręce, nie znam nikogo równie bystrego, pojętnego i spostrzegawczego. Featherdark łączył w sobie niebywałą urodę i wrodzony talent do nauki historii, języków, praw… Na początku irytowało mnie to i doprowadzało na skraj frustracji, bo z moim paskudnym ryjem nie mogłem nawet stać obok niego, by nie czuć się jak ostatni maszkaron, a choćbym uczył się całe noce, nie potrafiłem dorównać mu wiedzą. Z czasem niechęć stała się zazdrością, do której nie przyznawałem się nawet sam przed sobą. A potem jeszcze intensywniej starałem się kpić i szydzić z niego na każdym kroku, żeby za nic na świecie nie domyślił się, jak bardzo go pokochałem.

- Gdy Sinclair zapytał mnie, czy zostanę jego parabatai, przysięgam na Anioła, sądziłem, że zamorduję go gołymi rękami za tak paskudny żart – powiedział Featherdark, całkiem odruchowo, zdaje się, okrywając płaszczem odsłonięte ramię Aleca. – Kilka godzin zajęło mu błaganie mnie i tłumaczenie, że tym razem nie robi mi żadnego głupiego kawału. Rozmawialiśmy przez drzwi, bo oczywiście wyrzuciłem go z mojego pokoju, gdy tylko oznajmił, z jakiego powodu zaszczyca mnie swoją obecnością.

- Ale był wystarczająco wytrwały i zdeterminowany – odezwał się Alec, spoglądając na brata swojego pradziadka z uśmiechem.

- Owszem – przytaknął z rozbawieniem Featherdark. – Siedział pod moim pokojem do wieczora, a pod koniec dnia mamrotał już tylko sennie. Kiedy zbliżyłem się do drzwi, usłyszałem znużone, ale tak bardzo pewne siebie wyznanie: „Fabio, potrzebujesz mojej siły, a ja potrzebuję twojej mądrości". Sądziłem, że szalone bicie mojego serca słychać było w całym korytarzu i na pewno każdy w londyńskim Instytucie wiedział już, jak bardzo poruszyły mnie słowa Sinclaira. Otworzyłem drzwi, a on padł mi prosto pod nogi. Nie pomyślałem nawet, że mógł siedzieć, opierając się o nie. – Simon dostrzegł, że rysy wampira złagodniały, a głos nabrał tęsknej czułości. – Nie wstał, tylko patrzył na mnie z poziomu podłogi. Miał w spojrzeniu tyle wiary… Nikt nie mógłby udawać takiej nadziei. Zgodziłem się.

Są do siebie tacy podobni, pomyślał mimowolnie Simon. Nie chodziło tylko o czerń włosów i ten sam odcień błękitu ich tęczówek. To było coś, czego Chodzący za Dnia nie potrafił nazwać – coś, co nie dawało uchwycić się słowami, ale na pewno istniało, biło wręcz od obu Lightwoodów z mocą, która sprawiała, że ich pokrewieństwo nie ulegało już żadnej najmniejszej wątpliwości.

- Ceremonia przebiegła bez najdrobniejszych nawet zakłóceń, a nasze rodziny były niezmiernie zadowolone z faktu zacieśnienia w ten sposób więzów między rodami. Ja i Sinclair osobno byliśmy tylko dysfunkcyjną na polu walki fajtłapą i urodzonym nieukiem, ale razem stanowiliśmy niepokonany duet.

Featherdark uśmiechnął się blado do swoich wspomnień, po czym jakiekolwiek oznaki radości na jego twarzy zastąpił wyraz powagi i smutku.

