18. Wojna, która zabija

Alec zamrugał niepewnie, jakby nie był do końca przekonany, czy nadal potrafi to robić. Uruchamiane właśnie połączenia nerwowe bez ceregieli zbombardowały mu mózg serią rzeczowych raportów sygnalizujących mnogość źródeł bólu zlokalizowanych na powierzchni całego ciała i wewnątrz niego. Alec skrzywił się, odpychając od siebie nachalnie nasuwający się wniosek, że nawet jeśli tym razem należycie zajmą się nim Cisi Bracia, i tak czeka go koszmarnie długa rekonwalescencja na skraju fanatycznej wiary i nadziei w wątpliwą możliwość odzyskania pełnej sprawności.

Na Anioła, ile razy w ciągu tygodnia można się znaleźć na krawędzi śmierci i za każdym razem o włos uniknąć przekroczenia tej granicy? Alec miał pewność popartą niezbitymi dowodami, że przez ostatnie kilka dni ustanowił w tej dziedzinie nowe rekordy i wypchnął Jace'a z pozycji dotychczasowego lidera. Przymknął oczy, choć nie mógł pozbyć się wrażenia, że bolą go nawet powieki i rzęsy. Jego umysł zdecydowanie nie wykazywał w chwili obecnej zdolności do przekonwertowania na sensowne konkluzje wszystkich bodźców, jakie w hurtowych ilościach były mu dostarczane przez zresetowane zmysły. Widział nad sobą brudny, skryty w półmroku sufit, słyszał złowieszcze odgłosy walki, krzyki, wycie, skamlenie, jęki i szczęk broni, a nade wszystko czuł się, jakby trafił pod wał gigantycznego walca przeznaczonego do ciężkich robót drogowych i nie łudził się, że dał radę stawić mu jakikolwiek opór. Ból paraliżował, wypełniał myśli, odbierał trzeźwość osądu i zawężał cały wszechświat do mikroskopijnych rozmiarów piłeczki pingpongowej, wypchanej po brzegi cierpieniem najlepszego sortu.

Nigdy nie zastanawiał się, ile sił potrzeba do obrócenia głowy w prawą stronę. Teraz nadrobił luki w wiedzy z zakresu fizjonomii i orientował się już, że na pewno więcej, niż może ich mieć pokiereszowany do takiego stopnia Nocny Łowca. Z logicznego punktu widzenia Alec powinien nie żyć od jakichś trzech-czterech dni, niemniej świadomość zdeterminowanego wymykania się śmierci była w pewnym sensie krzepiąca na tyle, że zmobilizowała Nefilim do zaangażowania w pracę nie tylko obolałe mięśnie szyi i karku, ale też szereg innych, by w efekcie odwrócić w prawą stronę całe ciało i dźwignąć się na łokciu do chwiejnego siadu.

Gdy sprzed oczu usunęły mu się ostatnie mroczki, a przyjęta pozycja nabrała większej stabilności i nie groziła już ponownym przejściem do układu horyzontalnego, zogniskował wzrok na humanoidalnym w przybliżeniu kształcie, który leżał nieopodal. Rozpoznanie w tej krwawej miazdze Raphaela wymagało prawdziwego talentu detektywistycznego i odpowiednio dobrej pamięci, żeby skojarzyć znajomy krzyżyk na złotym łańcuszku. Poszarpany ochłap odarty miejscami do żywej kości niemal nie przypominał już istoty ludzkiej, a po dumnym wampirze o aparycji latynoamerykańskiego piętnastolatka zostało w nim naprawdę niewiele. To jakby zamiast wspaniałego, monumentalnego Tadź Mahal zobaczyć ruiny i gruzowisko – wrażenie było naprawdę wstrząsające i poruszyło Aleca do głębi. Z wysiłkiem podniósł rękę i położył ją na dłoni Raphaela, zimnej, sztywnej i nieruchomej jak u… trupa.

Alec nie wiedział, czego właściwie oczekiwał, kiedy wszystko wyraźnie wskazywało na to, że ktoś po prostu zniósł z pola bitwy zwłoki wampira i złożył je z szacunkiem poza zasięgiem toczonych walk, prawdopodobnie w celu wyprawienia później należytego pogrzebu. Przy najlepszej nawet woli i wejrzeniu najłaskawszym możliwym okiem, Raphael i tak zdecydowanie wyglądał na kogoś, kto będzie w najbliżej przyszłości centralną postacią konduktu żałobnego. Aleca nigdy nie interesowało, co wampiry robią z powtórnie i permanentnie już tym razem umarłymi członkami własnej społeczności, ale punkt wyjścia do swoich obecnych rozważań uważał za naprawdę nieszczęśliwy. Jasne, on i Raphael nie żyli w przyjaźni, obaj akceptowali ten stan rzeczy i nie dążyli bynajmniej do ocieplenia stosunków, a mimo to Nocny Łowca czuł żal. Gdyby tylko istniał sposób na cofnięcie czasu… Alec naturalnie był wojownikiem, ale nie cierpiał wojen – podstępnych, podłych, bezsensownych wojen, w których zawsze ktoś ginął, tracił bliskich i zadawał śmierć, żeby samemu przetrwać, choć znany wcześniej świat nieodwracalnie pękł już na pół.

Raphael był ostatnim widokiem, jaki miał przed oczami, gdy pochłaniała go gęsta, lepka ciemność utraty przytomności. Był również pierwszym widokiem, jaki roztoczył się przed nim po ocknięciu, ale rozległe obrażenia i krytyczny stan wampira nie pozostawiały nawet cienia wątpliwości, że w Hotelu Dumort rozpętało się w międzyczasie Piekło.

Próby wyłowienia ostatnich zarejestrowanych przez pamięć wspomnień okazały się nie mniej bolesne niż całokształt utrzymywania funkcji życiowych. Alec zacisnął tylko zęby, zanurzając się w odmętach mglistych obrazów i dźwięków. Z mozołem zaczął zestawiać je z sobą i łączyć w jedną spójną całość, by wydobyć z chaotycznych wizji rekonstrukcję wydarzeń poprzedzających to nieoczekiwane przebudzenie w samym środku walk.

Pamiętał napaść Maureen niczym chorobliwy uraz na psychice, który miał do niego powracać w koszmarach jeszcze przez wiele następnych nocy. Nowa przywódczyni nowojorskiego klanu obezwładniła go i rozbroiła tak samo łatwo jak na stacji metra. Lepiej nie poradziłaby sobie chyba nawet ze złapaniem i zmiażdżeniem w ręku złotej rybki pływającej w szklanej kuli. Alec czuł się przy niej jak nasionko dmuchawca usiłujące wygrać z huraganowym wiatrem. Rażąca dysproporcja sił natychmiast kładła morale na łopatki, a obrona przed czymś tak potężnym była absurdalna i z góry skazana na niepowodzenie, Nefilim jednak uczono podejmować wyzwania bez analizowania szans na sukces, zwłaszcza kiedy chodziło o zachowanie życia. Podejrzanie rozradowana Maureen świergotała mu coś nad uchem, ale Nocny Łowca w pełni poświęcał się wyłącznie walce o każdy kolejny oddech, dlatego nie słuchał jej wywodów. Może powinien był? Może wtedy wcześniej dostrzegłby nóż, którego ostrze przesunęło mu się po szyi z rzeźnickim znawstwem, o jakie żaden normalny człowiek nie podejrzewałby kilkunastoletniej dziewczynki?

