20. Świt nowego dnia
Magnus z hamletowskim namysłem obejrzał nieskazitelnie biały bandaż, ten jednak nie zmienił się ani odrobinę w stosunku do sumy wszystkich poprzednich zerknięć. Nie czuł całej ręki i to może dlatego błyskawicznie wykształciła się u niego potrzeba sprawdzania co jakiś czas, czy nadal posiada kończynę? Nie miał czucia i nie był w stanie w ogóle nią poruszyć, a pod palcami lewej dłoni mógł wymacać tylko twarde kości owinięte ciasno metrami materiałów opatrunkowych, co zdecydowanie nie wróżyło zbyt dobrze. Kilka razy dzierżył już w garści nożyk i robił poważne przymiarki do rozcięcia bandaży, wciąż jednak strach przezwyciężał palące pragnienie sprawdzenia, jak wygląda uszkodzone ramię, i ostrze przytknięte do pierwszej warstwy gazy ostatecznie lądowało z powrotem w szufladzie nocnej szafki.
Minęły dwa dni od brzemiennej w skutki bitwy w Hotelu Dumort, ale siły powracały do niego nienaturalnie wolno. Na pewno wiele zawdzięczał w tym względzie rozległym obrażeniom zadanym przez stelę, która dość dobitnie dała mu do zrozumienia, że sprzeciwia się użytkowaniu jej przez kogokolwiek spoza grona Nocnych Łowców. Przynajmniej nie boli, pomyślał Magnus, bo w zestawieniu z wyobrażeniami potwornych deformacji ramienia i trwale zniszczonymi kanalikami doprowadzającymi magię desperacko poszukiwał jakichś pozytywów swojego obecnego położenia.
Jako czarownik był teraz właściwie zupełnie bezbronny, a wizja ręcznego sprzątania zdemolowanego mieszkania na Brooklynie nie napawała optymizmem. Dopóki kwalifikował się jako ranny, mógł pozostawać w budynku Instytutu na garnuszku Clave i korzystać z oferowanej przez Cichych Braci opieki medycznej, miał jednak świadomość chwilowości takiego rozwiązania. To tylko półśrodki, bo prędzej czy później będzie musiał opuścić te niekoniecznie gościnne, ale na pewno bezpieczne progi, wdrożyć się w życie na nowych warunkach jako kaleki człowiek i trwale upośledzony czarownik, a nade wszystko przebranżować się i opracować jakiś inny sposób zarobkowania. Sprzedaż usług magicznych nie mogła już dłużej stanowić głównego źródła jego utrzymania, na szybko wykluczył też karierę ulicznego grajka i ekskluzywnej prostytutki dla fetyszystycznych dysmorfofilów. Za bycie dobrze ubranym i czarującym raczej nikt nie chciałby mu płacić, a póki co Magnus nie wiedział, które inne jego talenty mogłyby pomóc mu w znalezieniu jakiegoś zatrudnienia, bo widmo generalnego remontu loftu zdecydowanie przekraczało jego obecny budżet nawet po zaangażowaniu w to wszystkich oszczędności, a Catariny z pewnością nie ucieszyłaby perspektywa współlokatorstwa.
Poprawił się w fotelu, owinął szczelniej kocem, wzrokowo skontrolował obecność pozbawionej czucia ręki, a potem przeniósł spojrzenie na leżącego na łóżku Aleca, białego niemalże tak samo jak pościel, w której go ułożono. Infirmerię zajmowali najciężej ranni Nocni Łowcy i wilkołaki – pozostałych rozlokowano w wolnych pokojach, gdzie co kilka godzin robili obchód Cisi Bracia czuwający nad zabiegami, dawkowaniem leków i ogólnym stanem pacjentów. Magnus wytrwale siedział przy boku Aleca, od kiedy zdołał się sam wybudzić i chwiejnym krokiem pijaczyny z torbą ze swoim dobytkiem w ręku i kotem pod pachą odszukał go w plątaninie irracjonalnego planu korytarzy, zapamiętale klnąc pod nosem na kretyńsko artystyczny i kompletnie niepraktyczny układ pomieszczeń upodabniający Instytut do finezyjnej wariacji na temat tradycyjnego labiryntu. Błyskawicznie anektował całą przestrzeń mieszkalną przeznaczoną Alecowi, a po siedmiu zróżnicowanych stopniem stanowczości próbach nawet Maryse darowała sobie wreszcie i pozwoliła mu zostać. Prezes Miau rozgościł się na kołdrze w nogach łóżka, a torbę Magnus rzucił po prostu pod okno tak, żeby się o nią mniej więcej nie potykać. Nie wydawało mu się to odpowiednią kryjówką dla Białej Księgi, nielegalnych eliksirów i zakazanych woluminów, ale wedle porzekadeł najciemniej podobno pod latarnią i może jakaś ciekawska część jego ryzykanckiej natury chciała się przekonać, na ile jest to prawdą.
Wciągnął bose stopy na siedzenie i skulił się pod kocem. Fotel był bardzo wygodny przez pierwsze cztery godziny okupacji – po drugim dniu czarownik wolałby leżeć na łożu fakira, gdyby ktoś zaproponował mu taki wybór. Wyczerpał już wszystkie możliwe pozycje, całe ciało ścierpło mu i generowało fale tępego, uciążliwego bólu, ale mimo tego… skorzystanie z dobrodziejstw łóżka Aleca uważał za pewnego rodzaju nietakt. Przetarł dłonią zmęczoną twarz i pewien, że aparycją nadal przypomina zamorzonego głodem azjatyckiego upiora, popatrzył znów na nieprzytomnego Nocnego Łowcę.
Musiał z nim porozmawiać, wyjaśnić to od początku, dać mu czas na przemyślenie i decyzję. Alec miał pełne prawo posłać go w diabły, wyrzucić z pokoju i kazać nigdy więcej nie pokazywać mu się na oczy. Magnus doskonale zdawał sobie sprawę nie tylko ze wszystkich swoich błędów, ale także z tego, że istniało niewiele serc zdolnych wybaczyć coś tak strasznego, na pewno zaś nie mógł wymagać podobnie heroicznego gestu od młodego, ledwie osiemnastoletniego chłopca, który tylko niewytłumaczalnym cudem uniknął śmierci. Z jakiegoś niepojętego powodu wyznania miłosne, przeprosiny i błagania o nową szansę znacznie łatwiej przechodzą przez gardło w sytuacjach zagrożenia życia – w przytulnym pokoju, gdzie największym niebezpieczeństwem mogłoby być jedynie trafienie małym palcem u nogi w kant szafki, wszystko niemożebnie się komplikowało, a słowa ulatywały z głowy, zanim udało się ulepić z nich jakąś racjonalnie akceptowalną przemowę.
„Miasto Nadziei", pomyślał, wspominając słowa, które padły gdzieś, zakradając mu się podstępem do mózgu i wprowadzając na stałe do jego myśli. Wszyscy jesteśmy Miastem Nadziei, co?, westchnął. Ucisnął palcami kąciki oczu, konstatując, że filozofia, życiowe metafory i migrena nie są najszczęśliwszym połączeniem. Zwłaszcza, jeśli dołożyć do tego wizytę medyka.
Brat Zachariasz wsunął się bezszelestnie do pokoju po tym, jak uprzejmie zapukał i równie uprzejmie nie zaczekał na odpowiedź. Zerknął przelotnie na wtopionego w fotel Magnusa, po czym nachylił się nad Alekiem. Przesunął nad nim dłonią, wokół której powietrze falowało jak gorące tchnienie pustynnego wiatru, ale jego twarz nie zdradzała zupełnie niczego. Oszczędność mimiczna Cichych Braci sprawiała, że wyglądali tak samo niezależnie od tego, czy pacjent zdrowiał, czy miał za chwilę dołączyć do grona denatów. Magnus zdołał poskromić swoje zniecierpliwienie przez trzy minuty trwającej właśnie diagnostyki. Czwarta przerosła jego możliwości.
- Jem, jeśli Ciche Miasto wyssało z ciebie resztki człowieczeństwa, to śpieszę donieść, że ludzie na ogół chcieliby wiedzieć coś o stanie najbliższych, a uporczywe milczenie i kamienna twarz dla nikogo nie są satysfakcjonującą odpowiedzią.
- Jego stan jest stabilny, nie ma się czym niepokoić – odparł pogodnie Brat Zachariasz, na szczęście korzystając w tym celu z dobrodziejstw strun głosowych i nie częstując czarownika porcją mentalnych komunikatów wysyłanych w przestrzeń bezpośrednio z umysłu. – Zrobiliśmy dla niego wszystko, co w naszej mocy i kompetencjach, teraz jedynie Anioł czuwa nad nim i w swoim czasie ześle na niego przebudzenie.
- Anioł? Na Lilith, jeśli mnie też zostawiliście na łasce Anioła, to zaczynam rozumieć, dlaczego wydaje mi się, że moje prawe ramię zostało ogryzione z mięsa do żywej kości i wiele się pod tym względem nie zmieni – mruknął z przekąsem Magnus.
- Śpieszę zatem donieść, że nie jest tak źle, jak uważasz. – Uśmiech Brata Zachariasza wskazywał na podwyższoną odporność na humory pacjentów, która w komplecie z życzliwym usposobieniem czyniła go co prawda wspaniałym, empatycznym lekarzem, nie wystarczała jednak, by od razu przekonać do siebie profilaktycznie zdystansowanego wobec Nocnych Łowców czarownika.
Miękkim, nieludzko płynnym krokiem Cichy Brat minął łóżko i przystanął przed Magnusem. Ignorując podejrzliwe, nieprzychylne łypanie zza fałd koca, sięgnął po jego zdrową rękę i wyciągnął ją na pełną długość. Czarownik nie wiedział i nie domyślał się, do czego w zamierzeniach Jema Carstairsa miały prowadzić te zabiegi, ale z uwagi na przyjaźń Tessy Gray postanowił obdarzyć go minimalnym, pełnym rezerwy zaufaniem. To wyłącznie dlatego pozwolił mu przesunąć mocno kciukiem po linii żyły od łokcia do nadgarstka, potrzeć wnętrze swojej dłoni, a potem bez protestu zamknąć ją w pięść. Od pewnego momentu zaczął odnosić wrażenie, że bierze udział w pokazie uzdolnionego iluzjonisty – zwłaszcza, kiedy Jem cofnął się o krok i skinął mu z tajemniczym uśmiechem, nakazując tym samym otwarcie dłoni i…
Magnus osłupiał. Nad koniuszkiem każdego jego palca unosił się malutki błękitny płomyk – wzruszająco znajomy i pulsujący delikatnie magią płynącą wzdłuż całego ramienia prosto od serca, skąd brała początek jego moc. Niewiele rozumiejąc z tego niesamowitego fenomenu, rzucił Jemowi niedowierzająco-pytające spojrzenie o zabarwieniu wysoce zaskoczonym.
