13. Stracona szansa

Może zbyt oficjalnie?, pomyślał Alec, gdy Featherdark uśmiechnął się z nieodgadnionym błyskiem w oku, a odpowiedź nie nadchodziła. Co prawda wykorzystywanie niezwykłych zdolności obu wampirzych parabatai jako rodzaju głuchego telefonu w tak błahych w rozrachunku ogólnym sprawach wydało się nagle Alecowi nie na miejscu i zdążył już nawet pożałować swojej nadgorliwości, kiedy Featherdark przemówił:

- „Przez Maranta Featherdarka od Ragana Sinclaira do Alexandra Lightwooda. Jest pan niezmiernie uprzejmy, panie Lightwood, a choć nie oczekiwałem żadnych podziękowań, ponieważ wypełniałem jedynie rozkazy ojca, moja nieskończona próżność została przez pana mile połechtana, za co wyrażam głęboką wdzięczność. Mam nadzieję, że nadarzy się okazja, bym dostąpił zaszczytu poznania osobiście niezwykle czarującego partnera Magnusa Bane'a, nad wyraz chętnie poznam bowiem tajniki przebywania w jednym pomieszczeniu z Wysokim Czarownikiem Brooklynu bez konieczności uciekania się do przemocy, a doświadczony specjalista pana formatu z pewnością będzie mógł posłużyć nieocenioną radą i pomocą."

- Och… – skomentował jedynie Alec, nie bardzo mogąc się zdecydować, czy przeważa w nim zakłopotanie, czy niezrozumienie dość niejasnych intencji wampira, który – co zaznaczył dość wyraźnie – nie przepada za towarzystwem Magnusa i zdecydowanie preferuje przebywanie w znacznej odległości od niego.

- Nie martw się, Alexandrze. – Featherdark uśmiechnął się ciepło. – Sinclair, choć szydzi z dworskiej etykiety i naigrywa się podobnie górnolotnymi przemowami, nie miał niczego złego na myśli. On i Magnus Bane nie znoszą się szczerze i konsekwentnie od około trzydziestu lat swojej znajomości i raczej nie zanosi się na ocieplenie stosunków między nimi, ale nie powinieneś się tym przejmować.

- Rozumiem – mruknął Nocny Łowca, choć tak naprawdę nie bardzo cokolwiek rozumiał, ale wiedział, że będzie potrzebował jeszcze trochę czasu, żeby wszystko dokładnie przemyśleć i poukładać w głowie.

- Ale uwierzyli, prawda? – spytał Simon. – Uwierzyli, że możecie przekazywać sobie informacje? I podejmą teraz decyzję o interwencji?

- Oby… – mruknął Featherdark ponuro. – Ale, by opowieści stało się zadość, powinienem doprowadzić historię do końca. Mieszkaliśmy u Camille blisko rok, po czym odesłała nas w świat i już ją dłużej nie obchodziliśmy. Wytyczyła granice naszych możliwości, zaspokoiła ciekawość, jaką budziły w niej potwory, które stworzyła, a poza tym, jak sądzę, drażniło ją nasze uczucie – dodał z namysłem. – Gdy ją obserwowałem, odnosiłem nieodmiennie wrażenie, że tak naprawdę liczyła na to, że w końcu oszalejemy i pozabijamy się nawzajem. Zostaliśmy związani ze sobą tak blisko, a pieczęć połączyła nas każdą najskrytszą myślą i spętała wspólnym losem ściślej, niż – jak uważała – ktokolwiek mógłby wytrzymać. Czasami wpadała w szał i wyrzucała nas na całą noc z rezydencji. Czasami rozkazywała swoim niewolnikom blokować kryptę i nie wypuszczać nas z niej przez kilka kolejnych nocy, wrzeszcząc przy tym, że nie ma najmniejszej ochoty nas widzieć. To była ogromna ulga, gdy wyrzuciła nas wreszcie i rozkazała nigdy więcej nie pokazywać jej się na oczy. Tułaliśmy się wtedy po świecie, starannie unikając innych wampirów, aż wreszcie przybyliśmy do Nowego Jorku, gdzie znów trafiliśmy na Camille.

Alec kojarzył mgliście losy klanu powołanego przez lady Belcourt, założenie siedziby w Hotelu Dumort i zmiany układu sił, pozwolił jednak, by Featherdark opowiedział o tym z własnego punktu widzenia.

- Poznaliśmy Raphaela Santiago przypadkiem. Całkiem szczęśliwym zbiegiem okoliczności, który ocalił mu skórę i nieoczekiwanie pozwolił uzyskać pozycję głowy klanu. My żyliśmy w cieniu podziemnego świata, on zaś przechadzał się w pełnym jego blasku, był rozpoznawalny, nawiązywał liczne kontakty, również między rasami. Słyszeliśmy o nim, o prawej ręce Camille Belcourt, i samo to wystarczało, by utrzymywać między nami zdrowy dystans. Zamierzaliśmy zresztą opuścić Nowy Jork i czekaliśmy wyłącznie na to, by minęła zima. Gdybyśmy wyruszyli w drogę wraz z pierwszymi roztopami, wszystko prawdopodobnie potoczyłoby się zupełnie inaczej.