Alec pierwszy raz widział tyle własnej krwi naraz. Był przy tym głęboce przekonany, że jest to widok, jakiego uświadczeniem nie mógłby się pochwalić nikt żywy, co równocześnie jego samego klasyfikowało jako kandydata na nowego mieszkańca Miasta Kości. Wnioskując z zawrotnego tempa rozrostu obszernej, czerwonej kałuży, jego układ krwionośny był opróżniany błyskawicznie, a tamowanie tak potężnego krwotoku miało tyle sensu, ile sensu ma zamiatanie pustyni. Nocny Łowca oszacował, że zostało mu najdalej pięć do dziesięciu sekund względnej przytomności. Raczej niewiele, zwłaszcza, że Alec i tak nie słyszał nigdy, żeby ktoś przetrwał z szyją rozciętą niemal do głębokości kręgów. Przybycie Featherdarka i Raphaela odnotował tylko na odległym skrawku świadomości tonącej już w zapadających ciemnościach. Jak przez mgłę widział przodka szamoczącego się z Maureen i czuł uścisk Raphaela, który podtrzymywał go w ramionach, a krwią ze swojego rozgryzionego szybko nadgarstka zalewał mu ranę.

„Żyj, mały Nefilim. Żyj, bo masz dla kogo żyć. Żyj, bo wcale nie chcesz przecież umierać, a ja mam do spłacenia dług wdzięczności wobec Bane'a".

A potem pochłonął go mrok, rozproszony dopiero teraz.

Spojrzał znów na zmasakrowaną twarz Raphaela, ta jednak ledwie zachowała dawne rysy. W głębokich ranach prześwitywały jasne płaty odsłoniętej czaszki. Ktokolwiek był twórcą tych obrażeń, nie zamierzał oszczędzić klanowego zastępcy i zdecydowanie uderzał tak, żeby zabić, nie troszcząc się zupełnie o ograniczanie czy skracanie męczarni zadawanych przy tym ofierze.

Uniknięcie okrutnej, bestialskiej śmierci z ręki zbuntowanych podwładnych wydawało się praktycznie niemożliwe, a mimo to nagle dłoń Raphaela drgnęła. Jego palce leciutko zacisnęły się na palcach Aleca, a jedno ciemne, lśniące oko obserwowało go uważnie spod kołtuna zlepionych krwią włosów. Nocny Łowca nachylił się nad nim i chciał coś powiedzieć, ale gardło nieoczekiwanie wybuchło niewyobrażalną eksplozją przejmującego bólu. Jego usta rozwarły się bezgłośnie w niemym krzyku odpowiadającym na nagłe uderzenie cierpienia, ten jednak został zdławiony ciszą, zanim zdołał rozbrzmieć. Ciało Raphaela zadrżało w czymś, co mogło być agonalnym spazmem albo falą ciężkiego śmiechu.

- Masz przeciętą krtań i strunę głosową, Nefilim – wyjaśnił chrapliwym głosem, zmienionym i tak głębokim, jakby wydobywał się z trzewi demonicznego wymiaru. – Widzę jednak, że zapamiętałeś moje ostatnie polecenie – zamruczał, mrużąc z zadowoleniem połyskujące oko. – Stosowanie encanto na Nocnych Łowcach jest oczywiście wbrew Prawu, ale z konieczności postanowiłem zignorować jeden czy dwa przepisy. Co, mam nadzieję, zostanie wyłącznie między nami, na wypadek gdyby Clave postanowiło urządzić z tego tytułu kolejny nalot na Hotel.

Alec skinął mu głową, niezdolny do werbalnego przytaknięcia. Nauczony obowiązkiem opieki nad młodszym rodzeństwem i swoim wymagającym zdroworozsądkowej kontroli parabatai, odruchowo pomógł niezdarnie podnoszącemu się wampirowi usiąść. Oparł go plecami o jeden z udekorowanych na niedoszłą ceremonię ślubną tronów, ale Raphael syknął gniewnie i było to jedynym podziękowaniem za okazaną troskę.

Dziecko Nocy bardzo alergicznie odnosiło się do jakichkolwiek przejawów opiekuńczości w stosunku do swojej wyniosłej osoby, wściekłe chyba najbardziej na własne połamane kości i nieprzeciętnych rozmiarów armageddon siejący spustoszenie w narządach wewnętrznych, które wspólnie czyniły z niego narażoną na litość kalekę. Alec to rozumiał i nie naciskał więcej, choć przy współpracy z jego strony Raphaelowi udałoby się podciągnąć kolana do klatki piersiowej mniej więcej dziesięć razy sprawniej, niż miało to miejsce przy uporczywej, bardzo nieudolnej samodzielności. Postanowił nie przychodzić mu w sukurs, bo zostałoby to odebrane przez wampira wyłącznie jak zamach na jego niezależność i suwerenność, a Raphael pomocną dłoń szybciej by odgryzł, niż przyjął, traktując ją jak niemile widzianą jałmużnę. To nieprawda, że nadzieja umiera ostatnia – w przypadku Raphaela potęga jego dumy przeżyłaby go i jeszcze sto lat po śmierci właściciela błąkałaby się po okolicy niczym nawiedzony duch, straszący wszystkich naokoło i raczący ich garściami charakterystycznych, ironicznych komentarzy.

- Musimy jakoś przetrwać do końca – wychrypiał słabym tonem, stanowiącym najlepszy możliwy wskaźnik informujący Aleca, jak wiele wysiłku kosztowało go przyjęcie skulonej, choć jednocześnie przyczajonej do skoku pozycji. – Przyznaję to z najwyższą niechęcią, ale on jest teraz naszą ostatnią linią obrony i jeżeli coś mu się stanie, to właściwie nie będziemy mieć żadnej szansy. Umarłem już raz i mogę cię zapewnić, że śmierć z ręki wampira nie jest czymś, co chciałbym powtarzać, ani czymś, czego ty sam chciałbyś doświadczyć – zakończył ponuro i skinął dłonią ponad ramieniem Nefilim.

Alec odwrócił się i na widok Magnusa serce najpierw zamarło w nim niczym unieruchomione spojrzeniem bazyliszka, a potem przyśpieszyło niebezpiecznie jak rozpędzony koń na ostatniej prostej w wyścigu o wszystko. Tak blisko! Czarownik przypominał teraz jedynie wątły cień dawnego siebie – złapany w zęby, przeżuty i wypluty przez ostatnie wydarzenia, które odcisnęły mu pod oczami ciemne sińce, przydały karmelowej skórze niezdrowego, bladego odcienia, a z zachwycającego, szczupłego ciała uczyniły wychudzoną szczapę o zapadłych bokach i kościach policzkowych zbyt mocno odcinających się na zmęczonej twarzy. Alec nigdy nie widział Magnusa tak wycieńczonego i zmizerniałego, ale nigdy też nie odczuwał swojej miłości do niego tak intensywnie, pewnie i obezwładniająco.

- Kiedyś zainsynuowano mi, że z nim sypiam. Odrażająca myśl! Obrzydzenie bierze mnie nawet teraz, choć minęło ponad pół wieku – prychnął pogardliwie Raphael, a Alec uśmiechnął się tylko, nie odrywając oczu od ukochanego czarownika i zastanawiając przy okazji przelotnie, co musiałoby się stać, żeby wampir stracił rezon i zacięcie do sarkastycznych uwag, skoro nawet śmierć dysząca mu prosto w kark nie wystarczyła do poskromienia jego ciętego języka i wiecznej uszczypliwości. – Nie mam pojęcia, czy powinienem zazdrościć ci odwagi, czy raczej współczuć głupoty. Skłonność do dobrowolnego przebywania w jednym pomieszczeniu z Magnusem Bane'm dłużej niż pięć minut jest dla mnie nadzwyczaj niepojęta – dodał, choć Nocny Łowca słyszał w jego głosie więcej życzliwości przebijającej się ponad wrodzony cynizm, niż Raphael prawdopodobnie chciałby zdradzić i otwarcie okazać.

