16. Bitewne światła na horyzoncie
Maia Roberts siedziała w budynku komisariatu, dumając nad kolorem lakieru do paznokci, które od piętnastu minut zamierzała pomalować. Kątem oka zerknęła na ustawione nieopodal wspólne zdjęcie z Jordanem i znów dywagacje natury kosmetycznej pierzchły bez śladu, pozostawiając w jej głowie tylko chaos i to niemiłe wrażenie, które ma się zawsze, gdy na wpół świadomie robi się komuś krzywdę, a w planach na najbliższą przyszłość jest jedynie intensyfikacja tego stanu. Porozmawiam z nim, naprawdę z nim porozmawiam, postanowiła sześćdziesiąty siódmy raz tylko tego jednego dnia. Czekam na odpowiedni moment, usprawiedliwiła się, choć nawet jej samej wydawało się to marną wymówką. Czekam, ale on wciąż nie chce nadejść. Czy jest w ogóle coś takiego jak dobry czas na tego rodzaju rozmowy?
Może błękitny?, pomyślała, nadludzką siłą zmuszając się do wbicia wzroku w kilka stojących przed nią flakoników. Nie zdążyła rozważyć innych opcji i alternatyw dla bladego błękitu o perłowym poblasku, kiedy do jej pokoju zajrzał Bat. Jego mina jednoznacznie wskazywała na to, że lakier do paznokci powinien być w tej chwili najmniejszym zmartwieniem Mai.
- Przyszła do nas wampirzyca – oznajmił, a Maię ogarnęła prawdziwa zgroza.
- Przecież jeszcze nie zaszło słońce! – zawołała, zrywając się z krzesła.
- Widocznie w Dumort mają jakieś kłopoty – zaśmiała się w korytarzu Rachela, a potem podniosła triumfalnie kubek ze swoją świeżo zaparzoną kawą. – Powinniśmy za to wypić!
Maia spiorunowała ją wzrokiem i wilkołaczka natychmiast opuściła rękę. Ona sama też nie przepadała za Dziećmi Nocy, ale wznoszenie toastów za ich problemy uważała za niewłaściwe i ani myślała tolerować tego typu wybryków. Cokolwiek stało się w Hotelu Dumort, było na tyle poważne, że jakaś szalona wampirzyca ryzykowała swoim drugim, nieumarłym życiem, żeby opuścić bezpiecznie ciemne mury budynku i dostać się aż tutaj. Maia wpadła do sali, którą wskazał jej Bat.
Wampirzyca leżała pod jedną ze ścian, a członkowie stada uwijali się jak w ukropie, żeby szczelnie zasłonić okna. Miała nogi poparzone od linii wysokich kozaków do krawędzi rozkloszowanej sukienki. Dłonie, którymi przytrzymywała poły zarzuconej na siebie peleryny, były czerwone i pokryte paskudnymi bąblami tak samo jak połowa twarzy, na którą pomimo naciągniętego na głowę kaptura musiały paść promienie słońca. Nie przygotowała się do wyjścia, skonstatowała Maia i poczuła, jak skóra nieprzyjemnie cierpnie jej na karku. Wybiegła w pośpiechu, pędziła przez miasto zdesperowana, dotarła tu, będąc już u skraju sił.
- Posłałem dwójkę dzieciaków po woreczki z krwią – powiedział Bat, jakby pomyślał właśnie o tym samym. – Jeśli się pożywi, szybciej uda jej się zregenerować i zagoić rany.
Maia przykucnęła przy niej i delikatnie zsunęła jej kaptur z głowy. Wampirzyca była wdzięczną, filigranową blondynką. Taką dziewczyną, za którą na ulicy każdy by się obejrzał, ale do której nikt nie miałby odwagi podejść i zagadać, o próbach zdobycia numeru jej telefonu nawet nie wspominając. Byłaby naprawdę ujmująco śliczna, ale cały dziewczęcy urok skutecznie odbierały jej liczne, rozległe poparzenia i oczy zamglone spowodowanym przez nie bólem.
- Ja… Ja muszę… – zaczęła nieskładnie, tocząc najwyraźniej zaciekły bój z własnym językiem, niewykazującym obecnie zbyt dużej woli do kooperowania z mózgiem.
- Powoli… Jak się nazywasz? – zapytała Maia, by dać wampirzycy szansę na uporządkowanie myśli i kolejności, w jakiej chciała je przekazać.
