15. Koszmary na jawie
Simon usiadł i przetarł dłońmi zmęczoną twarz. Biegał po całym hotelu jak opętany, zaglądał w każdą bez wyjątku dziurę, wypatrywał sobie oczy i wytężał umysł nad niejasną radą Featherdarka – wszystko to jednak na nic. Albo steli nie było w siedzibie klanu, albo to on nie umiał jej znaleźć, a coś paskudnego mówiło mu, że to jednak ta druga opcja. Co jakiś czas z duszą na ramieniu wpadał do pokoju, w którym zostawił Aleca, każdorazowo jednak tylko po to, by przekonać się, że Nocny Łowca nie odzyskał przytomności, a jego stan jest ciężki, choć stabilny.
Chodzący za Dnia jeszcze nigdy nie czuł się tak bardzo osamotniony. Z trudem sam przed sobą przyznawał, że polubił introwertycznego i nieco kąśliwego brata Isabelle, na swój sposób zaprzyjaźnił się z nim, a teraz ogromnie brakowało mu jego towarzystwa i z radością powitałby każdą inwektywę, jaką Alec zechciałby go uraczyć. Podobnie niezbyt łatwo było mu pogodzić się z myślą, że kompania innych z jego gatunku wcale już nie wydawała mu się tak okropna i nie do przyjęcia. Wspomniał z nieznaną wcześniej tęsknotą łagodność i mądrość Featherdarka. Cherry o ciepłym uśmiechu i prawdziwych pokładach czułej troski. Anabelle i jej ciemne, pełne współczucia i niepokoju oczy. Wobec ogłuszającej ciszy pogrążonego we śnie Hotelu Dumort nawet Raphael Santiago sprawiał wrażenie dobrego materiału na druha i Simon za żadne skarby nie pogardziłby takim towarzyszem.
Bał się. W milczącej samotności był tylko on jeden, a przed nim stało zadanie odszukania steli. Stracił już tak dużo czasu, wieczór zbliżał się nieubłaganie, sekundy przeciekały mu między palcami jedna za drugą. Powodzenie całego przedsięwzięcia zależało jedynie od niego, tylko on mógł znaleźć serafickie przedmioty i ocalić Aleca. Co jednak, jeśli zawiedzie?
Potrząsnął głową i wstał. Isabelle nigdy by się nie poddała. Walczyłaby do końca, do ostatnich chwil ścigałaby się z czasem, żeby zadrwić z niego i postawić na swoim. Ruszył w dół schodów do obszernego foyer przylegającego do recepcji, skręcił za nim w lewo i pomaszerował w głąb ulokowanych na parterze pomieszczeń. Penetrował przestrzeń wyostrzonymi zmysłami, kiedy nagle krew Nefilim zabuzowała w nim gwałtownie. Po raz pierwszy Simon poczuł się tak, jakby coś go wzywało. Jakby milczące wołanie prowadziło go wciąż dalej i dalej, a z każdym krokiem stawało się wyraźniejsze i bliższe, huczało mu w głowie jak trzask płomieni w palenisku.
Nocni Łowcy i ich broń to jedność. Chodzący za Dnia zerwał się do biegu. Teraz słyszał już wyraźnie, ten niemożliwy do opisania okrzyk odbijający się od ścian skupionego umysłu i powracający zwielokrotnionym echem, im bliżej jego źródła się znajdował. Jestem taki głupi!, zrugał sam siebie, pędząc tylną klatką schodową w górę. Szum krwi Aleca śpiewał w tym samym rytmie, odpowiadał na wołanie i wiódł go teraz wąskimi przejściami, których istnienia nie podejrzewał. W zamyśle konstruktorów były to zapewne dyskretne korytarzyki dla służby i pokojówek, a obecnie wyglądały na tak rzadko używane, że Simon pokusił się o stwierdzenie, że większość mieszkańców Hotelu Dumort najpewniej nie miała o nich żadnego pojęcia. Krew Nefilim przemawiała wyraźnie, a Chodzący za Dnia nie wątpił, że Nocni Łowcy nie słyszeli jej tak jak on – moc krwi była ujarzmiona, oswojona i uległa wyłącznie Dzieciom Nocy. Gdyby napił się wcześniej, odnaleźliby stelę i sztylet już dawno! Nie zatrzymując się nawet na chwilę, Simon pędził korytarzykami tam, gdzie seraficka broń wołała najgłośniej.