Alec czuł już, że tak naprawdę wampir darzy Magnusa jakimś rodzajem dziwnej, cierpkiej i zjadliwej sympatii o nieokreślonej genezie i formie wyrazu, ale bez wątpienia wolałby dać się poćwiartować, niż przyznał do tego na głos. Do perfekcji opanowana wymiana złośliwości obu Podziemnym odpowiadała znacznie bardziej niż stricte przyjacielskie wypady w piątkowy wieczór do pubu, choć Nocny Łowca zdawał sobie sprawę, że w sytuacji kryzysowej obaj natychmiast połączyliby siły i trudno byłoby wskazać parę lepiej dobranych sojuszników.

Relacje Bane'a z całą resztą Świata Cieni nosiły znamiona prawdziwie pokręconej dziwaczności, a Alec niespodziewanie odnalazł w sobie przemożne pragnienie odkrycia całej tej sieci układów i powiązań, poznania ich początków i przebiegu, dołączenia do nich, stania się ich częścią i współtworzenia tej kalejdoskopowej mozaiki. Gdyby tylko Magnus pozwolił mu wyjaśnić, gdyby dał wytłumaczyć sobie wszystko i wysłuchał, może wtedy… Może… Alec kochał go i bał się nadziei. Nie miał żadnej gwarancji, że czarownik zechce go z powrotem, a jego pokonane, zdradzone spojrzenie bolało Nocnego Łowcę bardziej niż jakakolwiek odniesiona w ostatnich dniach rana.

Patrzył, jak Magnus bez emocji podejmuje kilka nieudanych prób wyciągnięcia korka z szyjki małej, podłużnej buteleczki. Odrętwiała sztywność palców nie wróżyła sukcesu i sam czarownik po chwili również doszedł do tego wniosku, bo poddał się w końcu i niewprawnie rozbił flakon o kant podestu. Syknął z dezaprobatą wymierzoną w samego siebie i w resztę galaktyki przy okazji też. Gdyby pokusił się o większą precyzję, być może udałoby mu się utrącić jedynie szyjkę i uchroniłby go to przed ostrymi odłamkami wbitymi w dłoń, teraz zaś po palcach spływała mu krew i gęste, oleiście czarne strużki eliksiru. Płyn miał konsystencję rozgrzanej smoły, a wiele wskazywało na to, że smak także. Gdy czarownik zaczął ostrożnie zlizywać krople specyfiku, jakby usiłował jakimś sposobem ogarniać w warunkach polowych dawkowanie dziwnego medykamentu, miał przy tym minę przypominającą dokonywanie gwałtu na kubeczkach smakowych błagających o litość i zaprzestanie sadystycznych praktyk picia czarnej substancji. Magnus skrzywił się ze wstrętem i wzdrygnął, jakby całe jego ciało przeszył impuls elektryczny. Strzepnął resztę mikstury na posadzkę, gdzie ta zaczęła wydzielać wąskie pasemka dymu w trakcie przeżerania marmurów na wzór rozlanego, silnie stężonego kwasu.

Alec zamarł, kiedy jego oczom ukazały się pierwsze wypalone w kamiennej podłodze dziury. Jeśli Magnus wypił coś takiego… Czarownik tymczasem potrząsnął niecierpliwie głową, z ewidentną, nasilającą się złością mamrocząc coś do siebie. Adresatem wszystkich rzucanych półgłosem w eter wulgaryzmów był przypuszczalnie zażyty eliksir, jeśli wnosić po określeniach takich jak „ty kurewski syropie" albo motywujących zachętach z rodzaju „zdecyduj się na coś wreszcie, gówno warta mieszanko największych syfów, jakie mogą dostarczyć czarownikom demony Edomu". Nielegalny rodowód eliksiru nie podobał się Alecowi tak samo jak niepokojące właściwości, które substancja zdradzała w kontakcie z marmurowymi płytkami podłogowymi.

Magnus wykazywał coraz więcej oznak nerwowej niecierpliwości i był na tym skupiony do tego stopnia, że nie dostrzegł przekradającego się do niego wampira. Alec spróbował ostrzec go krzykiem, ale gardło zaprotestowało żywo kolejnym wybuchem bólu, a w efekcie z jego ust nie wydobył się nawet najlżejszy szept. Zaalarmowany Raphael wyręczył go, wybijając przeciągły ryk ponad odgłosy walki, ale zgodnie z najgorszymi przewidywaniami wampira czarownik odwrócił głowę w kierunku, z jakiego dobiegło go wywrzeszczane jego własne nazwisko, a nie w stronę realnego zagrożenia.

Morderczym zrywem obolałych mięśni Nocny Łowca dźwignął się chwiejnie na nogi i skoczył naprzód, impetem spychając zdumionego Magnusa z trajektorii łuku zataczanego przez sztylet zabójcy. Plan zakładał całkowite wyjście poza zasięg ostrza, ale rzeczywistość bardzo szybko zrewidowała początkowe założenia. Osłabiony Alec nie miał wystarczająco dużo sił, co przełożyło się na szybkość reakcji, ta zaś z kolei bezpośrednio wpłynęła na katastrofalny w skutkach błąd wyliczeń. Nocny Łowca dobrze wiedział, że istnieją błędy, których naprawić nie sposób, i ten szczególny bez wątpienia do nich należał.

Głownia sztyletu przebiła ciało na wylot bez najmniejszego trudu. Alec czuł między łopatkami mocny nacisk jelca, a po zerknięciu w dół widział wystający z klatki piersiowej niewielki, pokryty wilgotną czerwienią czubek ostrza, ale nie mógł pozbyć się wrażenia, że obserwuje to z boku, jakby dźgnięto kogoś zupełnie innego.

Adrenalina zneutralizowała czasowo ból. Magnus. Musiał upewnić się, że Magnus wyszedł z tego bez szwanku. Na skraju wyczerpania zdobył się na nadludzki w jego stanie wysiłek uniesienia ciężkiej, opadającej głowy, a kiedy w kocich oczach zobaczył skrzyżowanie przerażenia i szoku, wykrzesał z siebie delikatny uśmiech ulgi. Na pewno nie spodziewał się radości na swój widok, ale i to było lepsze niż odraza, niechęć albo to zranione spojrzenie, które pamiętał z ich ostatniego spotkania na opuszczonej stacji metra.

Nic mu się nie stało, nic mu nie jest, pomyślał jeszcze ze spokojem, a potem odpłynął w czekający na niego skłębiony mrok – w rozpostarte gościnnie ramiona ciemności, które otwierały się przed nim w geście powitania swojego starego, dobrze znanego towarzysza. Gdy zaskoczony nieprzewidzianymi komplikacjami wampir zaparł stopę na jego biodrze, by za jednym zamachem odzyskać zakleszczony między żebrami sztylet i zepchnąć bezwładne ciało ze schodów, Alec niczego już nie czuł.

- Nie! Alec!