- W twojej krwi znaleziono ślady pewnej szczególnej, restrykcyjnie zabronionej prawnie substancji, ale bez obaw – dodał szybko Brat Zachariasz na widok Magnusa spinającego się gwałtownie i być może szykującego już do dyskretnej ewakuacji z Instytutu, ścigany widmem rychłego aresztowania i trudnych do wyobrażenia konsekwencji nie tylko posiadania, ale też picia Halvertino. – Uznaliśmy wspólnie, że w obliczu obecnej, niezwykle trudnej sytuacji, nikomu nic się nie stanie, jeśli nie poinformujemy Clave o tym drobnym nadużyciu. Wielu Nefilim znanych jest z zacietrzewienia i małostkowości, czego pośrednim skutkiem okazały się ogromne straty w bitwie sprzed dwóch dni, dlatego Cisi Bracia postanowili rozważniej filtrować wiadomości przekazywane Nocnym Łowcom.
- Dlaczego mi pomagasz? – zapytał wreszcie Magnus, gdy niezręczna cisza przedłużała się tak bardzo, że cisnące mu się na usta pytanie odnalazło w końcu drogę na zewnątrz i wyruszyło na poszukiwania odpowiedzi.
- Bo jak nikt inny zasługujesz na pomoc – odparł Brat Zachariasz głosem wypełnionym niezachwianą pewnością i tym czułym rodzajem nostalgicznego ciepła, jakiego Magnus Bane nie spodziewał się usłyszeć u jakiegokolwiek Cichego Brata z racji wymaganego od nich zupełnego zerwania kontaktów z doczesnością. – Oczywiście nie znam cię zbyt dobrze, ale mój przyjaciel uważał, że winni jesteśmy ci pomoc i ratunek w potrzebie, a opinii przyjaciół nie zwykłem poddawać w wątpliwość.
Uśmiechnął się i przeniósł swoje srebrzyste spojrzenie na Aleca.
- Robię to również dla niego – przemówił w końcu po kilku chwilach przypatrywania się pogrążonemu we śnie Nocnemu Łowcy. – Ten chłopiec jest dalekim potomkiem Cecily, na pewno też zauważyłeś. Ma te same oczy co ona i Will, tego odcienia błękitu nie da się pomylić z niczym innym. Charakterem podobno wdał się bardziej w najszlachetniejszych Lightwoodów i chwała mu za to, bo z kolei jego parabatai pochodzi z rodu Herondale'ów, można więc przypuszczać, że gorliwie dba o dostarczanie otoczeniu dziennych dawek lekkomyślności, impulsywności i odwagi z pogranicza szaleństwa – dodał weselszym tonem, nim spojrzał znów na czarownika. – A poza tym wiem, czym jest miłość, Magnusie, i potrafię ją rozpoznać pomimo lat spędzonych w pustej bezduszności Cichego Miasta.
- Drogi Jamesie Carstairs, czy mógłbyś pozostać tak uroczym i taktownym, jakim zapamiętałem cię w dziewiętnastym wieku? – mruknął czarownik niezbyt zachwycony perspektywami drążenia zagadnień związanych bezpośrednio z jego niejasnym jak na razie statusem relacji z Alekiem. – Mam niewystarczająco ekshibicjonistyczną naturę, żeby uwielbiać wielokrotne analizy zawiłości mojego skomplikowanego życia towarzyskiego i uczuciowego, ale w zamian bardzo chętnie posłucham czegoś dotyczącego tego – dodał, wskazując na błękitne płomyki.
Ku największej uldze Magnusa, Brat Zachariasz nie wykazywał tendencji do złośliwości albo przekory, którymi szczycił się dla odmiany Will Herondale i co do których nie można było w pełni wykluczyć zaraźliwości na polu więzi parabatai i wieloletniej znajomości obu mężczyzn. Jem uśmiechnął się tylko wyrozumiale i z charakterystycznym spokojem podjął wyjaśnienia:
- Wbrew pozorom nie straciłeś mocy. Kiedy badaliśmy twoją prawą rękę, wydawało się właściwie niemożliwe, by dziedzictwo demonów przetrwało w tobie i mogło oprzeć się oczyszczającemu działaniu przedmiotów należących do anielskiego instrumentarium. Stela w odwecie ze świętokradztwo pochłonęła ogromne ilości magii i teoretycznie powinna była zamknąć jej obieg do samego serca, wtedy jednak doszło do korzystnych z twojego punktu widzenia komplikacji, bo paradoksalnie zagrażające twojemu życiu Halvertino ocaliło cię. Stela rzeczywiście odebrała ci moc, była to jednak w największej mierze nadwyżka spowodowana czynnym efektem eliksiru. Wrodzone źródło zostało zachowane, nadal bije w twojej piersi i powoli zregeneruje się, choć jednocześnie nikt nie może zagwarantować, że prawa ręka kiedykolwiek powróci do dawnej sprawności. Przykro mi to mówić, ale stopień degeneracji komórek nie daje wielkich nadziei. To prawdopodobnie trwałe okaleczenie i lepiej, żebyś miał pełną świadomość, że istnieje duże ryzyko…
- Cóż – przerwał mu stanowczo Magnus i zgasił błękitne płomyki. – Ręka to i tak niewielka cena za uratowanie Aleca. W tamtej chwili godziłem się z całkowitą utratą magii, więc w rozrachunku ogólnym bilans mimo wszystko uważam za dodatni. A do rozmów o ewentualnej amputacji wrócimy, jeśli faktycznie będzie ona koniecznością. Wnioskuję, że na razie tkanka nie nosi znamion martwicy i można dać jej jeszcze trochę czasu na decyzję, co zamierza z sobą zrobić?
- Oczywiście. Wiem, że twoja przyjaciółka jest medykiem i specjalizuje się w magii leczniczej, ale gdybyś potrzebował mojej pomocy, po prostu zgłoś się do Cichego Miasta, powołując na mnie – odpowiedział mu łagodnie Brat Zachariasz, po czym jego ton nabrał wydźwięku rzeczowego raportu lekarza: – Co do Aleca zaś, przeprowadziliśmy pełną transfuzję krwi, bo ubytek był zbyt duży, żeby oczekiwać odpowiednio szybkiej hemopoezy wyrównującej zaburzony poziom krwi w układzie krążenia. Najbardziej rozległych obrażeń doznał w obrębie klatki piersiowej i szyi, ale odtworzyliśmy wszystkie przerwane połączenia nerwowe. Szczególnie dużo pracy wymagał rejon gardła, niemniej udało nam się dokonać prawidłowej rekonstrukcji i Alec będzie mógł mówić. Nie da się oczywiście uniknąć bólu odczuwanego zwłaszcza w miejscach, które wymagały naszej największej ingerencji, ale naturalne uwarunkowania Nefilim powinny wspomóc procesy regeneracyjne.
Magnus zagapił się na Jema bez reszty zdumiony jego podejściem. Nadzwyczajnym i zaskakującym – zwłaszcza dla Podziemnego doświadczającego ze strony Clave rozmaitego traktowania, włącznie z wyrzuceniem zastawy stołowej, na której jadł i którą pokalał z tego tytułu swoim niegodnym dotykiem, kwalifikując ją tym samym do natychmiastowej utylizacji. Do tej pory żaden Nocny Łowca nie uznał, że czarownikowi warto byłoby choćby pobieżnie przedstawić sytuację Aleca. Całkiem jakby ignorowanie i uparte zaprzeczanie egzystencji jego nieakceptowanego związku z chłopcem przy odpowiedniej konsekwencji miało doprowadzić do wymazania z rzeczywistości istnienia tak odrażająco nieprzystojnej relacji. Tylko jeden jedyny Brat Zachariasz odniósł się do niego jak do bliskiej rodziny Aleca, wytłumaczył mu zakres wykonanych czynności i poinformował o szczegółach, jakich w myśl obowiązku dochowania tajemnicy lekarskiej nie powinien przekazywać osobom trzecim. Magnus podniósł się z fotela i do głębi poruszony jego wyjątkową postawą bliski był uściskania go serdecznie za całą okazaną mu życzliwość.
- Co do zaleceń, Alec na razie musi ograniczyć mówienie i gwałtowniejszą eksploatację gardła, dlatego nie doprowadzaj go do wybuchów śmiechu ani płaczu, natomiast z uwagi na świeże rany klatki piersiowej nie powinien być narażony na zbędny ruch, radzę więc powstrzymać się póki co od intensywnych aktywności fizycznych z jego współudziałem.
W ułamku sekundy napad cieplejszych uczuć względem Jema oziębił się do temperatury przeciętnej zimowej nocy na Syberii. Magnus chyba autentycznie się starzał i przynajmniej częściowo tłumaczyłoby to jego przedwcześnie uśpioną czujność. Przy Nocnych Łowcach zdrowiej było jednak kierować się zasadą ograniczonego zaufania, zwłaszcza jeśli istniała szansa trafienia na takiego, który mimo wszystko odziedziczył coś po swoim parabatai, niedwuznaczną aluzję czarownik uznał bowiem za wyraźną schedę po Willu.
- Dziękuję – mruknął cierpko w odpowiedzi na krzywy uśmiech wyraźnie rozbawionego jego złością Brata Zachariasza. – Jestem ci niewypowiedzianie wdzięczny za wszystkie informacje i porady, ale teraz lepiej idź już sobie, zanim ulegnę niepohamowanej żądzy rzucenia w ciebie kapciem, a nie ukrywam, że mógłbym się przez przypadek okazać niesympatyczną gnidą i zechcieć trafić nim w twoją twarz.