- Che… Cherry – odpowiedziała, a świadomość powoli klarowała się w jej bystrych oczach. – Jestem… Jestem posłańcem mojego ojca… Zdołałam wydostać się z Dumort… Uciekłam… Nie zdążyli mnie złapać i zabić…
Coraz mocniej zaniepokojona Maia położyła dłoń na jej zimnym, drżącym ramieniu. Nie widziała jeszcze wampira, który by drżał, dlatego doświadczenie to okazało się nie tyle niecodzienne, co w najwyższym stopniu złowróżbne. Roztrzęsiona Cherry spojrzała na nią z całą rozpaczą, jaką w sobie niosła, i całą nadzieją, jaką zachowała pomimo najwyraźniej dramatycznej sytuacji w Hotelu.
- Mój ojciec, Raphael Santiago, prosi plemię wilkołaków o pomoc – wyszeptała.
Wampiry są zbyt dumne, żeby prosić. Zwłaszcza swoich odwiecznych wrogów, konkurentów w Świecie Podziemnym, przysłowiowych już niemal antagonistów. A Cherry bez chwili wahania zdeptała swoją dumę i wyartykułowała prośbę z rozpaczliwą nadzieją kogoś, kto obserwuje upadek własnego klanu, ale gotów jest zapłacić każdą cenę, by temu zapobiec. Pokonała przeciwników w Dumort, pokonała słońce, pokonała morderczą drogę do komisariatu, a teraz pokonywała również ból i głód, bo nie dotknęła nawet podawanych jej woreczków z transfuzyjną krwią, pokornie oczekując odpowiedzi wilkołaków jak wiszącego nad nią wyroku. Maia była pod ogromnym wrażeniem, a jedno spojrzenie na wyraz twarzy Bata powiedziało jej, że nie jest w swoim odczuciu osamotniona.
- Pomożemy wam – powiedziała z wystarczającym zacięciem, żeby wciąż wahające się z decyzją wilkołaki natychmiast pozbyły się wszelkich wątpliwości i pomysłów okazania przejawów buntu. – Zjedz i powiedz nam, co się stało.
…
Jace, Clary i Isabelle resztę drogi pędzili tempem na miarę złotego medalisty w biegu na sześćdziesiąt metrów. Byli tak skupieni na celu, że dopiero pod Hotelem Dumort odczuli w pełni zmęczenie, ból w płucach i ciężar, z jakim udawało się nabrać do nich każdy kolejny oddech. Clary natychmiast wyciągnęła z kieszeni stelę i zaczęła pewnymi, szybkimi ruchami nakładać pozostałej dwójce Znaki.
Skupienie na pracy pozwoliło opanować drżenie dłoni i odciągnąć myśli od wspomnień swojego ostatniego wypadu do siedziby nowojorskiego klanu, kiedy przybyła z Jace'm ratować Simona. Obecna sytuacja różniła się wyłącznie wsparciem Isabelle i tym, że do ocalenia mieli tym razem także Aleca. Od tamtej chwili minęło mnóstwo czasu, a ona była teraz znacznie lepiej wyszkolona, zahartowana i zorientowana w niuansach Świata Cieni. Teoretycznie powinna wykazywać co najmniej tyle pewności siebie, ile strachu czuła na widok posępnego budynku anektowanego przez wampiry nie bardzo wiadomo na jakich warunkach i z jakiego powodu. Miała złe, bardzo złe przeczucia – ten rodzaj podświadomego niepokoju, którego nie potrafiła racjonalnie uzasadnić, ale któremu ufała i niejednokrotnie już przekonała się o jego słuszności.
Drgnęła nerwowo i niemal wypuściła z rąk stelę w trakcie wykreślania Znaku widzenia w ciemności na szyi Izzy, gdy Jace nieoczekiwanie położył jej dłoń na łopatce. Gest, który miał dodać otuchy, dodał wyłącznie czynników stresogennych i Clary była już pewna, że głośne, przyśpieszone łomotanie jej serca słyszą wszyscy odtąd aż do kolejnej przecznicy.
- Jak na uspokajające poklepanie po plecach, prawie ufundowałeś mi zawał – syknęła tylko z ogromnymi nadziejami na to, że zjadliwy sarkazm zatuszuje stan permanentnego postrzępienia jej nerwów. – Serio, dotykanie mnie tak znienacka pod drzwiami do Dumort nie jest najlepszym pomysłem, jeśli nie zamierzasz skończyć z serafickim ostrzem wbitym między oczy w ramach odruchu obronnego.
- Wszystko będzie w porządku – odpowiedział spokojnie Jace i, niech go wszyscy diabli, jak zwykle rozszyfrował ją bezbłędnie. – Uda nam się.
