JESIEŃ 1930

Nowy Jork

Pete pił. Oznaczało to gwałtowne spustoszenie wśród ulicznych dziwek, bezdomnych i przypadkowych przechodniów, ponieważ wampir nie przebierał w ofiarach. Każdy był dobry – wracający chyłkiem imprezowicz, ulicznica bez alfonsa, nawet policjant. Zabierał ich krew żarłocznie i do ostatniej kropli, a jednak żadna z ofiar nie mogła go nasycić.
Tak naprawdę Pete chciał pozbyć się wspomnień, ale nie miał na to szans. Jak ludzie szukali czasem zapomnienia w alkoholu, tak on zatracał się w niezaspokojonym głodzie krwi. Za dnia znikał w piwnicy, gdzie stała jego aparatura, i destylował alkohol. A potem ustawiał butelki na podłodze, nie mogąc ich opróżnić i choć na chwilę wyrzucić z pamięci wieczór sprzed roku, kiedy zabił Marianne.

Czasem brał kilka butelek i znikał gdzieś w kryzysowym świecie i Bóg jeden raczył wiedzieć, co wtedy robił. Bóg i jeszcze jedna osoba wtajemniczona w cały proceder.

Edward nie dręczył Pete'a pytaniami ani kazaniami. Miał na to wielką ochotę, lecz wstrzymywał się z wymówkami i przypominaniem, że niektórzy postąpili lekkomyślnie i zlekceważyli niebezpieczeństwo, które stanowili wobec ludzkiego gatunku. Wystarczyło, że co jakiś czas wybuchał niepohamowanym gniewem. Czuł się niczym spuszczony ze smyczy ogar. Dyscyplina powoli odchodziła w zapomnienie i Edwardowi czasem trudno było znów zachowywać się jak „młody dżentelmen", jak to go kiedyś określał Carlisle. Być może do wściekłości doprowadzał go brak pożywienia. Czasami nawet kilka tygodni czekał, aż pojawi się odpowiednia ofiara. Pete odważył się zauważyć, że to dzięki Edwardowym działaniom, by oczyścić Nowy Jork z przestępców. Masen jednak kazał mu zamilknąć, a posłał przy tym takie spojrzenie, że Rosjanin nie odważył się na dalsze żarty.

Prawda była taka, że krach* najwyraźniej dotknął nawet pospolitych rzezimieszków. Jak jeszcze na początku października wampir bez problemu mógł natrafić na oszusta, który swoim ofiarom nieraz podrzynał gardła, tak pod koniec jakby cały świat zapadł się pod ziemię. Ulice opustoszały, wieczorami prawie nikt nie wychodził, by nie trwonić kończących się pieniędzy. Albo gorzej – pieniędzy nieistniejących.
Pete'a nie było. Edward został w mieszkaniu i grzebał pogrzebaczem w popiele. Musiał coś robić, wszystko go denerwowało. Palić w kominku nie zamierzał – było na to zbyt ciepło. Zresztą nie miał czym. Po prostu grzebał w popiele, który leżał tam od zimy, a którego żaden z nich nie pofatygował się uprzątnąć.

Odłożył pogrzebacz, gdy usłyszał kroki Rosjanina. Były chwiejne, a ten... śpiewał? Wyszedł z saloniku i zwrócił się w stronę drzwi. Czekała go ciężka noc z pijanym wampirem. A wcześniej jeszcze będzie musiał poszukać pozostawionego beztrosko trupa.

Czasem nienawidził Pete'a. Nienawidził go tak mocno, że odkładał pogrzebacz, bo bał się, że go nim uderzy. Nie zbliżał się do ognia, by nie kusiły go myśli o podpaleniu. A ramiona krzyżował na piersi, bo inaczej rozszarpał by towarzysza na strzępy.

Nie musiał się wysilać, by usłyszeć kolejną bezsensowną plątaninę myśli Rosjanina. Dzięki usilnym ćwiczeniom wprawił się w tej sztuce tak, że teraz żaden impuls mu nie umykał. Bywały chwile, gdy żałował. Dlatego tym bardziej zdeterminowany był, by wychodzić tylko w nocy. Mniej ludzi, mniejszy hałas...

Czuł się jak wampir z powieści.

I teraz też brakowało mu tylko peleryny i złowieszczej muzyki w tle, bo właśnie spuszczał do kanału dwa trupy. Oczywiście – prostytutka. Jasnowłosa. Pete zabijał blondynki, bo wszystkie przypominały mu Marianne. Jakby chciał zetrzeć z powierzchni ziemi wszystko, co w jakikolwiek mogło skojarzyć się z ukochaną. Edward starał się to zrozumieć, choć czuł się bezsilny. Miał ochotę potrząsnąć towarzyszem albo nawet dać mu w twarz, by ten wreszcie się ocknął i przestał. Ale nie – Edward Masen był cholernym dżentelmenem. Milczącym, pełnym zrozumienia i sfrustrowanym tym bardziej, że jego złość nie znalazła dotąd ujścia.