Nieoczekiwanie wąziutkie przejście otworzyło się na wysoko sklepione pomieszczenie, które – choć pogrążone w oleistym mroku – nie miało tajemnic przed oczami wampira. Simon przystanął u wylotu korytarza i rozejrzał się bacznie po tej ukrytej, dobrze zabezpieczonej komorze. Wszystkie meble zostały odrzucone pod ściany tak brutalnie, że wiele połamało się i spoczywało teraz niczym łańcuchy górskie z drewna, pluszu i atłasowych obić. Zamarł i cofnął się odruchowo, gdy coś, co wziął początkowo za jakieś pozostawione na środku pokoju szczątki wyposażenia wnętrza, okazało się siedzącymi w półkolu wampirami. Było ich kilkanaście – zdecydowanie za dużo, by podejmować z nimi walkę, a już zwłaszcza, by podejmować z nimi walkę bez Znaku Kaina. Wyglądały jak mroczne, przykucnięte w sprężonej pozie gargulce, gotowe w każdej chwili poruszyć się i zaatakować każdego, kto miałby na tyle mało oleju w głowie, żeby poważyć się na wkroczenie w ich krąg. Zatrzymane w bezterminowej młodości, piękne i idealne jak marmurowe rzeźby, Dzieci Nocy nie drgnęły, kiedy postąpił krok naprzód. Dopiero teraz dostrzegł luźne, metalowe obroże na ich szyjach i gruby łańcuch, który spinał ze sobą kolejne dwa wampiry. Nie wiedział, co o tym myśleć, ale jego wzrok padł w końcu na niewielkie zawiniątko leżące przed nimi, a dudnienie krwi Aleca nie pozostawiło żadnych wątpliwości co do jego zawartości.
„Szukaj ich tam, gdzie najmniej spodziewasz się je znaleźć." – powiedział Featherdark i Simon musiał przyznać, że to określenie całkiem dobrze oddawało faktyczną sytuację. Nie podejrzewał nigdy, że w głębinach siedziby znajduje się… coś takiego. Im dłużej patrzył na połączone łańcuchem wampiry, tym bardziej wyczuwał tchnącą od nich antyczną starość, piętno minionych wieków i niewytłumaczalny ciężar lat spędzonych w ciemności. Zalała go fala lodowatego przerażenia, gdy naraz zdał sobie sprawę, że od samego początku wpatrywało się w niego kilkanaście par nieruchomych oczu.
- Witaj, Chodzący za Dnia – przemówiła dziwnym, odległym głosem siedząca w centrum półkola wampirzyca. – Witaj w obecności Rady Nocy. Jesteśmy strażnikami naszego gatunku, gwarantem jego istnienia, szkatułką mądrości, z której niewielu przywódców klanu chce korzystać.
Simon zrobił kilka kroków do przodu i z szacunkiem skłonił się przed wampirami. Wiedziały najwyraźniej więcej, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać, ale nie sprawiały wrażenia morderców gotowych zabić go z zimną krwią. Cała Rada Nocy żyła, choć wydawała się jednocześnie martwym reliktem dawno minionej przeszłości.
- Raphael Santiago wykradł ten pakunek nowej głowie klanu i przyniósł go tutaj, oddając jego zawartość pod naszą ochronę – powiedział inny wampir, a Simon nie mógł powstrzymać nerwowego drgnięcia, gdy zorientował się, że Dziecko Nocy nie rozchyliło nawet ust, a przemówiło na głos wyłącznie swoją myślą.
- Zabierz to – poleciła pierwsza wampirzyca, a Chodzący za Dnia posłusznie zbliżył się do Rady, choć miał przy tym przeczucie, że w ich obecności i na ich rozkaz równie pokornie skoczyłby w ogień, przebiegł po rozżarzonych węglach albo rzucił się w dół z iglicy dowolnego drapacza chmur i świadomość ta przyprawiła go o kolejne ciarki.
- Dlaczego pozwalacie mi odejść stąd z zawiniątkiem, którego mieliście pilnować? – zapytał odruchowo Simon, mimo tego, że większa część jego rozsądku zalecała nie wnikać w tajemnice, jakie łączyły Raphaela z Radą Nocy, tylko złapać stelę i sztylet, podziękować i jak najszybciej opuścić dziwny pokój.
- Nie przed tobą mieliśmy go chronić, Chodzący za Dnia – odpowiedział inny wampir, a pozostałe bardzo, bardzo powoli opuściły głowy, przypominając tym samym nienaturalne, budzące grozę posągi, które okazały się nagle zdolne do samodzielnego poruszania.
