14. Szukając igły w stogu siana

Magnus nie mógł zdecydować, czy jest bardziej zmęczony, czy zły na Sinclaira. Cholerny wampir był ostatnią osobą – żywą i umarłą – jaka w uznaniu czarownika powinna wiedzieć o jego rozstaniu z Alekiem. Ten zaś drwił sobie z niego w najlepsze, a na dodatek uważał oczywiście, że cokolwiek się stało, niezawodnie było winą Magnusa i to on powinien ponosić konsekwencje swojej głupoty. Pomijając jego stosunek do Lightwoodów odwrotnie proporcjonalny do stosunku do czarownika, Sinclair mógł mieć rację. Choć rzecz jasna przyznanie tego z trudem przeciskało się przez zawiłe meandry myśli Magnusa, a wypowiedzenie go na głos zupełnie nie wchodziło w grę.

Przysiadł na jednej z niskich, drewnianych ławek stojących wzdłuż korytarzy, by zorientować się, że zabłądził gdzieś nie tylko myślami, ale i realnie nie miał pojęcia, w której części Instytutu się znalazł. Przeklął siarczyście własne rozkojarzenie, decydując się ostatecznie na ruszenie w dowolnie wybraną stronę. Skoro się zgubił, każdy kierunek wydawał się odpowiedni dla rozpoczęcia poszukiwań właściwej drogi. W akcie desperacji gotów był wyczarować sobie łóżko dokładnie w miejscu, w którym stał, ale postanowił dać sobie przynajmniej szansę na znalezienie pokoju Aleca.

Coś ścisnęło go w piersi na myśl o przebywaniu tam bez towarzyszącego mu Nocnego Łowcy. Jasne, zerwał z nim, powiedział mnóstwo słów, które jak nic innego na świecie chciał móc cofnąć, ale sypialnia Aleca bez Aleca wydawała mu się zimna jak kostnica i pusta niczym dom oddawany w surowym stanie przez dewelopera. Opieszałość Clave irytowała go, nie umiał jednak – poza powodziowymi falami frustracji – znaleźć w sobie jakiegoś sposobu na skierowanie ich rozmów w odpowiednią stronę i przyśpieszenie obrad, z których kontynuacji został wszak wykluczony.

Wpadł na Isabelle Lightwood za zakrętem, ponieważ najwidoczniej oboje byli zbyt pochłonięci własnymi myślami, żeby interesować się światem zewnętrznym i jego nic nieznaczącymi szczegółami. Magnus poleciał w tył całkiem nie tak, jak powinien wyglądać Wysoki Czarownik Brooklynu po zderzeniu z młodą dziewczyną, która na dodatek zachwiała się tylko, ale z łatwością ustała na nogach. Zaklął gniewnie i rzucił jej ciężkie spojrzenie, dość dobrze przekazujące komunikat, że jakakolwiek wyciągnięta w geście pomocy przy wstawaniu dłoń zostanie powitana ognistą kulą i bardzo nieprzyjemną w skutkach klątwą obejmującą kilka pokoleń w przód.

- Idę do sali treningowej – oznajmiła, ale coś w jej głosie natychmiast powiedziało Magnusowi, że tę wersję wydarzeń wymyśliła przed chwilą. – Dobra, nie idę do sali treningowej – przyznała pod miażdżącym ciężarem jego spojrzenia. – Idę gdzieś indziej – dodała dyplomatycznie, co tym razem z pewnością nie mijało się z prawdą, ale też ani odrobinę nie zdradzało rzeczywistego celu jej wyprawy. – A ty dlaczego nie jesteś u Aleca? Myślałam, że wystarczająco dobitnie poinformowałeś wszystkich, że potrzebujesz snu i odpoczynku, żeby nikt nawet nie próbował cię zatrzymywać? – gładko zmieniła temat, bardzo zręcznie odciągając uwagę od swojej osoby i jej zamierzeń.

