17. Krąg walecznych serc
Jace pokonał pięć wampirów i odległość dziesięciu metrów, które dzieliły go od Isabelle. Szybkim, nieuważnym ruchem otarł czoło przedramieniem, ale w efekcie tylko rozmazał sobie wampirzą krew na połowie twarzy, co z kolei i tak nie wpłynęło ujemnie na jego aparycję, czyniąc go za to w zamian żywym posążkiem gniewnego bożka wojny, śmierci i zniszczenia. Isabelle czasami zastanawiała się, któremu diabłu Jace zaprzedał duszę, żeby wyglądać jak wcielenie seksu nawet kiedy jest spocony, zasapany, zmęczony walką i spływa krwią wrogów. Też miała ochotę zgłosić się do niego z ofertą własnej duszy i nadzieją na dobicie podobnie satysfakcjonującej transakcji.
- Będziemy musieli uciekać – wyrzucił z siebie na wydechu Jace, blokując jednocześnie ostrzem Dziecko Nocy zamierzające zedrzeć mu skórę z twarzy, wydrapać oczy i wygryźć krtań.
Isabelle nie kłopotała się długą, wyrafinowaną odpowiedzią i skinęła mu tylko głową. Jace Lightwood posiadał niechlubny zwyczaj wikłania się w bójki ze wszystkim, co ma nad nim miażdżącą przewagę liczebną, rzucania się w wir walki z przeciwnikami silniejszymi i bardziej doświadczonymi od niego, a już zwłaszcza robienia tego w pojedynkę, bez wsparcia i bez informowania innych, że takowe by mu się przydało. Wielu Nocnych Łowców nie wieszczyło mu osiągnięcia pełnoletniości, bezskutecznie usiłując odkryć powody jego iście autodestrukcyjnych działań, ale Isabelle wiedziała lepiej. Jace mógł sprawiać wrażenie fascynata spacerów po cieniutkiej granicy życia i śmierci, uzależnionego od nieustannego wystawiania się na niebezpieczeństwa maści wszelakiej, ale posiadał też umysł rasowego stratega. Jego mózg potrafił błyskawicznie kalkulować szanse, przeprowadzać tysiące alternatywnych przebiegów jednej bitwy i wybierać najlepsze rozwiązanie, dzięki któremu każdorazowo ratował swojego właściciela od niechybnego końca w Mieście Kości. Jeśli zaś Jace oznajmiał, że trzeba się wycofać – oznaczało to w praktyce, że wszyscy są właściwie martwi i trwają już tylko niewielkie negocjacje z losem, żeby ustalić szczegóły warunków i okoliczności ich rychłego zgonu.
Niezbyt zadowolona z najnowszej diagnozy brata, Isabelle skupiła się na wycinaniu przejścia, osłaniając przy tym Jace'a, który parł znów na szczyt podium, żeby zabrać stamtąd Aleca. Prawie udało im się dotrzeć do celu, kiedy jakaś wampirzyca wybita na moment z ferworu starcia zauważyła ich manewr i wysokim, zgrzytliwym okrzykiem przywołała klan do obrony pojmanego zakładnika. Szlag, pomyślała tylko Isabelle na widok hordy pędzących ku niej krwiopijców, mniej sił wkładając z konieczności w walkę, a więcej w utrzymanie równowagi i uniemożliwienie oszalałej bandzie popleczników Maureen zrzucenia jej ze schodów. Już teraz – zmęczona, obolała i poraniona – relatywnie niewiele mogła zrobić na polu prowadzonej właśnie batalii. Jako połamana posiadaczka wstrząśnienia mózgu byłaby do reszty nieprzydatna, żeby nie wspominać o tym, że nigdy jeszcze nie dostała się w sam środek kłębowiska krwiożerczych Dzieci Nocy i nie zamierzała bynajmniej nabywać takiego doświadczenia.
Cięła wampira o orientalnych rysach batem, drugiemu wbiła w pierś serafickie ostrze po samą rękojeść i nagle zdała sobie sprawę, że zdecydowanie brakuje jej jeszcze jednej ręki, jeśli ma jakoś odeprzeć atak trzeciego. Rzuciła się w tył, żeby zminimalizować swój bezpośredni kontakt z jego ostro spiłowanymi paznokciami, ale oczekiwany cios nie nadszedł. Odważyła się jedynie kątem oka zerknąć na przyczyny tego stanu rzeczy – tyle wystarczyło, żeby dostrzec Raphaela Santiago rozdzierającego pobratymcowi gardło niemalże do głębokości kręgów szyjnych. Nie miała czasu na rozważanie, jak miewa się jej samopoczucie ze świadomością bycia uratowaną przez wampira, zbyt zajęta patroszeniem kolejnego. Skinęła tylko głową swojemu wybawcy w domyślnym podziękowaniu, choć nie była pewna, czy w ogóle to zauważył, pochłonięty raczej rozszarpywaniem na strzępy dwóch wampirzych sióstr usiłujących rozbroić Jace'a.
Z tej walki żadne z nich nie miało prawa wyjść zwycięsko. Ba, z tej walki nikt nie miał prawa wyjść o własnych siłach i z bijącym wciąż sercem. Po wyrazie oczu Jace'a wywnioskowała, że to właściwie ostatnie podrygi desperackich starań o zachowanie życia i prób zabrania z sobą na drugą stronę tęczy maksymalnie dużej ilości wrogów. Oczywiście była Nocną Łowczynią i w zasadzie codziennie groziła jej śmierć, kalectwo albo utrata bliskich. Powinna być przyzwyczajona do myśli o wszelkiego rodzaju rzeczach ostatecznych, a jednak odkryła w sobie nieoczekiwanie rozległe pokłady rozgoryczenia i żalu, bo przecież tak wiele nie zdążyła jeszcze zrobić, pokazać, powiedzieć… Spojrzała na Simona szamoczącego się z wyjącą Maureen i ból w sercu okazał się bardziej rozdzierający niż kły wampirzycy tnące przedramię jak skalpele, gdy wytrącona z równowagi nieopatrznie dopuściła przeciwniczkę zbyt blisko siebie.
Rzecz jasna nigdy nie spodziewała się, że umrze w podeszłym wieku, na wiklinowym fotelu, otoczona wianuszkiem wnuków. Nocnym Łowcom raczej rzadko się to zdarzało, niemniej jednak śmierć w Hotelu Dumort podczas beznadziejnego, z góry skazanego na niepowodzenie odbijania brata z rąk psychopatycznych wampirów przejawiających wyraźnie chorobliwą obsesję na punkcie możliwości wyjścia na światło dzienne również rozmijała się z jej oczekiwaniami. Fortuna była przewrotnie złośliwą panią, ale Isabelle oddałaby wszystko za szansę wznowienia pertraktacji, żeby wybłagać i wyżebrać przesunięcie zapadłego nad nimi wyroku.
