12. Wędrówka przez noc

Magnus zmartwiał. Wiedział oczywiście, że Camille nader często naginała Prawo do własnych potrzeb i balansowała niebezpiecznie blisko granic tego, co Nocni Łowcy zwyczajni byli karać śmiercią, ale… Dookoła znów rozległy się szmery wyraźnie poruszonych tym wyznaniem Nefilim, a on sam spojrzał z rozpaczą na Sinclaira. Ponura, zacięta mina wampira bynajmniej nie świadczyła o tym, że przemiana została dokonana za ich zgodą lub w warunkach sprzyjających racjonalnemu rozważeniu takiej możliwości.

- Był chłodny wieczór na początku października, kiedy dotarliśmy do przedmieść Paryża – podjął opowieść, a jego bezbarwny, matowy głos sprawił, że po kręgosłupie Magnusa przeszły ciarki.

Sinclair starał się relacjonować tę historię w sposób możliwie jak najbardziej bierny, odciąć się od doświadczeń tamtego dnia i wyzuć z wszelkich emocji, jakie budziły wspomnienia. Magnus zacisnął dłonie w pięści. Znał go wyłącznie jako silnego, nieugiętego wampira – jeśli teraz Sinclair zachowywał się w ten sposób, wytłumaczenie mogło być tylko jedno. Opowieść zmierzała do punktu, w którym dla niego i Featherdarka wybijała prawdziwie czarna godzina.

- Zazwyczaj omijaliśmy dostatecznie szerokim łukiem wszystkie większe miasta, ale urok Paryża ciągnął nas ku sobie i wiódł ku nieuchronnej zgubie – ciągnął neutralnym tonem, wpatrzony nieruchomo w jakiś punkt nieco ponad głowami Nocnych Łowców. – Szukaliśmy noclegu, a napotkana po drodze faerie pokierowała nas na ogromny, zatłoczony plac. Byłem pewien, że musiała źle objaśnić nam drogę, albo to my zagubiliśmy się pośród wąskich uliczek i kamienic tak bardzo podobnych do siebie w zapadającej ciemności. Tylko na chwilę straciłem Featherdarka z oczu… To była tylko chwila…

Magnus poczuł ucisk w piersi i w pierwszym odruchu zamierzał krzepiąco położyć dłoń na ramieniu towarzysza. W porę powstrzymała go stuprocentowa pewność, że rozwścieczony takim rozczulaniem się nad nim Sinclair bez chwili wahania wyrwałby mu ramię ze stawu barkowego. I że byłby to dopiero wstęp do ciągu tortur, jakie w jego mniemaniu są karą współmierną do podobnego roztkliwiania się nad przeszłością i nim samym, choć im bardziej Magnus wpatrywał się w jego twarz, tym bardziej czuł, że są ku temu poważne powody.

- Wszystko wokół nagle zawirowało, a ból promieniował z klatki piersiowej i brzucha do każdej komórki mojego ciała. Miotałem się jak oszalały, a sekundy miały długość wieczności, gdy rozpaczliwie próbowałem znaleźć mojego ukochanego. Minęły prawdziwe wieki, zanim wpadłem do zaułka, w którym leżał. To wydarzył się tak blisko, kilkanaście kroków ode mnie… – Głos Sinclaira zadrżał na granicy słyszalności. – Featherdark został kilka razy pchnięty nożem i obrabowany. Złodziej zerwał mu guziki przy koszuli, najpewniej szukając złotego medalionu na szyi, ale kiedy poza nim odnalazł też zarys Znaków, uciekł, zabierając ze sobą naszą torbę i wszystko, co udało mu się wygrzebać z kieszeni Featherdarka, nim zostawił go na pewną śmierć…

- Niewiele pamiętam z tego, co się wtedy działo – mruknął z nieobecnym wyrazem twarzy Featherdark, a Simon spoliczkował się w głębi ducha za to, że przez myśl mimowolnie przemknęło mu ulotne wrażenie, że ta mina jest niewiarygodnie piękna w swej melancholijnej zadumie. – Sinclair znalazł mnie kilka minut po tym, jak zostałem napadnięty. Złodziej odebrał mi wszystko, więc nie mieliśmy steli. Sinclair próbował tamować krwotok swoim płaszczem, choć sam musiał doskonale wiedzieć, że nie miał żadnych szans, żeby utrzymać mnie przy życiu.

- Ale… udało się? – podsunął Alec, wpatrując się w przodka ze słabo tajoną nadzieją. – Żyjesz. To znaczy… tak jakby… – zreflektował się niezręcznie i uciekł spojrzeniem w bok.

Featherdark sięgnął swobodnie dłonią przez dzielącą ich odległość i zmierzwił mu pieszczotliwie włosy, uśmiechając się lekko. Simon wewnętrznie zawył na myśl o tym, że podobny gest wykonany w stosunku do niego samego mógłby nieść ze sobą trudne do przewidzenia konsekwencje. Fakt ten frustrował go tak samo jak to, że mimowolnie doszedł do wniosku, że nie widział jeszcze nigdy tak pięknej, szczupłej dłoni z długimi palcami wprost stworzonymi do gry na fortepianie.

Chciałby móc zupełnie odciąć się od własnych niepożądanych przemyśleń względem wampira, ale te wracały namolnie i nie pozwalały skupić się właściwie na niczym. Nie rozumiał, czemu Featherdark działał na niego tak bardzo, ale własne reakcje i myśli doprowadzały go do rozpaczy tym głębszej, że nie potrafił odnaleźć przyczyny tego zjawiska ani sposobu, by mu skutecznie zapobiec.

- Tak, tak jakby – powtórzył miękko wampir, choć ciężar wypowiedzianych przez niego słów zawisł w powietrzu, a cienie zdawały się teraz głębsze.