- Bo potrzebuję, ale w pierwszej kolejności potrzebuję mapy, żeby połapać się w rażącej nielogiczności układu tego budynku – mruknął i teraz z kolei on niezbyt ochoczo przejawiał chęci do drążenia tego wątku, a Isabelle z talentem prawdziwego erudyty pominęła jakiekolwiek zwroty choćby minimalnie zbliżone do „zgubić się", „zabłądzić" czy „pomylić drogę", proponując w zamian:

- Może pójdziemy razem? Akurat i tak idę w tamtą stronę – sprecyzowała niewinnie, a Magnus postanowił nie komentować trasy do pokoju Aleca, która już na pierwszy rzut oka prowadziła w kierunku przeciwnym do tego, w jakim Isabelle zmierzała pierwotnie.

Krótki, przerywany koszmarami sen nie przyniósł Alecowi ani odrobiny odpoczynku. Czuł się właściwie jeszcze bardziej zmęczony, niż kiedy układał się do snu po wypiciu kubka kawy z automatu i trzech cheeseburgerach, które nie były może zbyt krzepiącym posiłkiem, ale w obecnych okolicznościach doceniał każdą, najpośledniejszej nawet jakości żywność. Ze znużeniem przetarł oczy, starając się pozbyć w ten sposób resztek ciężkiej, spowalniającej reakcje i pogrążającej umysł w marazmie senności.

Wstał z trudem, jakby od ostatniego spotkania z Featherdarkiem i Simonem jego ciało przybrało na wadze co najmniej dziesięciokrotnie. Podszedł do zabitego deskami okna. Podjął kilka nieudanych prób oderwania przynajmniej jednej, by zalegający w pokoju mrok mógł zalać chociaż jeden promień słońca. Runa Widzenia w Ciemności bladła nieuchronnie i Alec z coraz większymi problemami rozpoznawał kontury sprzętów i mebli, z rzadka potykając się o coś, co głębokie cienie ukryły przed jego wzrokiem.

Po omacku dotarł do drzwi, palcami odnalazł klamkę i znajdujący się pod nią zamek. Sięgnął pod ubranie do podarowanego mu przez Featherdarka klucza. Pochylił się, żeby wsunąć go do dziurki bez potrzeby zdejmowania z szyi całego łańcuszka, na jakim został zawieszony. Choć wampir informował go o właściwościach tego niezwykłego dzieła ślusarskiej sztuki faerie, Alec nie potrafił powstrzymać westchnienia wyrażającego jego dogłębne zaskoczenie, kiedy klucz bez oporów obrócił się o pełne 360 stopni, ustawiając zapadki wewnątrz zamka tak idealnie, że zdawał się być do niego stworzony i dopasowany w każdym calu. Nocny Łowca z wahaniem nacisnął klamkę, ale ta z cichym jękiem ustąpiła pod jego palcami i drzwi uchyliły się z dyskretnym skrzypieniem zawiasów nieśmiało przypominających o potrzebie naoliwienia ich w niedalekiej przyszłości.

Korytarz pogrążony był w tak nieprzeniknionej ciemności, że Alec postanowił posuwać się nim naprzód wyłącznie z jedną dłonią przytkniętą do ściany. Wrażenia dotykowe, jakie towarzyszyły mu w tej części wędrówki, pozostawiły po sobie szereg niezapomnianych wspomnień, a wyobraźnia, wybujała dodatkowo w gęstym mroku, podsuwała rozliczne wizje w sposób mniej lub bardziej obrazowy ukazujące możliwe interpretacje wszystkich mijanych pajęczyn, plam rozmaitej konsystencji, wiszących smętnie strzępów rozerwanych tapet czy niepokojących śladów cięcia i rąbania.

Siedziba wampirów, w zestawieniu z klasą i całą zachwycającą ekstrawagancją przypisywaną Dzieciom Nocy, prezentowała się jak nie przymierzając butwiejące ruiny, pełne pleśni, kurzu i bobków szczurów, które przemykały niekiedy pod ścianami, każdorazowo przyprawiając Aleca o szybsze bicie serca. Jego wyostrzony w ciemności słuch wychwytywał każdy najdrobniejszy dźwięk – tak istniejący, jak i urojony, bo po trudnym do określenia czasie, który wydawał się Nocnemu Łowcy co najmniej wiecznością, mrok przerażał go do tego stopnia, że zaczął słyszeć nieistniejące odgłosy, a cienie dookoła zdawały się falować i poruszać tuż obok, kpiąc sobie z jego ograniczeń i drwiąc z niemożności dostrzeżenia prawdziwego wyglądu hotelu.

