ZIMA/WIOSNA 1928
NOWY JORK
Pete był niewysokim wampirem o delikatnych rysach i
drobnokościstej budowie. Miał w sobie coś zniewieściałego, jakby
całe życie spędził wśród kobiet, przejmując ich sposób
poruszania się i niektóre gesty. Edward na początku obawiał się,
że ma do czynienia z homoseksualistą, ale jego teoria nie znalazła
potwierdzenia w rzeczywistości. Kiedy kłębowisko myśli Pete'a
zaczęło układać się w logiczną całość, Masen, ku swemu
zażenowaniu, dostrzegł wśród nich wspomnienia roznegliżowanej
kobiety w nieprzystojnej pozie, z wyzywającym uśmiechem
odsłaniającą swe wdzięki.
Gość siedział w miękkim fotelu
i obserwował gospodarza spod zmrużonych powiek.
- Nie boli pana
głowa? - zapytał uprzejmie.
Jego towarzysz otworzył oczy,
obdarzył go cwanym uśmiechem i odparł:
- O ile pamiętam,
wczoraj nazwałeś mnie publicznie przyjacielem. Mów mi Pete. I nie
– nie boli mnie głowa.
Edward skinął, akceptując odpowiedź
taką, jaką była. Interesowało go, czy wampira omijały poranne
nieprzyjemności związane ze spożyciem alkoholu, ale z drugiej
strony jeszcze wczoraj nie wiedział, że można się upić. Usiłował
wychwycić to z głowy swojego towarzysza, ale jego talent wciąż
był nie dość rozwinięty. Słyszał więc tylko te najsilniejsze,
najmniej kontrolowane myśli.
- Edward Masen – przedstawił
się. Stał sztywno niczym dziecko wywołane w klasie do odpowiedzi.
- Nie sądziłem, że zaniki pamięci nie dotyczą wampirów. W ogóle
nie wiedziałem...
- Jesteś pełen niewiedzy, Ed – przerwał
mu Pete, spoglądając ze zniecierpliwieniem w bok i wzruszając
ramionami. Miał ordynarny akcent, stanowiący wypadkową
brytyjskiego, udawanego amerykańskiego i czegoś jeszcze, ale tego
Edward nie umiał określić. Nigdy nie uważał się za eksperta w
tej dziedzinie.
- Rozumiem, że wampirem jesteś od niedawna. -
Pete pochylił się nieco do przodu i przyjrzał ciekawie
gospodarzowi. - Interesujące. Nie jesteś nowonarodzony, ale kolor
oczu masz niezwykły.
- Carlisle powiedział, że to od krwi
zwierząt.
Imię zostało zignorowane, za co Edward był
wdzięczny. Poruszył się tylko niespokojnie pod świdrującym
spojrzeniem, podobnym temu, jakim naukowiec obdarza białą mysz w
agonii.
- Zwierząt? To jakaś specjalna dieta?
- Nie... nie
zabijaliśmy ludzi.
Edward usiadł w końcu na kanapie i wbił
wzrok w ścianę naprzeciwko, tuż nad głową Pete'a. Deprymowało
go nieco niedowierzanie w głosie gościa.
- Tak się da? -
Usłyszał w końcu pytanie. Skinął głową, a potem odpowiedział:
- To dosyć uciążliwe.
- Domyślam się. - Wampir rozluźnił
ramiona i oparł się wygodnie w fotelu. - Nie zamierzam tego
sprawdzać na sobie.
Zapadła cisza. Edward miał wielką ochotę
zapytać wampira o poprzedni wieczór, ale uznał, że z pewnością
jeszcze nadarzy się ku temu okazja. Jeśli zaś nie – trudno.
Powodowała nim czysta ciekawość, a nie chęć, jak to ujął jego
gość, „sprawdzenia tego na sobie".
Ze strony Pete'a
dobiegały go niejasne strzępki myśli. Skupił się na nich. Wampir
siedział z zamkniętymi oczyma i osoba postronna mogłaby dojść do
wniosku, że śpi. Nic z tych rzeczy. Wspominał... To ciekawe!
Wielka butla, rurki... Destylacja alkoholu? Więc to stąd go miał.