- Coś zatrzymało was dłużej? – zapytał Simon, a w jego spojrzeniu Alec wyczytał prawdziwe zainteresowanie historią klanu, którego nieszczęśliwie już za kilkanaście godzin mógłby zostać władcą.

- Magnus Bane – wyjaśnił z przekornym uśmiechem Featherdark, a lśnienie jego oczu wskazywało na to, że czarownik został wplątany w całą tę sytuację równie przypadkowo, co nieświadomie. – Przyjęcia wydawane przez Wysokiego Czarownika Brooklynu uchodziły za wyznacznik elitarności i każdy Podziemny zabiegał o jego względy, by otrzymać zaproszenie. Dla wielu to była istna gwiazdka z nieba.

Alec skrzywił się mimowolnie na wspomnienie szalonej, hucznej imprezy zorganizowanej na cześć Prezesa Miau, na której poznał co prawda Magnusa i dziękował za to losowi, ale feeria barw i roztańczone w pijackich podrygach bandy Podziemnych zdecydowanie nie były dla niego spełnieniem marzeń, a i z trudem wyobrażał sobie, by dla kogokolwiek mogły stanowić obiekt pożądania. Kątem zauważył podobny grymas na twarzy Simona, który przypomniał sobie najprawdopodobniej swoją szczurzą karierę i przymusowy pobyt w Hotelu Dumort, z którego podczas karkołomnej wyprawy ratunkowej wyciągali go Clary i Jace.

- Przyjęcie odbywało się na Brooklynie, w mieszkaniu na piętrze starego loftu, a ilość magii spożytkowanej na jego organizację i ostra woń zaklęć utrzymujących się wokół całego budynku drażniła nasze wyczulone zmysły. Zabłąkaliśmy się w tamte okolice przypadkiem, bo wciąż niezbyt dobrze znaliśmy miasto, ale zamierzaliśmy natychmiast zmienić trasę przemarszu. Trafiliśmy w ten sposób na kłótnię Camille i Raphaela, który wypadł chwilę wcześniej z loftu, ścigany wrzaskami na wpół pijanego Magnusa Bane'a. Jego szalona zabawa trwała w najlepsze, kiedy w zaułku zaledwie jedną przecznicę dalej ważyły się nie tylko dalsze losy klanu, ale też życie Raphaela jako takiego. Obaj doskonale wiedzieliśmy, że zbrodnia posiadania odmiennej opinii była przez Camille surowo karana. Tak, by winowajca na długo zapamiętał nauczkę i pomyślał następnym razem – o ile miał nastąpić jakikolwiek następny raz – wystarczająco długo, by zwalczyć w sobie jakiekolwiek przejawy sprzeciwu. Raphael był jednak nieugięty, kierował się dobrem klanu i gotów był podjąć walkę, choć oczywiście musiał zdawać sobie sprawę, że w starciu z wiekową wampirzycą miał szanse takie jak nie przymierzając komar w czasie huraganowego wiatru.

Alec skinął z namysłem głową. Nie darzył nigdy Raphaela jakimś szczególnym przywiązaniem, a i on sam nie był żadnym wielkim miłośnikiem Clave, ale musiał przyznać, że rozsądku mu nie brakowało i troszczył się o swój klan z godnym podziwu oddaniem, stawiając jego dobro ponad wszystko inne.

- Sinclair widział w nim idealnego przywódcę, a z przebiegu kłótni dowiedzieliśmy się, jak podłych postępków i okropnych zbrodni dopuściła się Camille. To dlatego podjęliśmy decyzję o wkroczeniu między nich, by zapobiec zgładzeniu Raphaela, a wszystko wskazywało na to, że mógł już odliczać ostatnie minuty swojego życia. Camille była wściekła, ale zbyt dobrze wiedziała, że nie byłaby w stanie nas pokonać. To wtedy zawarty został układ, na mocy którego władza przeszła w ręce Raphaela, a nasza matka abdykowała posłusznie, by jej przewinienia nie ściągnęły na klan gniewu Clave. Ja i Sinclair zostaliśmy zaprzysiężonymi synami Raphaela i staliśmy się częścią klanu. Pod pewnymi określonymi warunkami, w zamian za które zaoferowaliśmy mu prawdę o sobie. W ten sposób tylko trzy osoby wiedziały, kim naprawdę jesteśmy, a jedna spośród nich już nie żyje.

Na chwilę zamilkł, by podjąć na nowo ze spojrzeniem wbitym gdzieś w pustkę, z której jego oczy musiały wyławiać dawne obrazy i wspomnienia:

- Być może zabrzmi to okrutnie, ale cieszę się, że Camille została zamordowana. Nienawidziła nas i nienawidziła tego, co nas łączyło, ale to nie ona stworzyła tę jedność serc. Nie ona stworzyła to przymierze dusz. Nie miała żadnych praw, by wykorzystać naszą miłość i eksperymentować na niej.