- Nie musimy stąd wychodzić, żeby przeczuwać, że w siedzibie zgęstniała krew demonów, a na zewnątrz świat pogrąża się powoli w odmętach wojny gorszej, niż ktokolwiek z nas mógłby sobie wyobrazić – wyjaśniła siedząca obok niego wampirzyca. – Jesteś ważną częścią tych wydarzeń, Chodzący za Dnia. Nasze oczy nie mogą dostrzec twojego przeznaczenia, nie potrafią wyłowić twojego obrazu w mnogości wizji przyszłości, ale wiemy, że masz przed sobą do odegrania rolę, jakiej wagi nie sposób opisać słowami.
Simon dla żartów poszedł kiedyś z Clary do wróżki. Mówiła w bardzo podobnym, natchnionym tonie, a po wyjściu oboje śmiali się ze swoich niedorzecznych wróżb, ale teraz z jakiegoś powodu Chodzący za Dnia nie mógł zdobyć się na najbledszy choćby uśmiech. Całym sobą czuł, że Rada Nocy się nie myli. Że choć zamknięto ich z daleka od świata zewnętrznego, nie wpłynęło to w żaden sposób na ich percepcję i doskonałą orientację w sytuacji. Było w nich coś przerażającego, choć Simon doskonale wiedział, że nic mu z ich strony nie grozi. Pochylił się, zadbał o należyte owinięcie steli i sztyletu kawałkiem okrwawionego materiału, w jakim spoczywały, po czym podniósł cały pakunek.
- Podążaj za swoimi nadziejami, Chodzący za Dnia – powiedziała na koniec siedząca po środku wampirzyca. – Nasz los oddajemy w twoje ręce. Pójdziemy za tobą, dokądkolwiek nas poprowadzisz. Rada Nocy po raz pierwszy od tysiącleci podniesie się i ruszy w bój, by pomóc rozproszyć mrok, który coraz niżej zalega nad światem. Unieś dłonie, Chodzący za Dnia, i wznieś nimi jaśniejące w tej nieprzeniknionej ciemności Miasto Nadziei, na fundamentach z niezachwianej wiary i pewności, że podjęta walka jest słuszna, a rozpętaną już wojnę można wygrać.
…
Alec podniósł głowę ciężką jakby odlano ją z ołowiu. Był zbyt słaby, żeby wyrazić jakoś wdzięczność za pomoc, jaką okazał mu Simon, bo sam okazał się niewystarczająco silny nawet na samodzielne podniesienie się do siadu. Przez moment, jedną krótką chwilę, wydawało mu się, że wampir jaśnieje jakimś wewnętrznym blaskiem, emanuje czymś w rodzaju królewskiej pewności siebie, ale wrażenie to minęło błyskawicznie.
- Stela i sztylet – oznajmił z dumą Simon, kładąc mu na kolanach zawiniątko. – Nie ma teraz czasu, żeby tłumaczyć, gdzie były – dodał szybko, rozwijając szmatkę, która za swoich lepszych dni była prawdopodobnie skrawkiem sukienki Maureen, wydartym po pokonaniu go w opuszczonej stacji metra, żeby zawinąć zdobyczne serafickie łupy. – Dalej, nakładaj runy. Zbliża się już wieczór i umówiona pora – ponaglił.
Alec skinął mu głową i sięgnął po stelę. Jej dotyk był tak przyjemnie znajomy, że Nocny Łowca z nieskrywaną przyjemnością przesunął palcami po gładkich powierzchniach, czując leciutkie pulsowanie zamkniętej pod nimi mocy. Podniósł ją, natychmiast jednak stela wysunęła się z jego słabego uścisku i wylądowała z powrotem na okrwawionej tkaninie obok sztyletu.
- Najpierw runa Siły, potem następne – zdecydował szybko Simon. – Pomogę ci. Nie mogę wziąć steli do ręki, ale mogę przytrzymać twoją dłoń, gdyby zadrżała.
Coś się w nim zmieniło, pomyślał Alec, kiedy zgodnie z pomysłem Chodzącego za Dnia wspólnie wykreślali kolejne Znaki. Jakby urósł, choć jego wzrost nie uległ żadnej zmianie, jak ustalił to Nocny Łowca, kiedy wstał i przy lekkiej tylko asekuracji ze strony wampira kontynuował nakładanie run. Po kilku minutach ich działanie stało się widzialnie odczuwalne i Simon odsunął się, z radosnym uśmiechem spoglądając, jak Nocny Łowca rysuje Znaki samodzielnie. Ich moc byłaby większa, gdyby naniósł je Jace, ale teraz dopiero, pierwszy raz od dłuższego czasu Alec uwierzył w to, że zobaczy jeszcze swojego parabatai.