Pożyć jeszcze choć chwilę, jeden moment. Tylko tyle, by wypowiedzieć słowa, których była teraz pewna jak nigdy, a potem odejść – lżejsza o ciężar wahania i rozwianych wątpliwości. Potrzebowała tak niewiele, ale paradoksalnie czas kończył się, jakby już teraz żyła wyłącznie na sekundach z jakiegoś zaciągniętego kredytu. Gdzieś ponad jej głową Jace syknął boleśnie, ale nie dała rady przyjść mu z pomocą, bo zbyt wiele zimnych dłoni chwyciło ją i przygwoździło do podłogi.
…
- Stać! Dosyć tego!
Nieugięta władczość głosu dobiegającego od strony wejścia do sali była wystarczająco przekonująca, żeby wprawić wampiry w konsternację. Dzieci Nocy przystanęły i odwróciły się w kierunku źródeł tego nieoczekiwanego rozkazu w tej samej chwili, w której Clary żegnała się już z życiem, przyznając przed samą sobą, że nie jest w stanie przebić się do Magnusa – nie w tym miejscu, w tym czasie i w tym wcieleniu w każdym razie. Znieruchomiała razem z przeciwnikami, podobnie jak oni niezdolna do przewidzenia dalszego rozwoju sytuacji, ale też niezbyt skłonna do przypominania im o sobie jakimiś gwałtownymi ruchami. Wydawali się mocno zaaferowani przybyciem intruza, Clary jednak nie zamierzała testować, na ile podzielną uwagą mogliby się wykazać, gdyby wzięta już raz na celownik Nocna Łowczyni postanowiła prysnąć im sprzed nosa.
Z cienia tymczasem wyłoniła się drobna, blondwłosa wampirzyca jadąca wierzchem na potężnym, barczystym wilkołaku, w którym Clary z zaskoczeniem rozpoznała Bata. Osłupiała na ten widok w stopniu nie mniejszym niż otaczające ją Dzieci Nocy. Dziewczyna siedziała na grzbiecie likantropa, przytrzymując się kęp dłuższej sierści na jego umięśnionym karku, a całe jej ciało znaczyły liczne, dymiące wciąż jeszcze poparzenia. Zsunęła z głowy kaptur, pod którym skrywała okaleczoną promieniami słońca twarz. Omiotła wszystkich spojrzeniem, a potem jej głos zagrzmiał w zapadłej ciszy jak piorun, na wielu współbraciach wywołując nawet efekt łudząco podobny do porażenia prądem.
- Są ze mną wilkołaki, całe nowojorskie stado! Clave wie już o wszystkim, Nocni Łowcy zjawią się tu lada moment! Poddajcie się i zaniechajcie dalszego rozlewu krwi! To upadek rządów Maureen!
- Zdrajczyni! – zawołała czarnoskóra wampirzyca, która prawdopodobnie jako pierwsza odzyskała głos i wyłącznie z tego tytułu przyjęła na siebie funkcję ambasadora wyrażającego opinię podzielaną przez niemal całe grono Dzieci Nocy, jeśli wnosić z ponurego pomruku przebiegającego ich szeregi. – Zdradziłaś nas, Cherry! Wprowadziłaś do siedziby klanu sforę śmierdzących psów i jeszcze ściągasz nam na głowę Clave!
- Jesteście tak szaleni i opętani wizjami wyjścia z mroku na światło dnia, że nie dostrzegacie nawet własnego obłędu – odpowiedziała tylko ze smutkiem wampirzyca nazywana Cherry, gdy z ciemności za jej plecami zaczęły się wysuwać kolejne spięte do ataku wilcze sylwetki. – Nie pozwolę zabić dzieci Nefilim, choćby zadanie wam powtórnej śmierci było jedynym sposobem na ocalenie ich.
Bitwa rozgorzała na nowo bez żadnego wyraźnego sygnału. Clary lawirowała pomiędzy wampirami i wilkołakami, skoncentrowana wyłącznie na unikaniu ciosów. Nie miała sił na ponowne angażowanie się w walkę. Cała jej prawa ręka promieniowała tępym bólem, którego dokładnego źródła jeszcze nie zlokalizowała, a na dodatek coś w okolicy biodra dosyć wyraźnie sygnalizowało konieczność nałożenia iratze, bo rudy wampir przemawiający z wyczuwalnym irlandzkim akcentem zdążył jakoś zrewanżować się w zamian za uśmiercenie. W ramach wyrazów wdzięczności najwidoczniej sprezentował jej ranę głębszą, niż na początku sądziła, ciężko jednak dobrze oszacować swoje obrażenia wyłącznie na podstawie jednego, szybkiego zerknięcia w dół, wpasowanego pomiędzy kolejne pchnięcia sztyletem.
Udało jej się przedrzeć do Magnusa w tej samej chwili, w jakiej dotarł do niego poraniony, zbryzgany posoką Raphael. Wampir zdecydowanie drogo sprzedawał swoją skórę buntownikom, ale powoli także jemu kończyła się waluta i niebawem cena mogła się okazać zbyt wysoka, by Raphael mógł ją zapłacić. Nie był już w stanie ustać na jednej nodze, prawdopodobnie złamanej z przemieszczeniem, a rozerwany poniżej linii żeber bok broczył ciemną, gęstą krwią.
- Musicie stąd uciekać – powiedział tonem nie tylko nieznoszącym sprzeciwu, ale przede wszystkim dobitnie oznajmującym, że każde wypowiedziane słowo dla własnego dobra należy potraktować jak rozkaz wagi państwowej.
Clary zauważyła w jego dziąśle lukę po wybitym górnym kle. W innych warunkach szczerba mogłaby okazać się zabawnym punktem wyjścia do co najmniej kilku kąśliwych żartów, ale teraz jakikolwiek uśmiech przypominałby bardziej skrzywiony grymas na skutek porażenia mięśni twarzy niż oznakę ogólnie pojętej wesołości.
- Cherry i Bat uwolnią moich stronników. Posłałem też Chodzącego za Dnia po Radę Nocy, a niebawem zjawi się też Clave, ale nie mogę zagwarantować wam, że pożyjecie na tyle długo, żeby się z nimi zobaczyć. Musicie uciekać.
- Featherdark… On… – zaczęła Nocna Łowczyni i umilkła, kiedy Raphael odwrócił do niej głowę.