Alec drgnął, gdy poczuł, że zalewa go lodowata fala zrozumienia. Rzucił szybkie spojrzenie w kierunku Simona, ale nie dostrzegł w jego rozluźnionej pozie śladów świadomości tego, jakie będą następne słowa Featherdarka. Przeklinał własny umysł, który nie podarował mu przynajmniej kilku kolejnych sekund niewiedzy, a tymczasem były Nocny Łowca przemówił tonem ostrzejszym, pobrzmiewającym zgrzytliwie w czysto wampirzy sposób:

- Przypuszczam, że od samego początku byliśmy placem zabaw Camille. Obserwowała nas dłużej, niż twierdziła, ukartowała atak precyzyjnie obliczony na doprowadzenie mnie do stanu, w którym nawet Catarina Loss nie miała pola manewru, a tym samym zmanipulowała Sinclaira, by wyraził zgodę na przemianę. Musiał się zgodzić, musiał mieć świadomość, że robi to dobrowolnie i kierując się moim dobrem. Camille przeczuwała, że jesteśmy cenną gliną, z której można wylepić prawdziwie potężne potwory, ale nie zamierzała mieć ich jawnie przeciw sobie. Chciała uchodzić w naszych oczach za wybawicielkę, a nie oprawcę, którym była w rzeczywistości.

Simon rozdziawił usta, chyba nie do końca zdając sobie z tego sprawę. On sam poczuł zaś, jak przejmuje go fala zgrozy, współczucia i nienawiści do Camille. Rzadko kiedy pozwalał sobie na instynktowne reakcje – to było zdecydowanie domeną i drugim imieniem Magnusa, podczas gdy on każdą kwestię musiał najpierw dokładnie przemyśleć, by dokonać wyboru lub podjąć decyzję. Teraz jednak sytuacja sprawiła, że uwolnił się od długich chwil zastanowienia i zrobił pierwszą rzecz, jaka przyszła mu na myśl. Otoczył szyję Featherdarka ramionami, przyciągając go blisko do siebie.

- Nie jesteś potworem – oświadczył z niezachwianą pewnością w głosie.

- Alexandrze – szepnął z niedowierzaniem wampir i spróbował się cofnąć, ale Nocny Łowca tylko wzmocnił uścisk, nie wypuszczając go z objęć. – Przecież sam wiesz, czym jestem, i jak straszliwe są moje zdolności…

- Tak, ale to nie czyni cię potworem – powtórzył Alec, odsuwając się na tyle, żeby spojrzeć mu w oczy, tak podobne do jego własnych. – Gdybym odczuwał wobec ciebie jakikolwiek strach, nigdy nie dopuściłbym, by znaleźć się tak blisko ciebie. Ufam ci. Wierzę ci – zapewnił z lekkim uśmiechem, odgarniając mu długi kosmyk czarnych włosów za ucho. – I mam nadzieję, że mnie i Simonowi uda się opuścić Hotel Dumort w jednym kawałku, bo chciałbym, żebyś w przyszłości przedstawił mnie swojemu wybrankowi. Muszę mu przecież osobiście podziękować za uratowanie Magnusa – dodał, wywołując u Featherdarka łagodny, czuły uśmiech.

- Cieszę się, że dane mi było cię poznać, Alexandrze – odpowiedział wampir, odwzajemniając uścisk, a Alec poczuł się nagle tak, jakby nie dzieliły ich dziesiątki lat, ale łączyła prosta, oparta na zaufaniu i wzajemnym wsparciu więź rodzinna. Jakby miał jeszcze jednego brata, którego darzył miłością, o którego się troszczył i do którego był przywiązany, choć tak naprawdę nie minęły nawet dwie godziny, od kiedy go spotkał. – Przyrzekam, że zrobię wszystko, by was stąd uwolnić.

Poczucie opuszczenia i przerażenia minęło jak sen o poranku i nawet sam Alec był zaskoczony tym, że tak samo jak sen wydało mu się ono nierealne i ulotne. Nie był tu sam, choć przeżył chwile zwątpienia i bólu, a obecność Featherdarka i uśmiechniętego wesoło Simona dodała mu wiary, że wszystko to może skończyć się dobrze, że opuści siedzibę klanu żywy, że wróci do rodziny… i do Magnusa. Choć nie wiedział jeszcze, jak odzyskać zaufanie czarownika, był pewien, że znajdzie w sobie siły, by walczyć o utraconą miłość.

- Nie jestem tu waszym jedynym sojusznikiem. W kręgach klanu jest więcej zwolenników Raphaela, niż to wygląda na pierwszy rzut oka – powiedział były Nocny Łowca, uwalniając go wreszcie z uścisku. – Ale Maureen jest potężna i nie wolno jej lekceważyć. Potrzebujemy pomocy Clave, by uporządkować nasze własne sprawy, a na horyzoncie czai się cień wielkiej, strasznej wojny – dodał, znów wpatrując się niewidzącym spojrzeniem w jakieś odległe, niedostrzegalne dla niego czy Simona wizje. – Tymczasem zaś…

Urwał gwałtownie, a jego wzrok zawisł gdzieś w pustce, choć stężałe nagle ciało i zmarszczone brwi nie sugerowały Alecowi, żeby usłyszał bądź zobaczył za pośrednictwem więzi z Sinclairem coś dobrego. Musi odbierać jego nastrój i emocje, a one najwyraźniej nie wskazują na to, żeby pertraktacje szły po myśli wampirów, westchnął w duchu Nocny Łowca, zaciskając palce na połach płaszcza Magnusa.