Znów wbił wzrok w jakiś nieokreślony punkt i wyglądał tak, jakby przed jego oczami przesuwały się odległe, dawno minione obrazy. Simon początkowo miał ochotę sam siebie kopnąć za to, że uważał to spojrzenie za niesamowicie pociągające, ale wrażenie to odpłynęło jak morska fala obmywająca piasek na plaży. Featherdark kontynuował swoją opowieść, a jego głos nabrał smutnych tonów, co z kolei wywołało w Chodzącym za Dnia dreszcz innego rodzaju niż te, jakich do tej pory uświadczył w związku z bezpośrednią bliskością pięknego wampira. Simon zaczął wyczuwać, że ten etap opowieści będzie pełen bólu i łez, których intensywność nie osłabła mimo upływu czasu.

Isabelle nie lubi takich historii, pomyślał. Ona chciałaby, żeby po burzy zawsze wychodziło słońce, a bohaterowie każdej książki – po trudach i cierpieniu – odnajdywali spokój i szczęście.

Spojrzał na Featherdarka i pierwszy raz przebił się wzrokiem przez mamiącą zmysły warstwę jego uroku i nieziemskiej urody. Gdyby miał jakoś opisać towarzyszące temu wrażenie, powiedziałby, że było to jak stłuczenie klosza na żyrandolu. Kiedyś jako chłopiec zbił klosz w kuchni piłką i pamiętał, jak jasne stało się nagle całe pomieszczenie i jak jaskrawe było światło odsłoniętej żarówki.

Kiedy teraz patrzył na Featherdarka, pierwszy raz zobaczył w nim to, czym Featherdark naprawdę był, a co Alec musiał dostrzec o wiele wcześniej – Nocnego Łowcę, który obdarzył zakazanym uczuciem swojego parabatai, wygnańca odepchniętego przez Clave i własną rodzinę, tułacza, który znalazł się na skraju śmierci i który musiał umrzeć, żeby móc dalej żyć, w ukryciu, ciemności i bez nadziei na ujrzenie słonecznego światła.

Pierwszy raz nieruchome serce Simona drgnęło, zdjęte współczuciem i głębokim smutkiem. Tak, Isabelle, pomyślał, z narastającym przygnębieniem wsłuchując się w ciągnącego swoją opowieść Featherdarka, ta historia na pewno by ci się nie spodobała…

- Nagle obok nas jak spod ziemi wyrósł pewien człowiek. Przedstawił się nazwiskiem Archer – Sinclair skrzywił się pogardliwie i niemal wypluł ostatnie słowo. – Polecił mi zabrać Featherdarka i podążać za sobą do jego pani, która od informatorów wiedziała o naszym przybyciu do miasta i posłała go po nas, co z emfazą zaznaczał dobitnie i przy każdej nadarzającej się ku temu okazji. – Głos wampira stawał się coraz bardziej warczeniem, a coraz mniej cywilizowaną mową, co nie uszło uwadze Magnusa. – Oczywiście w zwyczajnych okolicznościach dałbym temu… – zawahał się nad doborem odpowiedniego wulgaryzmu, ale gdy rzucił okiem na Nefilim, poddał się i kontynuował: – …mężczyźnie wystarczająco dobrze odczuć, że nie odpowiadam na kaprysy i wezwania Podziemnych, ale sytuacja była… dość nietypowa… – Skrzywił się ponownie, jakby samo wspomnienie przyjęcia pomocy od wampirzego niewolnika nie budziło w nim niczego poza poczuciem głębokiej odrazy. – Zmusiłem go, żeby na imię tej całej swojej wielkiej pani przysiągł, że wezwą czarownika, który ocali Featherdarka. Wił się jak robak na haczyku i to był naprawdę tak obrzydliwy widok, że do tej pory mdli mnie, jak sobie o tym przypominam. Zobowiązany przysięgą wyglądał jak skatowany pies, ale dopiero w zamian za obietnicę dałem się poprowadzić w głąb Paryża i do coraz to bardziej okazałych, bogatych dzielnic.

Na chwilę zamilkł, a kiedy odezwał się ponownie, w tonie jego głosu pobrzmiewało jednocześnie rozgoryczenie i chęć przyłożenia w zęby każdemu, kto odważyłby się teraz, po latach, krytykować go za podjęte niemal przed wiekiem decyzje. Był wyprostowany, a głowę miał dumnie i hardo uniesioną do góry.

- Być może byłoby lepiej, gdybyśmy nigdy nie trafili pod skrzydła lady Belcourt. Wyglądała zresztą na niezbyt zadowoloną ze stanu, w jakim odnalazł nas jeden z jej przydupasów – prychnął gniewnie Sinclair, a Magnus bez problemu potrafił sobie wyobrazić wściekłą minę byłej dziewczyny. – Archer kulił się przed nią i skomlił w ten swój żenująco żałosny sposób, a ona lodowato-jadowitym tonem udzielała mu reprymend przemieszanych z poleceniami wyczyszczenia dywanów z krwi, przygotowania pokoju gościnnego dla Featherdarka i posłania powozu po czarownika zdolnego uleczyć jego rany. Czekałem przy łożu całą wieczność, nim do pomieszczenia nie wparował drugi ulubieniec Camille, Walker, by zaanonsować mi przybycie medyka. Wtedy po raz pierwszy spotkałem Catarinę Loss.

Magnus wyprostował się natychmiast i obrzucił Sinclaira pełnym urazy spojrzeniem.

- Nigdy nie powiedziała mi, że uratowała od śmierci Nefilim-wygnańca! – oburzył się, ale natychmiast spuścił z tonu, gdy w oczach Sinclaira zobaczył wściekłość i ból rozrywające serce na pół.

