WIOSNA 1929

Nowy Jork

- Na Boga, Marianne, co ty tu robisz?

Berta weszła do maleńkiego pokoiku. Nie pukała. Była przekonana, że dziewczyny nie będzie. Tymczasem zastała ją siedzącą przy toaletce, zagapioną w swoje lustrzane odbicie. Podziwiała urodę? Berta zauważyła, że Marianne ma umalowane usta, ale inaczej niż zwykle. Nic przesadzonego. To nie był makijaż dla klientów.

- Przygotowuję się – usłyszała w odpowiedzi.

- Przecież masz dzisiaj wolne.

Blondynka odwróciła się w jej stronę z uśmiechem.

- Do wyjścia. Idę do Petera.

Berta zauważyła, że Marianne nie określiła go mianem „pan". Widocznie można tak poufale mówić o stałym kochanku. Berta uważała, że posiadanie takiego jest zdrowe i bezpieczne – pewny zarobek. Ciekawe, co na to Maureen? Chociaż z drugiej strony, gdyby miała coś przeciwko, na pewno ukróciłaby cały proceder. A jeśli dziewczyna była zakochana? Cóż z tego? Do tej pory nic z tego „zakochania" nie wyszło oprócz regularnych pieniędzy.

Aż do dzisiaj. Marianne nigdy dotąd nie wychodziła do pana Petra, spotykali się wyłącznie u Maureen.

- Do niego? A po co?

- Peter potrzebuje odrobiny prywatności. Jest bardzo skryty. Nie może się... - zawahała się – odprężyć, gdy Maureen podgląda nas przez obraz.

- Uważaj. Bo wykorzysta fakt, że nie jest tutaj, i ci nie zapłaci.

Marianne uniosła brwi.

- A kto powiedział, że będę żądała zapłaty? - Pochyliła się w stronę Berty i wyszeptała: - Posłuchaj. Wiem, że jestem tylko dziwką, ale ja także mam serce. Kocham go. A za miłość się nie płaci. Nie za tę prawdziwą.

- Zamierzasz odejść? - zapytała Berta.

Marianne nie odpowiedziała, tylko wstała z krzesła. Wyminęła wannę ze stygnącą wodą i podeszła do małej szafy, w której trzymała prywatne stroje. Niewiele ich było, ale dziewczynie w zupełności wystarczyły. Wybrała zieloną sukienkę i, zerknąwszy na niewielki zegar na ścianie, zaczęła się pospiesznie ubierać.

- Pomóż mi – powiedziała do Berty i odwróciła się do niej plecami. Po chwili zamek został zapięty.

Pete pamiętał to uczucie niedowierzania, kiedy Edward po raz pierwszy wrócił do domu najedzony do syta. Jego ubranie było czerwone od krwi. Posoka ubrudziła mu także dłonie i szyję. Rosjanin doszedł do wniosku, że albo Masen wyzwolił się z pęt dziwacznej filozofii, albo upolował największego szczura na świecie. Za niepokojącą uznał jego odpowiedź:

- Nie, to nie był szczur. Zabiłem człowieka.

Wtedy zrozumiał, że jego towarzysz potrafi wychwycić z jego głowy myśli i że z jakiegoś powodu nie podzielił się z nim tą informacją. Był wściekły. Dlaczego Edward chciał ukryć przed nim swój dar? Pete nie miał pojęcia, ale czuł się urażony, że ktoś bezkarnie grzebał w jego głowie i do tej pory nic o tym nie wiedział. Nie odezwał się jednak słowem. Skoncentrowany na niedawnych przeżyciach Masen najwyraźniej nie zauważył, że odpowiedział na coś, co nie zostało powiedziane na głos. Być może Pete kiedyś to wykorzysta.

- Brawo – rzekł cicho, przyglądając się jego oczom. Nabrały odcienia głębokiego szkarłatu. - Jak się z tym czujesz? - zapytał z wyraźną troską.

Masen nie musiał odpowiadać. Z jego twarzy można było wyczytać wszystko – dumę, że dał radę, ale i poczucie winy.