Jestem naprawdę niefortunnie wybranym zakładnikiem, pomyślał i spuścił wzrok, czując coś nieprzyjemnie zaciskającego się na gardle. Na Anioła, będą woleli mnie poświęcić, niż ryzykować, że Maureen napije się krwi Jace'a i zapoczątkuje przemarsz wampirzej armii w pełnym świetle dnia, by walczyć przeciwko Clave u boku Sebastiana. Zacisnął powieki, gdy oczy zapiekły go, zwiastując łzy. W jednej chwili zrozumiał, że nie opuści Hotelu.

Nie podniósł zwieszonej głowy, kiedy poczuł zimną, posągowo gładką dłoń Featherdarka na swojej. Wolał nie odwracać w jego kierunku twarzy, by jej wyraz nie zdradził niczego, a zaciśnięte powieki powstrzymywały łzy przed spłynięciem po policzkach. Jak łatwowierny był! Jak naiwnie łudził się, że mógłby stąd odejść, gdy na szali stało bezpieczeństwo całego Clave. Co za mrzonki! Marzenie ściętej głowy, które stało się nagle gorzkim rozczarowaniem i źródłem cierpienia tym głębszego, że bez litości niszczyło resztki ledwie co rozbudzonych nadziei.

Nie nakrzyczy już nigdy na Jace'a za lekkomyślność i niepotrzebne ryzykowanie życia w czasie walki. Nie będzie miał okazji wylać ukradkiem zupy Izzy do zlewu. Nie zirytuje się na Clary za to, że znów najpierw coś robi, a dopiero potem myśli. Nie zobaczy już rodziców. Nigdy nie powie Magnusowi, jak bardzo go kocha i jak bardzo chciałby móc znów być przy nim.

I choć tak desperacko starał się stłumić w sobie wezbrane fale rozpaczy, Featherdark musiał wiedzieć. Uścisnął krzepiąco jego dłoń, nim odezwał się cicho:

- Nie jest zbyt dobrze, ale zrobię, co w mojej mocy, żeby przekonać Clave, jaką decyzję powinni podjęć. Muszę iść na chwilę do Sinclaira. Bądźcie przez ten czas bardzo czujni i nasłuchujcie kroków na korytarzu, dobrze?

Alec nie miał szansy jakkolwiek odpowiedzieć, gdy nieprzytomny wampir osunął się nagle na jego kolana, a gdzieś obok Simon z trudem stłumił okrzyk zaskoczenia.

Magnus obserwował Nocnych Łowców z bezsilną wściekłością. Jak to się działo, że dopiero w obliczu prawdziwego zagrożenia, dopiero stojąc pod ścianą ta banda idiotów potrafiła wykrzesać z siebie jakiekolwiek ślady rozumu? Awantura dotycząca najnowszych rewelacji Sinclaira trwała od dobrego kwadransa i – jak to na oko ocenił czarownik – bynajmniej nie dobiegała końca.

Zerknął na podobnie jak on sam sfrustrowanego Sinclaira. Jego długie kły pozostawały doskonale widoczne, a nerwowo rozcapierzane i zwijane w pięść palce nie sugerowały niczego poza dogłębną irytacją i przemożnym pragnieniem przemówienia do zgromadzonego Clave za pomocą niewerbalnych środków przekazu.

Gdy wstał nagle ze swojego krzesła, w pierwszej chwili Magnus sądził, że dojdzie do morderstwa ze szczególnym okrucieństwem, jeśli w porę nie interweniuje – na przykład prewencyjnie ogłuszając go celnym ciosem w potylicę. Uniósł się ze swojego miejsca i zamarł.

Spojrzenie Sinclaira było inne – dużo bardziej baczne, przesuwało się po twarzach Nocnych Łowców z wyraźnym namysłem, kalkulując coś jednocześnie w drobiazgowy, metodyczny sposób, jaki zdecydowanie nie należał do jego najmocniejszych stron. Poza, w której zamarł, była sztywna i wyprostowana w niewłaściwej dla niego elegancji. Magnus nie wiedział, co się stało, ale Sinclair nagle przestał wyglądać jak spięty do skoku, rozjuszony drapieżnik, choć wciąż miał dobre powody, by urwać głowy co najmniej połowie pogrążonych w zajadłej kłótni Nefilim.

