19. Blask jego oczu

Simon szedł u boku przywódczyni Rady Nocy, choć aby dotrzymać jej kroku wystarczyło się czołgać, niezbyt w dodatku ofiarnie i gorliwie. Oczywiście rozumiał, że przeszło siedemdziesiąt lat spędzonych w piwnicach nowej siedziby klanu w kompletnym bezruchu każdemu odbiłoby się nie najlepiej na kondycji. Simon zawsze bardzo dużo złego słyszał od matki o stacjonarnym trybie życia, a obserwując antyczne wampiry borykające się z własną ogromnie wypaczoną długim okresem bezczynności motoryką, kobieta wydawała się mieć sporo racji. Co prawda raczej nie chodziło jej przy tym o Dzieci Nocy poruszające się ze sprawnością kukiełek w rękach pijanego, przysypiającego lalkarza, ale ogólna koncepcja zmierzała chyba w dobrą stronę.

Simon ledwie ukrywał zniecierpliwienie. Tam, w sali tronowej mogli w tej chwili ginąć jego przyjaciele, a tymczasem on wlókł się tempem skazańca wędrującego na szafot razem z grupą wampirów, które chodzić uczyły się właściwie na nowo i nie mógł powiedzieć, żeby szło im lepiej niż rocznemu dziecku stawiającemu pierwsze kroki w pozycji spionizowanej. Ich ruch był urywany jak u zacinających się pozytywkowych figurynek, które tak bardzo lubiła jego siostra. Stawy przypominały zardzewiałe trybiki dawno zapomnianych marionetek. Niektóre chyba nawet nie zginały się w odpowiednią stronę, a w każdym razie tylko takie wytłumaczenie przychodziło mu na myśl, kiedy patrzył na wykrzywiony, groteskowy chód. To jakby ożywione w magiczny sposób manekiny sklepowe wypróbowywały koncepcję samodzielnego poruszania, ale wciąż niezbyt były do niej przekonane i nie mogły się pochwalić jakimiś większymi sukcesami na tym polu.

Utrzymywanie równowagi przy tak absurdalnym braku współpracy ze strony dolnych kończyn musiało mieć ścisły związek z ewidentnym łamaniem praw fizyki. Jakim cudem wampiry jeszcze się nie poprzewracały, pozostawało dla niego jedną z większych zagadek wszechświata. Tak samo zresztą jak spinający je łańcuch, który wymusił przemierzanie korytarzy parami za przywódczynią. Simon nigdy nie uważał się za wojskowego stratega albo taktyka na miarę ot choćby Jace'a, ale nawet on sądził, że w warunkach bitewnych obecność połączonych z sobą obroży była stosunkowo niedorzeczna, a wmaszerowanie na plac boju przy ograniczonej swobodzie ruchów prawie na pewno nie należało do najlepszych pomysłów. Ale to w zasadzie całkiem jak poprowadzenie do walki gromady wampirów ledwie kontrolujących swoje nogi, co też właśnie na polecenie Raphaela czynił – doszedł tym samym do jedynego słusznego wniosku, że jednak zdrowiej będzie poddać się i zrezygnować z dalszych dywagacji na ten temat, bo jego morale i tak nie miewało się najlepiej, a dalsze podkopywanie go byłoby już zupełnym bestialstwem.

- Łańcuch jest potrzebny – odezwała się wampirzyca, jak zwykle nie kłopocząc się otwieraniem w tym celu ust. – Każdy z nas pochodzi z innego miejsca na Ziemi, zna czasy i realia obce pozostałym, a także dysponuje własnymi zdolnościami. Łańcuch sprawia, że korzystamy ze wspólnej wiedzy i dzielimy się umiejętnościami wedle potrzeb.

- Brzmi trochę jak wypożyczalnia mózgów i talentów – odpowiedział Simon.

Dokładnie pół sekundy zajęło mu zorientowanie się, że palnięte bezmyślnie zdanie może mieć wydźwięk pyskatej odzywki i nic nie stoi na przeszkodzie, żeby wielowiekowa Córka Nocy tak właśnie je odebrała. Ponieważ zaś instynkt samozachowawczy podpowiadał, że drażnienie żywego reliktu starożytności raczej nie kończy się dobrze i bezkrwawo, podjął się natychmiast niezgrabnych prób zatarcia złego wrażenia. To zaś z kolei przyniosło skutek zupełnie odwrotny do zamierzonego, jak miało to miejsce zawsze, kiedy działał w stresie i pod presją mniej lub bardziej realnej groźby utraty głowy. Jego żałośnie nieporadne wyjaśnienia przerwało coś, co brzmiało jak mentalny śmiech, który wywołał delikatny, ledwie dostrzegalny uśmiech na nieruchomych ustach i rozpalił rozbawione ogniki w ciemnych oczach wampirzycy.

- Mam na imię Meritre. Tłumaczy się to jako „Ukochana przez Słońce", co, biorąc pod uwagę całokształt mojej obecnej postaci, niezamierzenie przydało temu imieniu wyjątkowo ironicznego charakteru. Pochodzę z Iunu w północnym Egipcie. Mam blisko cztery i pół tysiąca lat, a mimo to pierwszy raz spotykam przywódcę klanowego takiego jak ty.

Takiego… głupiego?, pomyślał ponuro Simon. Wcisnął ręce głębiej do kieszeni spodni, zgarbił się mimowolnie i odkrył w sobie przemożną chęć kopnięcia bez powodu w jakąś starą puszkę albo kamień, niestety jak na złość obecny odcinek korytarza wyglądał na niemalże posprzątany, przez co mało pasował do reszty Hotelu i kolidował z najnowszym pragnieniem Chodzącego za Dnia, uniemożliwiając mu wyżycie się poprzez nieskrępowane kopanie kawałka czegokolwiek.

Jasne, nigdy sam nie pchał się do Świata Cieni i czuł się całkiem dobrze, codziennie mijając w totalnej nieświadomości całe tabuny faerie czy wilkołaków. Już samo bycie nastolatkiem o niesprecyzowanych planach na przyszłość nieraz okazywało się cholernie trudne, ale teraz jego życie zdawało się z poziomu „easy" przeskoczyć nagle i bez ostrzeżenia na poziom „expert". Na Boga, jęknął w duchu, nie radziłem sobie z klasówkami z matematyki i wstawaniem rano do szkoły, jak więc mam sprostać wyzwaniom stojącym przed głową klanu? W ogóle kto przy zdrowych zmysłach oddaje władzę siedemnastolatkowi, który nie potrafi nawet zdecydować się na nazwę dla własnego zespołu? Simon był rozgoryczony, rozczarowany sobą samym i najzupełniej pewny, że odpowiedzialność za los nowojorskich wampirów najlepiej byłoby złożyć na barkach kogoś bardziej odpowiedniego. To o tym mówiła Meritre? Nigdy nie spotkała takiego niedołężnego przywódcy? Żenująco nieudolnego? Żałosnego jak niezręczna cisza po opowiedzeniu kiepskiego, nie śmiesznego dowcipu?