Jem Carstairs z enigmatycznym uśmiechem opuścił pokój, choć jeszcze przez kilka następnych minut atmosfera wewnątrz dawała złudne wrażenie, że uśmiech jednak pozostał w środku i dotrzymywał Magnusowi towarzystwa. Czarownik pokręcił tylko głową, a potem stopą przepchnął swoją torbę w kierunku szafy, żeby ułatwić sobie dostęp do okna. Uchylił lekko oba skrzydła, podświadomie spodziewając się może, że dopływ świeżego powietrza pomoże w szybszym wywietrzeniu pomieszczenia z sugestywnych uwag Brata Zachariasza. Na wypadek przeciągu zablokował framugę bamboszem, którym w pierwszym odruchu zamierzał przypomnieć Jemowi, gdzie leżą granice taktu i że przekraczanie ich w obecności zmęczonego, obolałego czarownika nie jest dobrym pomysłem, a potem opadł znów na niewygodny fotel. Otulił się kocem i z głębokim namysłem wpatrywał w nieruchomą twarz Aleca tak długo, aż nie zasnął.
Obudził się niemalże przewieszony przez podłokietnik w pozie Marata z obrazu poświęconego jego śmierci. Maratowi pozycja ta mogła odpowiadać wyłącznie dlatego, że nie żył w momencie przybierania jej – w przypadku Magnusa miała ona nieprzyjemne następstwa w postaci zdrętwiałego karku. W pierwszej chwili sądził, że to właśnie wołająca o pomstę do nieba szyja wyrwała go ze snu, później pogląd ten został zweryfikowany przez zimny podmuch wieczornego wiatru wskazujący na nieumyślne przeistoczenie pomieszczenia mieszkalnego we wnętrze kostnicy. Finalnie zagadkę przebudzenia rozwiązało spojrzenie Aleca w takim skupieniu wbite w sufit, że Magnus nie miał najmniejszej wątpliwości, że jeszcze sekundę temu nieomylnie wbite było w niego. Usiadł, przerzucił koc przez oparcie fotela i krótkim odkaszlnięciem spróbował zwrócić na siebie uwagę Nocnego Łowcy, poziom speszenia sugerował jednak, że Alec prędzej wywierci oczami dziurę na wylot przez dach, niż odważy się nawiązać kontakt wzrokowy.
- Alexandrze… – zaczął ostrożnie, niemniej użycie pełnej formy imienia nie było najlepszym posunięciem, o czym świadczyło błyskawiczne zgęstnienie odczucia silnego skrępowania na metr sześcienny do pułapu, który zapewniał możliwość krojenia go i układania w plastrach na talerzu. – Alec, ja… – podjął natychmiast i urwał, nie bardzo wiedząc, od czego zacząć.
Może powinien był zaaplikować sobie choć odrobinę alkoholu dla kurażu? Na trzeźwo galopadę myśli ciężko było znieść, a jeszcze ciężej przechwycić jakąś w trakcie gonitwy i nakłonić mózg do sformułowania z niej poprawnej stylistycznie wypowiedzi, która nie odstraszy i tak już wystarczająco spłoszonego Aleca.
- Um… – Jeśli wnioskować po minie, Nefilim równolegle toczył bitwę z chaosem w swojej głowie, czego rezultatem było wyduszenie z siebie ochrypłej, kanciastej, wieloznacznej monosylaby, gdy jego ręka bezwiednie powędrowała do wyraźnej blizny na gardle. – To chyba… nie jest mój pokój… – dodał w końcu niepewnie.
Użyty przez niego ton tylko w połowie wynikał z wymagającego dłuższej rehabilitacji aparatu mowy, ponieważ w drugiej połowie ewidentnie zawiniła rezygnacja z tego, co Alec chciał powiedzieć, na rzecz tego, czego nie chciał, ale co brzmiało neutralniej niż emocjonalne wynurzenia w odniesieniu do burzliwych wydarzeń ostatnich dni. Magnus podniósł się z fotela i przysiadł na skraju łóżka, choć nie wywołało to niczego poza eskalacją czerwieni na policzkach Nocnego Łowcy, który wyraźnie borykał się z problemem podziania gdzieś wzroku tak, żeby czarownik znalazł się maksymalnie daleko od jego pola widzenia.
- Do twojego pokoju wpadł rozszalały Sinclair, więc całość wygląda jak po detonacji miny przeciwpiechotnej i nie nadaje się do mieszkania. – Nabrał oddechu, kiedy niebieskie oczy popatrzyły na niego ze zdumieniem, ale bez najdrobniejszych śladów niechęci, złości czy gniewu, co dodało mu śmiałości, by zmusić się do poruszenia tematu, którego nie sposób było dłużej unikać, jeżeli ta rozmowa miała się kiedykolwiek odbyć. – Alec, proszę, podaruj mi kilka minut i wysłuchaj mnie, choć to i tak więcej, niż otrzymałeś ode mnie na opuszczonej stacji metra. Nie mam żadnego prawa przebywać tu wbrew twojej woli i zrozumiem, jeśli nie życzysz sobie mojej obecności. Jestem gotów odejść, gdy tylko skończę swoje żałosne tłumaczenia.
Nefilim nie wyraził żadnego kategorycznego sprzeciwu. Być może szok wpłynął na wolniejsze przyswajanie wiadomości i opóźnione reakcje, co niejako stanowiłoby uzasadnienie dla jego zdezorientowanej miny. Magnus postanowił kontynuować na wypadek, gdyby wskutek dłuższego namysłu Alec postanowił jednak, że jedynym słusznym wyjściem z sytuacji jest wyrzucenie go za drzwi. Nie był hipokrytą i sam doskonale zdawał sobie sprawę, że zapracował na znacznie surowsze potraktowanie, bez taryf ulgowych i specjalnych względów. Mogła to być właściwie jedyna okazja do wyznania mu wszystkiego i czarownik chciał wykorzystać ją, zanim Lightwoodowie z Maryse na czele solidarnie wespół z pozostałymi Nocnymi Łowcami zadbają o wyegzekwowanie zakazu całkowitego zbliżania się, a szanse na rozmowę w cztery oczy zaczną oscylować w granicach zera absolutnego.
- Zachowałem się wobec ciebie podle i nic mnie nie usprawiedliwia, ale chciałbym, żebyś wiedział, jak ogromnie tego wszystkiego żałuję. W ciągu tych kilku dni z całą mocą uświadomiłem sobie, że byłem koszmarnym dupkiem i myliłem się. Osądzałem cię pochopnie, zbyt wiele od ciebie wymagałem i na pewno niejedna nastolatka z buzującymi hormonami wykazałaby się większą rozwagą niż ja w tamtej chwili. Widocznie rozsądek wcale nie przychodzi z wiekiem, nad czym ubolewam wraz z resztą świata, która bez wątpienia odetchnęłaby spokojniej, gdyby mogła liczyć na nieco więcej odpowiedzialności i dojrzałości z mojej strony.
Przynajmniej mi nie przerywa i niczym we mnie nie rzuca, pomyślał ponuro Magnus, zastanawiając się też, na ile to decyzja Aleca, a na ile pośredni skutek poderżniętego dwa dni wcześniej gardła i piersi przebitej sztyletem. Westchnął, wpatrując się w swoje obandażowane palce, bo patrzenie Nocnemu Łowcy w oczy było zbyt trudne i obarczone zbyt dużym ryzykiem zobaczenia tam wściekłości i nienawiści, których widoku czarownik wolał sobie w miarę możliwości oszczędzić.
- Gdybym cię wtedy wysłuchał, gdybym nie zostawił cię samego i nie zgrywał urażonej primadonny, gdybym… Alec, zasługujesz na kogoś lepszego. Kogoś, kto doceniłby cię i komu mógłbyś bezgranicznie ufać, nie lawirując w niedomówieniach i wykręcaniu się od rozmów o przeszłości. Na niczym nie zależy mi tak bardzo jak na twoim szczęściu i dlatego powinienem zostawić cię w świętym spokoju, dopóki w ogóle jeszcze żyjesz, ale ponieważ jestem niewyobrażalnie egoistycznym bydlakiem, ja… Muszę ci to powiedzieć, zanim odejdę, bo nie wybaczyłbym sobie do końca życia, to zaś, jak obaj dobrze wiemy, może trwać w moim przypadku ogromnie długo. Alec, ja…
- Kocham… cię…
Magnus poderwał zwieszoną do tej pory smętnie głowę. Tylko ułamek sekundy poświęcił na rozważenie opcji przesłyszenia się, zanim odepchnął ją z zamiarem pogrzebania cztery metry pod ziemią i przyklepania z wierzchu dla pewności. Serce tłukło mu się wściekle pod żebrami, jakby postanowiło połamać je od środka i wyrwać się na zewnątrz, co też konsekwentnie usiłowało uczynić. Był jego właścicielem od przeszło trzech wieków, ale nie sądził nigdy, że komukolwiek uda się wywołać u jego pozornie znanego i zdyscyplinowanego organu reakcję tak żywą i gwałtowną.
- Nie… zostawiaj… Nie idź… Magnus… Kocham cię… Kocham…
Alec nerwowo zaciskał palce na swoim gardle, próbując jednocześnie wydostać się z pościeli, która okazywała się zbyt ciężka, przepastna i splątana, żeby w obecnym stanie mógł poradzić sobie z nią w pojedynkę. Grymas bólu na twarzy wiązał się niezawodnie z nadmiernym obciążeniem ledwie co poskładanej i połatanej szyi, ale Nocny Łowca nie przestawał mówić, przyrzekać, prosić. Bezruch Magnusa musiał odebrać za wahanie, bo nasilił tylko całokształt swoich rozpaczliwych działań, gotów raczej otworzyć wszystkie niedawne rany, przyprawić się o krwotok wewnętrzny i ufundować Cichym Braciom powtórkę z chirurgii, niż pozwolić mu się znów opuścić i patrzeć, jak odchodzi.