Miał twarz przeciętą tak głęboko, że w ranie prześwitywał bielą zarys zewnętrznego łuku oczodołu i spory fragment kości policzkowej. Zupełnie jakby ktoś próbował zrealizować innowacyjną w swoich założeniach koncepcję zdjęcia mu skalpu, ale absurdalnie zaczął od linii szczęki. I został zamordowany, zanim udało mu się doprowadzić ten pomysł do efektu finalnego.
- Żyje – odpowiedział Raphael, choć dopiero teraz widziała, że mówienie w takim stanie narusza tkanki i sprawia mu jeszcze więcej bólu. – Jeśli Sinclair żyje, żyje i Featherdark. Włączą się do walki, kiedy Sinclair przywróci go do stanu jakiejś względnej użyteczności. Ty zaś… Ty, Clarisso Fairchild, córko Valentine'a, otrzymujesz od losu szansę ocalenia świata, który twój ojciec pragnął unicestwić. Nie zapominaj o tym. A na dobry początek osłaniaj czarownika. Jest głupi i nieodpowiedzialny, musisz na razie myśleć za siebie i za niego. Kierujcie się do podestu, zgromadźcie tam swoich i uciekajcie przez Bramę, a kiedyś, być może, spotkamy się znów.
Magnus nie zripostował go żadną złośliwą uwagą, obserwując tylko, jak wampir beznamiętnie wycofuje się z powrotem do walki i w ułamku sekundy przepada w tłumie. Wydawało się, że spomiędzy zaciśniętych zębów czarownika w ogóle nie wydobędzie się żaden dźwięk, o spontanicznej wymianie charakterystycznych docinków nawet nie wspominając. Clary widziała cierpienie w jego kocich oczach, choć czuła, że tylko częściowo odpowiada za nie paralityczne niemal drżenie, nienaturalna bladość i utrzymywanie pionu wyłącznie dzięki obecności ściany, o jaką opierał się ciężko barkiem, bezgranicznie ufając w jej stabilność.
Raphael Santiago żegnał się i ta myśl była dla Magnusa Bane'a boleśniejsza i trudniejsza do zniesienia niż jego własne rany połączone z dotkliwymi objawami wyczerpania mocy.
- Brama – parsknął tylko z czymś, co Clary zidentyfikowała jako niedowierzanie. – Brama – powtórzył i teraz Nocna Łowczyni nie miała już wątpliwości, że słyszy w jego głosie straceńczą nutę, która wcale jej się nie spodobała. – Raphael Santiago. Dowcipny do samego końca.
…
Cherry nie czuła się komfortowo na grzbiecie Bata. Prawdę powiedziawszy żyła dwadzieścia trzy lata i nie żyła od kolejnych czterdziestu dwóch, ale nie znała nikogo, kto byłby zachwycony rolą jeźdźca na wilkołaku. Zdawała sobie sprawę z własnego osłabienia i żenującej konieczności korzystania z pomocy innych, nie sądziła jednak, że kiedykolwiek przyjdzie jej podróżować na likantropie, wpijać palce w grubą sierść, żeby nie spaść, a przy tym przekrzykiwać świst wiatru w uszach, by pokierować rozpędzoną bestię. Uważała, że nie spotka ją już nic gorszego niż szaleńcza gonitwa zasadniczo zbyt wąskimi jak na tego rodzaju rozrywki korytarzami Dumort. Dopóki nie stanęła przed wizją długiego ciągu schodów prowadzących w dół.
Zsunęła się z grzbietu Bata i niemal natychmiast klapnęła na podłogę, bo drżące nogi nie były w stanie utrzymać reszty ciała w górze, a godna, wypracowana mileniami ewolucji postawa spionizowana znajdowała się póki co daleko poza jej zasięgiem. Gdyby mogła oddychać, teraz łapałaby spazmatycznie kolejne hausty powietrza, mając przed oczami powtórkę z przerażającego biegu do piwnic pod Hotelem. Wilkołak łagodnie wsunął jej potężny łeb pod ramię i pomógł wstać, popychając lekko do ściany, która dawała mile widziane w jej obecnej sytuacji oparcie.
- Dziękuję – powiedziała z uśmiechem i odruchowo poklepała go między uszami jak psa, po czym natychmiast zabrała dłoń, ale Bat prychnął tylko, co do złudzenia przypominało wilcze wydanie śmiechu.
- Cherry? To ty? – Dobiegło zza zamkniętych i zabitych deskami drzwi, a wampirzyca natychmiast rozpoznała głos Anabelle.
- Tak. Nic wam nie jest? – zapytała, przykładając ręce do dzielących je warstw drewna i bezskutecznie szukając sposobu na sforsowanie ich. – Maureen nikogo nie zabiła? Ilu schwytała?
- Wystarczająco wielu, żeby ukręcić łeb jej i każdemu, kto opowie się po jej stronie! – Gdzieś w tle zabrzmiał rozwścieczony Peter, a chwilę potem w drzwi łupnęło coś ciężkiego, co narobiło wyłącznie mnóstwo hałasu, ale nie wpłynęło w żadnym razie na naruszenie struktur zapory.
- Nic nam nie jest – zapewniła Anabelle. – Maureen wyłapała nas i zamknęła tylko po to, żeby wyprowadzić w czasie ceremonii ślubnej i pozarzynać z tej okazji jak zwierzęta w ubojni. To potwór w ciele dziecka, Cherry. Zabija ludzi dla przyjemności, bo w rzeczywistości żywi się krwią wampirów. Jesteśmy jej ucztą weselną, rozumiesz? To monstrum nie może nami rządzić. Musimy…
Wampirzyca nie zdążyła dokończyć. Drzwi i zabijające je deski wylądowały nagle w drzazgach na środku pokoju z impetem mogącym zwalić z nóg przeciętnego człowieka. W przejściu stał sapiący z wysiłku barczysty wilkołak i oparta o futrynę Cherry, ale uwolnione nieoczekiwanie wampiry nie zamierzały poświęcać im więcej uwagi, z bojowym okrzykiem rzucając się przed siebie. Zmęczona Cherry znów opadła na podłogę. Uśmiechnęła się smutno, kiedy Bat trącił ją wielkim, mokrym nosem.
- Dość już dla mnie zrobiłeś – rzekła, głaszcząc przyjemny w dotyku, ciężki łeb. – Przepraszam, nie potrafię nawet należycie podziękować. Dziesięciu wcieleń by mi zabrakło, żebym mogła w pełni odwdzięczyć się za to, co wspólnie ze stadem robicie dla mojego klanu. A teraz lepiej wróć już do swoich, bo na pewno i tak przez następne sto lat przyjaciele nie pozwolą ci zapomnieć, że robiłeś kiedyś za kucyka dla pewnej żałośnie słabej wampirzycy. – Objęła go za szyję i przytuliła. – Wiesz, może kiedyś to będzie jedna z najlepszych, najzabawniejszych anegdot i szczenięta będą cię prosiły, żebyś opowiadał im ją na okrągło, ale zanim się to stanie, musisz wrócić do walki, żeby cała ta historia skończyła się dobrze. Idź. Możesz mnie zostawić, nic mi tutaj nie grozi.