Od tamtego czasu wyrzuty sumienia odzywały się w Edwardowym serduszku coraz rzadziej. Czasem miał wątpliwości, czy dobrze robił. Bywały noce, kiedy całymi godzinami zadręczał się, czy prawidłowo zinterpretował zachowanie i myśli ofiary. Zdarzały się chwile, kiedy mówił, że Carlisle na pewno nie byłby z niego dumny.

- Rozumiem, że Carlisle jest kimś z twojej... rodziny? - zapytał któregoś dnia Pete, niby od niechcenia. W rzeczywistości ciekawość nie pozwalała mu się czasem skupić na najprostszych czynnościach. Kim był ten człowiek – czy też wampir – przeciwko któremu Edward tak usilnie starał się zbuntować?

- Carlisle to mój...

Ojciec.

- Stwórca. Uczynił mnie takim, jakim jestem. - Nie wyjaśnił, co dokładnie miał na myśli - kindersztubę* czy gatunek?

- Rozumiem – odparł Pete i więcej o nic nie pytał.

- Czy nie powinieneś iść na polowanie?

Wiosna tego roku zaczęła się wyjątkowo wcześnie i ciepło zachęcało ludzi do pozostawania na zewnątrz do późnych godzin wieczornych. Edward jadł jakiś czas temu. Nie lubił wychodzić na polowanie. Przyzwyczaił się zarówno do picia ludzkiej krwi, jak i późniejszych, niesłabnących wyrzutów sumienia oraz wizji Carlisle'a stojącego nad nim i spoglądającego nań potępieńczym wzrokiem. Polubić jednak polowań nie umiał. Dręczyła go euforia, jaką odczuwał zabijając kolejnego mordercę, złodzieja, a ostatnio - skorumpowanego policjanta, który pozwalał, by pod jego nosem ginęli emigranci i „cały ten ich brudny świat". Jak słodka wydała mu się krew tego człowieka... Potem, oczywiście, znalazł tysiące wytłumaczeń, dlaczego policjant w ogóle to robił. Może miał rodzinę, której nie mógł utrzymać inaczej, jak tylko biorąc łapówki? To takie ludzkie.

Ale o tych myślach Pete, oczywiście, nie wiedział. I nigdy się nie dowie.

- Wytrzymam jeszcze trochę.

Pete wstał i powoli, leniwie podszedł do towarzysza.

- Idź, zapoluj. Masz już czarne oczy.

Usłyszał dodatkowy przekaz, że jego przyjaciel chciałby, by mieszkanie było puste. Ta myśl została tak czysto przedstawiona i nakierowana, że nie sposób było jej przeoczyć. Zupełnie jakby Pete wypowiedział ją na głos.

Edward nie musiał się długo zastanawiać, jak zadać pytanie, nie ujawniając się ze swoim talentem. Zresztą nie wiedział, że było to zbyteczne - Pete dobrze się krył ze swoją wiedzą.

Na szczęście na twarzy niskiego wampira można było wszystko wyczytać jak w otwartej książce. Odczekał stosowną chwilę, po czym nabrał powietrza i zapytał spokojnie:

- Kim ona jest, Pete?

- To aż tak widać?

Skinięcie głową. Jedyne potwierdzenie, na jakie mógł się zdobyć oczekujący odpowiedzi Masen.

- To kobieta, którą kocham.

- Zamierzasz z nią...? Tutaj...?

- A gdzie? - zapytał zaczepnym tonem Pete. - U Maureen? Czy może na ulicy? - Jego wypracowany do perfekcji akcent brytyjskiego rzezimieszka rozbrzmiewał w każdym wypowiadanym słowie. - To jedyne miejsce, gdzie mogę liczyć na jakąkolwiek intymność. Wiem, że nikt nie będzie tu zaglądał. Edwardzie... proszę cię. - Ostatnie słowa zabrzmiały potulnie, wręcz błagalnie.