A potem ta sama kobieta, krztusząca się po wypiciu pierwszego
kieliszka. Uśmiechnęła się potem tym uśmiechem, który napawał
Edwarda obrzydzeniem, i rzekła: „Mocne!". Potem zaproponowała
trunek wampirowi, ale odmówił. Hmm... „Będę pił z twych ust,
słodka".
- Co robisz, Ed?
Edward ocknął się z
zamyślenia i natrafił na skupiony wzrok siedzącego przed nim
krwiopijcy.
- Proszę?
- Nad czym się tak zastanawiasz?
Edward stwierdził, że udawanie nie ma sensu i lepiej zaspokoić
ciekawość.
- Usiłuję zgadnąć, jak się wczoraj upiłeś.
Pete zaśmiał się. Dłonią przysłonił oczy tak perfekcyjnie
po ludzku, że gdyby nie woń i bladość skóry, nawet Masen dałby
się oszukać.
- To dosyć proste!
ASHLAND, WISCONSIN
Carlisle przeszedł nad stratą do porządku dziennego.
Tęsknotę dość łatwo przytłumił rozsądek i naturalna potrzeba
przebywania wśród ludzi.
Codziennie chodził do szpitala z
teczką w ręku. Nosił szary prochowiec, czasem zakładał do niego
kapelusz, gdy padało. Starał się nie wyróżniać. Jeśli
zapowiadał się słoneczny dzień, szybciej wybierał się do pracy
i później kończył. Ordynatorowi wyjaśnił, że słońce bardzo
szybko oparzyłoby mu skórę. Wspomniał o genetycznym aspekcie tej
przypadłości
i wykorzystując całą swoją wiedzę, objaśnił
mu niektóre aspekty schorzenia, bez wdawania się w szczegóły.
Początkowo w oczach przełożonego zabłysło zainteresowanie
nieznaną mu dotąd dolegliwością, jednak Carlisle ostudził jego
zapędy badawcze. Spokojnie wytłumaczył, że dolegliwość ta jest
nieuleczalna, lecz na szczęście niezakaźna i nie można jej
dziedziczyć, zaś jego przyjaciel (wymyślony) prowadził już
badania. Z pewnością jednak Carlisle poinformuje go, jeśli nastąpi
jakiś przełom w tej dziedzinie. Aczkolwiek zapewne o sprawie zrobi
się na tyle głośno, że nie będzie musiał. Póki co należy to
traktować jako nieco silniejsze uczulenie. Ordynator zaakceptował
to wyjaśnienie, wyraził jedynie współczucie, że jeden z jego
najlepszych lekarzy musi się tak męczyć. Cullen zaśmiał się na
to serdecznie, co wyszło mu w miarę naturalnie, i zapewnił, że
jest już przyzwyczajony.
Kazał zainstalować u siebie telefon.
Na wszelki wypadek, gdyby poranne słońce nie pozwalało mu opuścić
domu. Ordynator zauważył, że zdarzało się to najczęściej
latem, co jednak było dla niego zrozumiałe.
Carlisle nie lubił
takich dni, a zbliżał się okres letni. Myślami błądził wtedy
po dobrze sobie znanych korytarzach szpitalnych. Z czasem przełożony
zgodzi się, by Cullen brał w lecie więcej dyżurów nocnych. Na
razie nie chciał o tym słyszeć.
- Doktorze Cullen – zwrócił
się do niego oficjalnym tonem. - Absolutnie nie mogę się na to
zgodzić. Musiałby pan przejść chyba na nocny tryb życia, a nie
muszę chyba panu mówić, jak bardzo jest to niezdrowe. - Mrugnął
do Carlisle'a porozumiewawczo, by nieco rozładować napięcie. -
Chyba nie jest pan wampirem, co?
Carlisle wybuchnął śmiechem.
Ponownie udało mu się to zrobić w naturalny sposób, kryjąc
obawę, czy świat zmienił się na tyle, by ludzie całkowicie
porzucili myśl o polowaniach na czarownice, paleniu wampirów i
przywróceniu do życia Świętej Inkwizycji. Miał nadzieję, że
era rozumu oraz inny kontynent skutecznie chroniły jego tajemnicę,
ale nigdy niczego nie należy być zbyt pewnym.
- Wampirem? A to
dobre! - wykrzyknął i kręcąc głową wyszedł wtedy z gabinetu
przełożonego.
Za jakiś czas znów poruszy tę kwestię.