- Takiego wyjątkowego – uściśliła wampirzyca, a Chodzący za Dnia jęknął w duchu.

To bez znaczenia, czy tylko pomyśli, czy też pokusi się o wypowiedzenie przemyśleń na głos, bo Meritre i tak będzie wiedziała. Nie była to zdecydowanie najbardziej komfortowa sytuacja, w jakiej Simon się ostatnio znalazł, a posiadał w tej dziedzinie dosyć rozległy materiał porównawczy, rozbudowany szczególnie od chwili pierwszego spotkania z Jace'm, co pociągnęło za sobą wiele drastycznych zmian w jego uprzednio mniej więcej uporządkowanym życiorysie. Poza tym nie zetknął się jeszcze nigdy z wampirem, który potrafiłby z taką łatwością zaglądać komuś do głowy, choć z drugiej strony – nie zetknął się też nigdy z wampirem, który długość swojego pośmiertnego żywota odmierzałby mileniami, a nie latami. Może dorównywanie wiekiem piramidom sprawia, że zmysły ulegają wyostrzeniu i wykształcają się nowe zdolności? Może tak stare wampiry naturalnie rezygnują z ruchu, a zapadają się bardziej w głąb siebie, rozwijając szeroki wachlarz talentów parapsychicznych i składując w swoich przepastnych umysłach niezmierzone ilości wiedzy na miliardy tematów? Meritre nie rozwiała jego wątpliwości i nie podjęła wątku, skoncentrowana bardziej na bieżącej sytuacji:

- Za sprawą Jonathana Morgensterna niebo nad nami zasnuło się chmurami czarniejszymi niż kiedykolwiek. Słońce zgasło i wielu błądzi w zapadłej ciemności, a mrok skrywa potwory, wiele potworów. Prorok Nocy powiedział: Chodzący za Dnia jest przyjacielem jasności. Jego dłonie zbudują na czystym fundamencie mury i wieże Miasta Nadziei, które niczym latarnia morska odnajdzie zagubionych i które niczym najpotężniejsza forteca oprze się sztormom tych gwałtownych czasów. Jesteś wybranym demiurgiem, Simonie, i jesteś na właściwym miejscu we właściwym czasie. Jedynie tyle musisz wiedzieć, jedynie tego musisz być pewien.

- Ale ja się nie czuję żadnym wybrańcem! – zaprotestował natychmiast Simon z pełną świadomością, że brzmi to straszliwie dziecinnie, a obrazu rozkapryszonego przedszkolaka dopełniłoby tylko zaplecenie ramion na piersiach i gniewne tupnięcie nogą dla podkreślenia stopnia swojego obrażenia na wszystkie okoliczne galaktyki.

- I może o to właśnie chodzi? – odparła Meritre, przenikliwie wpatrując się w niego czarnymi oczami, które zdawały się gratis przewiercać czaszkę i prześwietlać duszę spirytualnym odpowiednikiem promieni rentgena. – O coś, z czego sam nie zdajesz sobie sprawy, co jest dla ciebie zbyt oczywiste lub czego nigdy nie pojmowałeś w kategoriach rynsztunku i uzbrojenia na wojnę z mrokiem tak gęstym, że pochłania wszelkie światło?

Simon miał na to co najmniej dziesięć odpowiedzi, a każdą z nich infantylną do bólu i w żadnym razie nie brzmiącą dojrzalej niż ta, którą już zdążył z siebie wyprodukować i zaprezentować Radzie Nocy. Meritre na pewno zresztą umiała sięgnąć mu do głowy i poznać je wszystkie, Chodzący za Dnia postanowił zatem zamilknąć i nie ubierać swojej naiwnej głupoty w słowa. Nie zorientował się nawet, że zgiełk toczonej gdzieś przed nim bitwy narósł i echa niosły się teraz bardzo blisko. Intensywność krzyków i uderzeń broni podziałała na niego jak kubeł zimnej wody wylany bezpośrednio na wnętrzności. Otrząsnął się, bez namysłu porzucił towarzystwo Rady Nocy i biegiem pokonał ostatni odcinek, żeby stanąć u szczytu podium i w jednej chwili poczuć, że ściśnięte lodowatymi szponami niepokoju serce łamie mu się na pół.

Zobaczył chaotyczną kotłowaninę wampirów, wilkołaków i Nocnych Łowców, walczących ze sobą na posadzkach zasłanych zbyt wieloma martwymi ciałami.

Zobaczył błękitną kopułę falującą i rozwiewającą się z chwilą upadku Magnusa, na co obsesyjnie zdawały się czekać skłębione wokół niego i Aleca wampiry, wybijające się do skoku na nich, gdy tylko runęła magiczna zapora.

Zobaczył ledwie żywego Raphaela rozdzieranego na strzępy przez buntowników, a mimo to wciąż próbującego osłaniać sobą leżącego na schodach w kałuży krwi Featherdarka.

Zobaczył na wpół bezwładnego Sinclaira chwytanego za kark silnymi szczękami wilkołaka, który w zamęcie walk nie potrafił odróżnić wroga od sojusznika.

Zobaczył Clary szamoczącą się z dwiema wampirzycami odciągającymi ją od Magnusa i Aleca, choć była już tylko kilka kroków od nich.

Zobaczył Cherry rozdzielaną z Batem i jej usta rozwarte w rozpaczliwym krzyku, który utonął i został zagłuszony przez bitewny jazgot.

Zobaczył Maię i Jordana wikłanych w nowe starcia i wywabianych w głąb sali, żeby pozostałe wampiry mogły ułatwić sobie dostęp do nieprzytomnego Jace'a.

Zobaczył Isabelle, ufną w ochronę ze strony wilkołaków, a przez to zbyt skupioną na wykreślaniu bratu świeżych run, by dostrzec pędzącego w jej kierunku napastnika.