- Pozwól mi wyrazić pewne nieśmiałe wątpliwości – wtrąciła z przekąsem Isabelle, która stała już na schodkach wejściowych i wskazywała na coś u swoich stóp. Clary poważnie zawahała się, czy również chce to zobaczyć, ale Jace minął ją i jednym susem pokonał stopnie.
- Kupka popiołu – mruknął, kiedy dołączył do siostry i zlustrował spojrzeniem znalezisko.
- Owszem – przytaknęła Nocna Łowczyni i popchnęła uchylone wrota. – W cieniu w środku leży drugie pół tego wampira. Ośmielę się twierdzić, że nie znalazł się tutaj z własnej woli, a brak straży przy drzwiach wydaje się cokolwiek niecodzienny.
- Bratobójcze walki nie są w stylu Dzieci Nocy… – powiedziała Clary, a jej złe przeczucia nasiliły się na widok udręczonego spojrzenia Isabelle.
- Odkąd rządzi nimi Maureen, styl Dzieci Nocy uległ pewnym radykalnym, daleko posuniętym zmianom… – wyjaśniła.
…
Jace wsunął się do środka jako pierwszy. Przystanął i wyostrzonymi zmysłami przeskanował przestrzeń dookoła siebie, ale nie wyczuł niczyjej obecności. Żadnego ruchu. Ani jednego przyczajonego w mroku Dziecka Nocy gotowego rzucić mu się do gardła. Nie do końca tego się spodziewał, przygotowany raczej na zajadłą batalię już od progu i eskalację walk w miarę posuwania się w głąb Hotelu. Nie oglądając się za siebie, skinął ręką na Isabelle i Clary, a sam ruszył naprzód – wciąż zaskoczony, że jeszcze nikt nie postanowił pozbyć się nieproszonych gości. Oczywiście wiedział, że wtargnięcie Nocnych Łowców do Dumort łamało kilka punktów Porozumień, ale tak samo łamało je przetrzymywanie i torturowanie członków Clave przez wampiry, dlatego Jace rozpatrywał tę eskapadę w kategoriach swoistego wyrównania rachunków. Po chwili zrównała się z nim Izzy, w niepojęty sposób idąca bezszelestnie jak kot pomimo wysokich obcasów.
- Pójdę przodem. Sądzę, że trafię do miejsca, w które ostatnio kazała nas przyprowadzić Maureen.
Nawet jeśli przez głowę Jace'a przemknęło stado przeciwwskazań albo jeden czy sto dziesięć rzeczowych argumentów dowodzących, że może to nie być najlepszy i najszczęśliwszy pomysł, wyraz twarzy Nocnej Łowczyni uciszył je niezawodnie i pogrzebał sześć metrów pod ziemią. Isabelle skierowała się do klatki schodowej prowadzącej na wyższe piętra. Na moment przystanęła, wyławiając z pamięci szczegóły trasy, jaką pokonali poprzednim razem wspólnie z Magnusem i Simonem, a potem zdecydowanym krokiem zaczęła wspinać się na górę. Jace w ciemności chwycił dłoń Clary i podążył za siostrą.
Hotel Dumort był cichy. Zbyt cichy, by tej ogłuszającej ciszy nie odbierać jako preludium do katastrofy. Ten rodzaj ciszy w ogóle przypominał wyłącznie posępną, zwiastującą gwałtowne załamanie pogody ciszę przed burzą. Budynek wydawał się niemal opuszczony, a wywołująca dreszcze atmosfera nawiedzenia gęstniała, im bardziej zagłębiali się w mrok korytarzy, łukowato sklepionych przejść i ciągów schodów, które wiodły wciąż w ciemną, milczącą dal. Jace wpadł na plecy Isabelle, kiedy ta zatrzymała się gwałtownie. Przepchnął ją natychmiast do przodu, żeby razem z Clary przecisnąć się obok w wąskiej futrynie i stanąć u wylotu olbrzymiej, wysokiej sali. Z przodu znajdował się pogrążony w półmroku podest, do którego prowadziło kilkanaście stopni, a u szczytu…
- Ostatnio stało tam tylko jedno krzesło – szepnęła Isabelle, marszcząc brwi w ten szczególny sposób, który Jace nauczył się bezbłędnie odczytywać jako zwiastun problemów i nieszczęść. – Tylko jedno, bez tej śmiesznie utrefionej białej tkaniny i przywiędłych róż stanowiących marnej jakości ozdobę oparcia. Co za totalne bezguście – skomentowała jeszcze, mierząc dekorację nieprzychylnym spojrzeniem.