- Clave! – zagrzmiał nagle zgrzytliwym tonem, a czarownik rozpoznawał doskonale jego głos, choć czuł też jednocześnie, że jest to głos Sinclaira wykorzystywany w tonacji, jakiej wampir nigdy nie używał. – Wojna jest bliska! Jonathan Morgenstern gromadzi sojuszników i armię, jakiej nikt z was nigdy nie widział! Musicie zrobić to samo, jeśli zamierzacie dać sobie jakiekolwiek szanse na zwycięstwo! Raphael Santiago obiecuje przymierze i przyprowadzi wszystkie wampirze siły, by u boku Nocnych Łowców stanąć do walki z tym potworem, ale prosi o pomoc w usunięciu Maureen stojącej obecnie na czele nowojorskiego klanu! To jego jedyny warunek!

- Też mi oferta od brudnych Podziemnych! – prychnął Nefilim z twarzą skrzywioną w wyrazie pogardy tak dogłębnej, że Magnus niemal czuł, jak pięść go świerzbi, żeby pokazać mężczyźnie, co sądzi o dalszych uwagach w tym tonie. – Z Nocnych Dzieci jest takie wojsko, jak z koziej dupy trąba. Samemu Razjelowi kiszki by się skręciły, gdyby zobaczył swoją uświęconą rasę walczącą u boku Podziemnych pomiotów!

Tego ruchu nie dostrzegł zupełnie nikt. Magnus nie zdążył nawet mrugnąć, a Sinclaira nie było już obok, ponieważ stał tuż za mężczyzną – teraz znacznie bardziej spanikowanym niż gniewnym. Jednym ramieniem otaczał go w pasie, a dłonią drugiej ręki przyciskał mu do szyi ostrze jego własnego serafickiego sztyletu tak mocno, że na skórze pojawiła się już pierwsza czerwona linia płytkiego nacięcia. Czarownik nabrał z sykiem powietrza, pewien tak samo jak reszta zgromadzonego w Sanktuarium Clave, że poderżnięcie gardła jednemu z nich nie będzie najlepszym punktem w negocjacjach. Sinclair jednak nie dał nikomu szansy na zaprotestowanie, gdy odskoczył gwałtownie z nieprawdopodobną gracją, posyłając schwytanego mężczyznę na posadzkę jednym celnym, ledwie dostrzegalnym kopniakiem.

- Co zrobisz, gdy w bitwie ktoś zaskoczy cię w ten sposób? – zapytał chłodno, doskakując błyskawicznie do kolejnych Nefilim.

Z nieludzką łatwością rozbrajał każdego z nich i zadawał im śmiertelne, symulowane ciosy. Magnus z niedowierzaniem patrzył na płynność jego ruchów i uderzeń, tak nieodpowiadającą znanej mu już z doświadczenia bitewnej furii Sinclaira. Był urodzonym wojownikiem i szedł na wroga niczym burza, gdy poruszał się z szybkością błyskawicy i uderzał z siłą pioruna. To natomiast przypominało w swojej delikatności raczej morderczy taniec niż szaleńczy amok, w jakim wampir zwykł kłaść przeciwników trupem.

W ciągu kilku chwil wśród Clave zawrzało, a choć wszyscy stali się czujni – nikomu nie udało się uniknąć zdradzieckiego ostrza, które pojawiało się nieoczekiwanie i celowało zawsze tak, by zabić. Nim minęło piętnaście sekund, Sinclair wyrżnął w imitacji walki pół sali. Zapadła cisza, gdy zamarł wreszcie w bezruchu tuż obok Isabelle Lightwood, która szarpała się zaciekle z własnym batem z elektrum zaciśniętym na szyi. Niemożliwe!, zmartwiał Magnus. Ta broń miała ją chronić i być jej bezwzględnie posłuszna!

- Co zrobicie, gdy poza demonami i gorszymi jeszcze potworami, jakie ściągnie na was Jonathan Morgenstern, będziecie musieli mierzyć się dodatkowo z armią wędrujących w świetle dnia wampirów?! – zaryczał Sinclair, a jego głos odbijał się echem od nagich ścian, które zwielokrotniały jego słowa, niosąc je korytarzami prowadzącymi z Sanktuarium w głąb Instytutu. – Czy uważacie, że jesteście gotowi do walki z nami?! Czy ktokolwiek zaatakowany przed chwilą był w stanie obronić się, nim zadałem mu śmierć jego własną bronią?! Chcecie mieć nas z wami, czy przeciwko wam?!

Demonstracja siły wyraźnie poskutkowała i Magnus sam przed sobą musiał przyznać, że potencjał bitewny Sinclaira stał się nieocenionym argumentem w dyskusji. Patrzył, jak wampir łagodnymi, płynnymi ruchami wyswobadza Isabelle ze splotów bata. Oddał jej broń i z łagodnym uśmiechem powiedział coś, co sprawiło, że Nocna Łowczyni wpatrzyła się w niego nagle bystro, niepomna matki ciągnącej jej za rękaw, by zajęła swoje miejsce.