Simon był przerażony i wstrząśnięty. Na jego oczach rozpadał się świat. W ciągu kilku sekund miał stracić wszystko, co znał i kochał, co było mu bliskie i co nadawało sens całemu życiu. Jego mózg wyrzucał z siebie kolejne desperackie pomysły bez jasno określonej koncepcji ich zrealizowania w praktyce: interweniować, zrobić coś, powstrzymać to, zapobiec dalszemu rozlewowi krwi, ocalić przyjaciół. Musiał działać, choć skala zniszczeń i śmierci przytłaczała go i odbierała zdolność trzeźwego myślenia. Tak w każdym razie wytłumaczył sobie swój rozpaczliwy krzyk, z logicznego punktu widzenia mogący niewiele poradzić na trwającą właśnie kaźń i z pewnością ledwie przebijający się przez wrzawę, szczęk broni i wycie umierających. Równie dobrze mógłby próbować odpalania zapałki pod wodą albo przepychania w pojedynkę Kilimandżaro na Broadway – szanse na powodzenie we wszystkich przypadkach były porównywalne. To się nie miało prawa udać, a mimo tego…

- STAAAĆ!

A mimo tego rzeczywistość zatrzymała się jak sekunda odcięta od wieczności. Rozkaz przetoczył się nad salą z siłą gromu, który pędzi niepowstrzymanie, nie znając przeszkód zdolnych go ujarzmić i nie ugiąć się przed nim. Nawet jego echa wybrzmiewały mocą, jaka nie przewidywała tolerowania jakichkolwiek oznak niesubordynacji w stosunku do wydanego polecenia. Wystarczyło, by ta jedna nieskomplikowana komenda zawisła w drżącym, naelektryzowanym powietrzu, a nieruchomego krajobrazu nie zakłócił najdrobniejszy ruch postaci zastygłych niczym posągi. Dzwoniącej ciszy nie przerwał najlżejszy szept, choć jeszcze niedawno bitewny zgiełk wypełniał sobą każdą parę uszu tak szczelnie, że nie sposób było usłyszeć wołania osoby stojącej tuż obok. Nawet czas wydawał się nie płynąć, tylko omijać to miejsce i pozostawiać je w nicości nienaruszonej znamionami najsubtelniejszej ot choćby dynamiki.

Świat przypominał teraz Simonowi kadr zatrzymanego filmu na wideo – jednego z takich, których razem z Clary nie chcieli oglądać do końca, bo bali się nieszczęśliwego zakończenia i z jakiegoś powodu wierzyli, że wciśnięcie pauzy pomoże ocalić ulubionych bohaterów. Wszystko wydawało się zamknięte we wnętrzu misternie wykonanej kuli śnieżnej. Efektu wieńczyłyby tylko wirujące dookoła białe, połyskujące drobinki imitujące w zamierzeniach producenta sypiący śnieg, ale Simon czuł się już wystarczająco nieswojo i z całą stanowczością nie oczekiwał żadnych dodatkowych atrakcji.

Dopiero po upływie kilku nieistniejących sekund spędzonych na wpatrywaniu się w nienaturalnie znieruchomiały pejzaż poczuł dłonie Meritre zaciśnięte na swoich ramionach. Odwrócił głowę, żeby dostrzec po obu jej stronach rozciągnięty na całą szerokość komnaty szpaler członków Rady Nocy. Wampiry opornym, rwanym ruchem opuszczały odrzucone w tył głowy, otwierały oczy i zamykały usta otwarte do krzyku zrodzonego w głębi ich ciał, wybrzmiewającego jeszcze i zupełnie innego niż wypowiadane przez nich wcześniej telepatyczne wiadomości.

Encanto, zrozumiał oszołomiony Simon. Potężne, wspólne encanto zdolne objąć swoim działaniem wszystkich w tej sali, złamać ich wolę i podporządkować bez konieczności utrzymywania kontaktu wzrokowego czy bezpośredniej bliskości wampira. Nic dziwnego, że istnienie Rady Nocy utrzymywano w ścisłej tajemnicy – Chodzący za Dnia już teraz po spojrzeniach nazbyt wielu Nocnych Łowców wywnioskował, że Clave raczej mało spodobała się wizja koegzystowania z Podziemnymi o tak odległym rodowodzie, poczynającymi sobie bez ich odgórnej kontroli i ośmielającymi się pętać anielskich wojowników własną przedwieczną magią. Świadomość Dzieci Nocy stąpających po świecie na długo, długo przed tym, kiedy Razjel raczył wejrzeć łaskawym okiem na Jonathana Nocnego Łowcę i ofiarował mu swoje Dary, uwierała ich gorzej niż ostry kamyk w bucie. Simon był zaskoczony oburzeniem, które wezbrało w nim nieoczekiwanie. Nigdy wcześniej nie sympatyzował nawet z wampirami (nie miał w zasadzie powodu, bo od czasu przemiany większość usiłowała zabić go w ten czy inny sposób, fundując mu tym samym ekscytujące pośmiertne życie wypełnione obawami o przetrwanie każdej kolejnej nocy w jednym kawałku), ale teraz czuł urazę w odpowiedzi na milczącą wściekłość Nefilim. Tych samych Nefilim, którzy zignorowali ostrzeżenia Sinclaira, swoją arogancją przyczynili się do ogromnych strat po obu stronach, a teraz jeszcze mieli czelność nastawać na przedstawicieli JEGO gatunku.

- Dosyć tego! – zawołał z władczością, którą wypomniała mu dopiero potem Clary, bo sam w zapamiętaniu zupełnie nie zdawał sobie sprawy, jak ogromnie nadwyrężył wtedy cierpliwość Nocnych Łowców i jak drastycznie zmniejszył swoje szanse na otwarte umawianie się z córką Lightwoodów, do tej pory darzących go niechętną akceptacją, ale po tego rodzaju przemowie mających z pewnością zmienić swój stosunek do niego na gorsze. – Dosyć tego wszystkiego! Polało się zbyt wiele krwi, zbyt wielu zginęło, zbyt wielu straciło bliskich i przyjaciół! Nie można cofnąć czasu, nikt nie ma mocy odwrócenia biegu wydarzeń, a odebranego raz życia nie da się zwrócić! Można jedynie przerwać ten bezsensowny mord i trzeba skończyć z tym natychmiast! Popatrzcie tylko na siebie! – zaryczał gniewnie. – Jonathan Morgenstern jest gdzieś daleko stąd i śmieje się z was, popatrując nonszalancko na widowisko, jakiego mu dostarczyliście! Nie musiał się nawet specjalnie wysilić, żebyście wszyscy rzucili się sobie do gardeł i zapewnili mu godziny wybornej rozrywki! W obliczu wojny musimy być jednością, a tymczasem jesteśmy podzieleni bardziej niż kiedykolwiek! Otrząśnijcie się, bo mrok pochłonie nas jeszcze o zmierzchu i nikt nie doczeka nocy, która nadchodzi nieuchronnie, kładzie się coraz głębszym cieniem i pochłania jednego za drugim!