Jego serce było lekkie jak seraficki sztylet w jego dłoni. Odzyskiwał wreszcie siły i był uzbrojony tak, jak pragnął tego od momentu napaści. Lepiej niż wcześniej zdawał sobie sprawę, że ma po swojej stronie Chodzącego za Dnia, Raphaela Santiago i jego popleczników, a cokolwiek tkwiło teraz w Simonie, udzielało mu się i pozwalało nabrać stanowczego przekonania, że Maureen można pokonać, a chwila uwolnienia z Hotelu Dumort jest już bliska.
- Proszę, twój złodziejski klucz. – Simon podał mu łańcuszek. – Poszukajmy jeszcze tylko jakiegoś żelaza, żebyś mógł zniszczyć go w pokoju, kiedy już zamkniesz się od środka.
- Lubisz Isabelle? – zapytał nieoczekiwanie Alec, taksując go spojrzeniem.
…
Wzięty z zaskoczenia Chodzący za Dnia zamarł i byłby oblał się rumieńcem, gdyby nie ograniczenia bladej, wampirzej karnacji. Natychmiast uciekł wzrokiem w bok, a świadomość, że Alec widzi w ciemności niemal tak dobrze, jak on sam, żadną miarą nie pomagała mu się uspokoić i zaprzestać wykręcania nerwowo palców. Wiedział, że kiedyś z pewnością przyjdzie mu się zmierzyć z jego braterską troską o Izzy, nie sądził jednak, że nastąpi to w okolicznościach wspólnego uwięzienia w Hotelu Dumort.
- Wiem, że grozi mi kołek w serce i ścięcie głowy – przyznał w końcu otwarcie z oczami wbitymi profilaktycznie w czubki butów – ale lubię Isabelle tak jak ty Magnusa, i zrobiłbym dla niej tyle, ile ty dla Magnusa.
Przez kilka pełnych napięcia i ciszy sekund był pewien, że Lightwood przymierza się właśnie do ciosu kładącego kres jego istnieniu, dlatego aż podskoczył w reakcji na jego dłoń położoną dosyć pacyfistycznie na ramieniu. Zdumiony podniósł wzrok, by napotkać niebieskie spojrzenie uśmiechniętego krzywo Aleca.
- Jesteś dokładnie takim idiotą, za jakiego cię miałem, Lewis – odpowiedział Nocny Łowca, kręcąc przy tym głową z rozbawieniem. – Nie sądziłem, że o twoim uczuciu do Isabelle dowiem się szybciej niż ona, ale choć mądrością nie grzeszysz, to masz dobre, dzielne serce.
Simon zaniemówił, dlatego skinął mu tylko, nie bardzo wiedząc, do czego Alec zmierza. W zgodnym, dość niewygodnym milczeniu dotarli do pokoju, w jakim został umieszczony z rozkazu Maureen Nocny Łowca. Alec wsunął się do niego bez dyskusji i zamykał już drzwi, gdy zawahał się jeszcze i rzucił, nie patrząc nawet na niego:
- Izzy i ja – zaczął. – Oboje mamy jakieś masochistyczne skłonności do zakochiwania się w nieśmiertelnych, ale nie mamy też w zwyczaju żałować niczego, co robimy. Słyszałem, jak ktoś mówił kiedyś mojemu ojcu, że Lightwoodowie od zawsze mieli problem z dokonywaniem kiepskich wyborów, ale nie są w tym względzie predestynowani do podejmowania złych decyzji bardziej niż inni Nefilim i inni ludzie. – Podniósł wzrok, a było w nim tyle pewności, że Simon tylko cudem powstrzymał się od cofnięcia o krok. – Lepiej, żebyś nie okazał się kiepskim wyborem Izzy, bo wypatroszę cię własnoręcznie, Lewis – ostrzegł z pełną powagą i Chodzący za Dnia nie miał wątpliwości, że Alekowi nawet ręka by nie zadrżała, gdyby Isabelle uroniła z jego powodu choć jedną łzę.