Magnus Bane żył wiele lat, ale mógłby się założyć o cały zapas swoich skrzętnie skrywanych przed wścibskim Clave trucizn, że pomimo rozmaitych przygód, jakie miewał i jakim sam wychodził naprzeciw, nigdy jeszcze nie doświadczył przerażenia tak wszechogarniającego, że całkiem odebrałoby mu oddech, trzeźwość myślenia i zdrowy rozsądek.

Ogłuszające „Bane" w wykonaniu Raphaela poderwałoby nawet nieboszczyka w trumnie, dlatego Magnus natychmiast odwrócił się w jego kierunku. Wściekłość i strach w spojrzeniu ciemnego oka w ułamku sekundy uzmysłowiły mu jednak, że zrobił w tym momencie coś dokładnie na odwrót i przeciwnie do taktycznych założeń wampira, czego konsekwencją musiał być rozpaczliwy skok Aleca starającego się desperacko ratować sytuację bez wyjścia.

Magnus Bane miał ogromnie długi staż życia i zdążył w tym czasie obejrzeć zdecydowanie więcej śmiertelnych ran, morderstw i trupów, niż sam by sobie tego życzył. Zasztyletowanie widział już nie raz, a i jemu samemu w wyniku splotu niejasnych okoliczności zdarzyło się bywać celem rozmaitych zamachowców, których, dla tak zwanego bezpieczeństwa własnego i ogółu, zwykł zamieniać w jakieś nieszkodliwe bezkręgowce. Nóż w czyichś wnętrznościach, krwotok wewnętrzny i następujący w rezultacie zgon nie stanowiły dla niego żadnej nowości, ale ugodzenie Aleca w jednej chwili sprawiło, że pociemniało mu w oczach, serce rozpadło się na kawałki, a w gardle narósł bezsilny, głęboki, na poły demoniczny ryk.

Halvertino, jakby węsząc kuszącą możliwość rychłej zagłady i masowego mordu, nie potrafiło oprzeć się nęcącym perspektywom zemsty, toteż bez żalu porzuciło pierwotny pomysł uśmiercenia Magnusa, napełniając w zamian jego ciało nową energią i wlewając mu w żyły istny ogień. Ponad połowa składników potrzebnych do przygotowania „Ogona Diabła", zgodnie z sugerującą to wprost nazwą, pochodziła z piekielnych wymiarów. Obrót handlowy tego rodzaju towarem, przywoływanie demonów wykorzystywanych w charakterze dostawców, warzenie eliksiru, a tym bardziej jego spożywanie skutkowało jedynie wyjątkowo poważnymi problemami z Clave, dlatego też na kontakty z Halvertino decydowali się z reguły tylko desperaci, a i tak na ogół nie kończyło się to dla nich happy endem.

Magnus wiedział teraz lepiej niż kiedykolwiek, dlaczego Nocni Łowcy tak duży nacisk kładli na tropienie i karanie czarowników parających się wytwórstwem tego specyfiku. Demoniczna proweniencja Halvertino sprawiała, że te Dzieci Lilith, których akurat kapryśnie nie zabiła, przedzierzgała niemal w kopię diabelskiego rodzica, oferując im w darze zwielokrotnioną moc przodka piekielnej linii w komplecie z jego wrogim, nieposkromionym usposobieniem.

Jako potomek Asmodeusza Magnus z trudem uniósł ciężar ojcowskiej potęgi i zwalczył w sobie jego gwałtowne, przemożne pragnienie krwi. Ze straceńczym uporem chwytał swoją własną osobowość, by nie utracić jej na rzecz bezlitosnej bestii, która przyczaiła się w nim jak zwierciadlane odbicie króla Edomu, wypatrujące tylko okazji, by przejąć kontrolę. Potwór błyskał czerwonymi ślepiami w odległym, czarnym zakamarku duszy czarownika, gotów w chwili zdekoncentrowanej słabości zdominować go, a potem jego rękami siać wokół zamęt i zniszczenie wedle własnego uznania. Magnus miał swoje ciemne strony – piętno wypalone na synu jednego z największych piekielnych władców, a mimo to zdołał wieść barwne, wesołe życie, znalazł przyjaciół, nie krzywdził nikogo i nie odmawiał pomocy, a nade wszystko znał smak miłości obcy demonom. Myśl o tym koiła go, dodawała nadziei i pomagała przezwyciężyć zew diabelskiej natury.

Bardziej niż ze swoim niedoszłym zabójcą, Magnus walczył teraz z samym sobą o zachowanie tego wszystkiego, co czyniło go Wysokim Czarownikiem Brooklynu, co irytowało Ragnora Fella, co polubiła Catarina Loss, co deprymowało Raphaela Santiago, co okazało się nie odpowiadać wymaganiom Camille Belcourt, co denerwowało Clave.

Co pokochał Alexander Lightwood.

- Zabiłem Nefilim! – zaśmiał się z ogromnym samozadowoleniem wampir. – Od lat żaden z nas się na to nie odważył! Ja jestem pierwszy! – dodał pyszałkowato.

- Clave nie puści tego płazem – syknął Magnus, blokując jednocześnie ostrze sztyletu i własną moc, wibrującą pod skórą i pragnącą wydrzeć się na zewnątrz, żeby palić, niszczyć i mordować. – Maureen nie żyje, a nowy przywódca nie będzie kontynuował jej polityki.

- Bzdura! – zakpiło Dziecko Nocy i przypuściło kolejny atak, rozzuchwalone bezkarnością i ostatnimi sukcesami. – Pozbędę się ciebie, wykończę Raphaela, a potem dopadniemy Chodzącego za Dnia! Och, ale spójrz tylko! Jego tu nie ma! Uciekł! – zaszydził wzgardliwie wampir. – On nigdy tak naprawdę nie należał do nas, nie chciał dzielić naszego losu i będzie się go wypierał przez całą wieczność. My zaś łaskawie ukrócimy jego rozterki i wyślemy go tam, dokąd powinien był wysłać go Raphael już pierwszej nocy, gdy Simon Lewis się tu pojawił!

- Chyba trochę cieszę się, że jesteś takim skończonym skurwysynem. Będę miał dzięki temu mniejsze wyrzuty sumienia – odpowiedział Magnus, a wampir zdążył tylko unieść w wyrazie niezrozumienia jedną brew.

Uwolniona energia przetoczyła się z rykiem przez cały system nerwowy czarownika. Dla postronnego obserwatora przyglądającego się temu zajściu z rozsądnej odległości, wyglądało to całkiem tak, jakby obie dłonie Magnusa przeistoczyły się w ogromne miotacze płomieni dalekiego zasięgu. Błękitny ogień strawił wampira niczym źdźbło suchej trawy, pomknął szeroką falą do przeciwległej ściany i po uderzeniu w nią buchnął snopem oślepiających, białych iskier. Magnus nigdy nie był zwolennikiem zabijania, ale nie był też zwolennikiem pozostawiania przy życiu groźnych morderców, nie bardzo dowierzając w ich przypadku w pomyślność ewentualnej resocjalizacji. Likwidowanie problemów od podstaw uważał za dalece skuteczniejsze, zwłaszcza kiedy chodziło o bezpieczeństwo przyjaciół.

Nie kontemplując poczynionego przez siebie dzieła zniszczenia, popędził na dół, gdzie dostępu do Aleca bronili Sinclair i Featherdark. Parabatai toczyli zaciekły, nieustępliwy bój z pobratymcami, których najwyraźniej pobudził zapach krwi Nocnego Łowcy. Czarownik nie bardzo się na tym znał, ale Raphael mówił mu kiedyś, że krew Nefilim cechuje się wyczuwalnym, charakterystycznym aromatem, na tyle silnym, żeby zranionego członka Clave przeciętny wampir był w stanie namierzyć z odległości pół kilometra. Zajadłość napierających Dzieci Nocy sugerowała, że woń ta miała dodatkowo działanie straszliwie stymulujące podwzgórze i przysadkę mózgową, bo wszyscy wykazywali oznaki popadania w ślepy amok, wpatrując się w Aleca jak w pierwszy posiłek po tygodniu ascetycznej głodówki.