Sinclair odwrócił się w kierunku Magnusa i uniósł głowę, a czarownik w jednej chwili zrozumiał. Patrzył prosto w oczy Maranta Featherdarka, który skinął mu delikatnie głową w sposób tak łudząco podobny do wykonującego ten sam gest Aleca, że Magnusowi serce zamarło. Bolesna świadomość, że kilka kroków przed nim stoi przodek jego ukochanego Nocnego Łowcy sprawiła, że chciał podbiec do niego i wypytywać go o chłopca. Ale zaraz potem wrażenie minęło i powróciła znajoma dzikość i gwałtowność ruchów, gdy Sinclair w kilku susach znalazł się z powrotem na swoim krześle, ze złośliwym zadowoleniem obserwując efekty niedawnych działań. Czarownik ze zdumieniem zauważył zmianę nastrojów w szeregach Clave. Zmianę na lepsze.

Jia Penhallow słuchała tego, co mówiła szybko nachylona w jej kierunku Jocelyn. Małe grupki Nocnych Łowców debatowały cicho we własnym gronie, a utrata niedawnej buty, pychy i pewności siebie sprawiła, że coś głęboko w Magnusie drgnęło, wypełniając się nadzieją. Marant Featherdark był strategiem co najmniej tak doskonałym, jak opisywał to Sinclair. Zagrał dokładnie na tych strunach, na których zagrać należało, by osiągnąć cel. Skupił się, kiedy Jia wstała i gestem nakazała Nefilim umilknąć.

- Przyjmujemy wszystko, co mówisz, za prawdę – oświadczyła. – Potrzebujemy czasu, by zastanowić się we własnym gronie i dać Raphaelowi naszą ostateczną odpowiedź.

- Co? – warknął Sinclair z groźnym błyskiem w oku.

- Clave nie działa w takich sprawach pochopnie.

- No rozsądnie raczej też nie – syknął w odpowiedzi wampir, a potem uniósł głowę i przymknął oczy, jakby usiłował wychwycić zmysłami coś, co znajdowało się na krawędzi jego zdolności. – Maureen dała wam czas do godziny szóstej wieczorem. Wykorzystajcie go mądrze, ponieważ mój czas już straciliście.

- Nie rozumiem… – zaczęła Konsul, kiedy przerwała jej Maryse, domyślając się już tego, co w jednej chwili również dla Magnusa stało się jasne:

- On zasypia, Jia. Nadszedł świt. Cały Hotel Dumort pogrąża się we śnie i nasza odpowiedź nie zostanie już przekazana.

- Medal dla tej pani – ziewnął Sinclair ze złośliwym uśmiechem.

Choć walczył z sennością, Magnus widział w jego spojrzeniu coraz mniej trzeźwości umysłu i poczuł, jak w gardle dławi go strach. Clave zmarnowało pół nocy na kłótnie i wyzwiska, a teraz wstawał nowy dzień i kontakt z hotelem urywał się nieodwołalnie.

- Jak to będą jeszcze dyskutować? – Simon wybuchł gniewem i zamachał wściekle rękoma, niemal strącając stojącą na pobliskiej szafce starą lampkę nocną.

Świadomość, że przed chwilą Featherdark w jak najbardziej dosłownym sensie opuścił swoje ciało i przejął kontrolę nad ciałem kochanka gdzieś daleko w Instytucie, nie budziła w Chodzącym za Dnia żadnego lęku. Przekonał się już i nabrał niezachwianej pewności, że ze strony wampira nie grozi im zupełnie żadne niebezpieczeństwo, dlatego też jakiekolwiek inne niezwykłe zdolności rodziły w Simonie ciekawość i intrygowały go, a nie sprawiały, że wyobrażał sobie ze szczegółami, jak wyglądałyby jego rozprute wnętrzności, gdyby Featherdark zastosował przeciw niemu choć część swoich na wpół demonicznych umiejętności.

Teraz skupiał się znacznie mocniej na wieściach od Clave, jakie przekazał im były Nocny Łowca, z trudem maskując własną senność. Świt zbliżał się nieubłaganie, a to oznaczało, że nieodwracalnie tracili możliwość komunikowania się z Nefilim. Zacisnął gniewnie pięści, wyobrażając sobie, że gdzieś tam daleko na Manhattanie Isabelle robi to samo, wściekła i rozgoryczona.

Pukanie do drzwi było delikatne i Simon ledwie je usłyszał. Kiedy Featherdark otworzył, do pokoju wsunęła się ciemnoskóra wampirzyca, przedstawiona im wcześniej jako Anabelle. Również ona zdradzała oznaki słabo zwalczanych przejawów senności, kiedy podała Alecowi papierową torbę z logiem sieci barów szybkiej obsługi, pachnącą zachęcająco niezdrowym żarciem na wynos i gorącą kawą. Popatrzyła na niego z troską, a potem wcisnęła w dłoń Featherdarka niewielkie zawiniątko opakowane niechlujnie w brudny, zatłuszczony kawałek kartki wyrwanej krzywo z codziennej gazety. Przeciętny człowiek brzydziłby się nawet kopnąć coś takiego na ulicy, ale wampir przycisnął do siebie pakunek jak wielki skarb.