- Bo nie uratowała – zasyczał ostro wampir, a Magnus w duchu przeklinał swoją impulsywność.

W całym Sanktuarium zapadła głucha cisza. Isabelle i Maryse siedziały z dłońmi zakrywającymi usta, przez co ich rodzinne podobieństwo jeszcze bardziej rzucało się w oczy. Jace trzymał za rękę Clary, która patrzyła na Sinclaira z wyrazem czegoś pomiędzy współczuciem a bezbrzeżnym smutkiem. Bardzo przypominała Jocelyn, która pochyliła z przygnębieniem głowę, otoczona ramieniem przez Luke'a. Pierwsza odezwała się Jia Penhallow, choć ton jej głosu zdradzał głęboko ukryte pokłady empatii dla Nocnego Łowcy, którego parabatai konał.

Magnus postanowił nic więcej nie mówić. Jeszcze nie do końca rozumiał, czemu Sinclair – dotąd tak uporczywie milczący w kwestiach własnej przeszłości – teraz dokonywał prawdziwej autowiwisekcji przed całym Clave, odzierając siebie i swojego kochanka z resztek prywatności. Czarownik wbił spojrzenie w swoje dłonie splecione ciasno tylko dlatego, że za bardzo drżały, a on sam dla odmiany niekoniecznie chciał pokazywać Nefilim, jak bardzo porusza go historia dwóch wampirów. Słyszał pełną rozgoryczenia i rozpaczy kontynuację, a mimo usilnych prób emocje Sinclaira wciąż były tak żywe, że czarownik bez problemu widział oczyma wyobraźni wydarzenia tamtej nocy.

Catarina w początku XX wieku jest taka sama jak wcześniej i później – pełna nadziei, zapału i determinacji. Poczucie misji zbyt silne i zbyt mocno zakorzenione, by mogły osłabić je czas i nieustannie zmieniający się świat. Dziarskim krokiem wmaszerowuje do pokoju, rześka i trzeźwa na umyśle zupełnie tak, jakby w ogóle nie została wyciągnięta z łóżka w środku nocy i powieziona przez wampirzego niewolnika cichymi ulicami do bogatej dzielnicy. Nieznoszącym sprzeciwu tonem wyrzuca wszystkich z pomieszczenia w mało elegancki, a za to dość obcesowy sposób, żeby w pełni skupić się na pacjencie. To potrzebujący są dla niej na pierwszym miejscu, a ich rasa, wyznanie, orientacja czy status majątkowy mają najmniejsze znaczenie. Cate wie, że ma naturalny talent, a jej wrodzony dar sprawia, że w wielu wypadkach tylko ona jedna może udzielić pomocy.

Nie tym razem jednak.

- Możesz wejść i… – zaczyna zmęczonym głosem, po upływie trzech godzin wychylając się zza ciężkich, dębowych drzwi, do których Camille ma przedziwną słabość i każe wstawiać je w każdej kolejnej zajmowanej przez siebie rezydencji, jakby z jakiejś nieznanej Magnusowi przyczyny były obowiązkowym punktem wyposażenia domu.

- Porozmawiać z nim? – Sinclair zrywa się z sofy, którą głuchy na utyskiwania niewolników przytargał tu z saloniku, żeby koczować pod pokojem.

- Nie, pożegnać się

Magnus wie, jaką Catarina ma minę, gdy musi wypowiedzieć te słowa – tak ostateczne i uśmiercające resztki nadziei tlącej się w sercach rodziny i bliskich pacjenta. Jest wyczerpana, ale z uporem największego osła świata odpycha od siebie myśl o zmęczeniu i ignoruje fakt, że sama ledwie trzyma się na nogach w pozycji pionowej. Wciąż zarzuca sobie, że mogłaby zrobić coś jeszcze, coś więcej, cokolwiek, żeby ocalić życie, jakie zostało jej powierzone. Biedna Catie, westchnął w myślach Magnus, czemu nigdy nie chcesz uwierzyć, że czasami nawet ty nie możesz już pomóc?

Sinclair mija ją w drzwiach, niemal tratując w progu, i dopada do łoża, gdzie w nasiąkniętej krwią pościeli umiera Featherdark. Nie reaguje na swoje imię, choć Sinclair tak desperacko wykrzykuje je raz za razem. Odpływa w ciemność, choć w pomieszczeniu pali się tyle lamp. Oddycha ciężko i z trudem, choć okna są szeroko otwarte, a zimny wiatr porusza długimi, koronkowymi firanami.

Magnus zacisnął powieki. Sinclair to urodzony wojownik, zdeterminowany, nieustępliwy i nastawiony na zwycięstwo. Z tym przeciwnikiem jednak nie mógł wygrać. Nie mógł zrobić nic, gdy ten powoli, z każdą sekundą odbierał mu Featherdarka i ciągnął go w mrok, do miejsca, w które Sinclair nie mógł za nim podążyć. Catarina stoi przy drzwiach, nie podchodząc bliżej do żegnających się kochanków. Mówi coś pokrzepiającego, tłumaczy i wyjaśnia, co się stało, ale do Sinclaira docierają tylko strzępy informacji. „Nóż nasączony jadem z krwi demona". „Napastnik uderzał tak, jakby chciał zabić". „Zbyt wiele trucizny w krwioobiegu". „Potężny krwotok wewnętrzny". „Nieodwracalne zmiany".

- Panno Loss, proszę wezwać lady Belcourt – oznajmia nagle Sinclair, nie odrywając nawet wzroku od bladej twarzy kochanka, otoczonej długimi kaskadami czarnych, falujących łagodnie włosów.