Ściana urwała się nagle, a stopa Aleca trafiła w pustkę w tej samej chwili, w której ktoś chwycił go za ramię i zdecydowanym szarpnięciem pociągnął w tył. Nocny Łowca padł na przeżarty przez mole, cuchnący stęchlizną dywanik, ale głos, jaki usłyszał ponad sobą, zrekompensował mu w pełni to niezbyt delikatne potraktowanie.

- Czyś ty oszalał, Lightwood? – syknął Simon. – Właśnie prawie wpakowałeś się w otwarty szyb windy! Myśli samobójcze cię dopadły, czy co?

- Nie. – Alec potrząsnął głową, dźwigając się z trudem na łokciach i z jeszcze większym trudem ukrywając swoją ulgę i radość w reakcji na spotkanie z Chodzącym za Dnia. – Moje Znaki bledną. Nie widzę już w ciemności, nie potrafię poruszać się bezszelestnie, tracę szybkość, siłę, precyzję i… – odwagę, dodał wyłącznie w myślach, z pomocą Simona podnosząc się na nogi. – Muszę jak najszybciej znaleźć stelę i odnowić je.

- Dobra, dobra, rozumiem – uspokoił go wampir, a choć Alec nie widział wyrazu jego twarzy, wyczuł w niej napięcie, związane prawdopodobnie z uświadomieniem sobie, jak bezbronny i słaby stał się Nocny Łowca. – Znajdziemy ją – oświadczył z przekonaniem, w które najbardziej chciał chyba uwierzyć on sam. – Featherdark twierdzi, że jest gdzieś w Hotelu Dumort, a skoro mamy złodziejski klucz, na pewno uda się ją znaleźć. Poprowadzę cię, ale dla bezpieczeństwa musisz złapać mnie za rękę.

- Simon, kiedy ja nie… – zaczął niepewnie Alec, ale Chodzący za Dnia przerwał mu, gestykulując przy tym najwyraźniej jak ktoś przyłapany na gorącym uczynku, kto wije się pod ciężarem oskarżeń i desperacko usiłuje wytłumaczyć swoje postępowanie:

- Nie miałem na myśli niczego takiego! Absolutnie! – Zamachał rękoma tak gwałtownie i nawet Nocny Łowca wyczuł, że ledwie uniknął nieostrożnego ciosu w twarz jedną z nich. – Wiem, co bredziłem przy Featherdarku, ale faceci nie zaczęli mnie w żadnym razie interesować! A ty już zwłaszcza! To znaczy, nie uważam, żebyś nie był atrakcyjnym mężczyzną, tylko… O nie, Boże, to nie tak! Ja po prostu…

- Och, zamknij się w końcu, Lewis! – nie wytrzymał Alec i na oślep chwycił wampira za rękaw kurtki. – Chciałem tylko powiedzieć, że nie widzę twojej ręki i to ty musisz mnie złapać, idioto – wyjaśnił cierpko.

- O. Tak? Aha…

- Na Anioła, zacznijmy po prostu szukać steli i nie zagłębiajmy się już w zawiłości twojego życia emocjonalnego, bo chyba przerasta to i mnie, i ciebie – westchnął ze słabo skrywaną udręką.

- Tak, jasne – przytaknął mu gorliwie Simon, niewypowiedzianie wdzięczny za zmianę tematu. – Może najpierw ten korytarz po lewej? – zaproponował.

Wędrowanie w ciemnościach za rękę z facetem, który jest gejem i to na dodatek świeżo po rozstaniu ze swoim partnerem, nie należało do najzręczniejszych chwil w życiu Simona, ale w świetle faktów dotyczących wygasania kolejnych run, to rozwiązanie wydało mu się najprostsze i najskuteczniejsze. Starał się minimalizować myślenie o Alecu w kategoriach… Jakichkolwiek kategoriach na wszelki wypadek. Przyrzekł Isabelle, że się nim zaopiekuje i wyprowadzi go z siedziby klanu, a nie zamierzał łamać danego jej słowa. Izzy w niego wierzyła. Wspomnienie złożonej obietnicy napełniło go nową determinacją, wyprostowało przygarbiony do tej pory kręgosłup i wlało nowe siły w każdą komórkę jego ciała.