Przerwał. Nie musiał sprawdzać, jakie wrażenie wywarły na obecnych te wszystkie narwane i butne w jego mniemaniu krzyki. W tej chwili w żyłach miał ogień zamiast krwi i nic nie obchodziło go bardziej niż ukrócenie szalonych walk. Był odpowiedzialny za Hotel Dumort, jego mieszkańców i bezpieczeństwo przyjaciół, a obowiązek ten niespodziewanie odczuwał już jako swoją naturalną powinność, choć nie potrafiłby wskazać dokładnie momentu, w którym przyjął nowe zobowiązania i w zgodzie z samym sobą stał się pełnoprawnym przywódcą. Wyprostował się, patrząc na wszystkich z góry i z wyżyn doskonale wyeksponowanej teraz szlachetności, jaka biła od niego, nie pozostawiając cienia wątpliwości co do jego iście królewskiej natury – nie nabytej, ale tkwiącej w nim od początku, a teraz wydobytej wreszcie i zaprezentowanej w pełnej okazałości. W późniejszej relacji Clary, zdawanej z uśmiechem nad kubeczkiem lodów czekoladowych pałaszowanych beztrosko na ławeczce w Central Parku, Simon niemalże jaśniał czystym blaskiem wydobywającym się z niego samego, promieniował godnością i świetlistą aurą urodzonego władcy. Clary mówiła z dumą, ale Chodzącemu za Dnia i tak było głupio. Nigdy nie sądził, że podobnych epitetów można użyć w zestawieniu z jego imieniem i nie zrobić tego w ramach żartu, a pozostawać cały czas jak najbardziej serio.

- Nazywam się Simon Lewis. Jestem prawowitą głową nowojorskiego klanu – obwieścił, najmniej przejmując się spojrzeniami Nocnych Łowców, które interpretować można było rozmaicie, ale na pewno nie jako wyraz aprobaty i zrozumienia. – Maureen zginęła z mojej ręki, a razem z nią musi zginąć skażona krew. Maureen żywiła się członkami opozycji, a zwolenników poiła własną krwią, przelewając w nich część mocy Lilith i oddając ich na wierną służbę sprawie Jonathana Morgensterna. Ci, którzy dzielą z nią demoniczną energię swojej krwi, są dla nas straceni tak samo, jak Mroczni Nocni Łowcy są straceni dla Clave. Istnieją granice, zza których nie ma już powrotu. Nieodwracalne przemiany. Proces, jakiego nikt nie da się cofnąć. Można zrobić tylko jedno, by powstrzymać tę masakrę i nie dopuścić, by zginęli kolejni niewinni.

Simon podniósł rękę do góry. Tylko tyle, a mimo prozaicznej prostoty tego gestu czuł, jak wszystko wewnątrz skręca mu się w supeł przydeptany poczuciem straszliwego w swojej konieczności obowiązku. Mniejsze zło, to mniejsze zło, powtarzał sobie z maniakalnym uporem, kiedy Meritre puściła go i razem z pozostałymi wampirami należącymi do Rady Nocy ruszyła w dół po schodach. Kiedy ich rwany chód nabrał znamion złowieszczego marszu drapieżników idących po bezsilną, unieruchomioną w pułapce ofiarę. Kiedy trzeci po lewej wampir chwycił przerażone Dziecko Nocy niezgrabnie jak toporny, niedopracowany pod względem motorycznej płynności robot i wbił kły w jego szyję wystudiowanym, mechanicznym ruchem.

Zamknięcie oczu i odwrócenie głowy nie pomogło. Był przywódcą ledwie od godziny, a jego pierwszym posunięciem na nowym stanowisku okazało się wydanie zgody na egzekucję. Egzekucję! Nagle został istnym cezarem kapryśnie szafującym cudzym życiem na arenie amfiteatru i nie podobało mu się to ani trochę. Nie oglądanie efektów swojej decyzji w niczym nie umniejszało świadomości przeraźliwej bezradności wobec bezpowrotnie zmienionych działaniem krwi Maureen wampirów. Simon próbował szukać innych rozwiązań, ale telepatyczny dialog z Meritre doprowadził go tylko do kryzysu osobowości i zakończył się ostatecznym przyzwoleniem na dokonanie eksterminacji niebezpiecznych jednostek. Starożytna wampirzyca na pewno miała rację i trafnie oceniła sytuację – Chodzący za Dnia nie śmiał wątpić w przewagę jej wiedzy, doświadczenia i niekonwencjonalnych metod działania wykorzystywanych wyłącznie dla dobra klanu. Bezwzględne usunięcie zakażonych raz na zawsze musiało być faktycznie jedynym wyjściem, ale Simon w żadnym razie nie uważał się za rozgrzeszonego z zarządzonego przez siebie zgładzenia współbraci.

„Nie ma dla nich nadziei – powiedziała Meritre bezpośrednio w jego głowie. – Wszyscy oni dobrowolnie pili z żył Maureen, bo zło, chęć buntu i zawiść do Clave były w nich od samego początku. Demoniczna krew tylko spotęgowała ich destrukcyjne pragnienia. Poszli drogą, z której nie mogą już zawrócić, bo raz przyjętego mrocznego daru nie da się odrzucić. Gdy dotknie cię mrok tak głęboki, jak ten wydobyty z dna własnej duszy, żadne światło nie zdoła rozproszyć czarnych cieni. Straciłeś ich, Chodzący za Dnia. Ocal tych, którzy do ciebie należą i którym winien jesteś ochronę. Wyrwij chwasty z różanej rabaty. Odetnij łeb tej żmii we własnym gnieździe."

Członkowie Rady Nocy szli upiorną tyralierą, zatrzymując się wspólnie, gdy w zasięgu rąk któregoś z nich znalazł się wampir zakwalifikowany do zabicia. Nieskoordynowane, wykrzywione ruchy potęgowały wrażenie ich nadnaturalnej potworności. Każdy pozbawiony gracji gest był świadectwem niezliczonych wieków, które dzieliły Radę Nocy od ich dawno zagubionego na przestrzeni mileniów człowieczeństwa. Poza humanoidalnym kształtem próżno szukać w nich ludzi – zdecydowanie bardziej przypominali paleontologiczne skamieniałości czasów, z jakich pochodzili, niż żywe relikty zachowanej od zapomnienia przeszłości. Trwali niczym nieograniczenie mądre pomniki ujęte w bezczasowym, nieprzemijającym pięknie, niewiele jednak mieli wspólnego z człowieczymi odruchami, empatią i uczuciami.