- Ależ… Panie Wayland, to nie… – odpowiada Catarina po kilkunastu sekundach, jakie zabiera jej zrozumienie intencji zdesperowanego Nocnego Łowcy.

- Wezwij tu Camille!

Oczy Sinclaira płoną szaleństwem. Cate już wie, że on się nie cofnie, nie przekona go żaden argument, nie uda jej się przemówić do niego w żaden racjonalny sposób. Posłusznie wydaje Walkerowi polecenie sprowadzenia Camille, która zjawia się chwilę później, a jej usta rozciągają się w coraz szerszym uśmiechu, gdy wysłuchuje wszystkiego, co Sinclair ma do powiedzenia. Spogląda za okno – do świtu pozostały dwie godziny. To mało. Natychmiast siada przy stojącym obok szafy biurku, sięga po kilka arkuszy pergaminu i skreśla pospiesznie kilka listów, które rozdziela następnie między obu niewolników i wysyła ich w noc jako posłańców.

Catarina podwaja wysiłki, żeby utrzymać Featherdarka przy życiu, a Sinclair milczy. Tylko jego spojrzenie, gdy pada na twarz kochanka, zdradza niepewność i wahanie. Tak mija kolejna godzina, nim niewolnicy nie powracają triumfalnie, dumni jak tresowane psy, że udało im się wykonać wszystkie polecenia darzonej bezkrytyczną, wierno-poddańczą miłością pani. Sinclair z niedowierzaniem patrzy na stelę, którą Archer wciska mu w dłoń.

- Udało nam się odzyskać wasze skradzione rzeczy – oświadcza z uśmiechem Camille, podchodząc do łoża. – Młody, niedoświadczony wilkołak wziął twego parabatai za wampirze pisklę, o ironio. Kazałam przynieść ci jego głowę. – Z beznamiętną miną wskazuje płócienny worek zabarwiony na spodzie ciemną plamą, a Catarina rzuca jej przerażone spojrzenie.

- Camille, nie wolno ci w ten sposób… – Orientuje się, że lady Belcourt patrzy na nią z pełnym wyższości uśmiechem i milknie speszona, czując pod skórą, że mimowolnie staje się częścią pewnej złej, mrocznej tajemnicy, ale nie może zrobić już nic, by się wycofać i uciec.

- Nie wolno ci nigdy powiedzieć o tym, co tu widziałaś i w czym brałaś udział. – Camille bezlitośnie potwierdza jej obawy i wzmaga strach przed konsekwencjami.

Catarina wie, że Nefilim jeszcze nie tak dawno w imię Prawa zabijali Podziemnych, a ich rodowe majątki stały na fundamencie z krwi i kości zamordowanych czarowników, wilkołaków, wampirów i faerie. By wydać na siebie wyrok śmierci wystarczyła znacznie mniejsza przewina, wystarczało samo podejrzenie, plotka, domysł. Catarina wolno kiwa głową i rzeczywiście, przez następne sto lat nie wspomina nigdy i nikomu o wydarzeniach tamtej październikowej nocy, a Magnus czuje ciężar poczucia winy w piersi. Pamiętał, że gdy spotkał ją niedługo później, była nieco zbyt zamyślona i ponura, ale wymówiła się nadmiarem pracy i przemęczeniem. Czemu nie drążył wtedy tematu? Czemu tak łatwo jej uwierzył?

- To piękna opowieść, jak średniowieczny romans – mówi Camille, Catarina jest przerażona, a Magnus dławi w sobie wściekłość na wampirzycę, która tak lekko szafuje cudzym życiem. – Jesteście idealni, zbuntowani kochankowie gotowi umrzeć, by być razem. Pokażcie mi miłość silniejszą niż śmierć. Pokażcie mi wierność trwalszą niż wieczność.

Magnus martwieje. To o to pokłócił się z nią w dniu, gdy zerwali ze sobą wszystkie kontakty, a on sam wybiegł z rezydencji, ciągnąc za sobą półprzytomnego Willa Herondale'a. Nigdy nie wierzyła w stabilną, wierną miłość nieśmiertelnych. Sinclair i Featherdark byli dla niej eksperymentem? Co chciała udowodnić samej sobie, gdy widziała ich tak nieodmiennie w siebie wpatrzonych i bez pamięci w sobie zakochanych?

Camille przysiada na przeciwległym skraju łoża i nakazuje Sinclairowi nałożyć na Featherdarka tak wiele run, jak wiele przychodzi mu na myśl. Ich moc pozwala młodemu Lightwoodowi odzyskać przytomność i daje wystarczająco dużo sił, by mógł sam wykreślić Znaki na ciele swojego parabatai. Sinclair pyta go kilka razy, czy jest gotów, czy się zgadza, czy również tego chce, ale Featherdark odpowiada tylko słabym uśmiechem, gdy własna stela ciąży mu nienaturalnie w dłoni, a runy spływają z niej wolno, rozdrgane i niepewne.

Catarina opuszcza pokój i opiera się plecami o drzwi. Próbuje ogłuchnąć na krzyki Nocnych Łowców, którzy umierają w mękach, by odrodzić się do nowego życia. Cofa się w głąb korytarza i przepuszcza niewolników Camille, a potem odwraca wzrok, gdy ci z budzącą trwogę wprawą wywlekają z pokoju dwa martwe ciała, by upchnąć je w czekającym na podjeździe powozie i pognać w kierunku Cimetière de Montmartre. Ci, którzy skonali we wzajemnych objęciach, zostali złożeni we wspólnym grobie i razem wydostali się na powierzchnię na kilka minut przed świtem jako nowonarodzeni synowie Camille Belcourt.