- Nie było łatwo, ale Priscilli udało się go zdobyć – powiedziała Anabelle, ledwie tłumiąc ziewnięcie. – Musicie z nim bardzo uważać. Wiesz, że nie z faerie nie ma żartów. – Potrząsnęła głową dla rozjaśnienia myśli, a włosy splecione w drobne warkoczyki rozsypały się luźno wokół jej twarzy, choć sam gest chyba niewiele pomógł na ogarniającą ją coraz bardziej obezwładniającą senność, bo ziewnęła szeroko, nim udało jej się kontynuować: – Wrócił niestety Sakurai posłany za Maurice'm i doniósł Maureen o jego śmierci i ucieczce czarownika. Jest wściekła, naprawdę wściekła, nawet Raphael z trudem ją opanowuje. Bądźcie ostrożni, wszyscy – ostrzegła i wymknęła się z pokoju cicho jak cień.

- Alexandrze – szepnął Featherdark, rozwijając gazetowy papier.

Simon nachylił się bardziej, by lepiej widzieć zawartość paczuszki, a jego oczom ukazał się niewielki, bardzo misterny kluczyk na złotym łańcuszku. Wampir jednym szybkim ruchem zawiesił go na szyi Nocnego Łowcy i ukrył klucz pod ubraniem.

- To robota faerie – wyjaśnił z powagą, która z trudem przebijała przez przemożną senność. – Jest oczywiście nielegalny. Musisz się go pozbyć, gdy tylko skończysz, inaczej zawładnie tobą i przemieni cię w złodzieja i włamywacza. Żelazo, Alexandrze. Zniszcz go za pomocą żelaza – mruknął i skrzywił się, pocierając kąciki oczu. – Przedmioty wykonywane przez rzemieślników Jasnego Dworu są funkcjonalne, ale zawsze zaczarowane w jakiś paskudny sposób. Ten klucz otworzy przed tobą każde drzwi w Hotelu, ale zbyt długi kontakt z nim sprawia, że zaczynasz myśleć wyłącznie o kradzieżach i włamaniach.

Simon spojrzał z niedowierzaniem na złoty łańcuszek na szyi Aleca. Miał już do czynienia z jubilerstwem faerie, gdy korzystał z pierścieni, by porozumiewać się z Clary. Same przedmioty, jak się okazało, nie były przeklęte w żaden wymyślny sposób, ale Królowa Jasnego Dworu podpuściła ich do wykorzystania mocy pierścieni celowo, z czego nie wynikło nic dobrego. Skrzywił się. Żelazo. Koniecznie będą musieli poszukać w hotelu czegoś żelaznego, żeby rozbić ten idiotyczny złodziejski klucz w drobny mak.

- Podczas dnia wampiry śpią, dlatego wykorzystaj ten czas, żeby znaleźć swoją stelę i broń, bo, jak sądzę, Maureen przywlokła je tu z tobą – kontynuował tymczasem coraz bardziej monotonnym głosem Featherdark. – Nie zbliżajcie się do pogrążonych we śnie wampirów, by nie rozszarpały was w instynktowny sposób. Do mnie również się nie zbliżajcie, żaden z was, rozumiemy się?

Featherdark wstał i nie potrafił już ukryć, jak sennie się słania na nogach. Ruszył w kierunku drzwi i oparł się na nich ciężko, po czym skinął na Simona.

- Maureen ma w sobie krew demona, ale nadal pozostaje pisklęciem, dlatego też teraz zasypia – wyjaśnił. – Musisz iść i powiedzieć jej przynajmniej „dobranoc", bo nie wracałeś do niej podejrzanie zbyt długo. Nie skrzywdzi cię, jej ludzka część jest do ciebie zbyt mocno przywiązana, dlatego nie musisz się niczego obawiać, ale lepiej wymyśl sobie jakieś dobre kłamstwo na wszelki wypadek. A ty zjedz i prześpij się nieco, Alexandrze. Drzwi będą zamknięte na klucz, nikt nie będzie cię niepokoił – dodał. – Około południa nawet najstarsze wampiry będą już głęboko spały. Wtedy zacznij poszukiwania, ale nie próbuj opuścić siedziby klanu. Nie chcesz wiedzieć, co cię spotka, jeśli będziesz usiłował przełamać zabezpieczenia. Zobaczymy się wieczorem. Powodzenia.

- To był Featherdark, tak? – zapytał Magnus, gdy w Sanktuarium zostali już tylko on i Sinclair. – Bat Isabelle nie sprzeciwił się, ponieważ użył go inny Lightwood. On jest w części demonem i to dlatego posiada tę zdolność, prawda? Pozwalasz mu się opętać?

- Och, jeśli to cię przeraża, to nie chcesz wiedzieć, drogi Magnusie Bane, na co pozwalam mu w łóżku – zaśmiał się ochryple wampir, zwijając się do snu przy swoim motocyklu, najwyraźniej zupełnie nieprzejęty chłodem panującym w pomieszczeniu i twardością kamiennej posadzki, na której układał się z zamiarem przespania dnia.