Zaraz za ulicznicą wrzucił zwłoki policjanta. Przeklął się w myślach za to zabójstwo. Szykował się właśnie do otwarcia kanału. Tak zajęty tym zadaniem nie usłyszał kroków. Mundurowy zobaczył więc młodego, przystojnego mężczyznę i leżące obok ciało jasnowłosej kobiety. A od jakiegoś czasu w okolicy znikały prostytutki. Jeden błysk myśli „Mam cię!", a potem Edward skoczył mu do gardła i rozszarpał je zębami. Zadziałał instynkt głodnego drapieżnika. Spijając krew swej ofiary, niszczył marzenia o awansie. Zadziwiające, o czym człowiek myśli, kiedy umiera w bólu i samotności, za jedynego towarzysza mając swego oprawcę. Edward nie spotkał jeszcze takiego osobnika. Każdy inny w chwili śmierci plątał się między wspomnieniami z dzieciństwa, a własną domniemaną niewinnością. Ten jeden policjant marzył o medalu za złapanie mordercy prostytutek. Nowojorski Kuba Rozpruwacz, choć ciał nigdy nie znaleziono i nie wiadomo było dokładnie, co się działo z dziewczynami. Ludzie jednak domyślali się, że prostytutki umierały.

Teraz zaś Edward „umierał" ze wstydu przed samym sobą. Bardzo żałował, że ziemia tak naprawdę nie może się pod nim rozstąpić i pochłonąć go na wieki. Nienawidził się za to, czym był. Przeklinał Carlisle'a, że takim go stworzył, a jednocześnie oddałby wszystko, by móc się tylko odwrócić i spojrzeć w jego mądre oczy. Z drugiej strony jednak teraz nie dałby rady tego uczynić. Nie po tym, co zrobił. Było mu na przemian gorąco i zimno, ale nie umiał cieszyć się tą ludzką reakcją.
- Zabij mnie – szepnął, choć tak naprawdę nie wiedział, do kogo kierował swoją prośbę. Na pewno nie do Boga, bo ostatnio w niego zwątpił. Bóg, o ile był naprawdę takim, jakim Masen Go znał za swego życia, nie pozwoliłby na istnienie potworów podobnych do niego i Pete'a.
Zasłonił dziurę od kanału i ruszył w stronę domu. Cisza dzwoniła mu w uszach, a ciemność ogarniała jego umysł. Biegł. Uciekał od miejsca, w którym spoczywały dwa ciała.

Ashland, Wisconsin

Esme była w wyjątkowo dobrym humorze. Wszystko ją cieszyło. Na przekór kryzysowi chodziła z uśmiechem na ustach, bywało, że pośpiewywała piosenki, które usłyszała na ulicy. Ponieważ tak - Esme wychodziła na zewnątrz, choć pierwotnie chciała schować się w domu Cullenów i stamtąd obserwować świat. Odkąd porzuciła posadę w centrali, zaszyła się za bezpiecznie zamkniętymi drzwiami i oddała się czynności dekorowania domu, sprzątania, urządzania na nowo sypialni, przestawianiu mebli. Tak naprawdę jednak cała spinała się z oczekiwania, choć nie dała się zwariować i kiedy gałęzie postukiwały w okno, nie zrywała się do drzwi, by je otworzyć w nadziei, że zobaczy Edwarda. Tęskniła za nim. Brakowało jej starszego, choć jednak przedziwnie młodszego, brata**, choć bywał ponurakiem i lubił dramatycznie się nad sobą rozczulać.
Esme pod każdym względem stanowiła jego przeciwieństwo. Przyjęła los takim, jakim był, choć może jej przychodziło to łatwiej. Carlisle był dla niej nie tylko przewodnikiem, ale i kochankiem, wzajemna bliskość sprawiała, że kobieta widziała wszystko w innych barwach. Wieczność jawiła jej się jako wspólnie przebyta droga z niezmiennym, wciąż takim samym uczuciem. Edward zaś umartwiał się esejami o duszy, katolicyzmie, piekielnych mękach i potępieniu. Pławił się w nieszczęśliwych wizjach ogromnego cierpienia, jakiemu zostanie poddany, jak tylko skończy się jego egzystencja jako wampira.

Właśnie. Egzystencja. Masen nigdy nie używał słowa „życie", jakby wymazał je ze słownika albo uważał, że na nie nie zasługuje.