Czarownik zamrugał i potrząsnął głową, jakby miało to pomóc w reaktywacji procesów myślowych, do tej pory zbyt oszołomionych, żeby normalnie funkcjonować. Przysunął się na łóżku bliżej Aleca i objął go ramieniem, przyciągając do siebie. Wyczuwał wyraźnie jego drżenie, w dziwny sposób współgrające z ogłuszającym łomotem jego własnego serca. Niezależnie od perspektywy patrzenia i najlepszych możliwych chęci, nie wyglądało to na modelową scenę pojednania kochanków w jakimś wysokobudżetowym filmie, a mimo tego Magnus czuł się niewyobrażalnie chciany i kochany przy równoczesnym przepełnieniu tymi samymi uczuciami w stosunku do Nocnego Łowcy. Wciąż pozostawało wiele do wyjaśnienia, ale w tej chwili nic nie było istotniejsze od najprostszych, najprawdziwszych zapewnień:
- Jestem. Jestem i będę już zawsze. Kocham cię, Alec. Na Lilith, jak ja cię kocham. Nic nie mów. Nie bój się, nie martw się. Nigdzie nie odejdę, a w każdym razie nie odejdę, jeśli nie będę miał przy sobie mojego ukochanego niebieskookiego Anioła – zamruczał kojącym tonem pewien, że teraz żadna siła ani ludzka, ani boska nie byłaby w stanie wyciągnąć go z tego pokoju i na nic zdałaby się najlepsza nawet argumentacja.
Alec otaczał jego szyję ramionami i nie zapowiadało się, żeby w planach na najbliższą przyszłość miał w ogóle punkt zatrącający choćby minimalnie o koncepcję wypuszczenia go z objęć. Magnus ani myślał rozpatrywać tego w kategoriach problemów, sam niezbyt skory do przemieszczenia zdrowej ręki z ciała Nefilim w jakiekolwiek inne miejsce na świecie. Cała rzeczywistość nabrała nagle barw i sensu, jakich nie miała co najmniej od zarania dziejów, a zrozumienie nadeszło cicho, niepostrzeżenie – gdzieś pomiędzy czułym pocałunkiem, iskrą w niebieskich oczach, dłonią wplątaną w jego włosy i ochrypłym szeptem sączonym przez ucho wprost do głębin duszy.
Z najszczerszym zdumieniem odkrył, że tuli do siebie cudem odratowanego chłopca, ma kompletnie niesprawną prawą rękę z wiszącym ponad nią widmem amputacji, faerie otwarcie opowiedziały się po stronie Jonathana Morgensterna, wojna mogła wybuchnąć w każdej chwili, a on nigdy jeszcze nie czuł się tak… cudownie. Odkąd pamiętał, wiódł chaotyczny żywot nacechowany licznymi zwrotami akcji, przygoda goniła przygodę, a każda kolejna była bardziej szalona niż suma wszystkich poprzednich i długo nie znał innego sposobu na życie. Teraz wiedział już, że od samego początku przemierzał przestrzeń i czas po to, by trafić wreszcie tutaj – do swojego miejsca na Ziemi przy boku istoty, którą nieoczekiwanie pokochał mocniej niż kogokolwiek w przeszłości. Uznał, że mógłby teraz właściwie umrzeć, całkiem nieźle rozumiejąc w końcu Goethowskiego Fausta w spełnieniu wzywającego chwilę do wiecznego trwania. Chciałby zatrzymać ten moment, w którym odnalazł swoją własną definicję szczęścia – przedłużyć go w nieskończoność i na zawsze pozostać w nim z mężczyzną swojego życia.
To nagłe olśnienie sprawiło, że bez reszty poddał się impulsowi. Tak, jak miliony razy wcześniej, co z reguły nie kończyło się dobrze, tym razem jednak zaufał przeczuciu, którego istnienie Catarina i Ragnor zgodnie uważali za kwestię cokolwiek dyskusyjną. Jego magia odnawiała się powoli, a obecna ilość nieznacznie tylko przekraczała poziom rezerwy, ale Magnus na podstawie poprzednich doświadczeń oszacował, że tyle powinno wystarczyć. Kawę podkradał wszak notorycznie, a nowy pomysł niewiele różnił się w ogólnych założeniach – poza tym, że czarownik nie zamierzał powtórzyć go nigdy potem.
Odsunął nieco Aleca i skupił się na obranym celu. Jego lewa dłoń natychmiast stanęła w błękitnym ogniu, posłusznie kumulując moc w zaciśniętej pięści. Bez trudu przywołał w pamięci witrynę sklepu na Brooklynie nieopodal mieszkania i podtrzymał wizję, dopóki nie poczuł w zaciśniętych palcach łagodnych, zaokrąglonych krawędzi obszytych welurem. Płomień zgasł, a Nocny Łowca popatrzył na zaprezentowaną mu zawartość otwartego pudełeczka ze zdumieniem przechodzącym niemalże w czystą postać zgrozy, dlatego Magnus postanowił czym prędzej rozwiać jakiekolwiek wątpliwości, bo wiele wskazywało na to, że widok pierścionka realnie groził w najlepszym wypadku trwałym uszczerbkiem na psychice. Nabrał głębokiego oddechu i wyrecytował płynnie, miękko, z uczuciem:
- Alexandrze Gideonie Lightwood, czy uczynisz mi ten zaszczyt i zostaniesz moim mężem?
Ponieważ odpowiedzią była cisza, Magnus natychmiast uciekł wzrokiem w bok, bliski zaliczenia oświadczyn do ścisłego rankingu największych głupot, jakie wpadły mu kiedykolwiek do głowy, a on w swojej bezmyślności porwał się na ich realizację w praktyce. Może powinien z urzędu o każdej tego rodzaju rewelacji powiadamiać Catarinę i opierać się na jej opinii, zamiast bez należytej konsultacji robić z siebie kretyna?
Jeśli się dobrze zastanowić, nie było żadnego racjonalnego powodu, dla którego ledwie wyrwany ze szponów śmierci Nefilim miałby się zgodzić na ślub. Czarownik zdawał sobie sprawę, że kandydatem do jego ręki był właściwie żadnym i potwierdziłoby to całe Clave razem z połową Świata Cieni, a długą listą przeciwwskazań można by dziesięć razy owinąć cały budynek Instytutu, ale mimo to… Mimo to miał stuprocentową pewność, że Alec jest dla niego wyjątkowy, że to z nim chciałby w pełni związać swoją przyszłość i że jemu jedynemu w skali całego swojego wieloletniego życia pragnął zadać to szczególne pytanie, w duchu modląc się o „tak". I najwidoczniej grubo przeliczając się w gęstwinie wybujałych wyobrażeń o ślubnych kobiercach, tortach weselnych i apartamentach dla nowożeńców.
- Och, to znaczy… – bąknął wymijająco, zawiedziony i bardzo kiepsko swój zawód tuszujący. Coś mówiło mu, że łatwiej byłoby prawdopodobnie ukryć słonia w publicznej toalecie niż jego rozczarowanie w tej chwili. – Wybacz. Wiem, że to nagłe. Chciałbym tylko… Dam ci czas do namysłu, dobrze? Bez pośpiechu i tak dużo, jak to konieczne. Zastanów się nad tym po prostu i…
- Zgadzam… się…
Magnus spojrzał na niego, stanowczo zbyt zaskoczony, żeby zrobić cokolwiek bardziej zaawansowanego technicznie niż gapienie się z otwartymi ustami. W żadnym razie nie wyglądał wówczas jak mężczyzna szczęśliwie wychodzący ze stanu kawalerstwa, ale sam ze sobą zdążył już ustalić, że jest marnym materiałem na wzorcowego małżonka. I że w zasadzie czuje się rozgrzeszony z tytułu posiadania podobnie nieszablonowego wybranka, który moment dezorientacji wykorzystał na to, by usiąść mu okrakiem na kolanach i objąć za szyję.
- Tak… Zgadzam się… – powtórzył z uśmiechem i rozjaśnionymi ciepłym blaskiem oczami, choć głos nadal miał zardzewiały. – Poślubię cię… Magnusie Bane…
Czarownik rozpromienił się. Gdyby nie zasadnicza niedyspozycja powiązana ściśle z uszkodzonym prawym ramieniem i znaczącym ubytkiem magii, natychmiast wybiegłby na zewnątrz i tańczył z radości na Moście Brooklyńskim, próbując tę i wszystkie pobliskie galaktyki poinformować, że miłość jego życia przyjęła oświadczyny. Wydobył pierścionek z pudełka i z nabożną czcią wsunął go na serdeczny palec Aleca. Przez kilka minut wspólnie wpatrywali się w trzy drobniutkie szafiry wtopione gładko w złotą powierzchnię obrączki, zjednoczeni w porównywalnym niedowierzaniu i milczącej kontemplacji swoich zaręczyn. Chłód złota przyjemnie kontrastował z ciepłem dłoni Nocnego Łowcy na jego policzku, a pocałunek smakował obietnicą szczęścia. Ciszę przerwał dopiero szept Aleca, z widoczną lubością wypróbowującego na języku nowe określenia:
- Mój Magnus… Mój narzeczony… Mój… mąż…
- Zastanawiam się, jak wyjaśnię to moim przyszłym teściom – zamruczał w odpowiedzi czarownik, kładąc się na pościeli i ostrożnie, powoli pociągając Aleca na siebie. – Szczególnie Maryse. Ostatecznie powiedziałem kiedyś, że nie interesuje mnie jej bez wątpienia nieznośny bachor, a teraz staję przed obowiązkiem poinformowania jej, że z tymże właśnie bachorem wezmę ślub.
- Bachorem?... Nieznośnym?... – spytał zdumiony Nefilim.
- To było dawno i w niesympatycznych okolicznościach, groszku. Twoja matka należała wtedy do Kręgu i usiłowała morderstwem rodziny bezbronnych wilkołaków usprawiedliwiać budowanie lepszego świata dla ciebie. Na szczęście okazało się, że nie jest to warunek konieczny do spełnienia i bez masowego mordu twój świat też jakoś sobie poradzi.
Alec pokiwał tylko głową z uśmiechem i pocałował go w ten szczególny sposób, który nieodmiennie podnosił mu ciśnienie, pozostawiał umysł w stanie kompletnej pustki i redukował ilość wolnej przestrzeni w spodniach. Magnus nigdy nie wyszedł z podziwu, jak wiele Nocny Łowca potrafił mu powiedzieć, nie wymawiając w istocie ani słowa.