Czarownik tylko przewrócił z irytacją oczami i odwrócił się, żeby podążyć za Nocnymi Łowcami. Był wykończony i czuł się wyzuty z wszystkich sił. Nie był zaproszony na dalsze rozmowy, co na jedno stanowiło dla niego powód do zadowolenia, bo mógł dzięki temu pogrążyć się przynajmniej na kilka godzin we śnie, choć świadomość spania w łóżku Aleca, w którym nie było Aleca, budziła w nim zmieszenie i poczucie pewnej niezręczności. Gdzieś z korytarza przed nim dobiegł go rozzłoszczony głos Isabelle:

- Jak to my nie możemy iść na rozmowy, bo jesteśmy niepełnoletni?!

- No akurat z całej waszej trójki ty powinnaś najlepiej wiedzieć, czemu nie idziesz – oznajmił surowo Robert.

Oczyma wyobraźni Magnus zobaczył wściekłą Isabelle, w bezsilnej złości odmaszerowującą do swojego pokoju, by trzasnąć na koniec dobitnie drzwiami i zasygnalizować tym samym, że nie życzy sobie żadnych gości, ponieważ jest śmiertelnie obrażona. Czasami niezmiernie cieszył się, że Alec stanowił niemalże całkowite przeciwieństwo swojej siostry.

- Chcesz, żebym przekazał coś twojemu chłopcu? – zapytał jeszcze sennie Sinclair, a gdy Magnus na niego spojrzał, ten obdarował go rozleniwionym, złośliwym uśmiechem.

- Nie – odpowiedział po namyśle czarownik.

Choć wewnątrz rozpierała go chęć pytania i powiedzenia Alecowi wszystkiego, co kłębiło się w jego myślach, korzystanie z usług Sinclaira uznał za zbyt poniżające w świetle ich oczywistej wzajemnej niechęci. Odwrócił się, ale zdążył pokonać tylko kilka pierwszych schodów na górę, gdy dobiegł go rozbawiony głos zasypiającego wampira:

- On ciebie też.

- Przekazałeś mu coś?! – warknął ze złością.

- Nie. To tak oczywiste, że nie musiałem pytać – zaśmiał się drwiąco Sinclair, mrużąc oczy w wyrazie wyższości. – On ciebie też kocha, głupi, tępy czarowniku, więc cokolwiek złego się między wami wydarzyło, powinieneś choćby i stanąć na głowie i zaklaskać rzęsami, jeśli odzyskanie miłości chłopca tego wymaga. Ot, dobra rada od starego, zajadłego wroga. Śpij dobrze.

...

...

...

Przepraszam Was, że tak późno rozdział, kajam się i klęczę za to na grochu! Błagam, zmobilizujcie mnie jakoś, żeby skończyć to opowiadanie, bo biedny Alec na zawsze zostanie w tym cholernym Hotelu Dumort X3

Glittery Angel - Bo ja to takie trochę zombie jestem z pisaniem, ale tak się kończy, kiedy się robi pierdyliard różnych rzeczy naraz XD I cieszę się, że udało mi się w jakiś sposób Cię zaskoczyć! :3 Mam nadzieję, że ciąg dalszy też się spodoba :)

Intoxic - Oczywiście, że nadal im na sobie zależy ;) Ja w ogóle innej opcji nie przyjmuję do wiadomości i muszą do siebie wrócić, bo też innej opcji nie przyjmuję do wiadomości :D Dlatego Twój "Czas" jest taki paskudnie smutny dla mnie X3

Sharon d'Arc - Jakby Cassie to przeczytała, to pewnie jeszcze by się biedna przeraziła, co ja nawyprawiałam najlepszego z jej bohaterami, dlatego to całkiem dobrze, że nie zna polskiego :D Featherdarka i Sinclaira jeszcze trochę będzie, bo są dość istotni dla rozwoju akcji, choć Clave z gupoty swojej wyłącznie straciło szansę na kontakt bezpośredni z Hotelem X3

Blue Daisiess - Twoje komentarze są takie miłe! :) Cieszę się, że polubiłaś Featherdarka i Sinclaira, bo najbardziej bałam się, że z konieczności stworzę jakieś kitowe, płaskie postacie wmanewrowane w bohaterów Cassie dla dobra fabuły :D To ogromna ulga, że da się te dwie małe bestie polubić i przejąć choć trochę ich losem :)

Kokosz - Uwielbiam Twoje kilometrowe komentarze, są takie przemiłe i mobilizujące! :) Też nie lubiłam Camille, a i Featherdark i Sinclair nie darzyli jej większą sympatią ;) I niezmiernie cieszę się, że polubiłaś moje twory i dziwaczną więź między nimi - starałam się ile wlazło, żeby jej koncepcja pokrywała się z koncepcjami autorki ;) Mam nadzieję, że wytrwasz kolejne rozdziały, bo ja sama nie wiem, ile jeszcze mi zabierze pisanie tego czegoś i coraz trudniej mobilizować mi się, żeby przysiąść i dokończyć XDDD

Jeszcze raz przepraszam wszystkich za ślimaczane tempo pisania i bardzo, bardzo, bardzo strasznie mocno dziękuję za wszystkie komentarze! :)