Zarówno ordynator jak i koledzy po fachu dostrzegali już, że
Carlisle Cullen najlepiej czuje się pomagając ludziom. To powinno
przekonać każdego do jego racji. A przy okazji Carlisle nie będzie
miał poczucia zmarnowanego dnia, jeśli słońce znów powstrzyma go
przed wyjściem do pracy. Nawet jeśli Esme potrafiła mu to wszystko
później wynagrodzić.
NOWY JORK
Oczywiście Pete nie wyjaśnił niczego wprost. Kazał mu
zgadywać. Edward nie zdradził się przed nim ze swoim talentem, co
dawało mu lekką przewagę. Kiedy jego nowy znajomy zabawiał się,
zmuszając go do odkrycia zagadki samodzielnie, w myślach uparcie
krążył wokół rozwiązania. Było to nieco zawstydzające dla
Edwarda, ale w końcu wychwycił odpowiednie wspomnienie.
Rzeczywiście, to było banalne.
- Jak bardzo musi być pijany
człowiek? - zapytał siedzącego przed nim wampira. Pete uśmiechał
się i zacierał ręce jak człowiek przeczuwający, że zaraz
dobierze się do żyły złota.
- Do nieprzytomności. Jeśli się
tylko zatacza, to ci najwyżej zaszumi w głowie, bez obaw. Jak po
mocnym drinku. Musisz dopilnować, by pił nawet wtedy, gdy nie ma
już na to siły ani ochoty. Trzeba czasem ich do tego zmusić.
Edward spojrzał na swego towarzysza z przerażeniem w oczach.
-
Cóż za okrutna praktyka! - zawołał.
- Nazwałbym ją raczej
„wyrafinowaną". Najlepiej idzie z płcią przeciwną. Preferuję
do tego dziwki...
Edward przymknął oczy.
- Och, ty
świętoszku! - Zaśmiał się Pete. - No dobrze, niech będzie.
Panie lekkich obyczajów. Płacisz im, są więc przekonane, że to
jedna z twych dziwnych preferencji. Klient płaci, to wymaga.
Rozumiesz. Za drzwiami stoi sutener, więc czują się bezpieczne.
Naiwne! Ale to bardzo dobrze, że on tam stoi. Po alkoholu chce się
jeść...
Masen zerwał się z miejsca i stanął w bezruchu nad
Petem. Zaciskał pięści i drżał na całym ciele z oburzenia.
-
Ty to lubisz!
- Aniołku, oczywiście, że tak! Inaczej bym tego
nie robił. Jestem wampirem, nie świętym,
- Wynoś się,
potworze!
- Już sobie idę... odmieńcu – Pete przestał się
uśmiechać, a na jego twarzy malowała się pogarda. Kiedy odezwał
się ponownie, Edward nie mógł opędzić się od myśli o rekinie
zbliżającym się do ofiary. - To, że ci zniknę z oczu, niczego
nie zmieni. Mam jednak nadzieję, że twoje świętoszkowate,
delikatne serduszko poczuje się lepiej. Nie myśl o tym zbyt często,
mnichu.
Wyszedł, starannie zamykając za sobą drzwi. Zrobiło
się tak cicho, że Edward mógł słyszeć bzyczenie rozbudzonej
pierwszym ciepłem muchy. Nie mógł uwierzyć, że wpuścił do
swojego domu takie monstrum. Sadystę i zboczeńca. Czy on z tymi
kobietami...? Wcześniej...? Czy...?
Nie, nie będzie o tym
myślał. Nie warto.
Kilka dni później, kiedy ukrywał w
stercie śmieci truchło kolejnego psa, doszedł do wniosku, że
zachowywał się jak nieopierzony młokos. Uciekł, by zabijać ludzi
i nie mógł tego zrobić. Za to z upodobaniem gardził tym, który
żywił się w normalny sposób i czerpał z tego radość. Był
zatem godnym pożałowania psem ogrodnika. Prezentował postawę
podobną młodej mężatce w noc poślubną. I chciałaby, i boi się.
Czego?!
Doszedł do wniosku, że porównanie z oblubienicą
jest trafione. Swoją wstrzemięźliwość przed zabijaniem obnosił
niczym cnotę i teraz bał się ją utracić. Nie wiedział, co nim
kierowało, kiedy ruszył pogrążonymi w mroku ulicami Nowego Jorku,
ignorując wołanie ludzkiej krwi nielicznych nocnych marków, którzy
jeszcze nie dotarli do domów.