- Pete, domyślam się, że ta kobieta jest człowiekiem. - Kłamał. Dobrze wiedział, że nie była wampirem, ale zachowywał pozory niewiedzy. - Nigdy nie odmawiałeś sobie ludzkiej krwi. Co, jeśli się zapomnisz? Możesz ją przecież zabić!

- Jeśli uważasz, że nie zdołam powstrzymać własnej natury, to w ogóle mnie nie znasz, Edwardzie Masen – zakomunikował mu Pete. Stał wyprostowany i pozornie spokojny, ale Edward zauważył zaciskające się pięści. Wampir był zdenerwowany.

- Pete, posłuchaj mnie przez chwilę. Jesteś silny. Wiesz przecież, co się dzieje z ludzkim ciałem, gdy je za mocno złapiesz. Kruszeją kości.

- Nie zrobię krzywdy Marianne – zapewnił go, miękko wypowiadając imię wybranki. - Mężczyzna przecież może się kontrolować w każdej sytuacji. Sam o tym dobrze wiesz.

Zapadła cisza. Grymas na twarzy Edwarda sprawił, że Pete wbił w niego intensywne spojrzenie i obserwował go, jakby chciał z jego postury wyczytać odpowiedź na niezadane pytanie. Pytanie, które wybuchło w jego umyśle zdziwieniem, wręcz niedowierzaniem.

- Wiesz, prawda?

Edward zmarszczył brwi i potarł dłonią czoło. Prawą rękę oparł na biodrze.

- Edwardzie? Nigdy nie zaznałeś kobiety?

Pete gwałtownie usiadł na fotelu. Ten ruch był idealnie ludzki, jak wiele z jego zachowań. Wszystkie powodowały, że Masen łapał się czasem na niedorzecznej myśli, czy przypadkiem Rosjanin tylko nie udaje wampira.

Teraz obie dłonie już opierały się na jego biodrach i z westchnieniem odwrócił się od przyjaciela.

- To chyba nie jest twoja sprawa - powiedział w końcu.

- Odwróć się, nie mam ochoty rozmawiać z twoimi plecami.

Edward uczynił to, acz niechętnie. Spojrzał Pete'owi w oczy i wytrzymał jego spojrzenie, choć w środku wił się ze wstydu. Doszedł jednak do wniosku, że nie miał powodów ku temu. Nie zrobił niczego złego. Jest po prostu ostrożny. Zresztą jakoś nie mógł zainteresować się żadną przedstawicielką płci pięknej. Poza Esme nie znał innych wampirzyc, a ta była dla niego niczym siostra lub matka - nietykalna. I nigdy nie myślał o niej w ten sposób.

Nic to jednak nie pomogło i Masen, co zdarzało mu się rzadko, cieszył się w tej chwili, że jest krwiopijcą i jako taki nie może się zarumienić.

- Jesteś... piękny, Edwardzie. Idealnie czysty. - Głos Pete'a przerwał jego rozmyślania. - Doskonały w każdym calu.

Czy Pete wyrażał się o nim z uznaniem czy też kpił? Tej pewności nie miał. Na twarzy towarzysza widoczny był jednak podziw. Co podziwiał? Czy nie widział nigdy mężczyzny, który nie obcował z kobietami? Być może. Świat Petra jak dotąd nie obejmował ludzi, którzy postępowali inaczej niż on sam.

Edward chwycił za marynarkę i wyszedł w ciepły wiosenny wieczór. Nie zamierzał polować. Mógł jeszcze wytrzymać, nim głód pogna go w stronę kolejnej ofiary, choć palenie w gardle stawało się coraz bardziej nieznośne.

Zapragnął przejść się ciemnymi, cichymi ulicami Nowego Jorku. Cel nie do osiągnięcia. Gdy tylko robiło się cieplej, miasto nigdy nie zasypiało. Bywały jednak zakątki, gdzie nie można było spotkać nikogo. Dobrze. Nie wróci do mieszkania. Jeśli Pete chce je mieć dla siebie, będzie je miał. Oznaczało to jednak noc na mieście.