- Lewis, jeszcze chwila i połamiesz mi palce – warknął Alec, bezskutecznie szarpiąc się z żelaznym uściskiem dłoni Chodzącego za Dnia.

- Przepraszam! – odpowiedział natychmiast Simon. – Czasami nadal zapominam, że jako wampir działam… trochę inaczej – dodał tonem usprawiedliwienia. – To ostatnie drzwi na tym piętrze, spróbujmy.

Jak za każdym poprzednim razem pokierował dłoń Aleca do dziurki od klucza, a magiczny drobiazg wykonany przez faerie zazgrzytał w zamku z wyszukaną delikatnością. Dzięki podarunkowi Featherdarka wszystkie drzwi w Hotelu Dumort stały przed nimi otworem, za żadnymi jednak z kilkunastu sprawdzonych wcześniej nie znaleźli nawet śladu po przedmiotach należących do Nefilim. Tracąc z wolna nadzieję, Simon nacisnął klamkę i popchnął ciężkie skrzydło drzwi.

Pomieszczenie okazało się zaskakująco jasne. Kurz wirował swobodnie w pojedynczych snopach słonecznego blasku wpadającego przez szczeliny w dachu, a światło wydobywało z mroku zarys starych, choć zadbanych i traktowanych z wyraźnym szacunkiem mebli. Pokój był większy niż poprzednie, jak zdołał to ocenić Simon. Utrzymywano w nim coś na kształt porządku stojącego w rażącym kontraście do pozostałej części hotelu, zniszczonej i przeżeranej grzybami, pleśnią i wiekiem.

Alec puścił dłoń Simona i pierwszy przekroczył próg. Deski zaskrzypiały jękliwie pod jego stopami, kiedy ostrożnie przemierzał pomieszczenie, rozglądając się bacznie na boki. Najwyraźniej zdolność samodzielnego orientowania się w przestrzeni przyniosła mu ulgę tak ogromną, że nie potrafił wyrazić jej słowami, ale coś w rozpłomienionym naraz blasku jego oczu wystarczająco jasno mówiło Simonowi, że Nocny Łowca poczuł się jak ślepiec, który nieoczekiwanie odzyskał zdolność widzenia. Z nową energią Alec zajrzał do kilku ustawionych na komodzie szkatułek, ale Chodzący za Dnia po jego minie wywnioskował, że nie zawierały wewnątrz nic ponad najzwyczajniejsze na świecie rzeczy osobiste, jakich przejrzeli w ciągu ostatniej godziny całe mnóstwo.

Bez większych nadziei na powodzenie przyłączył się do poszukiwań, przepatrując półki i szuflady. Miał właśnie zasunąć kolejną z nich, gdy jego wzrok przykuł zwitek papieru wysuwający się ze złotego, owalnego medalionu. Wiedziony ciekawością wampir sięgnął po niego i delikatnie otworzył górną klapkę, żeby wyciągnąć ścinek, który okazał się pożółkły, kruchy i obszarpany ze starości. Po rozłożeniu jego oczom ukazały się kolumny zapisane dosyć krzywym i stanowczo niezbyt pięknym charakterem pisma.

Razem do końca

W księżyca lśnieniu

I blasku słońca

I twym spojrzeniu

W chwili uśmiechu

W smutku godzinie

Po kres oddechu

Aż życie przeminie

I w śmierci chłód

Pójdę z miłości

By wspólny był grób

I popiół, i kości.