- Żyliśmy w czasach, gdy dla klanów liczyło się nade wszystko wypełnienie tradycyjnych powinności Nefilim. Istniał dość szczegółowy schemat, istny harmonogram życia, jaki należało zrealizować, by… Tak właściwie ja do tej pory nie potrafię zrozumieć, co takiego koszmarnego było w odstępstwach od jedynego słusznego wzorca – rzucił z przekąsem, w którym czaiły się też, a może raczej przede wszystkim, gorycz i żal. – Ja i Sinclair mieliśmy już blisko dwadzieścia lat, mieszkaliśmy w rodowych rezydencjach w Idrisie i aspirowaliśmy do wysokich stanowisk w kręgach Nocnych Łowców, ale nasze rodziny wyraźnie oczekiwały po nas czegoś więcej. Moi rodzice nie ustawali w dosyć otwartym przebieraniu między kandydatkami na moją żonę, Sinclair zaś został pewnego wieczora zwyczajnie poinformowany, że ma narzeczoną. Alice Pangborn była cudowną dziewczyną, bardzo serdeczną i życzliwą, Sinclair jednak podjął wówczas decyzję, która miała zaważyć na reszcie jego życia. Zaprosił rodziców do gabinetu i tam wprost oznajmił im, że nie poślubi Alice, ponieważ zakochał się w mężczyźnie. To wyznanie niosło ze sobą ogromnie katastrofalne skutki.

- Rodzice nie zaakceptowali tej odmienności? – mruknął Alec, a jego mina świadczyła o wspomnieniach związanych z reakcją Roberta i Maryse na nowości podobnego kalibru w jego własnym przypadku.

Featherdark pokręcił wolno głową, a kiedy ponownie uniósł spojrzenie na Nocnego Łowcę i Chodzącego za Dnia, w oczach miał tyle bólu, że Simon poczuł się, jakby coś chwyciło go za serce i ścisnęło.

- Ogarnięty furią ojciec wbił Sinclairowi serafickie ostrze między żebra.

- To zdecydowanie nie był najbardziej udany coming out wszech czasów – rzucił z krzywym uśmiechem Sinclair.

Mówił beznamiętnym tonem, jakby opowiadał o jakimś skrajnie neutralnym, nie dotyczącym go w żadnym stopniu wydarzeniu, a nie o własnej, bolesnej przeszłości. Magnus znał go jednak od dobrych trzydziestu lat i choć często żałował okoliczności, w jakich spotkał Sinclaiara i w jakich musieli się nawzajem tolerować przez dłuższy czas, teraz w pozornie luźnej, odciętej od referowanej historii postawie wampira bez trudu wychwytywał lekkie napięcie ramion i splecione nerwowo palce. Na jednym z nich zauważył w bladej poświacie magicznych świateł srebrny sygnet. Nie dostrzegał żadnych szczegółów, ale domyślał się, że widnieje na nim rodowy symbol Lightwoodów.

- Prawdę powiedziawszy, spodziewałem się raczej rzucania talerzami, kłótni, steku inwektyw pod moim adresem albo płaczu i załamywania rąk – mruknął posępnie. – Na nóż między żebrami zdecydowanie nie byłem przygotowany. Pamiętam, że leżałem na podłodze własnego gabinetu. Tak naprawdę to wykrwawiałem się i bez pomocy medycznej nie pożyłbym wówczas dłużej niż pięć minut, ale zupełnie irracjonalnie myślałem wtedy, jak bardzo zadany mi cios musiał przerazić Featherdarka. Gdy konając martwiłem się o to, czy nie dzieli ze mną bólu ze względu na łączącą nas więź parabatai, zrozumiałem, że jestem w nim beznadziejnie zakochany i nawet próba synobójstwa tego nie zmieni.

W oczach Sinclaira przez moment zamigotały ciepłe, przyjazne błyski. Łagodnieje, gdy o nim mówi, pomyślał Magnus. Powiódł dyskretnie spojrzeniem po zgromadzonych w Sanktuarium Nefilim.

Isabelle, usadzona między rodzicami wyraźnie w celu pacyfikowania w zarodku jakichkolwiek oznak braku szacunku wobec innych Nocnych Łowców, była wyprężona i czujna. Po wyrazie jej twarzy wnioskował, że uwierzyła Sinclairowi, a teraz zastanawiał się tylko, czy również odnajduje w myślach kolejne zbieżności i podobieństwa do Aleca. Jace słuchał wampira w skupieniu, podczas gdy siedząca tuż obok Clary patrzyła na niego z mieszaniną troski, współczucia i otuchy, które z pewnością zirytowałyby adresata tych spojrzeń, gdyby tylko uważniej zlustrował wzrokiem Nocnych Łowców i wyłowił jej twarz z tłumu innych. Jia Penhallow spoglądała na niego bystro, a dwie kobiety siedzące po lewo wymieniały ściszonymi głosami jakieś pełne oburzenia uwagi.