Beznamiętność, z jaką osuszali do cna ciała kolejnych wampirów, budziła skojarzenia z likwidacją jakichś uciążliwych, małych szkodników, a nie bezbronnych, skutecznie skrępowanych czarem istot, które jeszcze nie tak dawno były ludźmi. Dzieci Nocy padały jedno za drugim, powiększając i tak już duże grono trupów zaściełających posadzkę, a czas rozciągał się w nieskończoność, choć Simon nieustannie modlił się w duchu o koniec. Czuł się jak zamknięty w koszmarnym śnie, z którego nie mógł się obudzić, bo to wcale nie był koszmar, a rzeczywistość stokroć od koszmaru gorsza, bo prawdziwa. Minęła wieczność, nim Rada Nocy po zabiciu ostatniego zainfekowanego wampira dotarła swoim chwiejnym, niepewnym krokiem do krańca sali, odwróciła się i w podobnie nieporadny sposób wróciła do schodów, by wspiąć się po nich i zatrzymać.

Simon nigdy przedtem i nigdy potem nie przypominał sobie niczego, co byłoby czarne bardziej niż oczy Meritre spoglądające na niego z otchłani liczącej cztery i pół tysiąca lat. Stał twarzą w twarz ze starożytnością, gdy wampirzyca odezwała się znad przepaści czterech mileniów, jak zwykle nie otwierając nawet ust:

- Rada Nocy wypełniła swoją powinność. Fundamenty Miasta Nadziei staną na czystym gruncie. Pierwsze cegły trzymasz już w dłoniach, Chodzący za Dnia. Ofiara zakładzinowa została złożona tak, jak przepowiedział Prorok Nocy. Zadanie jest trudne, ale nie zapominaj, że nie jesteś sam. Nigdy nie byłeś i nigdy nie będziesz.

Uśmiechnęła się lekko, po czym razem z pozostałymi członkami Rady ruszyła naprzód, by zniknąć wkrótce w ciemności Hotelu i zaszyć się znów w jego głębinach.

Simon odetchnął głęboko, mimo że jego płuca nie wymagały wcale haustu świeżego powietrza. Usiadł ciężko na najwyższym stopniu i ukrył twarz w dłoniach, podczas gdy rzucone na wszystkich encanto słabło i z każdą chwilą unieruchomieni nim Nocni Łowcy i Podziemni odzyskiwali zdolność do swobodnego poruszania się.

Zegary znów zaczęły tykać.

Jace półprzytomnie spojrzał na Isabelle, która szarpała go za ramię tak, jakby zamierzała wyrwać mu je z barku, a potem okładać go nim po głowie, jeśli tylko przyśpieszyłoby to proces przebudzenia, na co najwyraźniej chyba liczyła. Jęknął odruchowo, choć trudno byłoby mu wskazać, co boli go najbardziej i czy siostra nie przyprawi mu za moment kolejnych kontuzji, nie biorąc zupełnie pod uwagę, że jego stan już wyjściowo pozostawiał wiele do życzenia. Potrząsnęła nim, co w żadnym razie nie ułatwiło zogniskowania wzroku na jej twarzy, ale Isabelle wyraźnie nie była w nastroju na wyrozumiałość względem jego niedyspozycji.

- Skończyło się – oznajmiła, kiedy dojrzała przebłysk świadomości w jego oczach. – Już po wszystkim. Przetrwaliśmy. Trzeba sprawdzić, co z Alekiem i Clary.

Pomogła mu wstać, jeśli można tak nazywać niedelikatne targanie pod ramiona w kierunku pionowym. Jego nogi przez chwilę rozważały opcję powrotu do poprzedniej pozycji, ale przy niewielkim wsparciu ze strony ściany udało mu się wygrać tę niewielką batalię i ustać. Zobaczył, że spojrzenie Izzy powędrowało do Chodzącego za Dnia, który siedział na podeście i całym sobą sprawiał wrażenie bohatera romantycznego dramatu przeżywającego właśnie ciężkiego kalibru załamanie. Kondycja psychiczna Simona na pewno pamiętała lepsze czasy, ale ponieważ on sam nie wykazywał oznak ogólnie pojętego umierania, Isabelle porzuciła póki co pomysł dołączenia do niego, wybierając ponad to upewnienie się, że z Alekiem i Clary wszystko w porządku. Skinęła Jace'owi głową, po czym pierwsza zainicjowała przepychanie się przez oszołomiony tłum metodą łokcia wbijanego w żebra i obcasa precyzyjnie wycelowanego tu i ówdzie w czyjąś stopę.

Wciąż zwalczający szum w głowie Jace chętnie skorzystał z wolnej przestrzeni otwierającej się za siostrą. Był osłabiony i na łopatki mogłoby go rozłożyć teraz nawet niemowlę, dlatego zdecydowanie nie posiadał nadwyżek sił, jakie musiałby spożytkować na samodzielne torowanie sobie drogi w ścisku i chaosie. Wystarczająco dużo wysiłku wymagało nadążanie za Isabelle prącą do przodu niczym lodołamacz i Jace był pewien, że tym razem po powrocie bez dyskusji odda się w ręce Cichych Braci i zostanie wzorowym pacjentem, a najbliższe 72 godziny z największą rozkoszą prześpi jak kamień.

Spojrzeniem przeczesywał okolicę w poszukiwaniu znajomych twarzy i nagle znieruchomiał. Gdy stanął na palcach udało mu się zerknąć ponad głowami dwóch rozmawiających ze sobą nerwowo wilkołaków, żeby ogarnąć wzrokiem schody na podest, które tak przykuły jego uwagę.

- Na Anioła, nie… Tylko nie to…

Zostawił Isabelle, która i tak nie kontrolowała, czy brat za nią podąża, po czym przepchnął się w stronę stopni i zamarł ze stopą na najniższym. Klatka piersiowa zakłuła go ostrym bólem, rozłożonym zapewne pół na pół z powodu połamanych żeber i ściskającego serce widoku powyżej.

Sinclair trzymał w ramionach zakrwawionego Featherdarka, który ufnie tulił oszpeconą twarz do jego szyi. Były Lightwood w umazanej czerwienią dłoni ściskał ciemny, workowaty organ, pierwotnie należący zapewne do spoczywających tuż obok wykrzywionych zwłok wampira. Jace odetchnął ciężko. Nie miał najmniejszych wątpliwości, że Featherdark umierał. W jego piersi ziała pustką dziura po wyrwanym sercu, a choć najwyraźniej zdołał zabić własnego mordercę, w żaden sposób nie mogło to zwrócić życia ani jemu, ani konającemu z nim pospołu Sinclairowi.

- „Jace Lightwood? Miło mi cię poznać. Czy byłbyś uprzejmy podejść, bym mógł należycie pożegnać mojego przybranego potomka?" – rzekł Sinclair tak niewyraźnie, jakby język podmieniono mu na drewniany kołek, o trzy rozmiary w dodatku za duży.