Wiersz zdecydowanie nie wzbijał się na poetyckie wyżyny i bynajmniej nie wyznaczał sobą najwyższych literackich standardów. Simon niezbyt się na tym znał, ale brzmiało mu to wszystko dosyć niezgrabnie i więcej nawet niż grafomańsko. Zdegustowany i rozczarowany ufundowaną porcją marnej jakości liryki poskładał ostrożnie arkusik i odkładał go już na miejsce, gdy zamarł na widok symbolu wyrytego płytko po wewnętrznej stronie otwartego medalionu. Umieszczony na biżuterii grawerunek znajomego płomienia nie pozostawiał nawet cienia wątpliwości, do kogo należy wisior, kto napisał zamknięty w nim poemat, a przede wszystkim do czyjego pokoju trafili.

Zasunął szufladę i ruszył w stronę znikającego za przepierzeniem z grubej kotary Aleca, choć domyślał się już, że materia ta oddzielała część sypialnianą od części dziennej pokoju. Obaj zatrzymali się i nie postąpili ani kroku bliżej. Na osłoniętym ciężkimi atłasami łożu spoczywała w pełnym odcięciu od słonecznego blasku piękna postać Featherdarka. Długie, czarne włosy układały się wokół jego pogrążonej we śnie twarzy z finezją, jakiej próżno szukać pośród śmiertelników. Było w nim dużo godności i urody właściwej bardziej aniołom niż ludziom, ale jednocześnie delikatne, smukłe dłonie wyciągnięte w kierunku pustego miejsca obok sprawiały, że Simon poczuł żal. Featherdarka i Sinclaira połączono ściślej, niż – jak sądził – umiałby to sobie wyobrazić, ale tęsknota wyzierała ze śpiącego wampira tak bardzo, że nawet on sam dogłębnie to odczuł.

- Chodźmy – szepnął tylko Alec. – Tutaj na pewno nie będzie steli. Musimy szukać dalej.

Simon skinął mu głową i obaj opuścili pokój, starannie zamykając drzwi na klucz. Pomieszczenie znajdowało się na samym końcu korytarza i było ostatnim, jakie pozostawało do sprawdzenia na najwyższym piętrze hotelu. Przytłoczeni coraz silniejszym przeczuciem, że odnalezienie steli przed nastaniem wieczoru ich przerasta, zeszli starymi, spróchniałymi i wyszczerbionymi w wielu miejscach schodami na niższą kondygnację.

Jocelyn zaciskała pięści tak mocno, że kostki całkiem jej zbielały i nawet tego nie zauważyła, dopóki Luke nie położył dłoni na jej łokciu. Spojrzała na niego z mieszaniną zniecierpliwienia i udręki, a on tylko pokręcił w milczeniu głową, choć w jego oczach wyczytała współczucie i zrozumienie.

- To wykluczone! Nowa przywódczyni klanu nie może stać się Chodzącą za Dnia!

- Wampiry są już wystarczającym wybrykiem natury! Niewrażliwość na słońce to zdecydowanie zbyt dużo! W zupełności wystarczy, że musimy znosić je w ciągu nocy! Nikt z nas nie chce mieć z nimi do czynienia dodatkowo w blasku dnia!

- Raphael kpi sobie z nas, przysyłając tak bezczelnego, pozbawionego cienia pokory posła! Co on sobie myślał, każąc nam wysłuchiwać tego degenerata?!

- Alexander Lightwood stanowi niewielką cenę do zapłacenia za ochronę Clave przed wynaturzonymi wampirami!

Widziała ból w spojrzeniu Maryse, choć Nocna Łowczyni za wszelką cenę starała się ukryć swoje cierpienie, ilekroć ktoś w tak lekki, lekceważący sposób spisywał na straty jej syna. Jedynego rodzonego syna, jaki jej pozostał. W twarzy Roberta również dostrzegała słabo maskowany gniew i obawę, ale to ciemne, bezdenne oczy Maryse przejmowały ją dreszczem, mroziły krew w żyłach i odzywały się lodowatym echem w najgłębszych zakamarkach matczynej duszy.

Spotkanie przeistoczyło się w niemającą końca litanię utyskiwań na Dzieci Nocy, jakby to właśnie teraz był najlepszy po temu czas. Wyraźnie zirytowana tym Jia Penhallow zgodnie z ceremoniałem udzielała głosu wszystkim po kolei Nocnym Łowcom, którzy przez podniesienie otwartej dłoni zgłaszali chęć wypowiedzenia się. Czas biegł, ale jak dotąd żaden mówca nie wniósł w przebieg obrad zupełnie niczego odkrywczego lub w jakikolwiek sposób przybliżającego Clave do podjęcia decyzji.