Magnus jednym ruchem palców rozpiął nad sobą, Nefilim i parą byłych Nocnych Łowców półprzejrzystą, falującą kopułę o delikatnym, niebieskawym zabarwieniu. Dotykanie jej od zewnętrznej strony przewidywało skutek w postaci porażenia prądem, o czym przekonało się natychmiast kilka najbardziej napastliwych wampirów. Z zaskoczonym, bolesnym wrzaskiem odskoczyły w tył, a wysokość natężenia wydawała się osiągać wartości znacznie powyżej tych, które przyjęte są jako graniczne dla życia istoty ludzkiej. Sfrustrowane wampiry zaczęły krążyć dookoła, jakkolwiek każda zuchwała próba sforsowania magicznej bariery kończyła się silnym porażeniem, a skupiony na Alecu czarownik nie chciał nawet myśleć, ile amperów i woltów przepływało obecnie przez powierzchnię kopuły. Zazwyczaj zaklęcie to generowało niskie natężenia, działające raczej niczym elektryczny pastuch na niezdrowo zainteresowane opuszczeniem ogrodzonego padoku konie, teraz jednak Magnus nie miał wątpliwości, że czar mógłby z powodzeniem zabić, a Dzieci Nocy chroniło jedynie to, że wyjściowo były już martwe.

Po upewnieniu się, że kopuła została związana stabilnie i nie grozi im wampirza inwazja, czarownik zbliżył się do umierającego chłopca i padł przy nim na kolana. Featherdark uciskał krwawiącą ranę zwiniętą w niedbały kłębek kurtką Sinclaira, choć jego piękne, okaleczone przez Maureen oblicze zastygło w ponurym wyrazie nie napawającym optymizmem i wiarą w celowość podjętych zabiegów. Wyglądał niczym starszy brat Aleca, któremu przychylna genetyka zapewniła co prawda smuklejszą budowę ciała, delikatniejsze rysy twarzy i większą grację ruchów, ale bliskie pokrewieństwo obu Lightwoodów nadal pozostawało niezaprzeczalne i wyraźnie widoczne. Teraz Magnus doskonale rozumiał, dlaczego Sinclair na przestrzeni ostatniego stulecia dokładał wszelkich starań, żeby trzymać swojego partnera jak najdalej od niego. Urzekający wdzięk skrzyżowany z wpływem demonicznej krwi, raz dostrzeżony na pewno długo nie dałby o sobie zapomnieć i czarownik w zasadzie cieszył się z zazdrosnej zapobiegliwości byłego Nefilim. Wolny od prześladujących jego pamięć wspomnień urody niedostępnego Featherdarka, mógł całym sercem pokochać Aleca. Aleca, którego bezmyślnie wypędził z mieszkania na Brooklynie, któremu w swojej niezmierzonej głupocie nie dał dojść do słowa wyjaśnień i którego teraz nie mógł uratować…

- No rusz się, Bane – syknął niecierpliwie Sinclair, rzucając mu jedno z tych spojrzeń, którymi mógłby z powodzeniem ciąć papier w paski. – Czekasz na zaproszenie? Wylecz go.

- Ja… Nie mogę – odpowiedział Magnus, po czym zgarbił się jeszcze mocniej, jakby ciężar bezsilności okazał się zbyt wielki, by utrzymać go na ramionach i zachować przy tym pozycję wyprostowaną.

- Jak to nie możesz? – zawarczał Sinclair rozjuszonym tonem, który czarownik kojarzył przelotnie jako preludium wzmocnienia ekspresji kolejnej wypowiedzi zawsze niezawodnym argumentem pięści, bo w ciągu swojej kilkudziesięcioletniej znajomości przerabiali ten schemat nie raz i nie dwa.

- Zdążyłem zażyć Halvertino – wyjaśnił z goryczą winowajcy zdruzgotanego swoim niewybaczalnym występkiem, ale ponieważ mina Sinclaira nie zdradzała oznak odpowiedniego załamania w reakcji na takie wytłumaczenie, kontynuował: – Halvertino jest zakazaną Prawem substancją preparowaną ze składników pochodzenia demonicznego. Może zwrócić i zwiększyć moc czarownika, jednak cała uzyskana dzięki niej energia ma zastosowanie wyłącznie ofensywne i destrukcyjne. Nie da się wykorzystać jej do leczenia. Nawet tę kopułę mogłem stworzyć tylko dlatego, że jej zewnętrzna powłoka spleciona jest z agresywnego zaklęcia, które generuje nieuziemioną powierzchnię i pod wpływem dotyku uwalnia duży ładunek elektryczny.

- Na Anioła… Ty idioto… Ty… – Sinclair urwał, poszukiwanie adekwatniejszych epitetów uznając w tej sytuacji za bezcelowe i nie prowadzące nawet do rozładowania pokładów skumulowanej wściekłości. – Nie sądziłem, że uda mi się mieć o tobie jeszcze gorsze zdanie, Magnusie Bane – warknął tak, że imię i nazwisko czarownika brzmiały niczym najgorszego kalibru obelga, którą zgnębiony Magnus przyjął bez słowa pretensji, skargi czy sprzeciwu. – Featherdark?

- Ma nierówny, bardzo słaby puls – odpowiedział mu parabatai, nie odrywając zatroskanego spojrzenia jedynego oka od kredowobiałej twarzy potomka. – Obawiam się, że to nie potrwa długo – dodał, obdarzając Magnusa spojrzeniem, które wyrażało ogrom współczucia, ale które też ostatecznie gasiło tlące się jeszcze ogniki nadziei.

- A wasza krew? – spróbował jeszcze czarownik, choć boleśnie przeczuwał, że gdyby ten sposób choć odrobinę rokował, obaj nieśmiertelni kochankowie już dawno wykorzystaliby go dla ratowania życia Aleca.

- Nie. – Featherdark ze smutkiem potrząsnął głową. – Camille długo ją testowała, ale nasza krew różni się od krwi normalnych wampirów. Ma szereg innych właściwości i odmienny skład. Więcej przynosi szkód niż pożytku, dlatego ja i Sinclair zamknęliśmy jej obieg tylko pomiędzy nas dwóch. Przykro mi, Magnusie… Tak bardzo mi przykro…

Magnus odnosił wrażenie, że operacyjnie i bez znieczulenia wycięto mu serce. A zaraz po nim płuca, wątrobę, śledzionę, żołądek, jelita, nerki… Jakby dłoń niewidzialnego chirurga z precyzją uznanego specjalisty w dziedzinie amputacji pozbawiła go wszystkiego, pozostawiając tylko głuchą nicość i pustą skorupę w miejsce organów, uczuć i tętniących wcześniej przejawów radosnej woli życia. Magnus czuł się martwy, bo nie znał i nie wyobrażał sobie życia, w którym nie było Aleca.

Ułożył głowę konającego Nocnego Łowcy na swoich kolanach. Bezwiednie gładził go po twarzy, szepcząc przy tym stek sentymentalnych bzdur, których ten – daleko poza zasięgiem jego głosu – nie mógł już usłyszeć. Świadomość bliskości końca bolała tak bardzo, że zapierała czarownikowi dech w piersiach, jakby on sam miał zaraz wyzionąć ducha z żalu, zgryzoty i rozpaczy.