Mówienie sprawiało mu wyraźne trudności. Krtań współpracowała na granicy rozpoczęcia otwartego strajku okupacyjnego obejmującego cały układ oddechowy, a spierzchniętym, suchym wargom ledwie udawało się sprostać zadaniu układania do kolejnych głosek przetłaczanych z oporami przez gardło. Każde wypowiedziane słowo spieniało ciemną krew spływającą kącikiem jego ust, ale i tak z nich dwóch to on radził sobie z mówieniem lepiej niż pozbawiony zawartości klatki piersiowej Featherdark zdany wyłącznie na telepatyczne przekazywanie swoich myśli kochankowi.

Jace miał nogi jak z waty, przez co kontrola kroków wymagała pełnego skupienia. Mózg przekazał do lewej nogi polecenie podniesienia się i przemieszczenia na wyższy stopień, gdy nadrzędny system etyki zawahał się. Nocny Łowca sądził, że jego absencja może i nie ułatwiłaby umierania, ale na pewno nie odarłaby go z należnej mu intymności, bo też sam czuł się niemalże jak intruz zakłócający parze zakochanych ostatnie wspólne chwile. Romeo i Julia na sekundę przed tragedią, pomyślał z głębokim, szczerym smutkiem, o jakiego posiadanie do tej pory się nie podejrzewał.

Nie wydawało mu się, żeby jego obecność była tu teraz na miejscu i szykował się już do taktycznego odwrotu, kiedy siedzący dwa schodki wyżej Raphael z rezygnacją uniósł zwieszoną ponuro głowę. Popatrzył na niego przeszywająco spojrzeniem, jakim mógł patrzeć na świat jedynie dowódca tuż po odniesieniu pyrrusowego zwycięstwa okupionego śmiercią obu przybranych synów. Dał mu przyzwalający znak skinieniem, które kosztowało go te marne resztki sił, jakie jeszcze miał, w konsekwencji czego osunął się miękko na stopnie i nie sprawiał wrażenia, by mógł się z nich dźwignąć bez pomocy.

Z wątpliwościami nie do końca rozwianymi tym swoistym błogosławieństwem Raphaela, Jace wspiął się powoli na miękkich nogach. Z wciąż tłukącym się pod czaszką przeświadczeniem, że wyłącznie przeszkadza w ostatnim pożegnaniu, przystanął dwa kroki od objętych parabatai. Ciężka powieka uniosła się i spojrzało na niego oko niebieskie jak u Aleca – oko lśniące, oko sparaliżowane bólem, oko zdjęte niewyobrażalnym cierpieniem, a mimo tego nadal łagodne i wpatrujące się w niego z życzliwą sympatią.

- „Dziękuję, że przyszedłeś, Jace'ie Lightwood. Czy miałbyś coś przeciwko, gdybym przeniósł się na chwilę bezpośrednio do twojego ciała? Nie chcę dręczyć Sinclaira powtarzaniem moich słów, jest mu już wystarczająco ciężko." – rzekł Sinclair chrapliwie, z wilgotnym, nabiegłym krwią charkotem i mimiką wskazującą na to, że poskromienie żuchwy i zmuszenie jej do kooperowania za chwilę stanie się kompletnie niemożliwe.

Zaskoczony tak dziwną prośbą Jace kiwnął głową, zanim dobrze przemyślał, o co został poproszony. Sinclair rzucił mu zrezygnowane, zmęczone spojrzenie, po czym mocniej przytulił do siebie bezwładne ciało.

Obecność Featherdarka okazała się subtelna i nieinwazyjna. Trochę jakby mieć do dyspozycji osobiste sumienie, z którym można przedyskutować każdą kwestię wątpliwej natury moralnej i wspólnie wybrać najlepsze rozwiązanie. On i Alec byli do siebie podobni nie tylko pod względem wyglądu, choć to akurat rzucało się w oczy najbardziej. Doświadczając dzielenia ciała z Featherdarkiem, Jace wyczuwał wiele znajomych cech osobowości. Obaj Lightwoodowie emanowali tym samym spokojem, rozsądkiem i mądrością. Alec mógłby z powodzeniem uchodzić za młodsze wcielenie brata swojego pradziadka i Jace odebrał gdzieś na obrzeżu podświadomości wesoły śmiech byłego Nocnego Łowcy.

- Dziękuję ci, Jace'ie Lightwood. Cieszę się, że mój potomek ma takiego parabatai.

Jace nie sformułował w myślach żadnej odpowiedzi, ponieważ nie miał zielonego pojęcia, jak zareagować na słowa Featherdarka. Na zewnątrz mógł nie okazywać zakłopotania, ale tu w środku gra pozorów nie działała. Nie było sposobu na ukrycie swoich prawdziwych odczuć, więc wampir doskonale zdawał sobie sprawę z jego zmieszania. Jace nigdy nie sądził, że ktokolwiek mógłby podziękować mu za więź, jaka połączyła jego i Aleca. Ta więź była zupełnie naturalna i istniała jeszcze zanim została ujęta w wymiarze fizycznym runą parabatai, dlatego w całej rozciągłości uległ konsternacji, niezbyt nawykły do odbierania wyrazów wdzięczności za coś, co rozwinęło się niewymuszenie, odbyło przy minimalnym nakładzie prac z jego strony, a nazywanie tego jego zasługą byłoby dużym nadużyciem i przesadą.

- Mam do ciebie prośbę, Jace'ie Lightwood. Prośbę, którą ty jedyny byłbyś w stanie wypełnić, nie będę jednak miał żalu, jeśli mi odmówisz. Wiem, że proszę o nazbyt wiele i nie mam prawa nikogo obarczać pytaniem o tak ogromną przysługę – powiedział Featherdark z wyraźnie wyczuwalną powagą. – Znasz właściwości działania demonicznego związania, prawda?

- Lepiej niż ktokolwiek inny w promieniu pięćdziesięciu kilometrów, jak sądzę, jeśli nie brać pod uwagę ciebie i Sinclaira – odpowiedział Jace, wciąż nie bardzo domyślając się, do czego dąży antenat Lightwoodów.

- Demoniczne związanie sprawia, że dwie osoby zostają połączone tak, by dzielić ze sobą radości, łzy i rany. Pieczęć ta jest bardzo trwała, nie jest jednak nierozerwalna – odparł były Nocny Łowca w sposób, który sprawił, że obecnemu Nocnemu Łowcy zaczęło coś świtać, ale bynajmniej nie spodobało mu się to, co migotało zdradliwie na powierzchni umysłu.