„Kocham cię." „Potrzebuję cię." „Pragnę cię." „Pożądam cię."
- Alec… Twój lekarz… – zaczął chaotycznie Magnus, bo usta Nocnego Łowcy rozpraszały do tego stopnia, że z trudem składał nawet zdania proste. – Twoje rany… Masz ograniczać… ruszanie się… i… – Dłoń wsunięta pod koszulkę podziałała na jego mózg jak twardy reset, a namiętność skryta na dnie niebieskich oczu wyglądała jak ewidentne zaproszenie do praktycznego przećwiczenia nocy poślubnej. Czarownik nie dysponował nawet ćwiercią samozaparcia potrzebnego do odmówienia mu, zwłaszcza gdy zachrypnięty głos zawibrował rozkosznie tuż przy jego uchu:
- To oznacza… tylko tyle, że… musisz być… dla mnie… delikatny…
…
Jace nawinął na widelec porcję makaronu, którego przygotowanie wymagało wlania wrzątku do tekturowego kubeczka z uwzględnieniem poziomu zaznaczonego na wewnętrznej ściance grubą, czerwoną linią. Bez wątpienia spaghetti bolognese w wersji instant nie należało do najbardziej finezyjnych dań, ale prawdopodobnie nawet zlizywanie okruchów z blatu byłoby zdrowsze niż testowanie na sobie w warunkach nie laboratoryjnych czegokolwiek autorstwa Isabelle. Siedzieli we trójkę razem z Clary przy kuchennym stole, napawając się ciepłem nieskomplikowanej potrawy, która przyjemnie napełniała puste żołądki i pozwalała nie martwić się o ewentualny rozstrój albo niestrawność.
Instytut od południa pogrążony był w ciszy przerywanej tylko od czasu do czasu czyimiś krokami lub rozmową prowadzoną niemalże szeptem, a i tak rozbrzmiewającą niczym zajadła awantura przy pełnym wykorzystaniu możliwości ludzkiego gardła. Wszyscy dorośli Nocni Łowcy zostali wezwani na pilną naradę w Idrisie celem przedyskutowania nowych faktów, jakie wyszły na jaw w związku z bitwą w Hotelu Dumort, oraz podjęcia decyzji co do kolejnych posunięć Clave. Jace nie ukrywał, że pozostawienie chorych, rannych i nieletnich bez odpowiedniej opieki i straży było jego zdaniem pomysłem bardzo kiepskim w całej rozciągłości, ale też bogate doświadczenie w tej dziedzinie sprawiło, że nawet niespecjalnie się zdziwił, gdy kompletnie zignorowano jego uwagę. Jia Penhallow oznajmiła na odchodnym, że cały budynek obłożono dodatkowymi zaklęciami ochronnymi i nadal są w nim Cisi Bracia, czego Jace ze wzruszeniem ramion nie skomentował, ale prewencyjnie zaczął po prostu chodzić w pełnym uzbrojeniu.
Przeżuwając z namysłem spaghetti, zastanowił się luźno, czy Clary nie dałaby się namówić na nocną wycieczkę napędzanym demoniczną energią motocyklem Sinclaira, który stał wciąż w Sanktuarium i właściwie prosił się o wykorzystanie go w zgodzie z jego pierwotnym przeznaczeniem. Pretekst odstawienia maszyny do siedziby klanu wydał mu się perfekcyjnym wytłumaczeniem dla niewinnej przejażdżki, a ostatecznie w całym Instytucie nie było teraz nikogo, kto mógłby mu tego zabronić. W pobitewnym chaosie udało mu się uniknąć powrotu pod pieczę Cichych Braci, a świeżo odzyskana wolność prawie wołała o zrobienie z niej jakiegoś ciekawego użytku. Otwierał właśnie usta, by zaproponować beztroski wypad i dwie przyjemne rundki nad całym Nowym Jorkiem, kiedy w ciszy nieoczekiwanie rozległ się dźwięk dzwonu u bram. Isabelle wyprostowała się z widelcem zawieszonym w połowie drogi do uszminkowanych na karminowo ust.
- Dorośli zdążyli wybyć – mruknęła z błyskiem niezdrowej fascynacji w oczach, odkładając porcję spaghetti z powrotem do swojego kubka i do reszty tracąc zainteresowanie jedzeniem.
- A jedynym pełnoletnim gospodarzem Instytutu jest Alec – dodała Clary, która najwyraźniej potrafiła już bezbłędnie wychwytywać tok myślenia rodzeństwa Lightwoodów i nie miała nic przeciwko, by do niego dołączyć.
- Czyli oczywiście dla nieskazitelnej czystości sumienia idziemy się upewnić, że Alec nadal jest nieprzytomny, a potem i tak otworzymy bramę – podsumował z szerokim uśmiechem Jace, podnosząc się już z krzesła.
Doskonale pamiętał, którędy iść, żeby dotrzeć do nowego tymczasowego pokoju brata. Wielokrotnie zaglądał tam, gdy sprawdzał, jak miewa się nie tylko jego parabatai, ale też Magnus Bane. Czarownik na stałe wprowadził się na fotel przy łóżku ukochanego Nocnego Łowcy, przy czym nie zanosiło się, by miał w najbliższej przyszłości zmienić swoje obecne miejsce bytowania i obrane w tym celu lokum niezależnie od tego, kto przychodził go do tego nakłaniać. Jace słyszał plotki, że Magnus utracił całą magię, kiedy użył steli do wykreślenia na Alecu iratze, co bezpośrednio ocaliło chłopcu życie. Przy okazji pierwszej wizyty podziękował mu za to, jednak na odpowiedź w postaci przenikliwego, przeraźliwie smutnego spojrzenia zdecydowanie nie był przygotowany. Magnus miał oczy kota, ale w jego wzroku czaiło się znacznie więcej bólu niż Jace widywał w oczach Churcha, któremu ktoś przez przypadek nastąpił na ogon.
- Dlaczego sądzisz, że jesteś mi winien podziękowania, Jace'ie Lightwood? Dlaczego zwracasz się do mnie tak, jakbyśmy byli równi? Przez wieki Nocni Łowcy uważali, że Podziemni egzystują wyłącznie po to, by im służyć i to właśnie ta pokorna przydatność stanowiła wyznacznik tolerowania naszego istnienia. W myśl tej zasady powinienem był bodaj odciąć sobie głowę, byleby tylko uratować jednego z was, bo życie Nefilim zawsze miało większą wartość niż życie Podziemnego. To powinność, za którą nie oczekuje się wyrazów wdzięczności, i po spełnieniu której należy odejść, dopóki znów nie będzie się potrzebnym. – Umilkł i popatrzył na Aleca z przygnębieniem i niewypowiedzianą tęsknotą.
Jace zrozumiał gorycz, która sączyła się ze słów Magnusa jak wyciąg z piołunu. Pozbawiony magii Wysoki Czarownik Brooklynu był z punktu widzenia Clave bezużyteczny i razem z mocą znikł ostatni powód, dla którego akceptowano jego obecność przy Alecu. Dopóki liczono się z nieocenionymi zdolnościami Magnusa, na jego powszechnie potępiany związek z Nefilim zerkano przez palce. Teraz natomiast sytuacja obróciła się na zdecydowaną niekorzyść czarownika i Jace nie wątpił, że w obliczu ostatnich rewelacji co bardziej wyrywni Nocni Łowcy przypuścili frontalny atak, szykanując go, a być może również grożąc mu rozdzieleniem z Alekiem. Incydenty takie jak ten błyskawicznie przypominały mu, dlaczego przejawiał czasami iście patologiczny stosunek do tradycji Clave i czemu tyle wysiłku wkładał w złośliwe robienie im wszystkiego na przekór.
- Każde życie ma tę samą wartość i dlatego dziękuję ci, że ryzykowałeś własnym, żeby uchronić mojego brata od śmierci – odpowiedział w końcu, usiłując nie zdradzić swojego gniewu. – Jesteśmy sobie równi, Magnusie. Zawsze byliśmy. Poza tym Alec cię pokochał. Wybrał cię, a tego rodzaju decyzje należą wyłącznie do kręgu ścisłych zainteresowań pary i nie powinien w nie ingerować nikt z zewnątrz. Także ja, choć pozwolę sobie w tym miejscu zaznaczyć, że szanuję i w pełni popieram jego wybór, a gratis udzielam wam ponadto swojego błogosławieństwa – dodał z właściwą sobie niepokornością, przyjmując słaby uśmiech Magnusa za oznakę rozluźnienia i odzyskania choć części spokoju ducha.
Kolejne rozmowy były znacznie lżejsze i przyjemniejsze, jakby z czarownika zdjęto niewiarygodny ciężar. Również teraz Jace szykował się na krótką wymianę zdań w przyjaznej atmosferze, zanim nie odnotuje braku zmian w stanie Aleca i nie pogna do bram, wiedziony ciekawością powodów, dla których ktoś przybył do Instytutu i czy ma to jakiś związek z nieobecnością większości Nefilim. Z marszu zapukał do drzwi, nacisnął klamkę i wszedł, a tylko ułamki sekund zajęło mu zrozumienie, dlaczego czekanie na odpowiedź z wnętrza pokoju jest takim dobrze widzianym zwyczajem.
- Na Anioła! – zawołał tylko, po czym błyskawicznie odwrócił się i zablokował sobą przejście. – Wybacz, Alec, ale ponieważ twoje libido na pewno zaserwowało już sobie piętnaście strzałów w tył głowy i na jakiś czas możesz się z nim pożegnać, przyjmij, proszę, wyrazy mojej najszczerszej radości z okazji twojego powrotu do pełnej formy – dodał ze śmiechem.