- Ojciec został bez ochrony. Nie obroni się sam – odezwał się Featherdark, a coś w jego głosie wiernie odzwierciedlało silne poczucie obowiązku względem Raphaela i jeszcze silniejsze poczucie winy w związku z koniecznością opuszczenia Aleca i rozdzielenia z Sinclairem.

- Uważaj na siebie. Mam… złe przeczucia – mruknął Sinclair takim tonem, że wszystkie złowróżbne omeny i plany nieszczęśliwych wydarzeń, mających mieć miejsce w niedalekiej przyszłości, powinny się dziesięć razy dobrze zastanowić, czy aby na pewno chciałyby nastąpić i wdać się w konfrontację z niewyobrażalnym gniewem porywczego Nefilim-wampira.

Sinclair przytrzymał dłoń partnera kilka sekund dłużej, niż było to rozsądne z punktu widzenia odsieczy, jaka nie bez przesady warunkowała teraz przeżycie Raphaela. Część napastników warujących przy kopule uznała chyba jej zdecydowaną przewagę i niechętnie swoje mordercze zainteresowania zaczęła z Aleca przenosić na Raphaela, który może i nie był w ich oczach tak pożądaną, nęcącą ofiarą jak Nocny Łowca, ale za jego wyborem przemawiał nieograniczony niczym dostęp. Niektórzy wyraźnie mieli już dosyć bliskich kontaktów z elektrycznością i oportunistycznie skłaniali się ku łatwiejszej zdobyczy, a od zabicia osłabionego, ciężko poranionego zastępcy klanu prostsze mogło być chyba wyłącznie rozdeptanie ślimaka.

Nie wykraczając poza szerokie spektrum żałobnego przygnębienia na skraju kiepsko powstrzymywanych prób nie wybuchnięcia wzbierającym w gardle płaczem, czarownik zdjął na moment czar kopuły. Nie trwało to dłużej niż uderzenie serca, ale wystarczyło, żeby przodek Aleca z gracją czarnej pantery wyskoczył na zewnątrz, a żeby atakującym wampirom nie udało się wedrzeć do środka przed rzuceniem zaklęcia ponownie. Pełen powabu wdzięk Featherdarka, za którego przynajmniej namiastkę zawodowe top-modelki poważnie rozważałyby wieczyste odstąpienie demonom swoich dusz, nie był na szczęście jego jedynym atutem. Samo piękno i urok osobisty, niezależnie od stężenia i skali wywoływanego nimi oszołomienia u przedstawicieli płci obojga, raczej marnie przysłużyłyby się ochronie bezbronnego Raphaela, gdyby nie szły w parze z szybkością, wytrwałością i precyzją. Pradziad Lightwoodów bardzo sprawnie doprowadził do zmiany układu sił, a choć walka w jego wykonaniu przypominała zachwycający, dynamiczny spektakl z cudownym aktorem obsadzonym w roli głównej, Magnusa na całym świecie nic nie obchodziło bardziej niż to, że tulony przez niego Alec w każdej chwili mógł wydać ostatni oddech.

- Przestań się rozklejać – warknął Sinclair. – Wyglądasz przez to żałośniej niż zazwyczaj i pogardzam tobą jeszcze bardziej niż robię to na ogół. Nawet butów bym sobie tobą teraz nie wytarł – dodał w podobnie przyjaznym tonie.

Sinclair w trzech zdaniach zaprezentował zaawansowany stopień upośledzenia swoich kontaktów interpersonalnych, potwierdził brak zdolności do odczuwania empatii i przypomniał Magnusowi, dlaczego od pierwszego spotkania uważał go za niewychowanego troglodytę bez widoków na minimalną ot choćby poprawę manier i koszmarnego charakteru. Jeśli miłość w istocie jest ślepa, nie stawiałoby to jakości wzroku Featherdarka w najlepszym świetle.

- Magnus, wypuść mnie stąd. Napatrzyłem się już na twój ryj, wystarczy mi na całe następne stulecie. Gdzie indziej jestem bardziej potrzebny – oznajmił twardo, podnosząc się z posadzki i przygotowując do przeskoczenia granicy, kiedy czarownik uniósł dłoń i poruszył palcami. – Znajdę i przyprowadzę tu jakiegoś Nefilim ze stelą. To rana od zwykłego sztyletu, iratze na pewno ją zasklepi – dorzucił z szerokim, złośliwie zawadiackim uśmiechem, a Magnus nie zdołał nic odpowiedzieć, bo wampir przesadzał już pustą przestrzeń po kopule, którą należało natychmiast ustawić z powrotem, jeśli on i Alec mieli nie zginąć w ułamku sekundy rozszarpani przez korzystające z okazji do ataku Dzieci Nocy.

Świat obserwowany kocimi oczami stał się nagle przeraźliwie wyraźny, złożony z samych ostrych krawędzi, intensywnych kolorów i mocnych, odciętych konturów. Odkrycie wywołuje w Magnusie takie samo wrażenie, jakiego doświadczyły wszystkie wampiry na tyle odważne i spragnione krwi Nocnego Łowcy, żeby zdecydować się na bolesne starcie z błękitną kopułą. Ba, to nawet nie jest kategoria porażenia prądem stworzonym przy użyciu zaklęcia – czarownikowi przypomina to raczej dostanie po łbie wiązką pioruna wycelowanego i ciśniętego ze znawstwem przez Zeusa albo Thora.

Koszmarne sny o umierającym Alecu powracają jak fala przyboju i nakładają się na obraz zastanej rzeczywistości. Wypowiedziane wówczas słowa uzupełniają ledwie słyszalny, słaby oddech, scalają się w jedno i wreszcie nadają całości zagubiony sens. „Jeśli wciąż mnie kochasz, nie wszystko jeszcze przepadło. Ja już wybrałem. Teraz ty musisz podjąć decyzję."

„…jak wiele mógłbyś poświęcić…"

Magnus wiedział, że ją znajdzie. Nie było najmniejszego powodu, by podejrzewać, że w czasie walki z Maureen Alec mógłby zataić jej posiadanie, ukryć ją przy sobie, nie pozwolić odebrać i zachować aż do teraz. Przeczyło to logice w całej rozciągłości, a mimo to czarownik nie miał nawet cienia wątpliwości, że irracjonalnie chłopiec znalazł jakiś sposób. Szybkie przeszukanie wystarczyło – stela tkwiła w wewnętrznej kieszeni marynarki. Magnus bez wahania sięgnął po nią i wytrzymał przeszywający ból, jakim przedmiot z anielskiego instrumentarium odpowiedział na dotyk Podziemnego. W przypadku krótkotrwałych, bezpośrednich kontaktów z należącymi do serafickiego arsenału przyrządami, magia ochronna zazwyczaj niwelowała skutki ich negatywnego oddziaływania na czarownika, tym razem jednak wpływ krążącego w żyłach Halvertino sprawiał, że Magnus nie miał dostępu do jej zbawiennych właściwości. Wiedział, że pęczniejące i pękające bąble na palcach to dopiero początek, a stela nie okaże mu zmiłowania, traktując go jak każdego innego bezbożnika wyciągającego brudne ręce po nieskalaną świętość. Samo jej trzymanie wiązało się z dotkliwym bólem, a użycie jej przez kogoś spoza kręgu Nefilim niosło z sobą jeszcze gorsze następstwa.