Powoli, na ugiętych nogach, gotowi i sprężeni do skoku na wypadek nagłego ataku tuzina wampirów, podeszli bliżej. Dopiero teraz zobaczyli wyraźnie, że na jednym z krzeseł siedzi – czy raczej został usadzony wbrew swojej woli i poza świadomością – Simon z głową zwieszoną na piersi, w pozie zbyt bezwładnej, by podejrzewać go o zachowanie przytomności. U jego stóp leżał kształt, który wykazał więcej oznak życia. Raphael z trudem podniósł głowę, spojrzał na Nocnych Łowców, ale nic nie powiedział i bezsilnie opadł znów na podłogę. Jace zauważył złoty łańcuszek z zawieszonymi gęsto na ogniwkach krzyżami, którym spętano wampira w formie wysublimowanej, fantazyjnej tortury. Raphael dymił wszędzie tam, gdzie łańcuszek dotykał partii nagiej skóry albo gdzie zaciśnięto go szczególnie mocno. W pierwszym odruchu Jace ruszał już, by go wyswobodzić i zabrać Simona, ale zamarł, kiedy dobiegł go odgłos szybkich, niecierpliwych kroków w nieprzeniknionej ciemności roztaczającej się za podium. Dyskretnie sięgnął po sztylet, choć jakiś irytujący głosik wewnątrz jego głowy kpiąco wyraził swoje powątpiewanie dla celowości tego ruchu.
Maureen wyłoniła się z mroku niczym biała zjawa. Jace przyznał przed samym sobą, że faktycznie seraficki sztylet to marne, niezbyt dobrze rokujące na przyszłość rozwiązanie.
Władczyni wampirów miała na sobie długą suknię ślubną z welonem, ale rozbryzgi krwi ciemnymi plamami przecinające biel nadawały jej upiornego wyglądu panny młodej, która w drodze do kościoła przebiegła przez plan filmowy najnowszej części „Piły". Jace wiedział, jak zapamiętała ją Clary – radosną małolatę w kolorowych ubraniach, z mnóstwem wielobarwnych bransoletek, szerokim uśmiechem na twarzy i uwielbieniem w oczach, ilekroć patrzyła na Simona. Obecna wersja Maureen wydawała się przerażającą karykaturą tamtej dziewczynki. Jej najlepsze cechy zostały wynaturzone, doprowadzone na skraj paranoicznego obłędu i uzbrojone w nadludzkie zdolności zdemonizowanego wampira. Tak, po powrocie z Dumort Isabelle opisała mu nową przywódczynię nowojorskiego klanu dosadnie i kompleksowo, ale teraz, gdy miał ją przed oczami, opowieści siostry – jeszcze parę godzin temu uznawane za podkoloryzowane i przesadzone – w chwili obecnej uważał za zasadnicze niedopowiedzenie.
Królowa wampirów zatrzymała się na krawędzi podestu i spojrzała na nich zaskoczona. Przechyliła głowę, popatrując kolejno na każdego Nocnego Łowcę, a kiedy wreszcie przemówiła, jej głos odzwierciedlał dziwaczny dysonans pomiędzy głosikiem szczerze zdziwionej nastolatki a echami pomruku dzikiej bestii, której ktoś wlazł do leża bez zapowiedzi, ale nie miał go już opuścić – a przynajmniej nie w jednym, funkcjonalnym kawałku.
- Przyszliście trochę za wcześnie – oznajmiła. – Będziecie musieli poczekać. Jeszcze sprzątamy w Hotelu stare papiery, pajęczyny, śmieci i zdrajców.
Jace dostrzegł wleczoną przez Maureen postać dopiero, gdy władczyni wampirów z radośnie psychopatycznym śmiechem zrzuciła ją ze schodów. Ciało stoczyło się na dół ze znajomą, dobrze rozpoznawalną bezwładnością właściwą zwłokom, ale Nocny Łowca natychmiast nakazał sobie trzymanie się faktów, a nie domysłów. Kątem oka obserwując reakcję Maureen, która być może mogłaby mieć coś przeciwko bliższej inspekcji domniemanego denata, podszedł do nieszczęsnego, potencjalnego trupa i ostrożnie obrócił go na plecy. Z tyłu Isabelle nabrała powietrza ze świstem, co utwierdziło go w ich jednomyślności. Mieli do dyspozycji tylko kilka opisów autorstwa skrajnie subiektywnego w tym względzie Sinclaira, ale uderzające podobieństwo rysów twarzy sprawiało, że Jace czuł się, jakby patrzył na nieco starszą wersję Aleca – delikatniejszą, piękniejszą i smuklejszą, ale mimo to niezaprzeczalnie zdradzającą silne pokrewieństwo.