Jeśli wspomnieć ostrożność, systematyczność i skrytość Aleca, to przyłapanie go z Magnusem w sytuacji niedwuznacznej w rejonach ogólnołóżkowych długo Jace uważał za mniej prawdopodobne niż lądowanie człowieka na Saturnie. Do teraz. Z pewną ulgą przyjmował fakt, że dzwon nie rozległ się kwadrans później, bo widok przybranego brata bez koszulki całującego z pasją całkowicie jeszcze ubranego czarownika dawał wystarczające wyobrażenie o kierunku, w jakim zmierzał ciąg dalszy, a którego wizualizacji jego psychika mogłaby jednak nie podźwignąć. Oczywiście miał świadomość, że istniało coś takiego jak wspólne życie erotyczne Aleca i Magnusa, ale mimo wszystko preferował wiedzę niepołączoną w tym przypadku z materiałem ilustracyjnym. Krzywy uśmiech sam przylgnął do jego twarzy, jakkolwiek w poczuciu pewnego obowiązku ochrony i tak już poważnie naruszonej prywatności parabatai, z determinacją godną medalu trzymał Isabelle na długość wyciągniętej ręki, udaremniając jej zaglądanie mu przez ramię do środka. Jeden zgorszony kot i jeden Nocny Łowca uzbrojony w oręż do siania niezręcznych, zawstydzających żartów przez najbliższe pół roku Jace uznał za dostateczne pokłosie wparowania do pokoju bez układnego poczekania na odpowiedź.
- Cieszy nas twoje ozdrowienie, naprawdę – rzucił przez ramię, z rozbawieniem obserwując kątem oka, jak Alec z twarzą przypominającą kolorem szminkę Izzy sięga po koszulkę i stara się ją założyć, choć za pewne utrudnienie można by poczytywać objęcia czarownika i jego z trudem tłumiony śmiech. – Z racji tego, że stopień zaangażowania w odbudowywanie zażyłości z Magnusem ograniczył twoją podzielność uwagi, pozwól, że nadrobimy te zaległości. Ktoś dzwoni do bramy, a ty jesteś tutaj jedynym pełnoletnim Lightwoodem. Wszyscy dorośli Nocni Łowcy albo pojechali na naradę do Alicante, albo leżą w Infirmerii i nie zapowiada się, żeby mieli samodzielnie podrapać się w nos, a co dopiero otworzyć, tak więc czynienie honorów pana domu spada na ciebie.
…
Alec miał od tej pory do końca życia po pięć razy upewniać się, czy zaryglował wszystkie drzwi i okna, zanim da się uwieść spojrzeniu Magnusa i osoba czarownika pochłonie go tak bardzo, że przeoczyłby nawet wybuch bomby jądrowej dwie przecznice dalej. Przypuszczał, że nigdy jeszcze nie był tak zażenowany i uroczyście ślubował samemu sobie dołożyć wszelkich starań, by zredukować ilość następnych tego typu traum do zera.
Teraz tymczasem pocierał nerwowo rękaw krzykliwie turkusowego swetra Magnusa i peszył go nawet fakt, że musiał się ubrać w jego rzeczy, ponieważ do dyspozycji miał tylko własne bokserki i koszulkę, a resztę garderoby zostawiono w zdemolowanym przez Sinclaira pokoju. W drodze na dół potykał się, choć wzrok wbijał w swoje stopy, więc teoretycznie powinien mieć całkowitą kontrolę nad gruntem. Uszczypliwym uwagom Jace'a zawdzięczał pomyłkę w procedurze otwierania wejściowych drzwi Instytutu i kiedy myślał już, że gorzej nie będzie, niemalże spadł ze schodów prowadzących na żwirową ścieżkę, a ocalił go tylko niezawodny refleks siostry. Gdyby ktoś dał mu wybór, Alec życzyłby sobie do odwołania zapaść się pod ziemię.
Natłok silnych przeżyć odzywał mu się w potylicy tępym bólem, wyraźnie sygnalizując koherencję między intensywnymi bodźcami z zewnątrz i szumem wypełniającym po brzegi czaszkę. Alec wiedział oczywiście, że nie w ten sposób powinno się spędzać pierwszą godzinę po wybudzeniu z dwudniowej śpiączki i tygodniu poprzedzających ją ekscesów z pogranicza życia i śmierci. Obecny przebieg rekonwalescencji mógł zdradzać jakiegoś rodzaju masochistyczne skłonności, o posiadanie których Nocny Łowca nigdy się nie podejrzewał, miał jednak ogromną nadzieję, że u bram nie spotka wysłanników Sebastiana korzystających z okazji do przejęcia Instytutu pod nieobecność większości Nefilim. Głowa chyba pękłaby mu na pół od nadmiaru zmartwień, doznań i trosk, jeszcze zanim ktokolwiek by go zaatakował.
Zadrżał częściowo z powodu zimnego, wieczornego wiatru, a częściowo z obaw o nieoczekiwaną inwazję Mrocznych Nocnych Łowców. W takim przypadku koszmarna turkusowość swetra i żałośnie podwinięte nogawki siwych, stanowczo zbyt wąskich spodni Magnusa byłyby najmniejszym problemem. Na skinienie jego ręki furta posłusznie się uchyliła, wpuszczając na dziedziniec przed Instytutem Simona, Cherry i wspartego na jej ramieniu Raphaela. Choć na widok znajomych wampirów powinien się rozluźnić, paradoksalnie spiął się znacznie bardziej – nie tylko przez wzgląd na zaprezentowanie się gościom na modłę znacznie odbiegającą od modowych standardów Clave. Wyczuwał w Dzieciach Nocy coś tak niewyobrażalnie złowróżbnego, że musiał na chwilę przymknąć oczy i wziąć kilka uspokajających oddechów, zanim mógł przemówić:
- Um… – zaczął niezręcznie, z trudem ignorując gardło piekące tak, jakby ktoś wciąż przystawiał do niego nóż. – Nie ma… dorosłych Nocnych Łowców, więc… jeśli chcielibyście coś im…
- Oczywiście, że ich nie ma – przerwał mu oschle Raphael. – Mam zwiadowców, bo lubię dużo wiedzieć. Przyszliśmy właśnie dlatego teraz, że Instytut opustoszał i zostali w nim tylko ci, z którymi chcemy porozmawiać.
Raphael Santiago zgrzytał, zamiast mówić, a jego ogólna kondycja nadal pozostawiała wiele do życzenia. Alec po niepewnych, niezgrabnych ruchach poznał, że wampir cierpi z powodu nienastawionych, źle zrośniętych kości – na jednej z nóg właściwie nie mógł ustać, a pozycję pionową utrzymywał wyłącznie dzięki wydatnej pomocy córki. Zaniepokoiło go to rażące zaniedbanie, bo Raphael nie sprawiał nigdy wrażenia lekkoducha, który zlekceważyłby wagę prawidłowej regeneracji, a poza nieprzyjemnymi perspektywami ponownego łamania kończyn i składania ich od nowa, Nefilim dostrzegł też brak jednego kła. Kimkolwiek był ten, który mu to zrobił, musiał doskonale wiedzieć, że pomimo nadzwyczajnych zdolności do odnowy istniały pewne ograniczenia i należały do nich między innymi kły, które raz wybite nie odrastały, na zawsze utrudniając Dziecku Nocy pożywianie się. Nie bez przesady mógł określić aktualny stan Raphaela jako opłakany, a choć każdy centymetr kwadratowy jego ciała nosił wyraźne ślady brutalnej walki, wampir ani na moment nie tracił swojego charakterystycznego rezonu. Alec nie miał żadnych wątpliwości, że Raphael Santiago potrafiłby kpić i patrzeć na wszystkich z góry nawet, gdyby stał na dnie Wielkiego Kanionu Kolorado i wykrwawiał się przy tym na śmierć.
- O czym więc… chcecie… rozmawiać?... – zapytał, podświadomie bardziej niż odpowiedzi lękając się odciągania w czasie momentu jej uzyskania.
- Sinclair popełnił samobójstwo – powiedział cicho Simon.
W jego tonie czuć było, że desperacko starał się przekazać tę wiadomość najdelikatniej, jak to możliwe, cała ta subtelność na niewiele się jednak zdała. Alecowi pociemniało w oczach i na kilka upiornych sekund jego błędnik stracił rozeznanie w pionach i poziomach otaczających go płaszczyzn. Gdy ostatnie mroczki uległy rozproszeniu, zwracając mu ostrość widzenia, zorientował się, że kierunek mniej więcej wertykalny zachował wyłącznie dzięki Magnusowi otaczającemu go ramieniem w pasie. Odetchnął ciężko i spróbował stanąć na własnych nogach.
- Co się… z nimi… stało?... – wyjąkał słabo, nie do końca dowierzając stabilności swoich kończyn i wciąż w dużej mierze polegając na sile podtrzymującego go czarownika.
…
Jace pojął fatalne w skutkach niedoinformowanie szybciej niż ktokolwiek z pozostałych. Magnus i Alec nie wiedzieli o tym, co spotkało Featherdarka. W przypadku czarownika żaden z członków Clave nie pokusił się o pobieżne chociażby zreferowanie okoliczności zakończenia bitwy i jej następstw, co do Aleca zaś… Ledwie się przebudził i ból w jego spojrzeniu tylko utwierdził Jace'a w przekonaniu, że tak ponure wieści powinny zaczekać i nie spadać na niego z mocą fortepianu wyrzuconego z dziesiątego piętra tuż po tym, jak szczęśliwie wrócił między żywych.
Teraz jednak było już za późno na odwoływanie się do boskiego taktu i apelowanie do przewrotnego losu o zmiłowanie, dlatego Jace z przygnębieniem i z konieczności podjął się niezbędnych wyjaśnień. Uzupełnianie luk w wiedzy okazało się bolesne tak samo jak mentalny powrót do tamtych wydarzeń i przeżywanie śmierci Featherdarka raz jeszcze, a jedynie dzięki ogromnemu opanowaniu zdołał doprowadzić tę historię do jej nieszczęśliwego końca. Od punktu odejścia z Hotelu, opowieść przejął Raphael:
- Resztę nocy spędziliśmy na przenoszeniu zwłok naszych braci do jednej z dolnych sal. Należyty pogrzeb mogliśmy wyprawić dopiero kolejnej nocy, bo większość z nas odniosła zbyt rozległe rany i nie podołalibyśmy temu zadaniu bezpośrednio po walce. Ja sam ledwie przetrwałem, a wiele młodszych wampirów nadal jeszcze nie ma sił, żeby się podnieść. Sinclair pomógł mi się dostać do mojej krypy i przeprosił mnie, wychodząc. Nie rozumiałem, co miał na myśli, dopóki o zmierzchu nie obudziła mnie zapłakana Anabelle. Powiedziała, że o świcie Sinclair zabrał ciało Featherdarka i wyszedł na zewnątrz. – Potrząsnął ponuro głową. – Dopiero wtedy dotarło do mnie, że przeprosił, bo zdecydował się opuścić mnie i spłonąć żywcem, żeby dołączyć do Featherdarka. Przeprosił, ale nie oczekiwał wybaczenia za to, że wybrał śmierć i zostawił nas w czarnej godzinie nadciągającej wojny. Po prostu pożegnał się i nikt już nie mógł go zatrzymać. Nie dało się temu zapobiec. Przykro mi.