Lakierowanymi butami wystukiwał
marszowy rytm, z upodobaniem wsłuchując się w odgłos, jaki
wydawały obcasy uderzające w brukową kostkę. Pogwizdując melodię
ze „Śpiewaka jazzbandu", skręcił w jedną z wąskich uliczek i
zamiast ruszyć do domu, przystanął, by mocno zaciągnąć się
nowojorskim powietrzem. Szukał choćby śladu charakterystycznej
woni, ale nie odnalazł jej.
Ruszył w kierunku ulicy, na której
po raz pierwszy spotkał Pete'a.
ASHLAND, WISCONSIN
Esme kupiła gramofon. Kazała go zapakować i przywieźć do
domu. Uznała, że nie ryzykuje wiele. Pracownicy sklepu zapewne
nigdy więcej tutaj się nie zjawią. Przecież nie mogła iść z
ciężkim gramofonem przez miasto. Uniosłaby go, ale nie chciała
się ujawniać.
Ustawiła urządzenie na środku pokoju dla gości
i przez jakiś czas delektowała się jego widokiem. Dopiero po
jakiejś godzinie nastawiła płytę. Wybrała Bacha, omijając
wzrokiem winyle z muzyką jazzową. Już dawno miała je wyrzucić –
w małej rodzinie Cullenów nikt ich nie słuchał.
Była sama w
domu. Znowu. Carlisle spędzał noc w pracy, jej pozostało czekanie.
Czasami żałowała, że jednak nie jest zwykłą, śmiertelną
kobietą. W nocy by spała. Jako wampirzyca mogła całą noc stać w
oknie lub pogrążona w lekturze, leżeć na sofie. Na szczęście
mieli dom, więc muzyka nie przeszkadzała sąsiadom. Ostatnim razem
mieszkali w kamienicy, za ścianą mając wiecznie kłócącą się
parę, a w pobliżu nocny klub. Gdyby nie jej natura z pewnością
zajrzałaby tam któregoś wieczoru. Zawsze była ciekawa, co
oferowało takie miejsce. Nie sprawdziła tego za życia, a teraz...
wciąż bała się wejść między tłum ludzi. Wolała nie
ryzykować.
Na razie nie podjęła jeszcze pracy, choć od
jakiegoś tygodnia kusiła ją możliwość zatrudnienia w
charakterze telefonistki. Carlisle prychnął z rozbawieniem, gdy o
tym usłyszał, ale właśnie tego się spodziewała. Samej chciało
jej się śmiać na myśl o centrali telefonicznej. Czy po to
studiowała? Taka praca dawała jej jednak możliwość zajęcia się
czymś więcej, niż tylko prowadzeniem domu i nudą. Nie musiała
przecież gotować. W centrali zaś miałaby kontakt z ograniczoną
liczbą ludzi. Żadnych tłumów, ryzyko znikome. Powoli, powoli
przyzwyczajałaby się do otoczenia. Zresztą to mogłoby być
zabawne. Zresztą czy naprawdę chciałaby całą wieczność
pracować w zawodzie?
Pokręciła głową i wzięła ze stolika
„Drakulę". Było wiele rzeczy, które Esme robiła dla zabawy.
Czytanie o wampirach było jedną z nich.
NOWY JORK
Znalazł go tam, gdzie należało się spodziewać. Przez te
kilka tygodni, w ciągu w których utrzymywali ze sobą kontakt,
dowiedział się o jego upodobaniach wystarczająco dużo.
Trop
prowadził do domu uciech „U Maureen". Stanął przed masywnymi
drzwiami, bardziej pasującymi do zamku lub kościoła, niż burdelu.
Za nimi rozlegała się muzyka i śmiech. Oczywiście ludzie na
ulicy, gdyby takowi się tam znaleźli, niczego by nie usłyszeli.
Ale wampir słyszał.
Jakaś kobieta piszczała z uciechy,
prosząc figlarnie, by jej nie szczypać. Na jednym z pięter czyjś
ciężki oddech świadczył o tym, że któraś z dziewcząt już
intensywnie pracowała. Edwardowi sapanie skojarzyło się z
lokomotywą i ze współczuciem pomyślał o prostytutce
przygniecionej zwalistym ciałem któregoś z klientów.