- To Featherdark – wyszeptała pobladła Clary, werbalizując w końcu wspólne wnioski.
Podobnie jak rodzeństwo Lightwoodów desperacko usiłowała zwalczyć w sobie narastającą panikę. Marant Featherdark miał chronić Aleca, a teraz leżał tuż przy nich w stanie, który boleśnie wskazywał na to, że nawet on nie mógł mierzyć się z zagrożeniem, jakie stanowiła dla świata Maureen. Jace rzucił Isabelle i Clary bezradne spojrzenie. Nie wiedział, jak zdiagnozować przejawy życia u wampira – Featherdark nie oddychał, nie miał pulsu, nie biło mu serce. Poza tym posiadał głęboką, rozjątrzoną dziurę w miejscu prawego oczodołu, oberwany do mięśni kawałek ramienia i białe kości prześwitujące w licznych ranach, a to i tak wyłącznie tyle, ile Jace zdążył zauważyć, gdy lustrował go pobieżnie wzrokiem. O Featherdarku można by pomyśleć, że wpadł do przemysłowej maszyny do mielenia mięsa, a nie stoczył pojedynek z czternastoletnią przywódczynią klanu jako stuningowany krwią demona były Nocny Łowca po przemianie w wampira blisko wiek wcześniej.
Po raz pierwszy Jace pomyślał, że przybycie do Dumort bez wsparcia mogło nie być tak błyskotliwą koncepcją, jaką wydawała mu się ona w momencie ucieczki z Instytutu. Zacisnął pięści, przerażony skalą zagrożenia, na które bezmyślnie wystawił Isabelle i Clary. Gorączkowo starał się opracować najlepszy w ich tragicznym położeniu plan działania, ale porywczość siostry sprawiła, że pomysł ostrożnych, wyważonych mediacji legł w gruzach, zanim przyjął w umyśle Jace'a pełne kształty.
- Gdzie jest nasz brat, ty podła wywłoko?! Co mu zrobiłaś?! – zaryczała wściekle panna Lightwood, a ogniem w jej czarnych oczach można byłoby z powodzeniem podpalić wszechświat i patrzeć, jak w ułamkach sekund spopiela się do rozmiarów garści szarego pyłu.
Maureen skrzyżowała ramiona na piersi i cmoknęła z dezaprobatą.
- Żyje. Obiecałam przecież Simonowi, że go nie zabiję – odpowiedziała urażonym tonem, jakby miała wyraźną pretensję, że zarzucono jej niesłowność. – Dzisiaj jest mój wielki dzień i mam bardzo dobry humor, dlatego pomyślałam sobie, że zaproszę tego chłopca-Nocnego Łowcę na swój ślub – oznajmiła z promiennym uśmiechem, klaszcząc przy tym z uciechy i w wyrazie podziwu dla własnej genialności. – Nic mu nie jest, ale musiałam go troszkę unieszkodliwić. Żeby nie zrobił nic głupiego i nie popsuł ceremonii – wyjaśniła, po czym odwróciła się do tyłu i zawołała śpiewnie: – Ashraf! Przynieś chłopca-Nefilim!
„Przynieś"?, pomyślał z nagłą suchością w ustach Jace. Alec musiał zostać unieszkodliwiony do takiego stopnia, że nie może się swobodnie poruszać, a jeżeli to jest według Maureen działanie adekwatne do określenia „troszkę"… Serce zamarło w nim, gdy z ciemności wymaszerował równym, żołnierskim krokiem wampir o arabskich rysach twarzy. Alec wisiał w jego ramionach jak nie przymierzał szmaciana lalka. Półprzymkniętymi oczyma wpatrywał się tępo w nicość ponad sobą, przeraźliwie obojętny na bezemocjonalną pustkę, jaką widział. Ubrano go w skrojony na miarę czarny garnitur, który mógłby uchodzić za elegancki, gdyby nie ogromne plamy krwi na koszuli, marynarce i spodniach. Jace rozpoznał także absurdalny płaszcz z gorsetowym wiązaniem na plecach oraz niebieską apaszkę zawiniętą luźno na szyi, na której…
- Ty… Ty popieprzona dziwko! – zaskowyczała Isabelle głosem zranionej do głębi nie na ciele, ale na samym rdzeniu duszy. – Poderżnęłaś mu gardło! Poderżnęłaś… mu…
Dławiący, urywany szloch Izzy nie pomagał. Ciężko w zasadzie wyobrazić sobie czynnik jeszcze bardziej rozpraszający i wyłączający racjonalne myślenie na rzecz niewyobrażalnej chęci, żeby roznieść w strzępy i zniszczyć wszystkie powody, dla których siostra płacze. Gdyby mordercze intencje mogły wyprzedzać użycie dowolnej broni białej, miotającej albo palnej, Maureen powinna już leżeć w olbrzymiej kałuży własnej krwi, wijąc się w mękach przedśmiertnej agonii.