Złote ślepia Bata jarzyły się w mroku jak dwie żółte latarnie. Zmierzyły ją uważnym spojrzeniem, a potem znikły gdzieś do wtóru potężnym uderzeniom łap. Cherry przymknęła oczy pewna, że wilkołak popędził z powrotem na górę, żeby przyłączyć się do bitwy, ale ten nieoczekiwanie wrócił, niosąc w pysku znaleziony gdzieś długi nóż. Upuścił go na kolana zaskoczonej wampirzycy, a potem opadł obok niej na brzuch, wyraźnie zachęcając do wspięcia się na jego grzbiet.
Uśmiechnęła się krzywo, przekornie, ale chwyciła jedną dłonią kępę gęstej sierści na karku i pozwoliła, by Bat nosem popchnął ją wyżej. Wampir dosiadający wilkołaka był oczywiście niewyobrażalnym novum, zdumiewającym połączeniem ognia i wody, oksymoronem samym w sobie.
Był też prawdopodobnie początkiem wieloletniej, prawdziwej przyjaźni.
…
Jace uważał Simona Lewisa za nieco zagubionego i roztrzepanego, ale z gruntu dobrego, dzielnego, uśmiechniętego chłopaka. I z całą stanowczością nie podejrzewał go o zdolność do zrobienia z kimkolwiek tego, co zostało po Maureen w chwili obecnej. Zajęty odpieraniem ataków rozwścieczonych Dzieci Nocy zdążył zerknąć w jej kierunku tylko raz, ale nie potrzebował żadnych dodatkowych obserwacji, żeby zrewidować swoje teorie na temat potencjalnej krwiożerczości Chodzącego za Dnia i na nowo rozważyć skalę niebezpieczeństwa wiążącą się z ich znajomością.
Solidny łyk niebiańskiego ognia pociągnięty z jego żył już w przeciągu pierwszych sekund do cna wypalił demoniczny komponent Maureen. Simon i Raphael szarpali między sobą bez wątpienia zwyczajną, młodą wampirzycę, pozbawioną jakichkolwiek znamion piekielnej aktywności i śladu więzi z Lilith. Chciał ich powstrzymać, próbując jednocześnie wyswobodzić się z jej uścisku, ale Sinclair odwiódł go od tego. „To zaszło zbyt daleko. Maureen musi zostać unicestwiona, a dokądkolwiek wyśle ją Chodzący za Dnia, ktoś mądry tam w górze sprawiedliwie osądzi jej duszę", powiedział tylko, a Jace uwierzył. I wierzył wciąż, choć na własne oczy widział, jak Raphael pomaga ćwiartować dziewczynkę, a Simon wieńczy dzieła zagłady.
Od zawsze sądził, że wampiry w swojej niezmierzonej złośliwości naumyślnie utrudniały określanie u nich stopnia zachowania funkcji życiowych – o ile nie miały wyraźnie odrąbanej głowy albo wyrwanego serca. Przypadek Featherdarka był ogromnie złożony, a Jace nie posiadał zbyt dużego doświadczenia w ustalaniu parametrów przyżyciowych u nieumarłego, Maureen jednak nie nastręczała zupełnie żadnych problemów z poprawną diagnostyką. Była władczyni nowojorskiego klanu zajmowała teraz przestrzeń kilkunastu metrów kwadratowych, składała się z wielu osobnych elementów i w całości stanowiła niezwykle skomplikowane, trudne do ułożenia puzzle. Po czymś takim nawet ona nie byłaby zdolna samodzielnie poskładać się do kupy, tego Jace był pewien.
Przybycie wilkołaków sprawiło, że kompletnie zmienił się układ sił, choć ilość ciał zalegających posadzki mroziła krew w żyłach. Jace nie znosił bezmyślnego mordu, a walka w Hotelu Dumort dawno już wykroczyła poza akceptowalny próg racjonalności. Im dłużej trwała, tym bardziej przypominała tylko i wyłącznie zajadłą jatkę obliczoną na zadanie jak największych strat stronie przeciwnej.
Jednym sprawnym cięciem pozbawił głowy wampirzycę zamierzającą się na Isabelle, która krążyła nad Alekiem i broniła do niego dostępu niczym rozjuszona lwica. Wilkołaki w dużej mierze rozproszyły skoncentrowane do tej pory siły wampirów, ale mimo to Jace nie był pewien, jak długo jeszcze uda im się stawiać opór i oszukiwać statystykę, wedle której wszyscy już od co najmniej kwadransa powinni nie żyć.
Serce zamarło mu na widok nowej grupy wampirów. Nie zamierzał ukrywać, że dopływ przeciwników drastycznie skracał ich szanse na przetrwanie, znieruchomiał jednak w skrajnym zaskoczeniu, gdy okazało się, że przybysze mijają ich bez najdrobniejszych przejawów agresji wobec Nocnych Łowców, a z furią atakują swoich. Zwolennicy Raphaela, zrozumiał, choć jednocześnie zrozumiał też, że od tej pory dla wszystkich walka stanie się jeszcze bardziej uciążliwa i zawikłana. Nie miał zielonego pojęcia, jak w tej chaotycznej gmatwaninie uniknąć ranienia sojusznika, dlatego strategicznie wycofał się do boku Isabelle, zdecydowany ciąć wyłącznie tych, którzy sami zdradzą w stosunku do nich zabójczo nieprzyjazne intencje.
Dwie postacie wyskoczyły w kierunku podium z nadnaturalną lekkością. Jace stężał nie tyle w reakcji na przybycie Sinclaira i Featherdarka, ile na widok ciała, które wynosili z bitwy. Raphael Santiago wyglądał, jakby właśnie wyłowiono go z basenu napełnionego krwią, gdzie stoczył zażarty bój z ławicą piranii i Jace nie mógł powiedzieć, że kampania ta zakończyła się dla niego pomyślnie. Ludzie noszący tyle obrażeń i rozległych, głębokich ran z logicznego punktu widzenia nie mają prawa żyć, ale Raphael zdążył umrzeć przeszło pięćdziesiąt lat wcześniej i jego stosunki ze śmiercią pozostawały nie do końca sprecyzowane. Nocny Łowca nie potrafił oszacować, na jakim etapie swojej nieumarłości wampir znajdował się obecnie, na pewno natomiast jego stan wykluczał dalszy udział w walkach. Sinclair i Featherdark złożyli go delikatnie na szczycie podestu w pobliżu Aleca, z niewypowiedzianą na głos prośbą oddając go pod opiekę rodzeństwa.