Im dłużej Magnus przypatrywał się szeregom potomków Anioła, tym głębszy odczuwał żal i tym większa była jego złość. „Sodomita". „Plugawy pomiot". „Powinien był zginąć". „Brudny Podziemny". „Odrażające". To samo musiał słyszeć Alec. To samo słyszał w życiu także on sam. Sinclair zmrużył gniewnie oczy – jego wyostrzonemu przez wampirze instynkty słuchowi z pewnością również nie uszły rzucane przez Nocnych Łowców komentarze.

- Przykro mi to mówić, ale niestety moja nieodżałowanej pamięci matka oprzytomniała na czas, choć nie śmiem wątpić, że w pełni podzielała waszą opinię na mój temat – syknął jadowicie i część szemrzących Nefilim miała na tyle przyzwoitości, by uciec wzrokiem w bok. – Mógł powodować nią lęk o losy naszego drogiego, sprowadzonego z Indii dywanu. Albo racjonalnie przemyślała kwestie kar, jakie Clave nałożyłoby na jej męża za zabójstwo syna. Sądzę, że żadna ewentualność i jej konsekwencje nie były warte uśmiercenia mnie, dlatego sprawnie nałożyła mi na ranę Znaki leczące, a potem wspólnie z ojcem wygnali mnie z rodowej posiadłości. Odszedłem z tym, co miałem przy sobie. Nie chciałem zresztą zabierać niczego z miejsca, którego nigdy więcej nie zamierzałem nazywać domem. Oczywiście powinienem był trzymać Featherdarka z daleka od tego wszystkiego, ale, jak już wspominałem, w naszym duecie to on był od myślenia, a ja od nieprzemyślanego, impulsywnego działania. Gdy trafiłem w środku nocy do rezydencji Lightwoodów…

- …ledwie stał na nogach – westchnął ciężko Featherdark ze wzrokiem utkwionym w splecionych dłoniach. – Był koszmarnie blady, mamrotał coś od rzeczy i miał ogromną plamę krwi na boku. Dopiero po nałożeniu kilku dodatkowych run był w stanie samodzielnie utrzymać się w pionie, a ja wariowałem ze strachu. Doskonale wyczułem wcześniej, że został zaatakowany i gotów byłem pędzić mu na ratunek, choć nie wiedziałem, gdzie go szukać i miałem bolesną świadomość własnej bitewnej bezużyteczności. Poza tym posiadłość Waylandów byłaby dla mnie ostatnim miejscem, w jakim Sinclair mógłby zostać napadnięty. Kiedy zaprowadziłem go na górę do mojego pokoju…

Wampir przerwał na chwilę i uniósł czujnie głowę w kierunku drzwi. Simon z trudem oderwał wzrok od wyeksponowanej teraz łabędziej szyi, idealnie mlecznobiałej na tle atramentowo-czarnych włosów. Sam siebie zrugał za postrzeganie i myślenie o Featherdarku w tak wyszukany sposób, starając się jednocześnie zabić swojego wewnętrznego poetę raz na zawsze. Skupił się na otoczeniu, zaalarmowany nagłą ostrością spojrzenia Aleca. Dopiero teraz sam usłyszał jakieś kroki w korytarzu. Zupełnie jakby ktoś… tańczył?

Walc angielski, pomyślał ze zdumieniem. Kiedyś widział, jak Becky uczyła się walca na jakąś szkolną uroczystość. Ćwiczyła go całymi godzinami, ściskając w dłoniach wyimaginowanego partnera bez wątpienia posiadającego rysy i budowę ciała Alana McConella z równoległej klasy, w którym była wtedy zakochana po uszy. Rytm jej kroków, powtarzany setki razy, Simon zapamiętał tak dobrze, że teraz nie miał najmniejszych problemów – nawet biorąc pod uwagę niechcianą, ale nęcącą bliskość Featherdarka – z rozpoznaniem układu tanecznego.