Drzwi zamknęły się i Simon usłyszał niewiele głośniejszy od szeptu chrobot klucza w zamku. Gdyby był człowiekiem, wypuściłby z ulgą wstrzymywane od dłuższej chwili powietrze. W obliczu kolejnych wampirzych ograniczeń uśmiechnął się tylko i wydawało mu się nawet, że jego martwe, zimne serce drgnęło radośnie. Ze słów Aleca wyraźnie wynikało, że Isabelle czuła coś do niego. Chodzący za Dnia wyszczerzył się promiennie do zamkniętych drzwi i wiedział, że podobnego szczęścia nie zaznał chyba nigdy ani w ciągu swojego życia, ani też życia po życiu. Isabelle, Isabelle – nuciły wszystkie komórki jego ciała, kiedy radosnym, sprężystym krokiem ruszył przed siebie.
Naraz mina mu zrzedła. Powinien pójść i posiedzieć gdzieś w pobliżu Maureen. Poudawać, że czuwa nad jej spokojnym snem. Za wszelką cenę nie zdradzić się ze swoimi dziennymi poczynaniami i całym spiskiem, w jaki był uwikłany. Wampir skrzywił się zauważalnie, jakby miał w perspektywie wypicie butelki tranu albo szklankę nalewki z piołunu. Jedynym pocieszeniem była dla niego myśl o Isabelle i nieodległym spotkaniu z nią.
Zszedł na pierwsze piętro, gdzie Maureen urządziła sobie sypialnię obok sali kominkowej. Przymknął oczy i pozostałymi zmysłami postarał się ustalić, jaka może być godzina i ile czasu pozostało do wyznaczonej przez nią pory wymiany zakładnika za krew jego parabatai.
Wampir za jego plecami poruszał się bezszelestnie jak polująca sowa. Simon dostrzegł go kątem oka, ale nie zdążył odskoczyć, gdy świat wybuchł nagle feerią barw, a potem runął gdzieś, skąpany w atramentowej, dusznej czerni.
…
Magnus Bane odnosił silne wrażenie, że śni, ale sen ten wydawał mu się tak realny, jakby był projekcją jakiejś pięknej, lepszej rzeczywistości, w której chciał zostać już zawsze. Wątpił, żeby plugawi, w części demoniczni czarownicy cieszyli się przychylnością szeroko pojętej „Góry", ale taki cudowny, kojący sen wyglądał jak dzieło najzdolniejszych anielskich dłoni. Magnus nie wiedział, czym mógł sobie zasłużyć na podobnie wspaniały prezent od szefostwa Nefilim, niemniej postanowił nie dociekać i cieszyć się tym, co mu zaoferowano.
Usiadł i spojrzał na leżącego tuż obok Aleca. Wpadające przez otwarte okna jego pokoju promienie słońca złociły piękną, bladą twarz i igrały delikatnymi refleksami w kruczoczarnych, potarganych włosach. Magnus czuł ciepło jego ciała i słyszał spokojny, miarowy oddech. Tak często zasypiał utulony do snu tym swobodnym, lekkim oddechem, w otoczeniu czułych ramion, w zarezerwowanej wyłącznie dla niego bliskości, którą Alec nie obdarzał nikogo poza nim. Instytutowe łóżko nie należało do najwygodniejszych, w przeszłości wyrażał nawet zainteresowanie, jakim cudem Nocnemu Łowcy udawało się w nim spać od tylu lat, ale teraz nie myślał nawet o narzekaniu na zbyt twardy materac, za miękkie poduszki i niedostatecznie gładką pościel.
Pochylił się i musnął ustami skroń chłopca. Robił to niezliczoną ilość razy, ale zawsze odczuwał tę samą radość i ciepłe szczęście, jakie mogła dawać tylko obecność ukochanej osoby u boku. Tak bardzo mu na nim zależało i tak ogromnie obawiał się odrzucenia, a tymczasem to on sam kazał mu się wynosić, opuścić jego mieszkanie, jego życie i jego serce. Coś ścisnęło go dławiąco w gardle. Przesunął palcami po policzku Nocnego Łowcy, a później potrząsnął nim delikatnie, by go obudzić.
Niebieskie oczy Aleca patrzyły na niego tak, jakby dla Nefilim tylko on jeden istniał na świecie. Ilością miłości w tym spojrzeniu można by spokojnie obdzielić jeszcze kilkaset innych osób, ale zaborczy pod tym względem Magnus zazdrośnie pragnął zostawić wszystko wyłącznie dla siebie. Chłopiec uśmiechnął się czule i wyciągnął ramiona, w których uścisku czarownik zatopił się bez wahania. Tak bardzo go kochał i tak bardzo mu go brakowało… Alec rozchylił zapraszająco usta, a Magnus nie odnalazł w sobie wystarczająco dużo sił, by mu odmówić.