- Archer i Walker przewieźli nas do rezydencji i wjechali bezpośrednio do powozowni, gdy my kuliliśmy się przed pierwszymi promieniami słońca. Ilekroć przypominam sobie, jak owinęli nas starymi, wełnianymi płaszczami i wewnętrznymi korytarzami zatargali do piwnic, żeby zatrzasnąć nas w krypcie, żenujące poczucie pogardy do samego siebie odbiera mi szacunek do własnej osoby – prychnął gniewnie Sinclair. – Cały dzień przespaliśmy, nie niepokojeni przez nikogo, zaś o zmierzchu Camille przyniosła zabutelkowaną krew od rzeźnika i nadała nam nowe imiona, rozkazując raz na zawsze zapomnieć o rodowym dziedzictwie. A potem rozpoczęła się nasza wieczna wędrówka przez noc, gdy ona uczyła nas egzystowania w Świecie Cieni na nowej pozycji i wnikliwie badała nasze zdolności.

Magnus przyjrzał się wampirowi badawczo, ale nie zdołał nic wyczytać z jego twarzy, kiedy w tłumie rozległ się głos starszego Nefilim. Jego właściciel wstał z miejsca i wbił w Sinclaira spojrzenie tak ostre, jakby zamierzał go za jego pomocą co najmniej dekapitować.

- To śmieszne! Jakież to niby cenne umiejętności mogą mieć wampiry? – zakpił, w zupełności pewien, że Sinclair nie może pochwalić się niczym szczególnym, a już zwłaszcza niczym, co zrobiłoby wrażenie na uświęconym dziedzicu krwi Razjela.

I zmuszony był natychmiast zweryfikować swoją opinię, gdy rzeczony wampir nagle znalazł się tuż za jego plecami, przytykając mu ostrze własnego serafickiego sztyletu do gardła. Mężczyzna wydał z siebie tylko nieartykułowany pomruk, a siedzący nieopodal Nocni Łowcy zerwali się z krzeseł, dobywając broni. Magnus nie zdążył w jakikolwiek sposób zareagować, gdy Sinclair nieoczekiwanie znalazł się znów tuż obok, swobodnie okręcając w palcach zdobyczny sztylet.

- Przede wszystkim – zaczął ze złośliwym uśmiechem – ja i Featherdark możemy bez przeszkód poruszać się po poświęconej ziemi i korzystać z serafickiej broni. Zachowaliśmy swoje sztylety i miecze, a jakiś czas mieliśmy też stelę, która jednak okazała się niepotrzebna, gdy zrozumieliśmy, że Znaki wykreślone tuż przed naszą przemianą nie znikną, a ich moc nie osłabnie. To jest druga nasza cenna zdolność. – Rzucił pełne szyderstwa i nieskrywanej kpiny spojrzenie w kierunku Nefilim, któremu przed chwilą przystawiał ostrze do gardła w ramach uświadamiania, jak niebezpieczne bywa ignorowanie przeciwnika i bagatelizowanie zakresu jego umiejętności. – Doszło w naszym przypadku do fuzji zdolności Nocnego Łowcy i wampira. Camille wykorzystała to, że runy wyrysowane przez parabatai działają skuteczniej, a ich siła jest większa. To dlatego Znaki nie zblakły z upływem lat, a ich moc nie osłabła od chwili nałożenia.

Część Nocnych Łowców wyraźnie oklapła na krzesłach i sam Magnus czuł się oszołomiony podobnymi rewelacjami. Anielskie runy czerniły się na ciele Sinclaira świeżością Znaków wykreślonych stelą kilka sekund wcześniej, a w rzeczywistości miały za sobą kilka dekad działania. Przed chwilą sam widział nadnaturalną, nieludzką szybkość, siłę i zręczność, z jaką wampir przemknął przez tłum i wykorzystał broń Nocnego Łowcy przeciwko niemu samemu. Zadrżał na myśl o tym, jakie jeszcze niezwykłe zdolności posiedli Sinclair i Featherdark. Camille musiała to przewidywać. Na Lilith, musiała wiedzieć przynajmniej częściowo, jak potężne istoty może uczynić z przeistoczonej w wampiry pary parabatai.

- Obowiązują nas też oczywiście pewne ograniczenia – kontynuował lekkim tonem wampir, jakby relacjonował wyłącznie wyniki umiarkowanie ważnych i niekoniecznie pasjonujących badań nad wyselekcjonowanym gatunkiem ślimaka, a nie zdradzał tajemnice swojego funkcjonowania, uwzględniając przy tym mocne i słabe strony obecnego stanu. – Słońce ma na nas destrukcyjny wpływ, dlatego przesypiamy dnie w pomieszczeniach odciętych od światła. Och, i musimy naturalnie pić krew, choć to akurat nie stanowi żadnego większego dylematu moralnego – zaśmiał się zgrzytliwie. – Czerpiemy nawzajem ze swoich żył, ponieważ – tu wracamy do tego, o czym zdążyłem już wspomnieć – ubytek krwi jest natychmiast wyrównywany dzięki działaniu Znaków regeneracyjnych i naturalnym właściwościom wampirzego ciała, które błyskawicznie związuje naruszone naczynia krwionośne i zasklepia rany.

Są niemalże idealni… Magnus odetchnął głębiej, gdy kłucie w płucach uzmysłowiło mu, że wstrzymał oddech. Na Lilith, pomyślał po raz kolejny, zdjęty przerażeniem. Camille, coś ty z nimi zrobiła?...