Zamrugał, kiedy wampir powoli, nie wydając przy tym najlżejszego dźwięku, zsunął się z łóżka i zbliżył do drzwi. Featherdark miał zmrużone oczy, zmarszczony nos i obnażone zęby, spośród których dwa długie kły upodabniały go do przyczajonego drapieżnika. Być może twierdził, że jakakolwiek walka nie była jego mocną stroną, ale zbyt przypominał teraz panterę napiętą do skoku na ofiarę, by Simon odważył się wątpić w jego skuteczność.

Kroki w korytarzu oddaliły się swoim tanecznym rytmem, ale dopiero kilka chwil po zapadnięciu całkowitej ciszy Featherdark rozluźnił się i wyprostował. Simon bynajmniej nie odczuwał jego braku, dlatego niezbyt ucieszył się, gdy wampir nieznoszącym sprzeciwu gestem zepchnął jego i Aleca w kąt łóżka, a sam usiadł w drugim końcu. Jakby zamierzał osłaniać nas i być najbliżej drzwi, pomyślał Chodzący za Dnia z niepokojem, który narastałby pewnie, gdyby nie rozproszył go znów melodyjny, pełen wdzięku głos wampira.

- Nałożyłem na Sinclaira kolejne Znaki, by wspomóc gojenie rany, uspokoić go i umożliwić regenerację sił. Długo nie mówił, co się stało, a kiedy wreszcie się odezwał, oznajmił mi, że został wygnany z domu za coś okropnego, za co nawet ja go znienawidzę. Przysięgam na Anioła, że nie przychodziła mi do głowy kompletnie żadna rzecz, która mogłaby zmienić mój stosunek do niego, ale kiedy poinformowałem go o tym, zaśmiał się tylko w ten swój chrapliwy, szaleńczy sposób, który zawsze sprawiał, że wyglądał jak pogodzony z losem straceniec. A potem chwycił mnie za ramiona i pocałował. Do tej pory zastanawiam się, czy to ja byłem wtedy bardziej zaskoczony jego pocałunkiem, czy on tym, że nie odepchnąłem go, ale objąłem za szyję, przyciągając jeszcze bliżej siebie. Kiedy moi rodzice wrócili z proszonej kolacji u Branwellów…

- …widok ich ukochanego pierworodnego w niedwuznacznym uścisku podczas jeszcze bardziej niedwuznacznego pocałunku z własnym parabatai sprawił, że Grace zemdlała, a Christopher chwycił się sugestywnie za koszulę na piersi najwyraźniej z zamiarem spuentowania mojego miłosnego wyznania zawałem serca – opowiadał Sinclair, z wyraźną przyjemnością nie szczędząc zniesmaczonym członkom Clave szczegółów dotyczących zażyłości, jaka połączyła go tamtej nocy z drugim Nocnym Łowcą. – Kochałem Featherdarka miłością kochanka, a nie brata, ale nie trafił mnie za to żaden grom z jasnego nieba. Nie otworzyły się też nagle żadne piekielne wrota, by mnie pochłonąć, i generalnie nie stało się zupełnie nic, co prowadziłoby do mojego natychmiastowego unicestwienia za świętokradcze uczucie, jakim darzyłem swojego parabatai. Choć Razjelowi było być może obojętne, co robimy, Christopher Lightwood miał dość sprecyzowaną opinię na nasz temat, a ta oczywiście nie odbiegała standardami od tego, jak traktowani są w kręgach Clave homoseksualiści po dziś dzień – mruknął cierpko.

Magnus nie był pewien, czy ten pogardliwy ton wypowiedzi nie przysporzy Sinclairowi problemów, bo wielu Nocnych Łowców łypało na niego nieprzyjaźnie, a czarownik zastanawiał się, na ile ich końcowa decyzja będzie wynikała z subiektywnych odczuć względem wampira. Sinclair – Charles Christian Wayland – był niegdyś jednym z nich, ale zdecydowanie prezentował całym sobą dokładnie to, co Nefilim od wieków tępili we własnych szeregach.