- To… naturalne… – Głos Aleca jednocześnie drżał i tchnął siłą wyrażającą się z tą nadzwyczajną stanowczością, którą Jace dobrze kojarzył i którą słyszał za każdym razem, gdy jego parabatai przezwyciężał smutek, żeby powiedzieć coś pokrzepiającego na przekór wszechogarniającej rozpaczy. – Oni obaj… nie mieli nigdy… ojca… lepszego niż ty…
- Choć biorąc pod uwagę to, że biologiczni rodzice nastawali na ich życie, wypędzili ich i upozorowali ich śmierć, a wampirza matka od początku traktowała obu jak swój prywatny plac zabaw, nie da się ukryć, że nie miałeś zbyt dużej konkurencji – dodał czarownik i Jace zareagował na tę uwagę uśmiechem, który pojawił mu się znienacka na twarzy zupełnie wbrew powadze sytuacji.
Zobaczył teraz bardzo wyraźnie, że Magnusa i Raphaela łączyło coś w rodzaju nie pozwalającego się ująć słowami porozumienia, które regulowało poziom nieprzystojnych docinków i wyznaczało ramy zgryźliwych komentarzy w okolicznościach na pierwszy rzut oka zupełnie na to nieodpowiednich. Wampir odpowiedział jedynie lekko uniesionymi kącikami ust, ale Jace wyczuwał w tym geście wyraz docenienia udanej próby rozluźnienia atmosfery. Kulejąc Raphael podszedł do Aleca, a wszyscy zgromadzeni dopiero teraz dostrzegli wysokie, kamienne naczynie w jego dłoniach.
- Faerie są znacznie lepsze w rękodzielnictwie, ale wprowadzenie stanu wojny z Jasnym Dworem nieco skomplikowało kwestię zamówień u ich rzemieślników. Na szczęście posiłkowaliśmy się niespodziewanie dobrą komitywą z likantropami i Bat skontaktował nas z utalentowaną, dyskretną wilkołaczką. To ona wykonała urnę i umieściła na niej imiona. Poleciliśmy wykuć zarówno te, które otrzymali przy narodzinach, jak i te, które nadała im Camille.
- Przesypaliśmy tutaj ich popioły – uzupełnił Simon i w jednej chwili brzmiał znów jak prawowity władca wampirów, który przybył do Instytutu z oficjalną delegaturą swojego gatunku. – Featherdark i Sinclair byli jednymi z nas tak samo, jak jednymi z was. Wiemy, że prochy Nocnych Łowców wedle tradycji składa się w Mieście Kości, choć wiemy również, że Clave nie darzyło ich szczególną sympatią i wolałoby chyba pokłonić się w pas Lucyferowi niż zezwolić na złożenie doczesnych szczątków przodka Lightwoodów i ostatniego Waylanda obok szlachetnych prochów wszystkich wzorowych nefilimskich ascendentów. To dlatego swoją prośbę przedkładamy Alexandrowi Gideonowi Lightwoodowi, w świetle Prawa jedynej obecnie jednostce decyzyjnej w nowojorskim Instytucie. – Skłonił przed Alekiem głowę tak, że jeszcze bardziej przypominał ambasadora przedstawiającego najwyższej wagi sprawę w trakcie formalnego spotkania z dygnitarzem innej istotnej organizacji. Gdyby Jace był osobą trzecią, z pewnością byłby święcie przekonany, że ci dwaj w ogóle się nie znają, a już na pewno nie na tyle, żeby jeden z niejakimi sukcesami podrywał siostrę drugiego przy jego nieznacznej, ale czujnej akceptacji. – Czy istnieje sposób na to, by Featherdark i Sinclair spoczęli w miejscu należnym im z racji urodzenia bez popadnięcia przy tym w otwarty konflikt z Clave?
- Tak… – zadeklarował bez namysłu Alec, a rozeznając się już w stałości i słowności brata, Jace oczami wyobraźni zobaczył natychmiast nielegalną wyprawę do Cichego Miasta z przyświecającą im misją przemycenia urny do krypt. – Tak, postaram się… o umieszczenie popiołów… w Mieście Kości… bez wiedzy Clave…
- Znam Cichego Brata, który zabierze je i nie będzie zadawał niepotrzebnych pytań – rzekł Magnus, a Jace przyjął to z niejakim zawodem, bo wizja szmuglowania prochów Sinclaira i Featherdarka zaczynała mu się podobać.
Raphael skinął im głową z wdzięcznością i powierzył urnę Alecowi. Nawet nie uwzględniając mizernych sił jego parabatai, który ugiął się nieznacznie pod jej ciężarem, Jace w myślach dodał do siebie rozmiary i wagę siwego granitu użytego jako materiał do wykonania popielnicy, co suma summarum skłoniło go do przejęcia urny. Uznał, że doszło już do formalnego przekazania prochów, a teraz lepiej było uniknąć niezręczności związanych ze zbieraniem pary spopielonych wampirów z trawnika, na jakim niechybnie znaleźliby się za sprawą osłabienia Aleca, który ledwie trzymał się na nogach i bez obciążenia w postaci kamiennego naczynia.
Z bliska Jace mógł przyjrzeć się urnie dokładniej. Wyglądała jak profilowany kielich na niewysokiej nóżce z zatrzaśniętą pokrywą i uchwytami wystylizowanymi na wywinięte anielskie skrzydła. W ramce z przodu wykuto drobnym, misternym krojem pisma, który wypełniono następnie opalizującą, czarną pastą:
Fabian Alexander Lightwood. Marant Featherdark.
Charles Christian Wayland. Ragan Sinclair.
„I w śmierci chłód
Pójdę z miłości
By wspólny był grób
I popiół, i kości."
- Oczywiście nie da się ukryć, że dzwoniliśmy do bram i zwróciliśmy na siebie uwagę wszystkich obecnych w Instytucie Nocnych Łowców i Cichych Braci – powiedział Simon, stając się znów bardziej Simonem, który chodził do szkoły z Clary, niż Simonem, który został przywódcą wampirów. – Oficjalnie zatem przyjmijmy, że powodem naszej wizyty jest poinformowanie Clave o wyborach w obrębie władz klanu. Moim zastępcą mianuję Raphaela Santiago, a do przedstawicielstwa w Radzie oddelegowuję Cherry Alvarado. Proszę o podanie tych ustaleń do wiadomości publicznej – dodał, wymieniając z Isabelle spojrzenie, które chyba jedynie ona mogła w pełni zrozumieć, bo kiwnęła mu głową z zaczepnym uśmiechem.
Audiencja dobiegła końca. Wampiry odwróciły się gotowe odejść i wtopić niezauważenie w mrok nocy, jaka zdążyła tymczasem zapaść nad Nowym Jorkiem, gdy w ciemności rozjaśnianej blaskiem ulicznych latarń dostrzegli Raphaela, który cofnął się w otwartej bramie. Obrzucił Magnusa pełnym wyższości spojrzeniem. Biła z niego wyniosła radość i satysfakcja mające najprawdopodobniej ścisły związek z bardzo określonymi powodami do samozadowolenia.
- Byłbym zapomniał, Bane – syknął tonem sugerującym, że bynajmniej nie zapomniał, ale formułując myśl w ten sposób robił większe wrażenie i bardziej denerwował adresata, a na tym zazwyczaj bardzo mu zależało. – To ja zalałem swoją krwią poderżnięte gardło twojego Nefilim i nie ukrywam, że tylko to ocaliło go od błyskawicznego zgonu. Kiedyś ty zwróciłeś mi rodzinę, dlatego teraz ja zwróciłem ci kogoś, na kim zależy ci równie mocno, jak mnie na mojej matce i braciach. Swój dług wobec ciebie uważam tym samym za spłacony.
Nie kontemplując śmiechu Magnusa i kwitując go jedynie drwiącym spojrzeniem, Raphael z wyszukaną niedbałością machnął im ręką, ruszając za Simonem i Cherry. Wpół kroku zatrzymało go zapamiętałe wołanie czarownika, które w połączeniu z energicznym wymachiwaniem ręką Aleca zaskoczyło wszystkich wystarczająco, by także wampir odwrócił się z wyrafinowaną obojętnością oczekując wyjaśnień. Jace również osłupiał, zwłaszcza, że rozpoznawał już u brata tę szczególną minę, która wskazywała na to, że zaraz dzięki Magnusowi będzie się musiał wyjątkowo wstydzić albo gęsto tłumaczyć. W tym przypadku okazało się, że jedno i drugie, gdy roześmiany czarownik zawołał do Raphaela:
- Zaręczyliśmy się! Przyjął moje oświadczyny! A jeśli będziesz dla mnie miły, to zaproszę cię na nasz ślub!
- Och – odpowiedział tylko zaskoczony wampir, po czym prychnął, wykrzywiając złośliwie wargi. – To szalenie miłe z twojej strony, że mnie ostrzegasz. Postaram się wzbić na wyżyny nieznośności, byleby tylko nie mieć nic wspólnego z twoim weselem – dodał i znikł w ciemności, jakby sam był z niej stworzony.
Twarz Aleca przybierała w międzyczasie coraz głębszy odcień czerwieni i Jace przysiągłby, że na najnowszą paletę barw nawet Clary nie znalazłaby fachowych określeń. Niezbyt przejęta skrajnym zażenowaniem brata pragnącego teraz jedynie stać się niewidzialnym, Isabelle niemal wyrwała mu ramię z obręczy barkowej, gdy przyciągnęła sobie jego dłoń pod oczy.