Nie było jeszcze tak późno i ludzie wciąż spacerowali po chodnikach, kusząc Edwarda zapachem swej krwi. Zacisnął zęby. Nie dzisiaj. Nie dzisiaj. Nie...

Nóż. I poderżnięte gardło. Błaganie o życie. Leżący na ziemi mężczyzna.

Nogi same poniosły Masena w stronę, z której dochodziły wizje. Decyzja podjęła się sama.

Ashland, Wisconsin

Walizki czekały na spakowanie. Spoglądały na Carlisle'a z niemym wyrzutem otwartych wiek, jakby ośmielał się wypełnić je ubraniami zbyt wcześnie. Cóż, właśnie takie miał wrażenie. Esme zanadto się pospieszyła, ale znał swoją żonę. Kiedy raz coś sobie wbiła do głowy, nie rezygnowała. Nie chodzi o to, że była szczególnie uparta. Według niego jego żona reprezentowała najłagodniejszy typ człowieka – czy też wampira – jaki tylko może chodzić po ziemi. Znalazł przy niej ukojenie, a tego nie można osiągnąć ze zwykłym uparciuchem.

Nie, po prostu Esme dochodziła czasem do wniosków, w jej mniemaniu, ostatecznych, a wtedy spokojnie zajmowała się realizacją kolejnych punktów. Cechował ją wtedy niezwykły spokój, z którego Carlisle nigdy dotąd nie ważył się zakłócić. Aż do teraz.

Za wcześnie. Zdecydowanie za wcześnie wyciągnęła z ogromnej szafy puste walizki i je pootwierała. Czekały teraz, aż znajdą się w nich pierwsze stosiki rzeczy, a potem wszystko samo gładko pójdzie. Ani się obejrzą, a Cullenowie będą mogli uciec z Ashland.

Najbardziej zadziwiało Carlisle'a, że Esme tak usilnie przekonywała go do wyprowadzki przez plotki na ich temat. Nigdy się nimi nie przejmowała. Z drugiej strony też nigdy specjalnie nie integrowała się z ludźmi. Do tej pory zawsze stała na uboczu, nie podejmowała pracy w obawie, że zaatakuje ludzi. W Ashland pracowała i słyszała, co mówią o nich dziewczyny z centrali. Obserwowały ją i powtarzały między sobą całą litanię podejrzanych zachowań pani doktorowej. Na przykład – dlaczego nigdy nie jadła? A z tym słońcem to chyba jakaś bzdura? Wyglądała dość zdrowo, chociaż czasem ewidentnie za mało spała.

- Esme?

Jego żona pojawiła się w drzwiach niczym duch. Oparła ręce na framudze drzwi i przyglądała się mu w milczeniu.

- Tak? - zagaiła, kiedy jej mąż nie odzywał się dłuższą chwilę.

- Może jednak jeszcze się wstrzymajmy? To tylko głupie plotki.

- Plotki, które są niebezpieczeństwem dla takich jak my. Sam mnie tego nauczyłeś.

Stała jak posąg, zimna i nieugięta. Nie do przekonania. To była ta strona Esme, którą jeszcze słabo znał. Ale zaczynał się przyzwyczajać.

- Po prostu nie rozumiem. Przecież chciałaś czekać. Moglibyśmy jeszcze pomieszkać tutaj jakiś rok.

- Ty z kolei powiedziałeś, że Edward nas znajdzie, gdziekolwiek będziemy. O ile będzie chciał.

Zacisnęła usta.

- Kochanie, ja naprawdę...

- Posłuchaj mnie, Carlisle – przerwała mu. - Popełniłam błąd i to wszystko przeze mnie. Zaczęłam pracować dla rozrywki, nie udało mi się wmieszać w tłum. Przeze mnie pojawiły się pogłoski. Sam powiedziałeś, że z ludźmi nigdy nic nie wiadomo. Może przetrwalibyśmy tu spokojnie, a może kiedyś ktoś podpali nasz dom. Nie chcę ryzykować.

- A Edward? - zapytał cicho Carlisle.