- Istnieje też jeszcze jeden szczególny powód, dla którego Raphael to mnie wysłał do Magnusa, a w konsekwencji tutaj, na dywanik do gloryfikujących się potomków Anioła, jak zwykle głuchych i ślepych na to, co się dzieje dookoła, a w dodatku też zbyt głupich, by słuchać tego, co ma do powiedzenia śmierdzący Podziemny – warknął, a Magnus dyskretnie zerknął na Nefilim, by upewnić się, czy nie celują jeszcze w ich kierunku niczym ostrym, bo co do tego, że Sinclair od godziny mocno nadwyrężał ich cierpliwość, nie miał najmniejszych wątpliwości. – Więź parabatai, która łączyła mnie i Featherdarka, uległa pewnemu… wynaturzeniu.

Bez większych emocji wskazał na Znak, a gdy czarownik skupił na nim wzrok, dojrzał w słabym, magicznym świetle czerwony odcień runy i jej zmieniony w stosunku do oryginału kształt. Dojrzał również porozumiewawcze spojrzenie, jakie wymienili Clary i Jace, co sprawiło, że serce drgnęło mu w pojedynczym ukłuciu lodowatego lęku.

- To nie jest symbol więzi parabatai – powiedział wolno Jace, ostrożnie ważąc każde słowo. – Ten Znak nie pochodzi z Szarej Księgi. To runa demonicznego związania.

Sinclair spojrzał na Nocnego Łowcę spod rzęs i skinął głową, co wywołało nową falę poruszenia wśród Nefilim.

- Ta więź nie jest równoważna dla obu stron – ciągnął Jace. – Jeden z was musi być dominantą. Jeden ma władzę nad drugim.

- Jesteś bardzo bystry i doświadczony, prawda, Jace'ie Herondale?

- Lightwood.

- Racja. – Sinclair uśmiechnął się tym razem bez złośliwości. – W naszym układzie stroną uprzywilejowaną jest Featherdark, ale pomimo takiej możliwości, nie narzuca mi swojej woli. Poza tym to lepiej, gdy naszym duetem kieruje on, strateg o przenikliwym umyśle i nieocenionych talentach komunikacyjnych, a nie ja, niewychowany ćwok bez grama ogłady, a za to z niewyparzoną gębą.

- Ale… Och, to znaczy, nie ujmując oczywiście niczego Featherdarkowi! – zaznaczyła szybko Clary. – Czy to nie strona silniejsza powinna przejąć kontrolę?

- Kontrolę przejmuje ten, który ma w sobie więcej z demona. To dlatego Jonathan Morgenstern był w stanie cię zdominować, Jace'ie Lightwood. I to dlatego Featherdark zdominował mnie. – Sinclair przeniósł spojrzenie na zaskoczonych i zbulwersowanych tym wyznaniem Nocnych Łowców. – Zarówno Jonathan Morgenstern, jak i Featherdark, są w części demonami.

- Co za bzdura! – wybuchła świętym oburzeniem leciwa Nocna Łowczyni, wymachując nad głową krótkim serafickim ostrzem. – Jonathan Morgenstern urodził się potworem, to prawda, ale twój pożałowania godny… nałożnik… – wycedziła pogardliwie, a Magnus już przeczuwał, że burza wisi w powietrzu i tylko czekać, aż zaczną trzaskać pierwsze pioruny. – Krew Nefilim jest anielska i czysta! Żaden demoniczny pierwiastek nie ma prawa się z nią połączyć! To dlatego Nocni Łowcy umierają, gdy zostaną poważnie zranieni przez demona, a dzieci Nefilim i czarowników rodzą się martwe!

- Owszem… – zasyczał jadowicie Sinclair tuż przy uchu kobiety, która niezdarnie odskoczyła w bok, by znaleźć się jak najdalej od wampira, którego oczy płonęły wściekłością i szaleństwem, a którego ułamek sekundy wcześniej nie było w pobliżu. – Krew demona i anioła nie może płynąć w żyłach żyjącego Nocnego Łowcy. Tyle że Featherdark przecież nie żyje.

- Jesteś częściowo demonem? – wykrztusił Simon, który do tej pory dowiedział się wielu niezwykłości o Featherdarku, ale pomimo założenia, że w jego przypadku nic go już raczej nie zdziwi, musiał przyznać, że jest zaskoczony.

Nie widział do tej pory zbyt wielu demonów i na pewno daleko mu było do uzupełnienia pełnego przeglądu ras i gatunków, ale był pewien, że żaden nie pasował do łagodności i spokoju bijących od byłego Nocnego Łowcy. Alec wydawał się podobnie oszołomiony, bo przypatrywał się przez chwilę swojemu przodkowi badawczo, a potem w jego oczach błysnęło coś jakby zrozumienie. Featherdark uśmiechnął się smutno i skinął mu głową, więc jedynie Simon pozostał poza kręgiem wiedzy i wyjaśnień, co postanowił nadrobić.

- Um… – zaczął niezręcznie, ponieważ zdał sobie sprawę, że jakkolwiek sformułuje pytanie, zabrzmi ono kretyńsko, ale zrzucił to na karb braku doświadczenia w pytaniu ludzi, jakiego rodzaju demonem po części zostali. – To dość osobiste, tak sądzę… Mam nadzieję, że nie będziesz miał mi za złe, że pytam… Bo widzisz, chyba tylko ja nie domyślam się jeszcze, który…

- Succubus. – Featherdark wybawił go od dalszego krążenia dookoła tematu. – Mam w sobie krew succubusa.