Jocelyn podniosła rękę, choć z trudem zapanowała nad tym, by nie zwinąć jej w pięść.

Godziny mijały im na bezowocnym przetrząsaniu każdego kolejnego pomieszczenia w Hotelu Dumort. Chodzący za Dnia nie wiedział, która godzina zastała ich w połowie trzeciego piętra. Nie miał zegarka, zostawił go w mieszkaniu Jordana, gdy Isabelle nieoczekiwanie zadzwoniła po niego i nieznoszącym sprzeciwu tonem oznajmiła, że muszą iść do Magnusa Bane'a. Jej telefon i rozmowa z nią z perspektywy obecnej, wyjątkowo nieciekawej sytuacji, wydawały się pieśnią odległej przeszłości. Simon odnosił wrażenie, że wydarzyło się to co najmniej w ubiegłej epoce, a teraz, po dziesiątkach lat, nadeszło wczesne popołudnie tego upiornego dnia, gdy nic nie szło tak, jak by tego chciał. Z każdą chwilą mieli coraz mniej wiary w powodzenie poszukiwań i coraz mniej czasu na ich prowadzenie.

I coraz mniej sił. Na początku próbował to sobie tłumaczyć przewrażliwieniem i nieznośnym szumem we własnej głowie. Głód przenikał całe jego ciało i opanowywał właśnie pierwsze bastiony psychiki, ale nawet w natłoku wszystkich nieprzyjemnych doznań coraz wyraźniej dostrzegał, że Alec zaczyna iść wolniej. Potyka się częściej. Potrzebuje więcej przystanków na odpoczynek.

Długo spychał tę myśl na sam kraniec umysłu i odsyłał ją tam konsekwentnie, ilekroć odważyła się wrócić – teraz jednak musiał otwarcie przyznać głównie przed sobą samym, że stan Nocnego Łowcy ulega metodycznemu pogorszeniu, a oni zupełnie nie zbliżyli się do odnalezienia steli. Wysiłek okazywał się przerastać możliwości wycieńczonego Aleca, dlatego kolejne pół piętra Simon spędził na uspokajaniu samego siebie i motywowaniu się do niezmordowanej kontynuacji spełzających jak na razie na niczym poszukiwań.

- Musimy teraz wrócić tym korytarzem, za zakrętem były schody na dół – rzucił tonem, który miał sugerować dobry plan działania i pełne opanowanie sytuacji, ale nawet jeśli Alec wyczuł w tej wypowiedzi fałszywą nutę, nie dał tego po sobie poznać i skinął tylko głową w odpowiedzi, pozwalając się poprowadzić w nieprzeniknionym mroku.

Zostały tylko dwa piętra i rozległy hall na parterze, a po steli ani śladu, ani widoków na jej odszukanie przed zmierzchem. Panika wędrowała już gdzieś blisko pod skórą Chodzącego za Dnia i wyraźnie wypatrywała tylko okazji, żeby wybuchnąć w feerii strachu i pragnienia ślepej ucieczki, kiedy nagle spróchniałe drewno naruszone jego ciężarem zarwało się pod podążającym za nim Alekiem. Nocny Łowca wydał z siebie tylko zduszony okrzyk, ale najwyraźniej instynktownie puścił jego dłoń, by nie pociągnąć go za sobą, a sam runął w dół przy akompaniamencie osypujących się desek, wiórów i pyłu.

Simon przypadł do krawędzi dziury i ostrożnie wyjrzał w ziejącą wewnątrz niej ciemność, walcząc przy tym z własnym, rozszalałym przerażeniem. Wysokość nie była duża, ale jeśli Alec upadł tak nieszczęśliwie, że roztrzaskał sobie głowę albo coś przebiło go na wylot… Odurzający zapach krwi Nefilim uderzył go chwilę później i nie pomógł mu ani uspokoić się, ani tym bardziej skupić na racjonalnym myśleniu. Bez dalszej zwłoki zsunął się do najstabilniej wyglądającej belki, zawiesił się na niej i możliwie najdelikatniej zeskoczył obok rumowiska zaścielającego środek korytarza niższej kondygnacji.