- Na Anioła… – wyszeptał Jace, kiedy wewnątrz jego głowy zrozumienie zaskoczyło nagle jak zapadka trafiająca w odpowiednie, przewidziane dla niej miejsce na planie skomplikowanej maszyny, po czym płynnie zastąpiło je niedowierzanie z ledwie pohamowaną chęcią potrząśnięcia głową. – Niemożliwe… Nie… Ty naprawdę chcesz, żebym przeciął waszą pieczęć, bo mam w sobie niebiański ogień, który jest do tego zdolny…

- Nie, musiałbym nie mieć sumienia, żeby wymagać od ciebie czegoś tak okrutnego. To byłoby zbyt nieludzkie nawet jak na potwora mojego pokroju. Zrobię to sam, potrzebuję jedynie pożyczyć w tym celu twoje dłonie – doprecyzował Featherdark, a w nagim, odsłoniętym z woalek pozorów kontakcie mentalnym Jace bez problemu odbierał jego determinację i zdecydowanie.

- Ty… Ty go zostawiasz… – spróbował jeszcze, bez większych nadziei na zmianę jego postanowienia. – Jeśli przerwiesz połączenie…

- Tak, Sinclair będzie żył. Nie pociągnę go za sobą w śmierć. Nie zmuszę go, żeby podążył za mną drogą, o którą raz się już otarliśmy i z której wyzierał na nas mrok głębszy, niż możesz to sobie wyobrazić, Jace'ie Lightwood.

- Ja… Skąd wiesz, że on by tego nie chciał? Że nie wolałby umrzeć z tobą, niż żyć dalej bez ciebie?

- Poświęcenie jest prawdziwe jedynie wtedy, gdy decyduje się o nim dobrowolnie – wyjaśnił miękko Featherdark, a Jace wiedział, że obaj wpatrują się teraz w pochylonego Sinclaira ze wspólną mieszaniną miłości i współczucia, razem stojąc na skraju czegoś strasznego, nieodwracalnego i nieuniknionego. – Chcę, żeby Sinclair miał wybór. Chcę tego, ponieważ go kocham. Zwrócę mu wolność i pozwolę, by stanowił sam o sobie, a cokolwiek poweźmie, będzie to wyłącznie jego własna decyzja, wreszcie nienarzucana moją dominującą pozycją w pieczętującej nas runie.

Obaj zamilkli, choć doskonale wyczuwali nawzajem swoje nastroje i wiedzieli, że spotkali się u styku niewyobrażalnie fatalnych okoliczności. W innym czasie i innym miejscu mogliby się polubić, mogliby się od siebie uczyć, mogliby… Mnogość możliwości, które nigdy nie zostaną wykorzystane, wyrywała z piersi Jace'a żal, rozgoryczenie i już na zawsze pozostające bez odpowiedzi pytanie, dlaczego musiało się tak stać. Znaleźli się u rozstaju dróg przecinających się tylko jeden jedyny raz i nieuchronnie nadchodziła pora, by każdy z nich znów ruszył w swoją stronę.

- Cieszę się, że cię poznałem – odpowiedział w końcu Jace, choć czuł, że Featherdark to wie, i Anioł mu świadkiem, że nigdy nie miał serca cięższego niż wówczas. – Tak, zgadzam się. I… I szczęśliwej podróży, dokądkolwiek się udajesz – dodał niezręcznie.

Takie pożegnanie nie należało do szczególnie udanych, ale Jace'a stać było jedynie na to. Na takie pożegnanie i na ostatnią przysługę.

Uśmiech Featherdarka, choć szczery i pełen czułości, miał prześladować go jeszcze wiele lat później. Ten uśmiech zapamiętał najlepiej, bo wszystko po nim nastąpiło tak błyskawicznie, że ledwie zdołał się zorientować, a już wbijał ostrze pod obojczyk wampira, który wyprężył się do tyłu z niemym krzykiem zamarłym gdzieś w połowie drogi do otwartych szeroko ust. Rana buchnęła wysokim płomieniem, a ogień odbijał się w przerażonych oczach bezradnego, miotającego się Sinclaira. Trwało to kilka chwil lub kilka wieków, a kiedy jaskrawy, niebiański płomień przeistoczył się w końcu w cieniutką smużkę jasnego dymu wyzierającą z nacięcia przepoławiającego ciemnoczerwony znak, Featherdark już nie żył.

Jace wiele razy zastanawiał się, po czym poznać martwego wampira, skoro one już nie oddychają, nie mają pulsu i nie bije im serce. Teraz nareszcie wiedział – chodziło o blask, który gasł w ich oczach. Odwrócił się i, nie patrząc za siebie, chwiejnym krokiem zszedł na dół z dwóch głównych powodów i jakiegoś miliona pomniejszych.

Po pierwsze ugiął się przytłoczony bezbrzeżną rozpaczą Sinclaira, a nie istniały żadne słowa zdolne w pełni ukoić ból po stracie ukochanej osoby – on sam przynajmniej nie wiedział o żadnych, które pocieszyłyby go po śmierci Clary, nie przypuszczał zatem, by znalazł jakieś odpowiednie w związku ze śmiercią Featherdarka. Po drugie zaś matowe, pozbawione życia niebieskie oko wyglądało dokładnie tak, jak wyglądałby oczy nieżyjącego Aleca, a tego widoku Jace nie mógł znieść.

Nie wiedział nawet, jak udało mu się dotrzeć do Isabelle i Clary klęczących na posadzce i otoczonych pierścieniem zatroskanych wilkołaków i wampirów, bo świat zdawał się wirować, składał się z samym rozmazujących się konturów, a słyszał go jak przefiltrowany przez grube zatyczki z waty. Opadł na kolana obok nich, a ulga zalała go od czubka głów po koniuszki stóp.

Alec leżał na wznak z atramentowo czarnym, świeżym iratze na piersi tuż obok białej blizny po ostrzu noża. Obok niego upadł Magnus, a stela wciąż jeszcze spoczywała w dłoni poczerniałej i skurczonej tak, jakby czarownikowi amputowano całe ramię i w jego miejsce wszczepiono ususzoną rękę starożytnej egipskiej mumii. Nie wyglądało to dobrze, ale dopóki obaj żyli – wszystko musiało się dobrze ułożyć.

Jace po raz pierwszy odetchnął ze spokojem i przycisnął czoło do karku Clary.

Isabelle pomogła dwóm Nocnym Łowcom podnieść nieprzytomnego brata z lepkiej od krwi podłogi, upewniła się, że Magnus zostanie potraktowany z należytym szacunkiem i obejrzała się na stojącego u szczytu podestu Simona. Chciała do niego podejść, a jednocześnie coś wewnątrz mówiło jej, że to nie jest dobry moment, jeszcze nie teraz. Nie musiała się nawet specjalnie rozglądać – Hotel Dumort nie prezentował się tak źle od 1929 roku, a po wzięciu pod uwagę ówczesnych zniszczeń, teraz również wyglądał jak po przejściu solidnego kataklizmu.