Od szalonego, prawdopodobnie samobójczego ataku powstrzymało Jace'a wyłącznie poruszenie w mroku na krawędzi jego wzroku. Zgnębieni Nocni Łowcy, bezsilni i bezradni wobec przywódczyni klanu, stanowili niecodzienne widowisko, którego mieszkańcy Hotelu Dumort nie mogli sobie odpuścić. Ciemność połyskiwała kłami odsłoniętymi w drapieżnych uśmiechach, kpiącymi chichotami i pogardliwymi spojrzeniami.
- Weź moją krew – powiedział w końcu, dobitnie akcentując każde słowo. – Weź ją sobie, a potem oddaj mojego brata i Chodzącego Za Dnia.
- Tylko Nocny Łowca – ucięła bezlitośnie Maureen. – Ponieważ jestem dzisiaj miła, ostrzegę cię, że to nie ty dyktujesz tu warunki. Wiesz, nie zależy mi aż tak bardzo, żeby chłopiec-Nefilim był gościem na moim weselu, dlatego lepiej mnie nie rozzłość. Featherdark był od niego silniejszy i sprytniejszy, a sam widzisz, że uległ pod naporem mojej mocy – dodała z odcieniem samozadowolenia, wskazując przy tym na ciało zrzucone przed chwilą ze schodów, prawdopodobnie wyłącznie po to, żeby Jace uzmysłowił sobie zakres jej możliwości i zrezygnował z heroicznych prób wyrąbania drogi ucieczki mieczem, co uważała za niezręczną komplikację planów na wieczór.
Nocny Łowca przygryzł boleśnie koniuszek swojego języka, bo tylko to poskromiło go przed powiedzeniem czegoś, co pogrążyłoby ich jeszcze bardziej. Krew buzowała w nim niebezpiecznie, prawie widział białe plamy przed oczami. Opuścił głowę, wbił wzrok w nieśmiertelnego przodka Lightwoodów i już wiedział. Zrozumiał. Maureen nie walczyła tak, żeby go pokonać. Zrobiła wszystko, żeby go okaleczyć, wydrzeć mu jego nieopisaną urodę, zetrzeć na proch jego dumę, zostawić miazgę z ciała i żałosny strzęp z hartu ducha. A potem wystawiła go na widok jako przestrogę dla innych. Jako groźbę dla niego, Izzy i Clary. Okrucieństwem wobec Featherdarka mówiła wyraźnie „To samo zrobię z twoim bratem, a ty nie powstrzymasz mnie i będziesz musiał na to patrzeć, dlatego współpracuj, a może pozwolę wam opuścić Hotel".
Może.
Bezsilny gniew pełgał mu niewidzialnymi płomieniami po skórze, napinał mięśnie jak postronki, wywlekał na powierzchnię wszystkie najczarniejsze myśli. Czuł ogromny żal do Clave, że nie posłuchało ostrzeżeń Sinclaira. Był wściekły na siebie, że zgodził się na wypad do Hotelu Dumort bez powiadomienia o tym kogokolwiek. Chciał krzyczeć. Wrzeszczeć naprawdę głośno, choć nie miał pojęcia co, do kogo i dlaczego. Powstrzymał się i powiedział w zamian:
- Dobrze, Alec w zamian za krew.
Zignorował dłoń Clary, która chwyciła go za ramię i próbowała zatrzymać, zalewając potokiem próśb i obietnic bez pokrycia. Uśmiechnął się do niej smutno, wyplątał jej palce, na jedno uderzenie serca ścisnął je mocniej, a potem odwrócił się i wszedł powoli po schodach.
Maureen wyglądała na jednocześnie rozpromienioną jak dziewczynka, która znalazła pod choinką wymarzoną lalkę Barbie, i jak potwór obserwujący ofiarę nieświadomie wkraczającą w naszykowaną zawczasu pułapkę. Wyciągnęła władczo dłoń, a Jace bez wahania podał jej rękę z odsłoniętym nadgarstkiem. Maureen chwyciła ją tak mocno, jakby na wstępie postanowiła połamać mu kości łokciową i promieniową, a potem z budzącym obrzydzenie zachwytem spojrzała na nieprzytomnego Simona. Jace skrzywił się mimowolnie, wyczuwając, że będzie później nosił wyraźne siniaki.