- Błagam, Alec, błagam, bądź żywy, bądź żywy, bądź żywy – mamrotał nieskładnie podczas gorączkowego odrzucania desek, klepek podłogowych i poszycia.

- Przestań bełkotać. – Usłyszał słaby, ale dość zirytowany głos, co pozwoliło mu uwierzyć, że Alec żyje i na dodatek zachował w sobie wystarczająco dużo trzeźwości umysłu, żeby frustrować się i dawać tej frustracji wyraz. – Trzeba trochę więcej niż stara podłoga, żeby zabić Nocnego Łowcę.

- Jasne – zgodził się Simon, wyciągając go spomiędzy połamanego drewna. – Ale z tego, co widzę, wystarcza w zupełności, żeby złamać mu nogę.

Chwycił Nefilim pod ramiona i usadził bardzo słabo protestującego Aleca tak, żeby mógł się plecami opierać o względnie czysty kawałek ściany. Profilaktycznie odsunął się zaraz potem na odległość metra, bo krwawiące zadrapania Nocnego Łowcy już teraz sprawiły, że wysunęły mu się kły, a nazbyt dobrze pamiętał, co stało się ostatnim razem, kiedy z głodu stracił nad sobą kontrolę i zaatakował Maureen. Drgnął nerwowo, kiedy Alec wyciągnął ku niemu dłoń grzbietem do dołu.

- Napij się.

To nie było nawet pytanie ani propozycja. Simon, dziękując siłom wyższym za zachowane jeszcze resztki zdrowego rozsądku, cofnął się zapobiegawczo o dwa kroki.

- No dalej – przynaglił go Alec. – Jesteś głodny. Pij.

W ciemności, która nie miała przed nim tajemnic, Chodzący za Dnia widział, jak dłoń wyczerpanego Nocnego Łowcy opada w końcu bezsilnie na podłogę. Alec przymknął oczy i z wyraźnym trudem przełknął ślinę, zanim nie podjął na nowo:

- Pij i nie dyskutuj, Lewis. Myśl, do cholery, ty przeklęty idioto. – Odetchnął ciężko i odchylił głowę w tył. – Nie mam już sił i ty też słabniesz. Jeśli padniemy obaj, nie uda nam się opuścić Hotelu. Ja potrzebuję Znaków, których narysowanie jest poza moim zasięgiem, ale ty potrzebujesz krwi, którą mam. Pij, bo dalej będziesz musiał pomóc mi iść, a w najgorszym wypadku zostawisz mnie i będziesz szukał sam. Nie dotykaj tylko steli i sztyletu gołą dłonią, podnieś je przez jakiś materiał. Podziemni nie reagują na nie dobrze, a wolałbym chyba, żebyś nie został z mojej winy kaleką na resztę czekającej cię wieczności. – Odkaszlnął i skrzywił się, jakby zbyt gwałtowna praca płuc uraziła jakieś połamane kości albo potłuczone organy. – „Szukaj ich tam, gdzie najmniej spodziewasz się je znaleźć." To wyszeptał mi Featherdark, kiedy zawieszał na mojej szyi klucz. Na razie niewiele ta rada pomogła, ale może tobie uda się coś wymyślić. A póki co pij.

- Jesteś pewien? – zapytał Simon, kiedy przykucnął obok i spojrzał na niego ze zmartwieniem i palącym głodem jednocześnie.

- Pij i nie dyskutuj, Lewis – powtórzył tylko, zamykając oczy.