Chodzący za Dnia przez chwilę milczał. A potem przypomniał sobie partie Might and Magic, jakie z lubością rozgrywał z przyjaciółmi ze szkoły i byłby spłonął rumieńcem, gdyby tylko nie ograniczała go biała, wampirza karnacja nieczuła na zmiany nastrojów właściciela. O mój Boże…, pomyślał. Chyba dobrze mi się wydaje…

- Po wyrazie twojej twarzy wnioskuję, że wiesz, o który rodzaj demonów chodzi? – dopytał uprzejmie Featherdark, a Simon bynajmniej nie poczuł się komfortowo w sytuacji, w której przedstawiciel własnego gatunku zwierza mu się z bezpośrednich koligacji z demonami charakteryzującymi się pewnymi specyficznymi właściwościami…

- Hej! Ale to dlatego, prawda? – W jednej chwili Chodzący za Dnia doznał olśnienia i wszystkie elementy układanki nagle zaczęły do siebie pasować. – To wpływ krwi succubusa, tak? To dlatego od pierwszej chwili wydałeś mi się tak nieludzko piękny i nawet teraz mimowolnie uważam, że twoje włosy lśnią jak pióra kruka i niemal wołają, by subtelna dłoń kochanka uwolniła je z węzła atłasowej wstążki, by mogły swobodnie spłynąć czarnymi kaskadami na twoje ramiona i plecy?

Zapadła chwila milczenia i w jednej chwili Simon poczuł, że sam chciałby się gdzieś zapaść.

- Nie wierzę… Powiedziałem to na głos, tak? – jęknął, wewnętrznie opłakując resztki swojej godności.

Alec, wpatrujący się w niego w osłupieniu, zaśmiał się nagle, a Featherdark przekrzywił głowę, uśmiechając się zawadiacko, co czyniło go jeszcze piękniejszym i bardziej pociągającym, choć obecnie Simon był znacznie bardziej zaaferowany kompletną utratą twarzy w obecności obu Lightwoodów, by roztrząsać aparycję wampira.

- Jest mi niezmiernie miło słyszeć te komplementy, Chodzący za Dnia – powiedział z niewymuszoną elegancją. – I masz rację, to wpływ krwi succubusa sprawia, że mój urok mąci rozum i mami zmysły każdego, bez względu na płeć i preferencje. To znaczy, prawie każdego. – Rzucił Alecowi znaczące spojrzenie, na co Nocny Łowca odpowiedział tylko pytającą miną. – To również wynika ze specyfiki succubusów. Nie mogę zawładnąć sercem, które zostało już komuś oddane.

- Ale ja… Och… – zakończył mało elokwentnie Alec, czerwieniąc się i natychmiast uciekając wzrokiem w bok, zupełnie jakby wyblakłe wzory na tapecie okazały się nagle najbardziej interesującą rzeczą w promieniu kilometra.

- I to dotyczy również ciebie, Chodzący za Dnia – dodał z lekkim, niepokojąco wieloznacznym uśmiechem Featherdark. – Myślę, że jest ktoś, kto jest dla ciebie ogromnie ważny. Inaczej – a możesz mi wierzyć, że mam wieloletnie doświadczenie – nie prześladowałyby cię jedynie natrętne myśli dotyczące moich niewątpliwych uroków.

Tak, pomyślał Simon, na pół speszony, na pół zaintrygowany. To myśli o Isabelle sprawiały, że wpływ demonicznej mocy Featherdarka słabł. Czyli… Nagle dostrzegł, że Alec przygląda mu się bacznie – zbyt bacznie, by mieć nadzieję na ułaskawienie i lżejszy wymiar kary. Simon doskonale wiedział, że jego troska o siostrę nie zna granic, przeszkód ani pojęcia nadopiekuńczości. Dla własnego dobra (a pośrednio także dla dobra Aleca, który z kolei chyba nie chciał drążyć drażliwego tematu swojego związku z Magnusem) postanowił pokierować rozmowę ponownie na tory, z których wypadła na niebezpieczne mielizny dygresji życiowych.

- Mówiłeś o tym, że twoja więź parabatai stała się po przemianie inna, prawda? – przypomniał szybko, zanim ryzyko profilaktycznej kastracji i wyrwania serca ze strony Aleca stało się bardziej realne.

- Tak – przyznał Featherdark. – Parabatai są zdolni wyczuwać skrajne emocje partnera gdzieś na obrzeżach własnej świadomości. Ja i Sinclair natomiast możemy w pełni posługiwać się rozwiniętą telepatią.

- O rany – westchnął Simon, walcząc ze swoim osłupieniem.

Oczekiwał zmiany tematu na jakiś bezpieczniejszy, ale zdecydowanie nie spodziewał się kolejnej rewelacji tego formatu. Już teraz Featherdark i Sinclair jawili mu się jako stworzenia potężne i unikatowe, znacznie wykraczające zdolnościami poza ramy tego, co potrafili i Nocni Łowcy, i najstarsze wampiry. Jeśli jednak rzeczywiście mogli porozumiewać się ze sobą w tak swobodny, niczym nieograniczony sposób… Featherdark skinął głową w odpowiedzi na wyraz zrozumienia w jego oczach.

- Tak, mój ojciec rozdzielił nas celowo i wysłał Sinclaira do Clave jako łącznika z Hotelem Dumort.

- To… niesamowite… – szepnęła Jocelyn, wpatrując się w Sinclaira.

- Udowodnij! – krzyknęła Isabelle, zanim Robert zdążył ją spacyfikować.

- Och, zapalczywa, młoda panna Lightwood. – Sinclair uśmiechnął się szeroko, a jego kły znów zabłysły niebezpiecznie. – Jeśli chcesz dowodu, zadaj pytanie, na które jedynie twój brat zna odpowiedź. Sądzę, że to pomoże uwiarygodnić moją wersję wydarzeń, bo Clave jak zwykle ma więcej wątpliwości niż zdrowego rozsądku – parsknął.