Znużony przesłuchaniem i wykończony ostatnimi wydarzeniami Magnus posłał niewielkie porcje leczniczej energii w głąb swojego ciała, by uciszyć nieznośny szum w uszach i uśmierzyć narastający ból głowy. Przymknął oczy, spod rzęs spoglądając teraz na Lightwoodów i Penhallowów. Co zrobicie z tą historią wy, których dzieci otwarcie przyznały się do odmiennej orientacji?, pomyślał luźno, gdy Sinclair na nowo podejmował swoją opowieść.

- Ultimatum postawione Featherdarkowi zakładało albo wyrzeczenie się tego obłędu, jak łaskawie określił nasze relacje Christopher, możliwie szybki ożenek i zaniechanie dalszych prób jakiegokolwiek odstawania od norm i reguł, albo wygnanie. Featherdark zawsze był wcieleniem rozsądku, mądrości i inteligencji, odziedziczyłby posiadłość i majątek Lightwoodów, jako najstarszy syn stałby się głową rodu, a przyszłość kreśliła przed nim całkiem realne szanse na stanowisko Konsula, co tylko podniosłoby już i tak niebotycznie wysoki prestiż całej rodziny. Nie mogłem uwierzyć, że te wszystkie perspektywy odrzucił bez wahania, gdy chwycił moją dłoń i oświadczył ojcu, że wraz ze mną opuszcza Clave. Christopher zresztą też nie mógł w to uwierzyć, bo wciąż namawiał go do przejrzenia na oczy, odwoływał się do jego rozumu i pytał nieustannie o powód tej szalonej decyzji. „Kocham Charliego bardziej niż moje życie jako Nocny Łowca", odpowiedział tylko, pakując szybko do torby podróżnej część swojej biżuterii i kosztowności. Zaraz potem zaprowadził mnie do stajni i zabraliśmy stamtąd Tancerkę. Galopem przez noc pognaliśmy do granic Idrisu, tam Featherdark uwolnił klacz, a my sami rozpoczęliśmy tułaczkę po Francji.

Magnus uśmiechnął się ledwo zauważalnie. Nie znał partnera Sinclaira, ale podziwiał go w tej chwili nie tylko za to, że wytrzymywał z irytującym, złośliwym wampirem i znosił go każdego dnia od stu lat. Featherdark – Fabian Alexander Lightwood – robił ogromne wrażenie, a jego odwaga, determinacja i bezgraniczne zaufanie do parabatai zasługiwały na prawdziwy szacunek.

Po skwaszonych i pełnych niedowierzania minach członków Clave Magnus wnioskował, że większość z nich w żadnym stopniu nie podziela jego zdania, ale czarownikowi do poczucia solidarności wystarczyły roziskrzone spojrzenia Isabelle, Jace'a i Clary. Co za ironia losu, gdy najbardziej otwarte umysły mają ci, którym z racji wieku odmawia się mądrości i zdrowego rozsądku, westchnął, zerkając na Sinclaira, który kontynuował historię swojego burzliwego życia buntownika i wygnańca.

- Wędrowaliśmy tam, gdzie poniosły nas nogi, spaliśmy byle gdzie, jedliśmy byle co, nieraz czuliśmy chłód i głód, a mimo to byłem wówczas najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Featherdark wyprzedawał rodowe błyskotki, by kupować nam niezbędne rzeczy, opłacać noclegi czy wynagradzać czarowników, z usług których czasem korzystaliśmy. Byłem w nim zakochany do szaleństwa i długo nie potrafiłem uwierzyć, że to nie sen, a on naprawdę odwzajemnia moją miłość, jest przy moim boku i porzucił dla mnie wszystko, co miał. Ja zostałem wydziedziczony, a moje imię wymazano z kronik i spisów rodowych Waylandów, on zaś został uznany za nieżyjącego. Christopher podobno wymawiał się tragicznym w skutkach wypadkiem, o którym nie chciał wspominać, a inni szanowali ból jego straty i nawet Cisi Bracia nie drążyli tematu pogrzebu i przeniesienia prochów do Miasta Kości. Przypuszczam, że Isidore, który był wtedy na pouczającej podróży po rozmaitych Instytutach, nigdy nie dowiedział się, co tak naprawdę stało się z jego bratem, a i sama Grace znała tę historię jedynie z relacji męża.