Zobaczyła Jię Penhallow wraz z kilkoma innymi Nocnymi Łowcami. Po obranym kierunku wywnioskowała, że idą prosto do Simona, a po minie Simona – że on także to zauważył i niespecjalnie był z tego powodu zadowolony. Była na tyle blisko, że bez trudu usłyszała, jak Konsul mówi:

- Będziemy potrzebowali waszych zeznań, Simonie Lewis. To, co się tu dzisiaj wydarzyło…

- Nie, nie dziś – odpowiedział Chodzący za Dnia, zmęczony, wyzuty z sił i wciąż walczący z samym sobą, by ciężar przyjętej na siebie odpowiedzialności nie pogruchotał mu barków i nie połamał kręgosłupa. – Jako przywódca i w imieniu nowojorskiego klanu wampirów przysięgam lojalność wobec Clave. Opowiadamy się po waszej stronie w wojnie przeciwko Jonathanowi Morgensternowi i zapewniam, że Dzieci Nocy staną do walki u waszego boku, gdy nadejdzie godzina próby. Teraz jednak zabierzcie swoich rannych i poległych i opuśćcie Hotel Dumort. Zawisł nad nami czerwony księżyc, jesteśmy pogrążeni w żałobie i wymagamy jedynie uszanowania tego.

- Dobrze, ale… – spróbowała jeszcze Jia.

- Proszę – powiedział siedzący nieopodal Raphael, który w swojej dumie nigdy nikogo o nic nie prosił. – Odejdźcie już, proszę. Mam syna, którego chcę opłakać, i nie potrzebuję do tego Clave, które będzie mi dyszało w kark.

Jia nie zaprotestowała. Skłoniła się tylko w milczeniu, kondolencje słusznie uznając chyba za zbyt niezręczne. Isabelle bez napominania ze strony matki ruszyła za nimi, żeby zatrzymać się na końcu sali i ostatni raz spojrzeć na wampiry stojące pośród tego pobojowiska i ciał swoich współbraci.

Pierwszy podniósł głowę Sinclair i wydał z siebie żałosny, przeszywający sam rdzeń duszy krzyk, który mimo najgłębszych pragnień i tak nie mógł już dosięgnąć utraconego kochanka. Wampir tulił do siebie martwego parabatai, choć w jego rozedrganej intonacji Isabelle wyczuwała, jak boleśnie zdawał sobie sprawę z tego, że jego Featherdarka przy nim nie ma i nigdy już nie będzie. Zrozpaczony zaśpiew nie wybrzmiał do końca, gdy dołączyły do niego głosy Raphaela i Simona, i wreszcie reszty wampirów podejmujących żałobne canto ku czci nieżyjących Dzieci Nocy, ku ich pamięci i wiecznej chwale. Ciszę po brzegi wypełnił chór ich głosów splecionych w jedno wspólne wołanie w noc, do posępnej tarczy czerwonego księżyca widocznego w prześwicie wybitym wczoraj przez Maureen, i do wszystkich bogów, którzy chcieliby wysłuchać płaczu wampirów.

Isabelle pierwszy raz zobaczyła Simona pośród Dzieci Nocy jako jedno z nich – w końcu razem z nimi, a nie przeciwko nim. Simon niepostrzeżenie zaczął przynależeć do tego miejsca, okazał się pasować tutaj jak nigdzie indziej i czuła się dziwnie spokojna ze świadomością, że to w jego ręku skupiona jest teraz władza nad klanem.

Ruszyła korytarzem. Z każdym krokiem stukanie jej obcasów zdobywało przewagę nad żałobnym śpiewem wampirów, aż wreszcie pokonało je i rozlegało się na posadzkach niepodzielnie, aż do samych drzwi wejściowych, gdzie czekali na nią Jace i Clary.

...

...

...

Kokosz - Dziękuję za jak zwykle prześliczny, długi komentarz! :3 Nie wiesz nawet, jak one radują moje czarne, demoniczne serduszko! :3 Przepraszam za nerwowe rozstrojenie, którego bezpośrednim sprawcą jest Miasto Nadziei, ale też jednocześnie cieszę się, że udało mi się (jakimś cholernym cudem XD) stworzyć historię, która potrafi poruszyć i wywołać rozmaite odczucia :) Że nie jest płasko i czytelnik w jakimś stopniu polubił bohaterów na tyle, żeby przejmować się ich losem :) Dziękuję, bo to najlepiej pokazuje mi, że Miasto Nadziei (i jego autorka ;3) wyrobiło się i teraz może już spokojnie zmierzać do upragnionego końca :)

My Beautiful Dream - Podobnie jak Kokosz, dziękuję Ci za długi, wyczerpujący komentarz, który udowodnił mi, że udało mi się tchnąć w moich bohaterów życie i uczynić ich na tyle znośnymi, żeby dało się ich polubić i żeby wzruszyć się ich losem, a nie machnąć na nich ręką ;) Powoli idzie koniec, będzie już zdecydowanie mniej dramatów i czas wreszcie porozwiązywać najważniejsze wątki ;)

Intoxic - Cieszę się, że pomimo upływu czasu Miasto Nadziei nadal trzyma fason i poziom ;) Dziękuję Ci strasznie, że tak wiernie podążasz za tą historią od samego jej początku i to głównie Tobie (dzięki Twojej wierze, mobilizacji i przemiłemu gestowi w postaci polecenia tego opowiadania innym swoim czytelnikom! :3) mam nadzieję przedstawić niebawem ostatni rozdział tej długaśnej opowieści :)

Kinina - Dziękuję za komentarz i za to, że dzięki Tobie w ogóle zmobilizowałam się do pociągnięcia tej historii do należnego jej końca ;) Raphaelowi oczywiście nic nie jest - to twarda sztuka i on się nie da tak łatwo ;) Smutno mi było, że w oryginale autorka postanowiła go uśmiercić, więc u mnie będzie sobie szczęśliwie żył dalej ;)

The High Warlock of Glitter - Pozwoliłam sobie bez ostrzeżeń, bo tych flaków nie ma tu już tak szczególnie dużo, a w ostatnim rozdziale nie będzie ich już wcale ;) Mam nadzieję, że wybaczysz i jakoś przetrwasz ;) Ja niestety przepadam za trupami, kościami, wyprutymi wnętrznościami, krwią i śmiercią (w poprzednim wcieleniu na pewno byłam nekromantą... na pewno...) i niestety w moich tekstach często wyłazi to w końcu na wierzch X3 Przepraszam i obiecuję kompletnie niekrwawą końcówkę tej historii! ;)

Rozdział ostatni w przygotowaniu, tak więc do zobaczenia niebawem z okazji końca Miasta Nadziei! ;)