Isabelle sprawiała wrażenie wstrząśniętej urodą przodka – na tyle wstrząśniętej, że zapomniała się bronić i bardzo dosłownie straciłaby głowę, gdyby Sinclair jednym niedbałym ciosem nie udaremnił zamachu na integralność Nocnej Łowczyni. Featherdark nie miał prawego oka, skołtunione, poklejone krwią włosy wisiały po obu stronach jego twarzy w długich, wilgotnych strąkach, a całe jego ubranie składało się w dużej mierze z rozdarć, dziur i powiewających strzępów. Jace za nic nie potrafił zrozumieć, jakim cholernym cudem ten sponiewierany i naprędce zaleczony wampir nadal urzekał niewytłumaczalnym pięknem, promieniował szlachetnością i tchnął majestatem.
Caravaggio umarłby z zachwytu, gdyby miał możliwość namalowania tak dostojnego, urodziwego modela – pogryzłby się w trumnie o ten przywilej z Michałem Aniołem, Rafaelem Santi, Rembrandtem van Rijnem, Janem Vermeerem i całym szeregiem innych wybitnych artystów. Featherdark uwodził mimowolnie, nie wkładając w to najmniejszego wysiłku, zupełnie jakby stworzono go do podbijania serc. Każda kobieta (i najpewniej każdy niepodejrzewający się wcześniej o homoseksualne ciągoty mężczyzna) z radością samodzielnie wykroiłaby sobie wątrobę, gdyby tylko o to poprosił.
Jace nie do końca w tej chwili dowierzał jasności myślenia Isabelle, wpatrzonej w antenata Lightwoodów jak w objawienie. Sinclair wyszczerzył się do niej zawadiacko, po czym zagarnął do siebie kochanka i złożył na jego ustach mocny, zaborczy pocałunek. Featherdark – zgodnie z przedstawiającą go pokrótce charakterystyką – wykazał więcej zdrowego rozsądku. Ze stanowczą łagodnością wyplątał się z objęć partnera, a po minie Sinclaira Jace wydedukował, że telepatycznie został właśnie zbesztany i dobitnie poinformowany o pewnej niestosowności tego rodzaju pieszczot i zadziornego podkreślania intymnego charakteru ich relacji, zwłaszcza w warunkach toczącej się wciąż bitwy. Izzy tylko się roześmiała i oczy lśniły jej wesoło, ale Jace i tak z niejaką ulgą przyjął zgodny odwrót obu wampirów.
A zaraz potem dopiero łokieć siostry ze złośliwym chichotem wbity w żebra uzmysłowił mu, że gapi się z otwartymi ustami i nie wygląda to zbyt profesjonalnie.
Potrząsnął głową i wiele wysiłku włożył w to, żeby nie przetrzeć dla pewności oczu. Walczący Sinclair i Featherdark byli… idealni. W każdym calu. Doskonale zsynchronizowani nie wykonywali ani jednego zbędnego ruchu. Okręcali się płynnie wokół siebie jak w jakiegoś rodzaju zmysłowym, śmiercionośnym tańcu. Gracja Featherdarka równoważyła potęgę Sinclaira, jego precyzja uzupełniała siłę, a delikatność łagodziła agresję tam, gdzie pojawiało się zagrożenie nadużyciem przemocy przez łatwo ulegającego wściekłości Sinclaira. Obaj bezbłędnie wykorzystywali swoje atuty, walory i mocne strony, tworząc wspólnie duet niepokonany i niemający sobie równych.
Obserwowanie dwóch perfekcyjnie dopasowanych parabatai dało Jace'owi więcej niż stosy książek poświęconych sztuce wojennej, które służyły Nocnym Łowcom za podręczniki do szkolenia praktycznego. Opisu podobnych technik nie odnalazł w żadnej z nich, ale olśniony genialną skutecznością przyjętej przez Featherdarka i Sinclaira strategii czuł nieodpartą potrzebę skopiowania ich stylu i przećwiczenia przynajmniej części układów z Alekiem w nadziei, że po solidnym treningu uda im się odtworzyć chociaż kilka prostszych wybiegów.
- Kiedy wrócimy do domu… – zaczął, nie odrywając wzroku od wirującej pary wampirów. Featherdark i Sinclair wydawali mu się w tej chwili nieustraszeni, niezwyciężeni, nieśmiertelni i zakochani w sobie wieczną miłością skutecznie opierającą się upływowi czasu i złośliwościom losu. – Kiedy wrócimy do domu, założę ich fanklub…
Isabelle odpowiedziała mu szerokim uśmiechem, nie bardzo wiadomo, czy rozbawiona tą deklaracją, czy ucieszona zastosowaniem słowa „kiedy" zamiast „jeśli".
…
Simon nie miał najmniejszego problemu z trafieniem z powrotem w miejsce, w którym odnalazł Radę Nocy po raz pierwszy. Spotkanie z antycznymi wampirami okazało się wystarczającą traumą, żeby Chodzący za Dnia wyrył sobie w pamięci każdy najdrobniejszy szczegół przebytej poprzednio drogi i umiał pokonać ją drugi raz bez większego zastanowienia.
Parł naprzód, bo maksimum koncentracji wkładanej w stawianie kolejnych kroków choć trochę oddalało powracające uporczywie widmo zamordowanej Maureen. Jej przedśmiertny ryk wciąż wibrował w jego uszach na granicy słyszalności i Simon nie wiedział, czy ktokolwiek na świecie wszedł kiedyś w posiadanie większego mętlika w głowie niż ten, który szalał mu właśnie pod czaszką. Wszystko skręcało się w nim z obrzydzenia do samego siebie. Nigdy nawet nie wyrwał skrzydełek żadnej musze, nie dręczył cudzych chomików, nie strzelał z procy do ptaszków, a teraz… Teraz…
Uderzył pięścią w ścianę, zanim zdążył się zorientować, że w ogóle przejawił wobec niej jakieś złe zamiary. Uzyskał tym pochopnym działaniem wyłącznie fale ostrego bólu promieniującego wzdłuż ręki i pokaźną dziurę w murze, ale wyrzutów sumienia nie zagłuszyło to ani odrobinę. Przyśpieszył kroku i dla pewności zaplótł ramiona na piersi, w razie gdyby podświadomie próbował zdemolować coś jeszcze.