Tymczasem Esme czekała jego powrotu i śpiewała. Przestawiała szafy po to, by znów móc je postawić na swoim miejscu. Wieszała firanki, wybierała zasłony i wychodziła na długie spacery. Carlisle wiedział, że jego żona szykowała się do odejścia z Ashland. Nauczył się już, że kiedy Esme zaczyna robić „wiosenne porządki", to znaczy, że nie żal jej, jeśli coś stanie nie tam, gdzie powinno, ponieważ niedługo opuści to miejsce. I doktor Cullen wiedział, dlaczego. Za długo tu byli. Czekali na Edwarda, potem doszli do wniosku, że nie ma to sensu i spakowali walizki po to, by znów je rozpakować. Teraz Cullenowie także czekali, choć nieco spokojniej. Nabrali dziwnej pewności, że członek ich rodziny wróci, aczkolwiek mieli nadzieję, że nastąpi to, zanim się wyprowadzą.
Carlisle miał łatwiej – znikał na całe dnie, a bywało, że i noce, w szpitalu, gdzie całkowicie zapominał o sprawach, które nie dotyczyły tego miejsca. Jak na przykład teraz. Dziesięcioletni chłopiec ze strzaskaną nogą, którą prawdopodobnie trzeba będzie odjąć, choć lekarz miał nadzieję, że uda mu się ją uratować. Wstawiono nogę w szyny. Chłopiec krzywił się, cicho pojękiwał, ale mężnie nie wydusił z siebie okrzyku bólu, którego wszyscy się po nim spodziewali. Pielęgniarki przynosiły mu czasem coś do poczytania, by się nie nudził i zajął czymś myśli. Czuły, że ich małego pacjenta czeka przykra operacja i najwyraźniej chciały mu to jakoś osłodzić. Dlatego dziesięciolatek mógł zatrzymać wszystkie książki o przygodach cowboyów, walce z Indianami i dzielnych szeryfach. Carlisle znalazł w małej księgarni książkę o bitwach Nelsona i podarował mu ją, ciesząc się z rozpalonych radością oczu chłopaka i dziwiąc, czemu tak bardzo mu zależy na tym piegowatym chłopczyku. Innych pacjentów przecież nie traktował równie wyjątkowo, a nagle...
Być może chodziło o to, że to dziecko z wyraźną radością czytało o zwycięstwach człowieka, o którym nigdy wcześniej nie słyszało. Tak, taka dziecięca radość wzrusza.

- Doktorze Cullen?

Tęga pielęgniarka stanęła w otwartych drzwiach, a potem delikatnie w nie zapukała, by zwrócić na siebie uwagę. Nie poskutkowało. Nie pomógł też bezpośredni zwrot do niego. Lekarz zamyślił się. Miał przymknięte oczy. Może zasnął?

- Doktorze Cullen? - szepnęła.

- Słyszę cię, Barbie – mruknął i otworzył oczy. Były czarne. Potarł skronie. - Co się stało?

Słyszał stłumione okrzyki gdzieś w głębi szpitala.

- Johnny.

- Znowu boli?

- Najwyraźniej.

Carlisle wstał i wygładził fartuch, a potem energicznym krokiem ruszył w stronę sali, w której dziesięcioletni Johnny przeraźliwie wołał o pomoc.

- Coś trzeba będzie zrobić z tą jego nogą...

Barbara przełknęła tylko ślinę i podążyła za doktorem, szurając zbyt dużymi pantoflami.

Nowy Jork

W mieszkaniu nie zastał Pete'a. Nie wyczuwał nawet jego zapachu. Czyli wampir nie pojawił się w nim przez ostatnie dwa dni. Miejsce wyglądało na opuszczone. Dziwne wrażenie, biorąc pod uwagę, że na stole stała butelka z alkoholem.

Edward jednak widział swoją kryjówkę niczym miejsce, z którego gwałtownie wybiegli ludzie, zostawiając wszystko na miejscu, jakby zaraz mieli wrócić. Cisza dzwoniła mu w uszach, więc nastawił gramofon. Na tekturowym opakowaniu płyty znalazł kartkę. Nie na stole, nie na biurku tylko właśnie na płycie. Pete dobrze wiedział, gdzie Edward znajdzie ją najszybciej.

Chcę ci kogoś przedstawić. Przyjdź do „Sally". P.

Pod spodem widniała aktualna data. Oczywiście Pete nie uwzględnił wszelkich oficjalnych form listu, z datą na górze, prawidłowym podpisem, zwrotem do adresata i wszystkimi tymi drobiazgami, które sprawiały, że najzwyklejsza notatka nabierała oficjalnego wydźwięku. Nie podał, kiedy i o której godzinie miałby się z nim spotkać, ale Edward znał swojego towarzysza na tyle, by wiedzieć, że data nie oznacza momentu pisania listu, tylko dzień spotkania. I na pewno będzie to wieczór, ponieważ obaj unikali wyjść za dnia, chociaż coraz słabsze, jesienne słońce nie mogło ich zdradzić.
Wypadł z mieszkania niczym gwałtowny sztorm na ciche morze. Miał bardzo złe przeczucia.

c.d.n.

* 24 października 1929 r. - tzw. „Czarny czwartek": .org/wiki/Wielki_kryzys
** Początkowo Esme i Edward udawali rodzeństwo. Ich wzajemna, oficjalna relacja prawdopodobnie zmieniła się, kiedy rodzina Cullenów zaczęła się powiększać.