O ile w ogóle miał przed sobą jakiekolwiek „później", bo im dłużej wpatrywał się w obłąkaną wampirzycę, tym mniej zostawało w nim wiary, że choćby Clary i Isabelle wyplączą się z tego wszystkiego bez szwanku. Poczucie winy i odpowiedzialności za obie Nocne Łowczynie zalało go falą niewyobrażalnego smutku. Zawiódł. Zawiódł tak bardzo, że teraz nie odnalazł w sobie nawet tyle odwagi, by spojrzeć im obu w oczy, ten jeden ostatni raz.
Zwiesił głowę, a kły Maureen przebiły skórę Nocnego Łowcy błyskawicznie. Jace syknął na poły z bólu, na poły z zaskoczenia gwałtownością wampirzycy, a potem… Potem wydarzyło się wiele rzeczy jednocześnie.
…
Maureen oderwała się od nadgarstka Jace'a z wyciem, które było muzyką dla uszu Isabelle. Z odległości, na jakiej się znajdowała, widziała tylko płomienie wylewające się rozżarzonymi kroplami z dwóch ranek po ugryzieniu, ale królowa wampirów skowyczała z satysfakcjonującą Nocną Łowczynię rozpaczą i cierpieniem. Jace bezskutecznie usiłował wyrwać się z jej żelaznego uścisku, ale Isabelle natychmiast wykorzystała głęboką konsternację, jaką wywołało napełnienie żył demonicznej wampirzycy czystą postacią boskiego ognia. Rozwinęła bat i bez namysłu, zdając się wyłącznie na własną sprawność i lata treningów, zaatakowała Ashrafa.
W dole słyszała okrzyki Clary zaciekle broniącej się przed zastępami Dzieci Nocy, które pozbawione rozkazów przywódczyni doszły chyba do wniosku, że najlepszym możliwym posunięciem będzie pozbycie się kłopotliwych Nocnych Łowców, zanim przyczynią się do jeszcze większych szkód i nieprzewidzianych perturbacji. Nie tracąc czasu, Isabelle jednym szarpnięciem bata odcięła Ashrafowi głowę, a potem wyrwała brata z ramion padającego w tył zdekapitowanego truchła. Ułożyła go w pobliżu zdobionych krzeseł. Z ulgą wyczuła pod palcami słabe tętno, ale szybko zdecydowała, że zostawiony w spokoju Alec będzie na tyle uprzejmy, żeby nie umierać przez zakończeniem walki, a z niej samej wszyscy będą mieli więcej pożytku, jeśli wróci do cięcia i rąbania popleczników Maureen.
Jednym susem dopadła do Raphaela. Rozrywała krępujący go złoty łańcuszek z furią szarżującej walkirii, kiedy wyczuła obok siebie ruch. Podniosła wzrok na Simona i już miała się do niego odezwać, już prawie formowała pierwsze pytania o jego stan, potencjalne rany i wydarzenia tego dnia, już niemal zapewniała go, że wszystko będzie dobrze… Zamknęła usta na widok skłębionej ciemności w jego oczach. Zamilkła zupełnie, gdy Simon z obnażonymi kłami skoczył na Maureen i wpił się w jej szyję z jakąś przerażająco pierwotną dzikością polującego mięsożercy. Uwięziony między dwoma walczącymi wampirami Jace coś krzyknął, ale w ogólnym rozgardiaszu Isabelle nie dosłyszała go. Zamiast tego zobaczyła, jak Raphael do końca rozszarpuje łańcuszek i rzuca się w ślad za Chodzącym Za Dnia. Jego zęby bez cienia zmiłowania rozorały ramię wyjącej teraz wniebogłosy Maureen.
Jace nadal bez większych efektów próbował odzyskać własną kończynę, ale zagryzana żywcem królowa wampirów z jakiegoś powodu zafiksowała się na swoim zdeterminowanym uścisku i w żadnym razie nie zamierzała puścić. Isabelle postanowiła zostawić go na razie, wierząc, że pogrążeni w szaleńczym amoku Raphael i Simon powstrzymają się w porę i z rozpędu nie pożrą także Nocnego Łowcy przyczepionego na końcu uśmiercanej właśnie Maureen. Rzuciła ostatnie, kontrolne spojrzenie na Aleca, obróciła się na pięcie i zbiegła na odsiecz Clary, która dzielnie odpierała ataki stronników ginącej władczyni. Uniosła bat przygotowana do zadania śmiercionośnego ciosu i dopiero w ostatniej chwili rozpoznała pędzącego wprost na nią wampira.