Simon słyszał w głowie jego słaby puls. Wbił kły w zaoferowany nadgarstek i po pierwszej, przynoszącej falę ekscytacji chwili, całym sobą skoncentrował się na opanowaniu przejmującej go łapczywości. Nakazał sobie umiar i wyczucie – miał tylko uzupełnić energię, a nie osuszyć krwioobieg Aleca do zera, choć ssący głód podsycał go do niekontrolowanej, nienasyconej zachłanności. Własna pazerność i żarłoczność niemal go zgubiły, gdy zanurzył się we wspomnieniach czerpania z żył Isabelle. Odzyskując naraz rozsądek, oderwał się od Nocnego Łowcy, po czym chwycił i podparł ramieniem jego osuwające się bezwładnie ciało.

- Alec? Alec? – szepnął z prawdziwą zgrozą, która zacisnęła ostre, lodowate szpony na jego sercu, kiedy dotarło do niego, że niemal sam zabił Nefilim. – Alec, spójrz na mnie. Odezwij się. Wyzwij mnie od kretynów albo debili, cokolwiek. Proszę.

Nocny Łowca wisiał w jego uścisku jak wiotka, szmaciana lalka. Wyostrzone zmysły wampira wychwytywały jego słaby, urywany oddech i bijące zbyt wolno serce. Simon potrząsnął nim bez większych nadziei i przekonania, ale zgodnie z przewidywaniami nieprzytomny Nefilim nie zdradził ani jednej oznaki odzyskiwanej dzięki tym zabiegom świadomości.

Zrozpaczony wampir odwoływał się do jego sumienia, prosił, błagał, groził, obiecywał, szantażował… Poczucie winy większe, wyższe i rozleglejsze niż łańcuch górski Andów przytłoczyło go trudnym do opisania ciężarem, kiedy układał Aleca na zakurzonej kozetce w pobliskim pokoiku, zdejmował z jego szyi klucz i ruszał na samotne poszukiwania steli.

...

...

...

Przepraszam, że napisanie tego tekstu do końca zajmuje mi tyle czasu! ;-; Sama jestem dobita i zabita swoim tempem, ale naprawdę bardzo, bardzo, bardzo chciałabym móc doprowadzić tę historię do końca ;-; Tylko mi się nie udaje ;-; Dziękuję Wam ślicznie za komentarze i wsparcie - mam nadzieję, że wspólnie dożyjemy jakoś do zakończenia tej opowieści! (opcjonalnie umrzemy w czasie oczekiwania...)

Intoxic - Niestety płomiennych wyznań miłosnych między Alekiem i Magnusem na razie nie będzie, a przekazywanie czegoś takiego akurat za pośrednictwem Sinclaira byłoby więcej niż niezręczne ;) Cieszę się, że zdolność opętywania ludzi Ci się spodobała - chciałam, żeby w oceanie spokoju i łagodności, jakim jest bez wątpienia Featherdark, pokazać też, że mimo wszystko ma w sobie nieco krwi demona ;)

Kokosz - Twoje komentarze to jest miód na duszę artysty! :3 Uwielbiam je czytać, bo dają takiego mega pozytywnego kopa i pozwalają wierzyć, że warto pisać, że ktoś czeka na kolejne rozdziały, że komuś się podoba :) Cieszę się niezmiernie, że polubiłaś moje dzieci, Featherdarka i Sinclaira :) Bardzo, bardzo zależało mi, żeby nie wyszli płasko i sztucznie, ale jeśli odbierasz ich tak dobrze, to coś (chociaż to jedno XD) musiało wyjść mi dobrze ;)

Glittery Angel - Sinclair nie może być Twoją nową miłością, bo Featherdark będzie zazdrosny ;) A to w części demon, na pewno potrafiłby swoją zazdrość okazać w... ciekawy sposób :D Cieszę się, że tekst zaskakuje i podoba Ci się :) Dziękuję! :)

Blue Daisiess - Strasznie dziękuję za długi, kochany komentarz :) Cieszę się niezmiernie, że mój tekst tak bardzo Ci się spodobał, i moje wymyślone i wmanewrowane w niego postacie takoż ;) Postaram się nie szczędzić w kolejnych rozdziałach i piękna, i dobrodziejstw wszelakich - i oby tylko udało mi się dociągnąć tę historię do końca, bo naprawdę już nawet mnie jest biednego Aleca strasznie żal, że tak w tym Hotelu z wampirami siedzi zamknięty i daleko od Magnusa ;)