- Kochasz mnie? – wyszeptał mu do ucha Nocny Łowca, jedną dłonią gładząc jego kark, a na palce drugiej nawijając kosmyki jego włosów w subtelnej pieszczocie.
- Kocham cię, Alexandrze – odpowiedział natychmiast i bez wahania. – Żałuję wszystkiego, co się stało. Kocham cię bardziej niż kogokolwiek w całym moim długim życiu. Kocham cię bardziej, niż wydawało mi się, że mogę pokochać drugiego człowieka. Ja…
- Nie wszystko przepadło. Jeśli wciąż mnie kochasz, jeszcze nie wszystko przepadło.
- Alexandrze, czemu ty…? – zaczął z narastającym lękiem Magnus, kiedy powróciło do niego echo tych samych słów wypowiedzianych już wcześniej w przejmująco złym śnie, a obejmujące go ramiona opadły bezwładnie na pościel.
Uniósł się na łokciach, a lodowate przerażenie przeszyło go do żywej kości. Na piersi Aleca ziała rozjątrzona, krwawiąca obficie dziura, której – mógł przysiąc! – przed chwilą jeszcze nie było. Głowa Nocnego Łowcy przechyliła się na bok, a cienka strużka krwi popłynęła kącikiem ust, które nie dalej niż kilkanaście sekund wcześniej całowały go z całą namiętnością i uczuciem, jakie chłopiec żywił do niego i jakie nie osłabło pomimo tego, co się wydarzyło i co usłyszał od niego na opuszczonej stacji metra.
- Alexandrze? Alexandrze! Alec! – wołał, ale martwy Nocny Łowca znalazł się już daleko poza zasięgiem jego głosu.
To nie była pierwsza śmierć, jaką widział, ale widok nieżyjącego Aleca przejmował go nieznanym mu wcześniej bólem, wyduszał z niego urywany szloch, a wewnątrz czuł pustkę tak niezmierzoną, że nie miał pewności, czy kiedykolwiek cokolwiek zdoła jakoś wypełnić tę wszechogarniającą go nicość. Objął chłopca i przycisnął czoło do jego ramienia, powtarzając wciąż jego imię, nucąc je i wymawiając jak mantrę, która nie mogła przynieść mu ukojenia. Uniósł głowę, kiedy usłyszał własne nazwisko, gdzieś daleko, ale z każdą chwilą coraz bliższe, głośniejsze i rozpaczliwsze.
- Bane! Baneee! BANEEE!
Zerwał się do siadu. Kurz wirował w snopach promieni popołudniowego słońca, a on sam tkwił w środku niewyobrażalnie skotłowanej pościeli. Wołanie powtórzyło się, a otrząsającemu się z koszmarnego snu Magnusowi tylko chwilę zajęło zidentyfikowanie jego autora. Wyskoczył z łóżka i rzucił się do zasłon, gwałtownymi szarpnięciami zaciągając je na okna. Zdołał zasłonić ostatnie, kiedy do pokoju w akompaniamencie wyważonych z impetem drzwi, które przechyliły się na jednym tylko zachowanym zawiasie, wpadł zdjęty jakimś dzikim szałem Sinclair.
Jego skóra dymiła już lekko wszędzie tam, gdzie pędzącego jak szaleniec korytarzami Instytutu wampira musnęło światło słońca. W trwającym najwyraźniej już od jakiegoś czasu obłędzie Sinclair rzucił się najpierw na łóżko, potem na szafę, później przewrócił regał, który miał pełne prawo nie wytrzymać ciężaru rozszalałego Dziecka Nocy i zawalić się, choć samego twórcy tego zamieszania nie trafiła bodaj jedna drzazga, kiedy odbijał się już od ściany do kolejnego skoku w kierunku lustra, popychając przy tym Magnusa jak zbyteczny element umeblowania.
- Jasne! Połam mi jeszcze kręgosłup najlepiej! – warknął czarownik, podnosząc się z podłogi. – Wtedy to już na pewno będę w stanie ci pomóc!
Uskoczył przed wampirem, który jednym susem wybił szybę w zasłoniętym oknie, żeby wybić się do skoku na wiszące krzywo drzwi. Sinclair zachowywał się jak pogrążone w amoku dzikie zwierzę. Jego galopada po wszystkich dostępnych powierzchniach płaskich nie miała żadnego racjonalnego uzasadnienia, podobnie zresztą jak przebudzenie przed zmierzchem.