- Edward? Edward nie ma z tym nic wspólnego.

Opuściła głowę i próbowała się zaśmiać, ale wyszedł jej tylko gorzki dźwięk, który zabrzmiał jak kaszel. Zaniepokojony Cullen podszedł do żony i zajrzał jej w twarz, ale uśmiechnęła się do niego wyrozumiale, niczym matka uśmiecha się do dziecka, które czegoś nie zrozumiało.

- Jestem wampirem, zapomniałeś? Nie choruję.

Faktycznie, zapomniał. Przy niej ciągle się zapominał.

Nowy Jork

Opuścił trupa do kanału. Palenie w gardle ustało, czuł się syty, a jednocześnie dziwnie zbrukany. Uderzył pięścią w udo.

- Nie udawaj, Edwardzie – szepnął do siebie i podniósł się z klęczek. Postawił w swym umyśle mur, przez który wspomnienia o stwórcy nie miały doń dostępu. Nie zamierzał pozwolić, by wyobrażenie smutnej twarzy Carlisle'a zepsuły mu tę chwilę.

Świtało. Zerwał się na równe nogi i pobiegł w stronę domu, w którym mieszkał. Mała kamieniczka, żadnych sąsiadów, żadnych trosk, tylko Pete... i jego wybranka. Oby już poszła. Oby była w stanie odejść.

Niepokoił się, choć wiedział, że to śmieszne. Przecież Pete powiedział, że mężczyzna umie się kontrolować. A on zawsze wiedział, co mówi. Zawsze wiedział. Jego pewność siebie i otaczającego go świata była niezwykła, nawet jak na wampira.

Na ulicach prawie nikogo nie było, poza kilkoma pijanymi ludźmi wracającymi z klubów. Zataczali się i śpiewali fałszywie piosenki, które teoretycznie powinny go zgorszyć, ale po kilku latach w towarzystwie nie zawsze trzeźwego Rosjanina uodpornił się na ich treść. Mógłby nawet rzec, że nie mogły się równać z tym, co potrafił zaśpiewać Pete. Wobec jego repertuaru przyśpiewki nietrzeźwych ludzi były niczym kołysanki dla dzieci.

Biegł. Pijani go nie dostrzegali, przyzwoici ludzie spali w swych domach. Był niczym wicher wiejący po pustych ulicach, jakby w Nowym Jorku znów zagościła zima. Dobiegł do mieszkania i otworzył gwałtownie drzwi. Powitały go cisza, gorąco rozgrzanego pieca i zapach krwi, jakby morze posoki zalało mieszkanie.

- Pete? - zawołał. Rosjanin wyszedł powoli z salonu. Ramiona miał skulone, głowę spuszczoną niczym dziecko czekające na burę. Ręce zwisały niemal bezwładnie wzdłuż ciała. Wampir wydawał się drobniejszy niż zazwyczaj. Usiadł przed Edwardem i nie podnosił głowy. Był niczym koń, któremu ktoś zabił ducha walki i zamiast rwać do przodu na wyścigu, stoi w miejscu, kuląc uszy.

- Co się stało? - spytał Edward, choć zapach krwi podpowiadał mu najgorszy scenariusz.

- Marianne...

Gdyby Pete mógł płakać, z pewnością by szlochał. Wskazał ręką w stronę uchylonych drzwi. Edward zrobił niepewny krok we wskazanym kierunku, a potem gwałtownie wtargnął do salonu.

- Matko boska – wyszeptał.

Na podłodze leżała naga, martwa dziewczyna. Rozpoznał jej rysy ze wspomnień Pete'a. Prostytutka, w której się zakochał. Jasne włosy rozsypały się na podłodze, tworząc wokół głowy aureolę, na którą z pewnością nie zasługiwała. Świętą nie była.

Rękę miała wygiętą pod nienaturalnym kątem i Edward doszedł do wniosku, że została złamana. Jedno biodro wyglądało na zmiażdżone. Łono kobiety zdobiła plama krwi, która rozlała się także na dywanie. Na żebrach widoczne były sińce.