Bardziej
na prawo rozlegało się ciche chichotanie na zmianę z mruczeniem i
piskliwym „Niegrzeczny chłopiec!".
Praca wre, pomyślał
Edward.
Nie wiedział, co ma zrobić. Czy powinien zadzwonić?
Zastukać? Kołatka na drzwiach prezentowała się okazale, ale jeśli
chwyci ją zbyt mocno, z pewnością odpadnie. Zadzwonił.
Długo
czekał, aż ktoś mu otworzy i już miał zrezygnować, gdy usłyszał
zbliżające się kroki. Drzwi zaprotestowały jękiem, a potem oczom
przybysza ukazała się leciwa dama, ubrana na czerwono.
No, no.
Jeśli tacy tu się teraz pojawiają, to Berta będzie mogła
wyrzucić zdjęcie Rudolfa, pomyślała z uznaniem. Niewypowiedziany
komplement był niczym gong i dlatego Edward go wychwycił. Wyłapał
jeszcze dość niejasną myśl, o tym, że zainteresowanie Berty
nieżyjącymi mężczyznami jest niepokojące.
Kobieta otaksowała
go wzrokiem. Dostrzegła dobrze skrojony garnitur, eleganckie buty
oraz łańcuszek zegarka, wystający spod marynarki. Nie omieszkała
przyjrzeć się jego twarzy. Wszystko to razem zakończyło jej
równanie wynikiem „śliczny, bogaty chłopiec".
- Jestem
Maureen – odezwała się w końcu.
- Dobry wieczór –
przywitał się Edward. Nie przedstawił się jednak. - Szukam mojego
przyjaciela. Ma na imię Pete i zdaje się, że jest dziś tutaj.
-
Ach, tak – odparła rajfurka, nie mrugnąwszy nawet okiem.
Homoseksualista?
- zastanowiła się z niepokojem. W jej przybytku nie było chłopców
trudniących się prostytucją. Maureen miała własny, osobliwy
kodeks. Nierząd dziewcząt zaliczał się do rzeczy niemoralnych,
lecz wybaczalnych. Homoseksualistami się brzydziła. Poza tym
uważała, że Bóg by jej nie wybaczył, gdyby kazała młodzieńcom
wbrew naturze zarabiać własnym ciałem.
- Chciałbym z nim
porozmawiać. Jest... Jest pani klientem.
Maureen nie chciała
wpuszczać przybysza, ale choć uważała, że to śmieszne, bała
się go. Obawiała się tego, co mógłby zrobić, gdyby mu odmówiła.
Myśl, że zniknąłby ten niewielki dystans między nią a chłopcem,
napawała ją przerażeniem. Nie umiała sprecyzować, co ją tak
naprawdę przerażało. Młodzieniec był nad wyraz urodziwy, w
dodatku grzeczny. Przez plecy przebiegł jej dreszcz.
Nie
bądź głupia!
- nakazała sobie i odsunęła się, by wpuścić Edwarda Masena do
środka.
- A więc ten Pete...? - Nie dokończyła. Uniosła brwi
w oczekiwaniu na wyjaśnienia.
- Muszę z nim niezwłocznie
porozmawiać. Jestem pewien, że gdzieś tutaj jest.
Skłonił
się. Oczywiście wiedział aż za dobrze, w którym miejscu
znajdował się jego znajomy, ale wolał zachować pozory.
-
Berta! - krzyknęła rajfurka. Przywołała w ten sposób młodą
dziewczynę, o pełnych kształtach i ładnej buzi. Jej ciało
obleczone było w prześwitujący szlafroczek, na co Edward odwrócił
wzrok. Maureen zinterpretowała to na swój sposób.
Jednak
homoseksualista. Szkoda.
Berta zaś nie mogła oderwać wzroku od gościa i jej szefowa
musiała ją klepnąć w ramię, by zwrócić na siebie uwagę.
-
Do ciebie mówię, głupia dziewucho! Powiedz mi, czy pan Petr jest
wciąż w salonie czy już prywatnie?
- W salonie – bąknęła
Berta.