Magnus bardzo szybko zrezygnował z prób przywołania go do porządku, a skupił się wyłącznie na schodzeniu mu z drogi, ilekroć lądował gdzieś w pobliżu i rzucał się w wir kontynuacji tego szaleństwa. Pokój Aleca nie mógł być zresztą zdewastowany już bardziej, dlatego dla czarownika istotniejsze stało się ustalenie przyczyn przedwczesnego przebudzenia Sinclaira i powodów, dla których zachowywał się jak wzorcowy Podziemny oszołom.
- Sinclair, na Lilith! Uspokój się, usiądź na dupie i powiedz mi, co się stało! – krzyknął bez większego przekonania, kiedy rozpędzony wampir mijał go w locie, by wybić kolejne okno. – Sinclair, czy ty mnie w ogóle słyszysz?!
- Baneee! – zaryczał w odpowiedzi wampir, zatrzymując się nieoczekiwanie przed czarownikiem.
Magnus nie miał w zwyczaju bać się pozostałych mieszkańców Świata Cieni, większą ich część mógł bowiem za pomocą jednego pstryknięcia palcami unieszkodliwić i zmienić w dowolnego bezkręgowca. To jednak, co zobaczył w oczach Sinclaira, sprawiło, że poczuł się, jakby ściął go mróz. Udręka i bezradne cierpienie w jego spojrzeniu było bezbrzeżne i tak ogromnie niepodobne do tego dumnego, silnego Dziecka Nocy… Porażony ogromem jego bólu nie zdążył cofnąć się na czas, kiedy wykrzywione jak szpony palce Sinclaira niedelikatnie chwyciły go za twarz i przyciągnęły blisko do całokształtu obłąkanego bez wątpienia wampira. Magnus miał już żywo zaprotestować przeciwko takiemu poufałemu traktowaniu, kiedy ten przytknął jego czoło do swojego i wszelkie wyrazy oburzenia zamarły mu w połowie drogi do wyartykułowania.
„Jest bardzo źle, ciągle ich szukam. Cały Hotel Dumort został postawiony na nogi."
„Musisz ich znaleźć, Fabio. Musisz ich ochronić."
„Wezwij Clave. To ostatnia szansa, Charlie. Wezwij ich do interwencji teraz, bo potem może być już za późno."
Czarownik zająknął się, kiedy bezpośrednio wewnątrz jego umysłu rozległa się mentalna rozmowa obu wampirów. Nie rozumiał, dlaczego Sinclair go w nią wciągnął. Czuł się wręcz jak intruz zakłócający coś ogromnie intymnego między parą kochanków, ale nie przerwał kontaktu, kiedy padły kolejne, mrożące mu krew w żyłach informacje.
„Alec! Nie, zostaw go! Zostaw go!"
„Fabio, to Maureen? Fabio!"
„Och, na Boga, Charlie… Użycz mi swoich sił…"
Prawe oko Magnusa wybuchło nagle bólem tak intensywnym, że czarownik rzucił się w tył, przykładając do niego obie dłonie. Wrażenie minęło natychmiast po przerwaniu kontaktu i miał już pytać, co się stało, kiedy Sinclair zaryczał nagle jak śmiertelnie ranione zwierzę, a z jego prawego oka popłynęły strugi krwi. W szale rozerwał na pół znajdującą się najbliżej niego komodę. Magnus z przerażeniem obserwował, jak na jego ciele otwierają się następne rany, a krew płynie rwącymi niemal potokami. Cokolwiek dopadło Featherdarka, zamierzało go prawdopodobnie zabić, a niemożność pomocy paliła Sinclaira żywym ogniem i napędzała jego noszące coraz więcej obrażeń ciało do kolejnych bezsensownych, niewyrażających niczego poza bezradnością skoków.
- Co tu się dzieje?! – Do środka wpadła Maryse, potykając się niemal natychmiast na wyrwanych z zawiasów drzwiach. – Co zrobiliście z pokojem mojego syna?! Niech ten wampir natychmiast przestanie wyć jak opętaniec i skończy z tym demolowaniem całego pokoju!
- Maryse, musicie natychmiast ruszać do Dumort! – Magnus przekrzyczał zwierzęcy ryk Sinclaira i chwycił Nocną Łowczynię za ramiona. – Wydarzyło się tam coś bardzo złego! Życie Aleca jest zagrożone! – Potrząsnął niecierpliwie wstrząśniętą kobietą. – Maryse, od wielu godzin ty i reszta Clave tylko debatujecie! Czas, żebyście w końcu zaczęli działać!
- Ale ja sama nie mogę… – zaczęła z przerażeniem, kiedy obok pojawiła się Jocelyn.