Może mama od początku miała rację i słusznie wyrzuciła go z domu? Okazał się w końcu bestialskim psychopatą mordującym dziewczynki – raczej nie można oczekiwać, że ktokolwiek chciałby mieszkać z takim potworem pod jednym dachem. Będzie musiał wyprowadzić się od Jordana. Natychmiast. Zanim ukręci mu łeb albo rozwiesi jego wnętrzności na karniszach jak girlandy. Miał przed oczami widok rozszarpanej Maureen nawet kiedy zaciskał powieki i naprawdę, naprawdę nie potrafił przewidzieć, na jakie inne kreatywne sposoby umiałby zadawać śmierć, a był cholernie pewien tylko tego, że nie chce się o tym przekonywać. Gdyby w szale wyrządził jakąś krzywdę Isabelle albo Clary…
- Nie obwiniaj się.
Podskoczył nerwowo. Bez reszty pochłonięty dokonywaniem autowiwisekcji na swojej psychice nie zauważył nawet, że niemal nastąpił nogą na jednego z przedstawicieli Rady Nocy. Natychmiast rzucił się do tyłu. Wolał uniknąć testowania na własnej skórze, co spotyka niedołęgi, które przez przypadek sprofanowały to dziwne, pradawne sanktuarium i grono zamieszkujących je bożków. Siedząca na centralnym miejscu wampirzyca nie wyglądała na szczególnie wzruszoną losem swojego prawie zdeptanego towarzysza. Patrzyła Simonowi prosto w oczy, spokojna, wiekowa i nieruchoma jak wykuty dawno, dawno temu posąg, który o setki lat przeżył swojego twórcę i wciąż trwał, dając świadectwo kunsztu dawno zmarłego rzeźbiarza.
- Nie obwiniaj się – powtórzyła, nie otwierając nawet ust. – Byłeś jedynie mieczem w dłoni innej, potężniejszej siły, która uważała eksterminację Maureen za najlepsze rozwiązanie. Jej śmierć oznacza przekazanie rządów tobie i tak miało się stać. To Chodzący za Dnia jest prawowitym przywódcą, który powiedzie Dzieci Nocy przez mrok tej bitwy, przez ciemność nadciągającej wojny, ku światłu lepszego, bezpieczniejszego jutra. Prorok Nocy powiedział: Chodzący za Dnia wznosi wieże Miasta Nadziei, a Rada Nocy ofiaruje mu pierwsze cegły.
Simon osłupiał. Nie zamierzał sobie rzecz jasna zaprzątać na razie głowy jakimiś mętnymi, bzdurnowatymi przepowiedniami, ale oniemiał, gdy nagle objawiły mu się w pełnej krasie konsekwencje wszystkiego, co stało się na górze. Oczywiście gdzieś tam piąte przez dziesiąte kojarzył, że u wampirów przejęcie władzy nad klanem odbywa się podobnie do analogicznego procesu pozyskiwania przywództwa u wilkołaków, ale i tak…
To absurdalne! Nie mógł zostać głową nowojorskiego klanu! Jeszcze dwa dni temu miał spore problemy, żeby w ogóle utożsamiać się z gatunkiem, do którego w wyniku zbiegu niefortunnych okoliczności zaczął wbrew swojej woli przynależeć! Poza tym nie było kompletnie żadnych przesłanek świadczących o tym, że stanowi dobry materiał na władcę. Nigdy nawet nie chciał zostać przewodniczącym klasy, a co dopiero mówić o braniu odpowiedzialności za dużo ważniejsze sprawy i kwestie. Nie odważyłby się rozkazywać innym wampirom ze strachu, że podjęte decyzje okażą się fatalne w skutkach, a do końca życia nie wybaczyłby sobie, gdyby ktokolwiek ucierpiał przez jego żałosny brak kompetencji.
- Refleksja nad własnymi predyspozycjami to cecha wielkich, mądrych władców – skomentowała wampirzyca.
Simon nie poczuł się ani trochę lepiej ze świadomością, że tak stary, nadnaturalny byt bez przeszkód zagląda mu do głowy i zna każdą myśl. Na jedno było to ze wszech miar krępujące, na drugie zaś odczuwał pewnego rodzaju ulgę, że wampirzyca wybawiła go tym sposobem od konieczności ubierania swoich bezładnych sprzeciwów i wątpliwości w słowa. Zdecydowanie nie nadawał się do publicznego przemawiania, dlatego zmartwiał, gdy ta kontynuowała niezrażenie:
- Rada Nocy wie, po co do niej przybyłeś, ale mimo tego ciąży na tobie obowiązek wypowiedzenia treści poselstwa na głos.
- Ach, tak? Naprawdę? – Chodzący za Dnia zmieszał się w mocniej, niż by tego chciał, i okazał to bardziej, niż by sobie życzył. – Więc… – odchrząknął, jakby miało to pomóc w oczyszczeniu gardła i wyklarowaniu chaotycznych myśli, ale w rozrachunku ostatecznym nie odczuł żadnej różnicy. – Um… Jestem tu, by w imieniu Raphaela prosić was o interwencję. Tam na górze, w sensie. Bo zrobił się koszmarny burdel. I ten, bez waszej pomocy chyba nie uda nam się tego ogarnąć, dlatego…
Mówił coraz ciszej i ciszej, aż w końcu umilkł z bolesnym przeświadczeniem, że wypaść nędzniej już się chyba nie dawało i wyczerpał tym krótkim popisem antytalentu dyplomatycznego całą dostępną skalę żenującej marności w kontaktach biznesowych z arystokracją Podziemnego Świata. Uzdolniony oratorsko nigdy nie był i najbardziej na świecie spodziewałby się, że Rada Nocy wybuchnie teraz szyderczym śmiechem, zasłużenie miażdżąc mu resztki ego salwami sardonicznego rechotu.
- Owszem, nie masz zadatków na demagoga, Chodzący za Dnia. Porwiesz za sobą tłumy i zdobędziesz ich szacunek nie słodyczą pięknych słów, ale szlachetnością swoich czynów – powiedziała wampirzyca i wstała bardzo powoli, urywanymi ruchami, trochę jak zamknięta w nakręcanej szkatułce pozytywkowa baletnica o pordzewiałych ze starości trybikach.
Członkowie Rady Nocy podnosili się po kolei, a Simon przysiągłby, że niemal usłyszał zgrzyt od dawna nieużywanych mięśni i stawów, gdy z kunsztownych sukien i szat osypywał się kurz i kłęby pyłu nagromadzone na nich przed wiekami. Nie miał pojęcia, jak oni wszyscy – stojący wyraźnie na bakier z mobilnością i skonfliktowani z własnymi zesztywniałymi kończynami – zamierzają dotrzeć na pole bitwy na górnych kondygnacjach Hotelu, ale nagle ogarnął go spokój.