- Ten dżentelmen – wskazała na przybysza - ma do niego
sprawę. – Zawahała się, po czym pomyślała, że może jednak
spróbuje. Nie, nie będzie wywabiała Petra z salonu. - Zaprowadź
pana. - Machnęła ręką i uśmiechnęła się do niego zawodowo,
mając nadzieję, że może jednak sprawa nie jest przegrana i któraś
z dziewcząt go skusi. Z tą myślą zebrała fałdy czerwonej sukni
i dostojnym krokiem oddaliła się w sobie tylko znanym kierunku.
Edward podążył za rozanieloną Bertą, która właśnie
dochodziła do wniosku, że Valentino wcale nie był taki przystojny.
Przeszklone drzwi otworzyły się i oczom wampira ukazał się
nieduży salon, urządzony, co zdziwiło Edwarda, staroświecko, ale
gustownie wedle dawniejszej mody. Ale cóż on wiedział o takich
przybytkach? Zawsze jawiły mu się jako siedlisko zła i bezguścia.
Kto wie? Może eleganckie saloniki w tego typu miejscach stanowiły
normę?
Pomieszczenie prezentowało się jak pokój gościnny w
normalnym, nieco bogatszym domu dziesięć lat wcześniej. Zamiast
art
déco
Edward ujrzał ostatnie tchnienie secesji. Na dywanie ktoś
nonszalancko porozstawiał fotele obite zielonym pluszem. Ściany
zdobiły malunki kobiet w okazałych kapeluszach. Stół zdobiła
lampa z kolorowym abażurem. Obok niej zaś ustawiono rząd butelek i
kieliszki. Edward z konsternacją zauważył, że są pełne.
Kilka
dziewcząt grało w karty, dwie, najwyraźniej podchmielone, tańczyły
tango do muzyki dochodzącej z rogu pomieszczenia, który zajmował
patefon. Rudowłosa piękność siedziała na kolanach Pete'a i piła,
co jakiś czas chichocząc.
Wampir zwrócił uwagę na przybysza.
- Proszę, proszę. A kogóż to moje oczy widzą?
Edward
usiadł naprzeciwko niego bez słowa. Berta stanęła w pobliżu, nie
wiedząc, co ze sobą zrobić. Dyskretnie wskazała nowoprzybyłego
pracującym dziewczynom. Te pokiwały głowami z uznaniem,
wstrzymując się od okrzyku „Oooch!". Masen wszystko to
zarejestrował kątem oka. Jego talent wyłapywał nawał myśli; te,
które rozumiał, nieszczególnie przypadły mu do gustu. Szum
niewypowiedzianych słów był jednak zbyt głośny, by mógł
wyłapać z niego coś pewnego. Wiedział, że jest oceniany.
Błyskały od czasu do czasu nadzieje niektórych prostytutek, by to
do nich przyszedł, kiedy już skończy rozmawiać. Nie był tego
jednak do końca pewien. Szum tłumił wyraźniejsze myśli. Hałas
robił się nieznośny i Edward chciał jak najszybciej stamtąd
wyjść.
- Petr? - zapytał, kalecząc nieco wymowę.
- Pete
jest łatwiejsze do wymawiania. – Usłyszał w odpowiedzi. - Ale tu
jest kilka emigrantek z mojego pięknego kraju. W tym Maureen. One
umieją to wypowiedzieć należycie.
A potem zaczął głośno
mówić po rosyjsku do siedzącej mu na kolanach prostytutki. Nie
zrozumiała go, ale rozchichotała się jeszcze bardziej. Była już
bardzo pijana.
- Nana – Pete zawołał do jednej z tańczących
dziewcząt. Jasnowłosa główka zwróciła się w jego stronę z
promiennym uśmiechem na ustach. - Mój przyjaciel lubi to, co ja!
Bez słowa podeszła do Edwarda, zabierając po drodze butelkę
ze stołu, i usiadła mu na kolanach.
Masen nie odrywał wzroku
od siedzącego naprzeciwko krwiopijcy, który lekko uniósł pijaną
prostytutkę, jakby wznosił toast. Ta wybuchnęła śmiechem, ale
tego już Edward nie usłyszał. Obserwował wargi towarzysza,
układające się w grymas drapieżcy, a potem, co odczytał z ich
ruchu, mówiące: „Na zdrowie!".
c.d.n.
(* Rudolf Valentino zmarł w 1926 roku, ale po dziś dzień ma rzeszę wiernych fanek.