Isabelle tylko raz zerknęła na Konsul Penhallow, która skinęła jej przyzwalająco głową, puszczając mimo uszu kolejne docinki pod adresem Nefilim. Dziewczyna zastanowiła się przez moment, po czym rzekła:

- Jeśli naprawdę masz kontakt z Alekiem, zapytaj go, co zrobiliśmy z wazonem babci, który mama dostała w posagu, a który my rozbiliśmy, kiedy pod nieobecność rodziców bawiliśmy się w gabinecie taty w demona i Nocnego Łowcę.

- Isabelle! – syknęła Maryse, piorunując córkę spojrzeniem, ale Sinclair zaśmiał się tylko kolejny raz i przymknął oczy.

- „Izzy? Izzy, to ty? Nic ci nie jest? Dotarłaś bezpiecznie do Instytutu?" – powiedział po chwili, a jego uśmiech był teraz tak szeroki, że odsłaniał uzębienie po same ósemki.

- Siedzi w hotelu po brzegi wypełnionym wampirami, a bardziej niż o siebie, martwi się o mnie… – westchnęła. – To na pewno Alec – oznajmiła z przekonaniem w głosie, ale umilkła, gdy Sinclair kontynuował:

- „Odłamki tego wazonu, który strąciłaś w biegu, pozbieraliśmy na ściereczkę, zawinęliśmy i zakopaliśmy w różanej rabacie pod oknami kuchni razem z trzema stokrotkami z ogrodu za domem, bo powiedziałaś, że to magia i dzięki niej mama nigdy nie znajdzie potłuczonych resztek, a bez dowodów nie ma zbrodni". Sprytna mała – skomentował wampir, a Isabelle tylko pokiwała głową.

- Zgadza się. Sinclair nie mógłby tego wymyślić, a poza mną tylko Alec wiedział, co stało się z tym wazonem – powiedziała, opadając z powrotem na swoje krzesło. – Zdolności telepatyczne tych wampirów są prawdziwe.

Sinclair tymczasem wyszczerzył się jeszcze bardziej, choć wydawało się to już fizycznie niemożliwe. Odwrócił głowę w kierunku Magnusa i z radosnym błyskiem w oku przekazał kolejną wiadomość:

- „Czy jest z wami Wysoki Czarownik Brooklynu?" – rzekł i z nieskrywaną przyjemnością obserwował twarz Magnusa, który z trudem zapanował nad zgarbieniem się.

Jak bezosobowo i oficjalnie określił go Alec! Choć czemu miałbym się dziwić?, pomyślał z rozgoryczeniem Magnus. To przecież ja z nim zerwałem, ja kazałem mu się wyprowadzić, ja opuściłem go w chwili, gdy najbardziej potrzebował mojej pomocy…

- „Czy nic mu się nie stało? Czy jest bezpieczny?" – Magnus uniósł spojrzenie na Sinclaira, którego złośliwy, pełen wyższości uśmiech nagle złagodniał, a zielone oczy rozjarzyły się ciepłym blaskiem. – „Raganie Sinclair, mam głęboką nadzieję móc powtórzyć to niebawem osobiście, ale pragnę z serca podziękować panu za ocalenie Magnusa".

...

...

...

Udało mi się przed Wigilią! Przepraszam, że tak długo trwało wysmarowanie tego rozdziału!

Intoxic - Odbicie Aleca jest jeszcze odległą perspektywą, biorąc pod uwagę tempo (czy raczej jego brak...), z jakim póki co rozwija się akcja. Niestety nie mogę niczego przyspieszyć, bo pogubię istotne elementy po drodze i całość wyszłaby mi zbyt płytka ;) A w przypadku Lightwoodów - starałam się uchwycić w pewnych miejscach coś na kształt rodzinnego podobieństwa między Alekiem i Featherdarkiem, by nie objawiało się to wyłącznie zbliżoną aparycją :)

Sharon d'Arc - Matko kochana! Wiem, że ten rozdział koszmarnie długo pisałam, ale mam nadzieję, że jeszcze żyjesz i nie umarłaś! Nie chciałabym Cię mieć na sumieniu! Nie tuż przed świętami! ;) A Sinclaira i Featherdarka w tym rozdziale duuużo, bo są istotni dla ogólnie rozumianego dobra fabuły tej historii :)

Kokosz - Cieszę się niezmiernie, że Sinclair i Featherdark dają się lubić i nie są tacy papierowi, tylko mają też trochę krwi i kości ;) Zagadkowa moc Featherdarka wyjaśniona, udział Camille takoż - mam nadzieję, że takie rozwiązanie Cię satysfakcjonuje :)

Glittery Angel - Bardzo zależało mi, żeby pod pewnymi względami pokazać, że Alec i Featherdark są do siebie łudząco podobni, a żeby nie był to wyłącznie zbliżony wygląd (geny, ach, geny...) :) Cieszę się niezmiernie, że moje wysiłki nie poszły na marne i widać związki między oboma Lightwoodami :)

Blue Daisiess - Cieszę się, że tak entuzjastycznie odnosisz się do mojej pisaniny :) To naprawdę niesamowita radość czytać takie pozytywne komentarze :) Mam nadzieję, że ciąg dalszy Cię nie zawiedzie i nie stracisz cierpliwości do tego powstającego w ślimaczanym tempie tekstu ;)

Death-kid - Dziękuję pięknie za komentarz! :) Bardzo starałam się możliwie dobrze wpasować w realia książki, a postacie własne, stworzone z konieczności i na potrzeby fabuły, usiłowałam jak najlepiej wtopić w oryginał, dlatego cieszę się, że się jako-tako udało ;) A Simona sama również bardzo lubię - głównie za jego w pewnym stopniu nieogarniętość i opóźniony zapłon ;) A poza tym serce na dłoni i naprawdę dobrze się pisze fragmenty, w których występuje :)

Raz jeszcze przepraszam za koszmarnie wolne pisanie! I oczywiście wesołych świąt! :) :) :)