Magnus to wiedział, przeczuwał i rozumiał. Godził się na wszystko. Podwinął ciężką, lepką od krwi koszulę Aleca, odsłaniając świeżą ranę. Gdy przystawił wierzchołek steli do nagiej skóry tuż obok linii cięcia i zmusił ją do wykreślenia pierwszej partii Znaku, ból niemalże odebrał mu zmysły, a podobnych doznań spodziewałby się raczej po wybuchu bomby zegarowej wewnątrz własnej czaszki. Opanował drżenie ręki, nakazując sobie bezwzględną dyscyplinę. Nie łudził się – Sinclair nie zdąży wrócić, nim będzie za późno. Cierpienie mroczyło skuteczniej niż hektolitry alkoholu, a on z najwyższym trudem przypominał sobie kształty runy i odtwarzał je, choć dłoń płonęła, jakby próbował pisać żywym ogniem.

Czuł, jak zamykają się w niej kanaliki doprowadzające moc, jak obumierają w agonii i ulegają nieodwracalnemu rozpadowi.

- Jak wiele mógłbym poświęcić, żeby go ocalić? – zamruczał cicho chrapliwym głosem zmieszanym z płytkim, przyśpieszonym oddechem, kierując słowa do losu? Przeznaczenia? Bezimiennego boga przyglądającego im się z metaforycznej góry? – Oddałbym wszystko. Wszystko. Życie, nieśmiertelność, nawet moją ręcznie tkaną kapę z łóżka w sypialni. – Zaśmiał się ponuro, a cały świat tonął w jaskrawej bieli wszechogarniającego bólu. – Oddałbym wszystko, dokładnie wszystko, a ty wybierasz akurat to. Dlaczego uważasz, że odebranie mi mojego głównego źródła zarobku to odpowiednia cena? Do czego ci moja magia, nienazwana, złośliwa siło?...

Kiedy Jace ze zduszonym jękiem padł nagle w sposób analogiczny do tego, w jaki ścięło go z nóg w czasie drogi do Hotelu Dumort, Isabelle i Clary domyśliły się już, co było tego powodem. Rozpoznanie symptomów działania więzi parabatai nie napawało optymizmem, zwłaszcza że stan Jace'a nie wskazywał, by Alec odniósł jakieś powierzchowne rany. To wyglądało raczej tak, jakby Nocny Łowca stał się bliższy lokatorom Miasta Kości niż kiedykolwiek i naprawdę niewiele brakowało, żeby decyzja o śmierci przegłosowała tę o zachowaniu życia.

- Lepiej dla Aleca, żeby żył, bo Jace na pewno będzie chciał się zemścić za wszystkie doznania, jakie ostatnimi czasy hurtowo funduje mu ich więź parabatai – sarknęła Izzy w nadziei, że ironia zatuszuje strach, ale Clary znała ją wystarczająco długo, żeby rozpoznać lęk, i wystarczająco dobrze, żeby się z tym nie zdradzić.

Bywały momenty, w których Isabelle traciła odwagę i animusz, ale niepokój o bliskich uważała chyba za rujnujący jej wykreowany pieczołowicie (i w dużej mierze pokrywający się z rzeczywistością) wizerunek famme fatale z biczem, wysokimi obcasami i szminką w drapieżnym, ostrym kolorze na ustach. Ludzkie odruchy maskowała sarkazmem, jakby ukrywanie podobnych słabości było jej świętym obowiązkiem. Clary akceptowała to i nie skomentowała jej gniewnej uwagi, skupiona bardziej na dowleczeniu pod ścianę półprzytomnego Jace'a, który mamrotał coś tak zaciekle, jak niezrozumiale. Isabelle pewnymi, wytrenowanymi ruchami osłaniała odwrót, a potem stanęła na straży, dając Clary czas na wykreślenie kilku run przywracających Nocnego Łowcę do stanu względnej używalności.

Ich kłopoty nie uszły uwadze wampirów skuszonych perspektywą łatwego zwycięstwa. Isabelle cięła miarowo biczem, a po napięciu w jej twarzy Clary wywnioskowała, że przeciwników zachęconych obiecującym łupem przybywało, dlatego porzuciła w połowie narysowany Znak, żeby wesprzeć ją w walce. Nagle wśród Dzieci Nocy zakotłowało, a spomiędzy nich wyskoczyły do przodu dwa wilkołaki o zwichrzonej, poklejonej cudzą krwią sierści.

- Maia! Jordan! – zawołała z ulgą Clary, kiedy likantropy błyskawicznie odepchnęły najbliższych oponentów.

Cała reszta natychmiast uwzględniła przemawiającą na korzyść Nocnych Łowców obecność wilkołaków i postanowiła odpuścić, gdy prosty atak urósł nieoczekiwanie do rangi samobójczej eskapady. Maia i Jordan kłapnęli kilka razy zębami w ramach demonstracji siły, deklarując się jako przyjaciele trójki Nocnych Łowców, w obronie których nie zawahają się zabić. Jedno spojrzenie w rozpłomienione, lśniące ślepia zapewniało, że oba wilkołaki dalekie są od czczych przechwałek bez pokrycia w realnych czynach, a krew na futrze do końca przekonywała, że nie zadrze z nimi nikt, kto ma choć odrobinę oleju w głowie i wszystkie klepki na odpowiednich miejscach.

Na widok pędzącego w ich kierunku wampira oboje obnażyli kły z głuchym warkotem i spięli się do skoku na zuchwalca, powstrzymał ich jednak chóralny okrzyk Isabelle i Clary.

- Jedna z was – rzucił Sinclair, dopadając do nich w dwóch susach i zerkając tylko na ułożonego pod ścianą Jace'a. – Jedna ze stelą – doprecyzował.

- Co z Alekiem? – zapytała natychmiast Izzy, ale wampir cisnął jej najbardziej zdeprymowane i wyrażające najwyższą dezaprobatę spojrzenie, jakie tylko można sobie wyobrazić – nawet mając naprawdę nieograniczoną, wybujałą wyobraźnię.

- Umiera, oczywiście – syknął. – Jak większość tutaj. Wojna nikogo nie oszczędza i nikogo nie darzy szczególnymi względami – dodał cierpko, po czym bez dalszej zwłoki złapał Clary za nadgarstek i bezceremonialnie pociągnął ją za sobą w kierunku, z którego przybył.

Nocna Łowczyni ledwie za nim nadążała, ślizgając się na kałużach krwi, wyprutych wnętrznościach i martwych ciałach, które pokrywały posadzkę jak upiorny, makabryczny dywan w rezydencji fanatycznego dewianta. Tempo narzucone przez Sinclaira czyniło z niego eskortę odpowiedniejszą dla gnającego konia arabskiego albo rozpędzonego konwoju policyjnego, ale Clary nie zaoponowała. Zatrzymywał się wyłącznie na ułamki sekund, żeby usunąć stojących mu na drodze pobratymców, a potem pędził znów, choć dziewczyna nie miała szansy dotrzymać mu kroku i raczej powiewała za nim, niż biegła. Gdy potknęła się na zwłokach wilkołaka z rozerwanym po całej długości brzuchem, nie zdążyła upaść, bo Sinclair niezmordowanie ciągnął ją dalej. Ponad głowami walczących zobaczyła zarys błękitnego, sferycznego zaklęcia i natychmiast skojarzyła je z magią Magnusa Bane'a.