- Pokazuj! – zakomenderowała, poddając następnie pierścionek zaręczynowy dokładnej wzrokowej inspekcji. – Prawdziwy! – orzekła wreszcie tonem znawcy szacującego najwyraźniej wartość oświadczyn na podstawie znaku probierczego wybitego na złocie, po czym w niczym nieskrępowanej euforii porwała Aleca w ramiona. – Tak się cieszę! Od razu wiedziałam! Na Anioła, od razu wiedziałam, żeby cię zabrać na urodzinowe przyjęcie Prezesa Miau! Od samego początku miałam rację! – szczebiotała entuzjastycznie, kontynuując ściskanie brata tak, że zmiażdżenie mu wnętrzności pozostawało tylko kwestią czasu.
- Gratuluję! – Clary ze śmiechem przytuliła mocno czarownika, a oczy lśniły jej niekłamanym zachwytem.
Dopiero teraz Jace dostrzegł, jak bardzo dziewczyna jest z nim zżyta i jak niewątpliwą czułością bliskiego krewniaka darzy ją Magnus. Na pewno była kimś niezmiernie ważnym dla czarownika obserwującego jej dorastanie i czuwającego nad nią z daleka – może pewnego rodzaju namiastką rodziny, na pewno zaś osobą, którą bardzo chciałoby się widzieć na swoim weselu i z którą chciałoby się dzielić radość najpiękniejszego dnia w swoim życiu. Jace z reguły nie przepadał za podobnie przesłodzonymi scenami, ale teraz z niejakim zdumieniem odkrył, że nie ma nic przeciwko, by ten nastrój utrzymał się jak najdłużej.
- To cudownie, że się pobierzecie! – kontynuowała Clary. – Będziesz w czerni i złocie wyglądał jeszcze bardziej oszałamiająco niż zazwyczaj! Powiedz mi tylko, skąd właściwie wytrzasnąłeś taki śliczny pierścionek? Przecież nie wyściubiłeś nosa z Instytutu ani na sekundę!
W odpowiedzi czarownik uniósł tylko dłoń i wskazał z uśmiechem na maleńki błękitny płomyk jarzący się na koniuszku jego palca. Jace rozpromienił się, zanim zapanował nad swoją zdradziecką mimiką. Oczywiście cieszył się jego związkiem z Alekiem, ale posiadanie za szwagra potężnego czarownika było perspektywą znacznie bardziej ekscytującą. Nieoczekiwanie odnalazł w sobie pokłady ogromnego ciepła i radości na myśl o ich ślubie. Nie miał zielonego pojęcia, jak w ogóle zorganizować tego rodzaju ceremonię, bo Magnus i Alec w kilku istotnych punktach bardzo odbiegali od przyjętych przez Nefilim norm, ale mimo wszystko to było takie… właściwe.
- Magnusie, czy zdajesz sobie sprawę, że… – zaczął.
- …jeśli skrzywdzę twojego brata, rozerwiesz mnie na strzępy, którymi udekorujesz następnie choinkę przed Rockefeller Center? – dokończył z krzywym uśmiechem czarownik.
- Och, nie – odparł wesoło Jace. – Jeśli go skrzywdzisz, pierwsza dopadłaby cię Izzy, a po niej nie ma co zbierać. Ja chciałem się tylko upewnić, czy zdajesz sobie sprawę z tego, że krew Nefilim jest dominująca, w związku z czym to ty przyjmiesz nazwisko Aleca, a nie on twoje?
- O, naprawdę? – Magnus pochylił się do przyszłego małżonka, który zdołał się chyba wyrwać jakimś cudem Isabelle planującej już oprawę muzyczną wesela i aktualnie dosyć desperacko szukał schronienia w ramionach swojego narzeczonego, jako że opcja całkowitego zniknięcia leżała poza jego możliwościami. – Groszku, ładnie mi będzie z twoim nazwiskiem? Myślisz, że pasuje do imienia? I jest odpowiednio chwytliwe, żeby przekonywało klientów o moim profesjonalizmie i genialności?
Alec skomentował to udręczonym burczeniem, którego sens mógł wyłapać jedynie Magnus, ale najwyraźniej nie miał z tym najmniejszych problemów, bo zaśmiał się bezgłośnie i złożył na jego ustach miękki, czuły pocałunek. Isabelle nabierała rozpędu w kształtowaniu wizji dekoracyjnych, a Clary z zapałem proponowała, że wykona własnoręcznie zaproszenia ślubne, byleby czarownik przygotował dla niej listę gości. Jace uznał, że podoba mu się ten radosny chaos, a Alec z twarzą wtuloną ufnie w szyję wybranka do złudzenia przypomina mu Featherdarka tulącego się do Sinclaira. Z lekkim uśmiechem spojrzał na trzymaną przez siebie urnę.
Miłość, życie i śmierć, pomyślał. Miłość, życie i śmierć, a przede wszystkim mnóstwo nadziei na szczęście.
…
- A więc nie żyją… – mruknęła z namysłem Catarina, szturchając bezwiednie palemkę w swoim drinku. – Strasznie smutna historia. Czułam, że to wszystko źle się skończy.
- Mnie za to ciężko uwierzyć, że przez tyle lat nic mi o nich nie powiedziałaś – odparł urażony Magnus, podniesioną dłonią zaopatrzoną w pusty pucharek zamawiając u kelnera powtórkę wypitego koktajlu. – Widziałaś, jak Camille zabija i zmienia w wampiry parę zakazanych kochanków-parabatai i nawet słowa o nich nie pisnęłaś.
- Nie nabierzesz mnie na tę udawaną pretensję – odparła z uśmiechem. – Dotrzymywania tajemnic uczyłam się od ciebie. A poza tym spotkaliśmy się chyba, żeby porozmawiać na przyjemniejsze tematy?
- Czyli wiesz już o zaręczynach? – spytał z nieskrywanym rozczarowaniem. – Sądziłem, że uda mi się zaskoczyć cię i w ogóle…
- Nikogo niczym nie zaskoczysz, jeśli powiesz to najpierw Raphaelowi Santiago. Jego sieci szpiegowskie służą też nieprzerwanemu przepływowi plotek, dlatego nie wiem, czy w Świecie Cieni pozostał ktokolwiek powyżej drugiego roku życia, kto nie wie jeszcze, że Wysoki Czarownik Brooklynu zamierza pobrać się z Nocnym Łowcą – zaśmiała się serdecznie na widok jego zawiedzionej miny. – To dosyć rewolucyjne wieści, a takie rozchodzą się najszybciej i docierają nawet do uszu zapracowanych pielęgniarek. Magnusie?
Kiedy spoważniała, czarownik podniósł na nią wzrok wbity do tej pory w opróżnioną szklankę i oderwał się od myśli o odpłaceniu Raphaelowi z nawiązką za brak dyskrecji. Catarina położyła dłoń na jego obandażowanym ręku, w którym z wolna odzyskiwał czucie.
- Magnusie, czy wiesz, że dawno temu Raphael i Ragnor założyli się, jak długo potrwa twój związek z Nefilim? Raphael dawał ci dwa dni, twierdząc przy tym, że to jego najbardziej optymistyczna prognoza.
- O, to przemiłe z ich strony. I takie bardzo w ich stylu. Czy Ragnor obstawiał termin wykraczający poza dwadzieścia cztery godziny?
Catarina uśmiechnęła się.
- Ragnor odpowiedział wtedy, że nie jest w stanie przewidzieć dokładnej daty, ale że jego zdaniem poślubisz tego Nocnego Łowcę. A ja od samego początku mu wierzyłam. Mówił mi, że szczęście przybiera różne formy i dlatego tak ciężko je znaleźć, ale tobie mimo wszystko się udało. Tylko potrzebujesz czasu, żeby to w pełni zrozumieć.
Magnus objął przyjaciółkę zdrowym ramieniem, a w myślach przyobiecał Ragnorowi zemstę za wzruszanie go z zaświatów i za to, że nie doczekał chwili, w której wygrałby ten swój głupi zakład. Zielony dupek… Na pewno skrytykowałby wystrój sali, muzykę, poczęstunek, pogodę i scenerię, ale Magnus i tak chciałby móc go zaprosić na swoje wesele i znosić jego potworne marudzenie przez całą noc.
Catarina otarła mu policzki serwetką i poklepała po ramieniu z nową werwą.
- Pamiętasz? Kiedyś zmusiłeś mnie do telefonicznego odwoływania cię z randki z Alekiem, co ostatecznie skończyło się interwencją w klubie, gdzie grasowała niedoświadczona, młoda wilkołaczka. A ja zgodziłam się wyłącznie pod warunkiem, że jeśli mimo wszystko ci się uda, zostanę druhną. Teraz więc lepiej dla ciebie, żebyś zaprosił mnie tu na drinka z pytaniem o to właśnie, bo zaczęłam już wybierać sukienkę w odcieniach złota i nie zamierzam się w niej pojawić na twoim ślubie w żadnej innej roli.
KONIEC
...
...
...
Intoxic - Mnie właśnie Simon bardzo pasowałby na nowego przywódcę nowojorskiego klanu w zamian za Maureen i konsekwentnie dążyłam do przedstawienia go w tej roli jak najlepiej ;) Mam nadzieję, że choć trochę się to udało i nie strach zostawić wampiry w jego rękach ;)
Kokosz - Wybacz uśmiercenie bohaterów, których polubiłaś! Nie było moim zamiarem na pewno przywieść Cię na skraj zawału, a jeśli tak się stało, to przyjmij moje największe przeprosiny! Mam nadzieję, że wybaczysz - tak chociaż troszkę?...
I niniejszym witam wszystkich na końcu tego tekstu :) Szczęśliwie udało się dobić do ostatniego (przez przypadek koszmarnie długiego X3) rozdziału - epilogów i sequeli nie przewiduję ;) Dziękuję za czytanie, komentowanie i wspieranie mnie przez cały okres półtorej roku, gdy fanfik ten powstawał ze zmiennym tempem prac! :)
A kto dotarł aż tutaj, niechaj zostawi najdrobniejszy ot choćby odcisk łapki w komentarzu ;) Gdzieś tam daleko na świecie ucieszy się Demon, a dobre uczynki zawsze warto zbierać, bo się liczą w ogólnej punktacji, co by pójść do Nieba ;)