Raphael nie posłałby go po nich, gdyby nie wierzył, że ich obecność położy kres rozlewowi krwi. Simon nie mógł z czystym sumieniem powiedzieć, że darzy swojego wampirzego ojca jakąś przesadną sympatią, bo i sam Raphael niezbyt przykładał się do ocieplenia stosunków między nimi, ale musiał przyznać, że ufa jego osądowi. Jeśli Santiago wierzył w tę cudaczną grupę irracjonalnie spiętych ze sobą jednym łańcuchem wampirów, Simon też zamierzał w nich uwierzyć.
Pierwsze cegły, co?, pomyślał z krzywym uśmiechem. Może nawet zrozumiał? Mała nadzieja, ale odpowiednia chyba, by na jej fundamentach rozpocząć budowę tego całego Miasta Nadziei, uznał i ruszył za kroczącymi korytarzem członkami Rady Nocy. Od czegoś trzeba przecież zacząć, a to będzie początek dobry jak każdy inny.
…
Gdyby Magnus Bane miał komuś wyjaśniać, jak mierzy się poziom mocy każdego czarownika, poleciłby wyobrazić sobie prostą zależność zachodzącą pomiędzy samochodem i paliwem. Zatankowane auto jeździ bez przeszkód, a kontrolka na tablicy rozdzielczej w odpowiednim momencie sygnalizuje po prostu konieczność uzupełnienia baku. Czarownicy również mają w głowach tego rodzaju kontrolki i stąd też Magnus doskonale wiedział, że wskazówka w jego konkretnym przypadku spadła już poniżej zdroworozsądkowego pułapu mocy, wkraczając w zasoby niewielkich zapasów z rezerw na czarną godzinę. Oczywiście bez paliwa samochód nie jest w stanie jechać, ale też nie wybucha ani nie ulega żadnej innej formie destrukcji. Po całkowitym wyczerpaniu swojej magii także czarownicy nie umierają.
Chyba że znajdują się w samym sercu ogromnej, międzygatunkowej bitwy, pozbawieni szans na samoobronę i zdani na ochronę ze strony nieletnich sojuszników szkolonych zbyt krótko, by zawierzać ich zdolnościom bojowym. Tak, wtedy mają wszelką szansę zginąć, i Magnus był swego rychłego końca świadom w stopniu najwyższym. Z logicznego punktu widzenia to nie miało prawa się udać i w każdej chwili oczekiwał ostatecznego ciosu, dlatego też z niejakim zaskoczeniem zaobserwował namacalną obecność schodów tuż przed swoim nosem. Zdecydowanie nie doceniał Clary i przyrzekł sobie, że wynagrodzi jej to z nawiązką, jeśli dziewczynie uda się nagiąć prawa wszechświata na tyle mocno, żeby mogli uciec z tego cholernego Hotelu w jednym kawałku.
Nie zaprotestował i pozwolił, żeby Nocna Łowczyni przerwała mu kontemplację kruchości własnego wielowiekowego jestestwa na rzecz niecierpliwego popychania na górę. Nie miał w zasadzie nawet okazji sprzeciwić się takiemu bezpardonowemu traktowaniu, bo stojąca u szczytu Isabelle wciągnęła go po ostatnich stopniach, przynaglając do zminimalizowania anemiczności ruchów i reakcji.
Magnus bardzo chciałby wyjść naprzeciw jej oczekiwaniom, ale cały świat wirował mu przed oczami jak obserwowany z fotelika w wagonie na roller coasterze i czarownik czuł się prawdziwie dumny z tytułu odparcia przemożnej chęci zwymiotowania jej pod nogi. Nie sądził, by Isabelle miała mu okazać wdzięczność za tego rodzaju heroiczne poskramianie własnych wnętrzności, zrezygnował więc z werbalnego akcentowania swoich osiągnięć w dziedzinie trzymania zawartości żołądka w ryzach. Opadł bezsilnie na klęczki i silne drgawki miały być do odwołania jedynym przejawem jego aktywności fizycznej.
- To na nic. Nie uda mu się otworzyć Bramy. – Usłyszał ponad sobą głos Jace'a i byłby przyznał mu rację, kiwając głową, ale posunięcie to wzmogłoby jedynie mdłości, dlatego Magnus podarował sobie podobne wybryki.
- Aha. Czyli że jednak wszyscy tutaj zginiemy? – zapytała cierpko Isabelle, a dźwięk, który nastąpił zaraz potem, brzmiał jak spadające ze schodów bezgłowe ciało wampira. – To super! Przynajmniej będę pięknie i młodo wyglądała w trumnie, zanim Cisi Bracia mnie spopielą i przerobią na cement w Mieście Kości – dodała zjadliwie.
- Wiesz, mogłabyś chociaż poudawać milszą, skoro ustaliliśmy już, że to ostatnie pięć minut naszego życia – zrugał ją sztucznie protekcjonalnym tonem Jace, ale Magnus z doświadczenia wiedział, że najbardziej nawet wysublimowana postać sarkazmu z samej swojej natury nie ułatwia umierania. Umieranie jest tą specyficzną formą ludzkiej aktywności, której nic nie może ułatwić. – Spróbuj teraz pomyśleć o wszystkich bliskich…
- Mama?
- No, tak, na przykład o mamie, i…
- Nie, idioto – syknęła zniecierpliwiona panna Lightwood. – Albo dotarłam do etapu omamów wzrokowych, albo widzę tam mamę. I kilkudziesięciu innych Nocnych Łowców. Co tak długo? – sarknęła niczym umówiona na pierwszą randkę dziewczyna z furią zerkająca na zegarek uprzejmie informujący ją, że chłopak spóźnia się dziesięć minut. – O tej porze nie ma już korków na mieście! Serio mam o Clave coraz gorsze zdanie. Zdążylibyśmy zginąć piętnaście razy, zanim się w końcu pokazali.
Magnus z trudem podniósł zwieszoną głowę, choć wiele go to kosztowało i zawierało w cenie stoczenie walki z na wpół przetrawionym posiłkiem podchodzącym do gardła. Rozbłyski z tyłu sali rzeczywiście świadczyły o bardzo intensywnym użytkowaniu serafickiej broni. Clary, Jace i Isabelle w przypływie animuszu ruszyli na dół z zamiarem przebicia się do wojowników Clave, a Magnus był tak zmęczony, roztrzęsiony i wycieńczony, że nie zgromadził w sobie nakładów sił potrzebnych do wytknięcia im bezmyślności takiego posunięcia. Czarownik żył zdecydowanie zbyt długo i widział zbyt wiele, żeby naiwnie pokładać wiarę w rzekomą potęgę Nefilim firmowaną przez Niebiańskie Zastępy. Jeśli się dobrze zastanowić, to żył tak długo i widział tak wiele wyłącznie dlatego, że jego egzystencją kierowała kardynalna zasada nie polegania na sile Nocnych Łowców – słabych i omylnych jak zwykli ludzie, ale zbyt próżnych i napuszonych, by móc się do tego przyznać.