- Nie ma Clary! Nigdzie nie ma Clary, Jace'a i Isabelle! – Spojrzała na Magnusa stojącego obok na tle szalejącego za jego plecami wampira. – Sądziliśmy, że to może niebiański ogień w żyłach Jace'a się aktywował i dlatego pobiegłam go szukać. Nikt nie przypuszczał, że ten rumor został spowodowany przez Sinclaira – wyjaśniła szybko.
- Nie… Isabelle powiedziała mi… Na Anioła… – wyszeptała zbielałymi ze strachu wargami Maryse.
- Uciekli, tak? – upewnił się czarownik. – Sami poszli do siedziby klanu po Aleca i Simona, zirytowani czekaniem na wasze decyzje? Tyle że w Hotelu rozpętało się istne piekło, nie mają żadnych szans… Na Lilith… – Opadł bezsilnie na strzęp czegoś, co jeszcze niedawno było łóżkiem Aleca. – Mogę otworzyć Portal i…
Ale obu Nocnych Łowczyń nie było już w pokoju. Magnus podniósł się z zamiarem dogonienia ich, kiedy w żelazny uścisk jego ramię chwycił Sinclair. Wampir drżał z wysiłku, cały był zalany krwią jak młody bóg wojny skąpany od stóp do głów w posoce wrogów, ale w spojrzeniu miał wreszcie więcej trzeźwości. I znacznie więcej desperacji.
- Przenieś nas tam, Bane – powiedział rozedrganym głosem. – Obaj wiemy, że zanim Clave ruszy tyłki, mój kochanek i te dzieci będą już martwi.
…
- Że co ty powiedziałaś mamie?! – nie wytrzymał Jace, obrzucając siostrę ciężkim spojrzeniem. – Słuchaj, mam nadzieję, że zdajesz sobie sprawę, że ona już nigdy nie uwierzy w żadne twoje słowo, jeśli nie wypowiesz go bez ściskania jednocześnie Miecza Anioła?
- Skończ z tymi mądrościami – ucięła beznamiętnie Isabelle. – Sam widziałeś, że oni wszyscy mają refleks osiemdziesięcioletniego staruszka i jeśli my nie wyciągniemy Aleca i Simona z tego bajzlu, oni nie zrobią tego na pewno. Słyszałeś, co o nim mówili! Bezużyteczne, stare pryki… – burknęła.
- Tak, racja, zgadzam się – przytaknął z westchnieniem rezygnacji Jace, zrównując się znów z Isabelle, która w złości wyprzedziła jego i Clary o kilka kroków. – Masz rację, Izzy. To dlatego tam idziemy, ja tylko…
Kontynuacją był zduszony krzyk bólu i upadek na chodnik. Jace wyglądał, jakby ktoś równocześnie podciął mu nogi i wbił w niego coś bardzo ostrego i powodującego poważne, głębokie rany. Clary natychmiast przypadła do niego, gotowa osłaniać go choćby i własnym ciałem, a Isabelle stanęła obok na ugiętych nogach i z rozwiniętym batem, wypatrując pilnie zagrożenia. Cisza nie była tym, czego oczekiwała, ale wyprostowała się w końcu i spojrzała na brata, który wbił w nią spojrzenie, jakie skutecznie wydusiło oddech z jej płuc.
- Nie… – jęknął, a w jego złotych oczach było tyle przerażenia, że Isabelle i Clary mimowolnie zadrżały. – To nie ja… To Alec, stało się z nim coś strasznego…
...
...
...
Intoxic - nie obawiaj się, żyję ;) Raz lepiej, raz gorzej, ale do przodu, a teraz staram się już ostatecznie zakończyć tego fanfika, bo za długo już się z nim bujam X3 Mam nadzieję, że pomimo odrywania się od nauki z mojej winy, udało Ci się dobrze zaliczyć egzamin :)
Sharon d'Arc - Cieszę się, że tak myślisz ;) Niestety odnieść się do CoHF nie mogę, bo nie przeczytałam go jeszcze do końca, ale doceniam taki ogromny komplement! :) A w tym rozdziale jeszcze więcej męki i cierpienia, ale obiecuję, że powoli wszystko wyjdzie na prostą ;) Albo mniej krzywą w każdym razie XD
Dziękuję wszystkim za czytanie i mam nadzieję, że nam wszystkim (ze mną włącznie XD) uda się dożyć końca tego fanfika jeszcze w tym wcieleniu i przed emeryturą względnie ;)