Sinclair dymił i nosił ślady niewielkich poparzeń, ale już sama zaciętość i bezwzględność w jego oczach mogłyby wystarczyć do zabijania. Z nadnaturalną siłą odbił się od pierwszego stopnia schodów i jednym skokiem pokonał wszystkie. Dopadł do Maureen, po czym… Isabelle aż westchnęła w osłupieniu.
Jego zęby przecięły kość tak gładko, jakby miała konsystencję masła. Do wtóru przeraźliwemu okrzykowi bólu Sinclair przegryzł rękę przywódczyni w łokciu i pomógł Jace'owi strząsnąć tę osobliwie amputowaną kończynę z jego ramienia. Nie sprawiał wrażenia na szczególnie wzruszonego bezpośrednią bliskością rany broczącej płomieniami – całkiem jakby widywał personifikacje niebiańskiego ognia co tydzień w zaprzyjaźnionym pubie i niespecjalnie zamierzał się ich obecnością przejmować. Nocna Łowczyni widziała, że powiedział coś, na co Jace przytaknął, a potem z prędkością błyskawicy rzucił się w dół, porywając w ramiona swojego okaleczonego kochanka i znikając z nim gdzieś w bocznym przejściu.
Ponad kłębowiskiem atakujących wampirów Isabelle dostrzegła znajome, błękitne płomienie posłane w kilku kierunkach jednocześnie. Skowyty, skamlenie i wycie, jakie rozległy się zaraz po tym, sugerowały, że ktokolwiek wszedł w drogę rozsierdzonemu czarownikowi, miał naprawdę nikłe szanse na litość. Natychmiast wykorzystała zaskoczenie, jakie wywołało przybycie Magnusa Bane'a, doskoczyła do pierwszego z brzegu Dziecka Nocy i jednym profesjonalnym ruchem przebiła jego serce serafickim ostrzem.
...
...
...
Dziękuję Wam wszystkim za odzew po mojej ostatniej notce! Tyle miłych, entuzjastycznych odpowiedzi przerosło moje oczekiwania! :) I zgodnie z zawartą w notku obietnicą - oto świeży rozdzialik :) Przeceniłam nieco rozlejzłość mojego stylu pisania, dlatego wbrew początkowym szacunkom winna jestem sprostowanie - poza rozdziałem 16 pojawią się jeszcze dwa ;) Za dużo treści mi się zrobiło, żeby to skomasować, a w ten sposób "Miasto Nadziei" zakończy się osiemnastoma rozdziałami :) Poza tym też osobiście liczbę 18 lubię bardziej niż 17 ;)
Kokosz - Nie schodź nam na zawał kochana, wielu ludzi by płakało za Tobą, a Ty jesteś dobrym i miłym żyjątkiem, i na pewno nie chcesz niczyich łez ;)
Intoxic - Witaj! :D Z nowymi siłami powracam do tego opowiadania i przy wsparciu czytelników zamierzam tym razem możliwie szybko dojść do końca ;)
Asse - Dziękuję za komentarz! :) To naprawdę miłe wiedzieć, że pomimo tak długiej przerwy w update'owaniu tego tekstu ktoś nadal go obserwuje i czeka na nowy rozdział :)
Natalia - Dziękuję! :) Zapraszam do czytania kontynuacji - ze świadomością, że to także Twoja odpowiedź zmobilizowała mnie do pisania ciągu dalszego :D
My Beautiful Dream - Strasznie miło i ciepło na sercu każdemu autorowi, kiedy czyta tak entuzjastyczne komentarze! :) Dziękuję! :)
The High Warlock of Glitter - Dziękuję za trzymanie kciuków, pomogło! :) Wena okazała się łaskawa, nie opuściła, a powyżej efekty ;) Oby ten stan się utrzymał i kolejne dwa rozdziały dały się napisać w podobnie szybki, bezbolesny sposób ;)
Kinina - Dziękuję, bo to Twój komentarz był impulsem do umieszczenia notki z pytaniem o kontynuację :) Poczuj się jak zasłużona matka chrzestna ciągu dalszego "Miasta Nadziei" :)
Beatka - Strasznie dziękuję za serię przemiłych komentarzy dodawanych w miarę czytania tego fanfika na bieżąco :) Nawet nie wiesz, ile radości mi nimi sprawiłaś! :)
Dziękuję Wam wszystkim i do zobaczenia - oby niebawem! - z okazji rozdziału siedemnastego ;)