Sięgnął drżącą dłonią do kieszeni po niewielką buteleczkę. Nie wiedział, jakim cudem nie pękła w czasie walki, ale uznał, że analizowanie tego hutniczego fenomenu i tak w niczym mu nie pomoże. Zabrał ją ze swojej torby przed otwarciem Bramy do Hotelu Dumort na wszelki wypadek i z olbrzymią nadzieją, że sytuacja nie zmusi go do skorzystania z wypełniającego jej wnętrze eliksiru.
Dawniej Clave z lubością wieszało czarowników za posiadanie tego specyfiku – o losie tych, którzy zostali nakryci przez Nefilim w czasie jego przygotowywania, Magnus wolał nie myśleć, bo mdliło go już wystarczająco mocno. Z biegiem lat metody Nocnych Łowców znacząco złagodniały, niemniej i tak nie zamierzał sprawdzać, jak u progu XXI wieku karane jest zażywanie Halvertino. Zwany w Podziemnym slangu „Ogonem Diabła", eliksir Halvertino należał do najbardziej kapryśnych i skurwysyńskich płynów, jakie Dzieciom Lilith udało się kiedykolwiek opracować, uwarzyć i wprowadzić do obrotu w Świecie Cieni. Był trochę jak rosyjska ruletka dla samobójców-ryzykantów – mógł błyskawicznie odnowić poziom zużytej mocy magicznej, ale jeśli trafić na jego gorszy dzień, potrafił zabić, wedle aktualnych fanaberii wzorując się przy tym wywołaniem objawów dawanych losowo przez arszenik, cyjanek albo strychninę.
Upodobanie do najpodlejszych trucizn budziło w Magnusie najgorsze przeczucia, ale teraz, pozbawiony asysty małoletnich Nocnych Łowców, miał do wyboru albo wypicie „Ogona Diabła" z pięćdziesięcioprocentową szansą na śmierć, albo stuprocentową szansę na śmierć, jeśli zostanie zdybany przez jakiegoś zapędliwego wampira, a szczyt podestu śmiało zaliczał do najbardziej wyeksponowanych miejsc w całej sali. Mógł równie dobrze postawić obok świecącą neonowo tablicę z wypisanym drukowanymi literami komunikatem treści: „Czarownik bez mocy, poturbowany wampir i ledwie żywy Nefilim – tu atakuj". Z westchnieniem zerknął za siebie. Nieoczekiwanie został ostatnim bastionem obrony dla Aleca i Raphaela, ale jeśli ich przeżycie miało zależeć wyłącznie od jego obecnej kondycji, nie wróżył im zbyt wielkich nadziei na przetrwanie.
- Lepiej, żebyście nie byli martwi, wy dwaj – mruknął. – Ryzykowanie życia dla zwłok nie jest zabawne, i nawet ja tak uważam.
Odwrócił się i skupił wzrok na buteleczce. Wolał nie patrzeć na Aleca, jeśli naprawdę okazałoby się, że Halvertino wyręczy jakiegoś anonimowego, potencjalnego zabójcę. Wolał nie myśleć też, jak ukochany Nocny Łowca zareagowałby na wieść, że na skutek fatalnego nastroju zakazanego eliksiru Magnus własnoręcznie zakończył swój długi żywot trzy kroki od niego. Postanowił na razie wyłączyć zupełnie mózg, i tak zresztą mało potrzebny do nieskomplikowanej czynności zaaplikowania sobie kilku kropel czarnomagicznego roztworu. Potrząsnął fiolką, żeby zmieszać wytrącające się składniki, ale zaraz potem ze znużeniem odkrył, że sztywne, obolałe palce za nic na świecie nie dadzą rady jej odkorkować.
Westchnął. Był już naprawdę mocno zmęczony swoim zmęczeniem.
...
...
...
Plany moje okazują się płynne i kształtują się w miarę pisania X3 Scenę ostatecznej bitwy z konieczności zdecydowałam się podzielić znów na dwie części, głównie z uwagi na jej przytłaczające rozmiary (co widać po szalonej długości tego chaptera...). Rozdział 18 (w zamyśle...) zamknie do reszty walkę w Hotelu, a rozdział 19 pozamyka inne wątki i oby tym razem udało się tę koncepcję doprowadzić do szczęśliwego finału XD Poza tym (taaaaaaak!) rozdział 18 będzie dużo, dużo bardziej malecowy i tendencja ta utrzyma się już do końca ;)
Rozdział 18 ma już początek, może przy dobrych lotach i pomyślnych wiatrach uda mi się dodać go w przyszłym tygodniu, jako że jest naturalnym przedłużeniem rozdziału 17.
Kokosz - Dziękuję Ci za długaśny komentarz! :D Jak zwykle jesteś nieoceniona :D Mam nadzieję, że wybaczysz tę chwilę niepewności, ale oddaję Featherdarka (prawie) jak nowego ;) I cały wątek malecowy jeszcze przed nami ;)
Intoxic - Chciałam zrobić z Maureen prawdziwą, małą potworzycę - w oryginale faktycznie jest bardziej stuknięta niż niebezpieczna, ale jakoś bardziej odpowiada mi taka do cna zdemonizowana forma ;) A miłość malecowa jeszcze się objawi w pełnej krasie - końcówka tej historii będzie należała prawie wyłącznie do Magnusa i Aleca :)
The High Warlock of Glitter - Dziękuję za komentarz! :D Tak, oczywiście rozumiem, co miałaś na myśli z tym ustalaniem funkcji życiowych u wampira - Jace'a też to frustruje ;) A Magnus - kiedy Magnus się gdzieś pojawia, muszą o tym wiedzieć po prostu wszyscy :D
Kinina - Dziękuję i kłaniam się nisko za komplementy pod adresem mojego pisarstwa :) Cieszę się też, że polubiłaś mojego własnego Featherdarka na tyle, żeby poruszyła Cię wizja jego potencjalnego zgonu ;) To strasznie miłe dowiedzieć się, że stworzyłam coś, co dało się obdarzyć sympatią i co potrafi czytelnika przejąć swoimi losami ;) A czy pracuję jeszcze nad innymi tekstami - tak, odświeżam jedną swoją dłuższą powieść i pod czujnym okiem korektorki doprowadzam ją do kultury, a poza tym mam pomysły na kolejne fanfiki - nie tak gigantyczne jak "Miasto Nadziei" tym razem ;)