Ale nie to tak naprawdę sprawiło, że Edwarda zmroziło ze zgrozy. To oczy dziewczyny. Otwarte z przerażenia, szklane, martwe, z na wieki zastygniętym w nich bólem. Usta miała rozchylone jak do krzyku, którego nigdy nie dała rady z siebie wydobyć. Na szyi zauważył odciśnięte palce.

- Coś ty zrobił? - szepnął Edward. Wiedział, że Pete stał tuż za nim. Słyszał jego myśli i czuł charakterystyczną woń.

- Zadusiłem ją. Nawet nie wiem kiedy.

- Jak to nie wiesz kiedy? - zapytał Masen. Gdyby mógł zwymiotować, z pewnością by to zrobił. Ze wstydem jednak przyznawał sam przed sobą, że zapach krwi obudził w nim na nowo poczucie głodu.

- Nie wiem. W jednej chwili jesteśmy blisko, w drugiej ona nie oddycha. Zapomniałem się. Nie dałem rady...

Edward Masen odwrócił się gwałtownie do towarzysza, chwycił go za ramiona i z całej siły wypchnął z salonu. Wampir wylądował na przeciwległej ścianie i osunął się na podłogę. Nie walczył, jakby uznawał i przyjmował karę.

- Głupcze! - ryknął Edward.

Podszedł do niego szybko, chwycił za kołnierz i podciągnął do góry. Pete wisiał na rękach Masena, nawet czubkami palców nie mogąc dotknąć podłogi.

- A teraz myśl, co zrobić z ciałem!

- Edwardzie, ja nie mogę...

- Możesz! Tyle razy mogłeś, teraz też wymyślisz, jak się go pozbyć. A potem tu wrócisz. I nie waż się postąpić inaczej!

Puścił go. O dziwo, Pete nie przewrócił się, tylko od razu pewnie stanął na nogach. Powoli poszedł do salonu i za chwilę opuścił mieszkanie, niosąc w ramionach ciało. Niósł Marianne, jakby dziewczyna spała.

- Miej chociaż na tyle przyzwoitości, by ją okryć – warknął Edward. Wszedł do salonu i zaraz wrócił, rzucając towarzyszowi kapę z kanapy. - Wynieś ją.

Pete wyszedł, a Edward poszedł oczyścić dywan i pootwierać okna. Zapach krwi go oszałamiał i sprawiał, że miał ochotę pobiec za Petem, wyrwać mu zwłoki z rąk i wysączyć je do ostatniej kropli.

Szarpnął za prawe skrzydło okna w salonie, myśląc o tym, że i tak nie dałby rady zabrać krwi prostytutki. Nie była złym człowiekiem, a przynajmniej nic mu na ten temat nie wiadomo. A nawet gdyby, to i tak nie mógłby tego odczuć.

Chwycił za wazonik, który wiecznie stał pusty na ławie i z całej siły cisnął nim o ścianę. Nie pomogło tak, jak by się można było tego spodziewać, ale odczuł niewielką ulgę, że mógł coś zniszczyć. Choć tak naprawdę chciał rozbić głowę pewnego wampira, który właśnie gdzieś – miał nadzieję – grzebał zwłoki młodej prostytutki.

Ashland, Wisconsin

Esme nie wiedziała, że Carlisle wyciął zdjęcie z [i]Timesa[/i], na którym widać Edwarda. Pakowała właśnie książki męża, gdy jedna spadła ze stosu ułożonego na biurku, a zza okładki wysunął się kawałek gazety. Wyjęła go i przyjrzała mu się z nostalgią. Od półtora roku nie mieli żadnych wieści o Edwardzie. Nie żeby wcześniej jakieś się pojawiały. To jedno zdjęcie jednak traktowali jak wiadomość: „Żyję. Nic mi nie jest".

Ale co było później?

Edward bywał nieporadny jak dziecko we mgle. Czasem sama się tak czuła, ale miała przy sobie o wiele starszego Carlisle'a, który stał obok niczym niewzruszona skała.