Byli już niedaleko i Clary sięgała po schowaną w kieszeni stelę, kiedy Sinclair zaryczał nagle przeszywająco. Rezonans jego głosu zawibrował jej w każdej kości, jakby zamiast szkieletu miała jedną niezwykle czułą membranę podatną na najlżejszy szmer, a co dopiero mówić o ogłuszającym ryku zrywającej się wichury. Odniosła wrażenie, że jej organy wewnętrzne pokrył szron, a wszyscy dookoła zastygli w bezruchu niczym lodowe rzeźby. Takiego dźwięku nie potrafiło wydać żadne zwierzę i żaden człowiek. Clary słyszała w nim echo cierpienia i bólu większego, niż mogłoby znieść jakiekolwiek żywe stworzenie. Wiele kosztowało ją powstrzymanie się od dziecinnego zwyczaju zasłonięcia uszu, bo wampir odrzucił głowę w tył i w jego naprężonym ciele wzbierał kolejny rozdzierający krzyk.

Przygotowana na uderzenie wycia, jakie najwłaściwsze byłoby chyba wyłącznie potępieńcom spychanym w gardziel Piekła w dniu Sądu Ostatecznego, nie doczekała się go. Sinclaira zdławiły silne torsje. Zgiął się wpół i zwymiotował ciemną, gęstą krwią, a potem zachwiał się niebezpiecznie. Wstrząśnięta Clary próbowała chwycić go, gdy padał na posadzkę, ale albo to on okazał się zbyt ciężki, albo ona zbyt słaba, żeby go utrzymać. W efekcie wylądowała obok, obserwując z niemym przerażeniem rosnącą plamę krwi na jego piersi, wykrzywioną potwornie twarz, szeroko otwarte oczy o białkach pokrytych gęstą siecią spękanych naczynek i źrenice zwężone do rozmiarów maleńkich łebków od szpilek. Sinclair zaskowyczał w bezsilnej wściekłości i przejmującej zgrozie, bezskutecznie usiłując się podnieść. Wyglądało to, jakby zmagał się z częściowym paraliżem dolnej połowy ciała, ale zdecydowanie odtrącił ręce Nocnej Łowczyni. Spojrzenie nadal miał harde, roziskrzone i nieznoszące sprzeciwu. Bez słów przekazał, że jej pomoc jest potrzebna w innym miejscu, a Clary zrozumiała, bo Sinclair nie zwykł owijać w bawełnę i wprost dawał tym samym znać, że jemu nikt już nie może pomóc, dlatego szkoda tu jej czasu i starań.

- Idź tam – wycharczał, odprawiając ją po żołniersku i bez sentymentów, choć mówienie sprawiało mu trudność, a w kąciku ust pieniło krew tak ciemną, że niemal czarną. – Idź i uratuj przynajmniej jego. Rusz się, Fairchild.

Clary zerwała się na nogi i łokciami utorowała sobie drogę pomiędzy wciąż zaskoczonymi, nieruchomymi postaciami Podziemnych, zanim ktokolwiek wpadł na pomysł zatrzymania jej. Nie obejrzała się ani razu. Nie chciała wiedzieć, czy Sinclaira rozerwano już na strzępy, czy nimb jego niepokonanej waleczności nie upadł i dlatego pomimo krytycznego stanu wampira każdy wybierał raczej ominięcie go łukiem niż ryzykowanie podejściem bliżej. Clary przepychała się uparcie naprzód i wbijała wzrok w błękitną kopułę. Widziała ją jak przez mgłę i dopiero po chwili zorientowała się, że to zasługa oczu pełnych łez. Otarła je szybko rękawem, nie pozwalając sobie na płacz, choć ten wzbierał w niej powodziową falą i bardzo chciał wydrzeć się z jej ściśniętego gardła.

Clary dobrze pamiętała słowa Sinclaira, z jego charakterystyczną butą wypowiedziane nocą w Sanktuarium. Pod pewnymi względami obaj, on i jego ukochany parabatai, pozostali wampirami, podlegającymi tym samym ograniczeniom, co reszta ich gatunku. W starciu z określonymi czynnikami nawet narodziny jako Nocny Łowca nie mogły przynieść ocalenia i uchronić od śmiertelnych zagrożeń. Clary rozpoznałaby te objawy zawsze i wszędzie, a świadomość losu, jaki spotkał nieśmiertelnych kochanków, była tylko źródłem kolejnych niechcianych łez, których nie udało jej się w porę poskromić i które spłynęły dwoma wartkimi potokami, wylewając na zewnątrz smutek, żal i poczucie cholernej niesprawiedliwości. Niepowstrzymany szloch sprawił, że nie dostrzegła, jak szczyt błękitnej kopuły zaczyna migotać i rozpływa się w niebycie niczym zaklęcie, którego nikt nie podtrzymuje.

„Wojna nikogo nie oszczędza i nikogo nie darzy szczególnymi względami", powiedział Sinclair i wszyscy bogowie świadkiem, że nigdy nie miał racji tak bardzo, jak w tamtej chwili.

Featherdarkowi wyrwano serce.

Featherdark umierał, a związany zdemonizowaną pieczęcią Sinclair konał razem z nim.

Ahahaha… To nawet przestaje być śmieszne, bo ja sobie tak piszę, piszę, a treści jest tyle, że i tak muszę ją dalej ciąć – widać to zresztą po nieludzkich rozmiarach tego chaptera X3 Co za never-ending story… X3 Rozdział 19 z konieczności będzie ciągiem dalszym bitwy, która nieoczekiwanie zaczęła dążyć długością do nieskończoności, ale ja nadal nie przestaję wierzyć, że kiedyś, kiedyś naprawdę uda mi się dokończyć tę opowieść… Trzymajcie kciuki, może to pomoże! X3

Kokosz – Jak zwykle strasznie, strasznie bardzo ślicznie dziękuję Ci za Twój długaśny, przemiły komentarz, który nieodmiennie powoduje u mnie szeroki, radosny wyszczerz! :D To dla mnie ogromny (gigantyczny!) komplement, że uważasz „Miasto Nadziei" za dzieło udane samo w sobie! :) Jestem zaszczycona! :) Pracuję pod okiem mojej nieocenionej bety nad inną, znacznie większą historią i mam takie malutkie, nieśmiałe marzenie, że (oceniając postęp moich prac) za jakieś 100 lat ktoś wydałby to może drukiem ;) A Malec powraca – długo go nie było, a wbrew pozorom to od mojego zachwytu tą uroczą parą (i oburzenia ich rozstaniem w tomie piątym! X3) cały ten fanfik się rozpoczął ;)

Intoxic – Nieoceniona jak zwykle! :) Dziękuję za komplementy pod adresem Cherry (przekażę jej, ucieszy się ;3) – zwykle nie mam w fanfikach zaufania do własnych bohaterów podpiętych pod oryginalny świat autora, dlatego miło mi, że w „Mieście Nadziei" jakoś ta sztuka mi się udała ;) A eliksir na Magnusa owszem, jak najbardziej podziałał, jednak jego zasadnicza nielegalność zdecydowanie nie była kaprysem Clave X3

The High Warlock of Glitter – Tobie również dziękuję za wierne kibicowanie tej historii! :) Mając takich czytelników lepiej mi się pisze ;) Czuję też, że warto, że ktoś czeka, że kogoś obchodzą losy tych wszystkich bohaterów i dopinguje ulubieńców (tudzież życzy znienawidzonym postaciom śmierci w męczarniach ;3) – to ogromnie motywujące! :) A Caravaggio – ja za tym panem przepadam i uwielbiam ten cudowny, miękki mrok jego obrazów ;)