- Tak… – odezwała się nagle z wahaniem jakaś starsza kobieta, marszcząc przy tym brwi, czego najwyraźniej wymagał wysiłek odtworzenia w pamięci jakiegoś wydarzenia z przeszłości. – Chyba kojarzę… – dodała i umilkła, nie zaszczycając innych kontynuacją przerwanej myśli, ale wpatrując się intensywnie w Sinclaira.

- Co kojarzysz, Lydio? – zniecierpliwił się wreszcie jakiś młody Nocny Łowca, rzucając kobiecie zirytowane spojrzenie, na które ta odpowiedziała najpierw pełnym urazy wydęciem warg, by dopiero po chwili wyjaśnić:

- Kojarzę nagrobek w Idrisie. Moja rodzina ma groby w pobliżu starego cmentarzyska Lightwoodów. Faktycznie stoi tam płyta opisana imieniem, jakie rzekomo nosił Featherdark, a daty są zamazane, ale wydaje mi się, że rzeczywiście zapisano na nim 1907-1927.

Śmiech Sinclaira sprawił, że wszyscy zgromadzeni w Sanktuarium skrzywili się w reakcji na paskudnie zgrzytliwy odgłos, jaki wydobył się z gardła wampira. Ponownie wlepili w niego spojrzenia, w większości wyrażające gniew, ale Sinclair podjął opowieść dopiero, gdy do reszty zwalczył w sobie napady śmiechu.

- Och, nie wierzę, że stary Christopher posunął się tak daleko, by sfingować śmierć syna – oznajmił z szerokim, kpiącym uśmiechem. – Ta troska o reputację musiała chyba determinować wszystko, co tylko robił, choć nie mam pojęcia, czy to jego chorobliwe przeświadczenie, że każdy jego ruch, słowo albo decyzja są bacznie obserwowane i poddawane ocenie, miał się jakkolwiek koherentnie z rzeczywistością. – Wzruszył ramionami. – Choć pomysł z nagrobkiem jest przedni. Zwłaszcza biorąc pod uwagę to, że data śmierci Featherdarka nie jest właściwie żadnym przekłamaniem, bo jesienią 1927 roku ostatecznie umarliśmy dla Clave, by jako wampiry odrodzić się dla Świata Cieni i wkroczyć do niego jako synowie Camille Belcourt.

...

...

...

Z przeprosinami, że na kolejny rozdział trzeba było czekać aż tak długo!

Intoxic - Bo Clave jest nadal dość konserwatywne i z dystansem podchodzi do rewelacji tego kalibru, zwłaszcza przekazywanych przez paskudnych, brudnych Podziemnych ;) I niestety uwiarygodnienie wersji Sinclaira wymaga wyjaśnienia wszystkich dotyczących jego życia szczegółów - podał się wszak za jedynego żyjącego (albo i nie...) członka wymarłego klanu Waylandów ;)

Glittery Angel - Znaki nie znikły z jednego, bardzo istotnego powodu, ale o nim będzie w następnym rozdziale - tak jak o innych detalach dotyczących funkcjonowania wampirów, które za życia były Nocnymi Łowcami, a na dodatek parabatai ;)

Kokosz - Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że polubiłaś Featherdarka :D Takie słowa z ust kogoś, kto nie przepada za wampirami, to prawdziwy komplement :) Mam nadzieję, że obaj z Sinclairem nie zawiodą pokładanych w nich nadziei ;) A kwestia Simona - z czasem okaże się, czemu Featherdark robi na nim AŻ TAKIE wrażenie ;)

Blue Daisiess - Ogromnie dziękuję za śliczny, długi komentarz! :) Ja tam żadna królowa, mistrzyni czy pani - ja jestem zwykłym demonem z edytorem tekstów :D Strasznie, strasznie się cieszę, że ten fanfik tak bardzo przypadł Ci do gustu i mam nadzieję, że uda mi się skończyć kiedyś ten tekst, bo jak na razie wychodzi z tego literacka wersja "Mody na sukces" i nic nie zapowiada jakiegokolwiek końca tej historii XD

A Magnus Bane dziękuje za pogłaskania i komplementy, ale nadal jest paskudny i niegrzeczny ;)