Cullen wszedł do pokoju.

- Esme, czy spakowałaś już moje... - urwał. Zobaczył swoją żonę wpatrującą się w stare zdjęcie z gazety.

- Jesteś pewien, że on nas znajdzie?

- Jestem tego pewien – westchnął, krzyżując ramiona na piersi.

- A ja coraz bardziej nie.

Odłożyła zdjęcie na biurko i popatrzyła poważnie na męża.

- Esme...

- Chyba nie powinniśmy tego robić.

- Esme... zdecyduj się. Proszę. Jesteśmy w połowie pakowania.

- Myślę, że wytrzymam jeszcze trochę. Ale któregoś dnia będziemy musieli wyjechać.

Wstała, podeszła do męża, pocałowała go i opuściła małą, domową bibliotekę.

Kobiety!, pomyślał Carlisle, wyciągając książki z leżącej na podłodze walizki.

Nowy Jork

- Pisz.

Pete siedział przy stole w pomieszczeniu, które kiedyś było kuchnią, a z którego żaden z wampirów z oczywistych względów nie korzystał. Przed Rosjaninem bieliła się kartka papieru, obok leżało wieczne pióro. Krwiopijca nawet nie drgnął. Edward stał za nim, z narastającą irytacją wpatrując się w przygarbione plecy towarzysza.

- Pisz!

- Co mam pisać? - zapytał, choć dobrze znał odpowiedź.

- To, co zawsze – syknął Edward. - To, co pisałeś za każdym razem, gdy z burdelu znikała prostytutka. Napisz, że Marianne znalazła szczęście gdzie indziej, wyszła za mąż i porzuca swój zawód. - Ostatnie słowo niemal wypluł z obrzydzeniem. - I podpisz się jej imieniem. A potem módl się, by nie okazała się niepiśmienna, bo rajfurka nabierze podejrzeń.

Pete zwrócił swoją ciemną głowę w jego stronę. W oczach Rosjanina malowało się takie zdumienie, jakby ktoś oznajmił mu, że za chwilę skończy się świat. Takiego Edwarda Masena nie znał.

- Nigdy taki nie byłeś. Zawsze wydawałeś mi się...

- Skończyło się, gdy pewien głupiec udusił w moim domu prostytutkę - przerwał mu wampir. - A teraz pisz!

Pete posłusznie odkręcił zatyczkę i, zmieniając charakter pisma, zaczął układać pożegnalny list dla Maureen. Kiedy skończył, odłożył starannie pióro, po czym oparł łokcie na blacie i ukrył twarz w dłoniach. Edward chciał mu powiedzieć, że i tak nie może płakać, ale w jakiś sposób współczuł swojemu towarzyszowi. To oczywiste, że postąpił głupio. Nie powinien był przyprowadzać tutaj Marianne. Nie powinien był próbować się z nią kochać. Nigdy nie powinien był jej poznawać!

Skupił się na wciąż jeszcze wyczuwalnym, lecz coraz słabszym zapachu krwi w mieszkaniu, by jego irytacja nie opadła. Chciał ukarać Pete'a za to morderstwo. Chciał, by Pete cierpiał, by poczuł, jak bardzo niewłaściwie postąpił, jak wielki błąd popełnił. Wiedział, że Rosjanin doskonale to odczuwa, ale chciał jeszcze bardziej pogłębić jego rozpacz. Tak, by już nigdy nie popełnił tego samego błędu drugi raz.

Milczał jednak. Nie umiał w sobie odnaleźć dręczyciela.

c.d.n.

* kindersztuba – wychowanie wyniesione przez dzieci z domu; zastosowałam ten termin, ponieważ w moim osobistym odczuciu (nakarmionym przez Anne Rice) wampir, tworząc drugiego krwiopijcę, staje się jego „rodzicem"; Carlisle opiekował się Edwardem i uznawał go za swojego syna, ukształtował go jako wampira, poniekąd WYCHOWAŁ, stąd słówko „kindersztuba" uważam za pasujące