ZIMA 1930-31
Nowy Jork
U „Sally" było niemal pusto. Przygaszone lampy słabo oświetlały
salę, w której zakamarkach kryli się nieliczni klienci –
zmęczeni ludzie, którzy przyszli „na jednego", osoby, które
schroniły się przed chłodem panującym na zewnątrz i zakochane
pary. Na scenie muzycy smętnie brzdąkali na instrumentach, grając
coś, co przy sporej dozie silnej woli mogło uchodzić za
blues.
Edward zaciągnął się powietrzem, rejestrując dym z
papierosów, zgrzanego barmana, ludzką krew dokoła i słodkawą
nutę zapachu, który dla człowieczych zmysłów pozostawał
niewyczuwalny, zwłaszcza w takim miejscu jak to – przepełnionym
wieloma innymi, rozpraszającymi zmysły, woniami.
Skierował się w stronę, z której dochodził go zapach Pete'a. Blada twarz Rosjanina wyłoniła się z ciemnego kąta. Siedział zapadnięty w miękki fotel. Nie był sam. Obok niego przycupnęła ostrzyżona na pazia ciemnowłosa kobieta. Zdecydowanie śmiertelniczka – zdradzała ją temperatura ciała i nerwowe zaciskanie palców. O tak, denerwowała się! Jednak Edward nie musiał zbyt długo czekać na odpowiedź na pytanie „dlaczego?". Z jej głowy wyczytał wszystko i bardzo mu się to nie spodobało. Popatrzył na Pete'a gniewnie, ale ten zdawał się niczego nie dostrzegać. Powolnymi ruchami gładził dłoń swojej towarzyszki i sprawiał wrażenie zatopionego w jej spojrzeniu. Spojrzeniu Luizy, jak Masen wyczytał z myśli Pete'a.
Otóż Luiza piekielnie bała się bólu, stąd zaciśnięte nerwowo palce i delikatne kropelki potu nad górną wargą. Poza tym jednak czekała niecierpliwie na wielką chwilę. Na przemianę. Chciała być nieśmiertelna. Groźna. Niebezpieczna jak żmija. To dałoby jej władzę. Przewagę nad kimś, kto ją skrzywdził. Kto to jednak był i co jej uczynił – tego Edward nie wychwycił. Kobieta zdawała się obawiać tych wspomnień, gdyż tylko delikatnie ich dotykała, a chwilę później odskakiwała jak najdalej się dało.
- Edwardzie...
Masen ocknął się i przestał intensywnie wpatrywać w Luizę.
- Myślę, że nie muszę ci niczego wyjaśniać – powiedział Pete. Przecież czytasz w myślach, skończ z tą grą.
Edward uniósł brwi ze zdziwienia.
Myślałeś, że nie wiem?
Na ustach Pete'a zakwitł krzywy uśmieszek.
Popracuj nad sobą i nie odpowiadaj na myśli, Edwardzie. Łatwiej ukryjesz swój... talent.
- To jest Luiza – powiedział Rosjanin na głos. - Bardzo się kochamy.
Chociaż ty już o wszystkim wiesz, bo do jej głowy pewnie też zajrzałeś, co?
Masen skinął kobiecie głową, mruknąwszy tylko: „Edward". Nie pocałował jej kurtuazyjnie w rękę i nie wymienił nazwiska, jak zapewne zrobiłby to w innych czasach i w innym życiu.
- Po co mi ją przedstawiasz? - zapytał tak szybko i cicho, by Luiza nie mogła tego zrozumieć. Denerwował go natłok jej myśli. - Mam wam pobłogosławić? To cwaniara, której marzy się tylko, by zostać nieśmiertelną morderczynią. Rzuci cię zaraz po przemianie i będziesz szczęściarzem, jeśli to zrobi. Bo mnie się zdaje, że cię zabije.
Nie, mój drogi. Musisz pomóc mi ją przemienić. Boję się, że nie dam rady się powstrzymać i ją zabiję.
Edward spojrzał z niedowierzaniem na wampira, którego, z braku innych określeń, nazywał swoim przyjacielem. Mieli przed sobą bestię w ludzkiej skórze – bestię, która aż paliła się do siły, jaką będzie dysponować, a ten się martwił, że ją niechcący zabije? MARTWIŁ?
- Pani wybaczy – zwrócił się do kobiety. - Jestem ostatnio trochę zmęczony. Nie chciałbym, by mnie pani wzięła za gbura. - Jego głos wyrażał całą uprzejmość tego świata. Chciało mu się śmiać. Chciał spojrzeć na siebie samego z politowaniem i powiedzieć sobie: „Edwardzie, jesteś żałosny!". Odgrywał bowiem tę komedię, gdyż właśnie zbliżała się do nich ciemnowłosa, nieświadoma istnienia krwiopijców kelnerka. Oraz dlatego, że Luiza powinna wziąć go za dżentelmena, chociaż sama nie była damą.
Zamówili napoje. Luiza wybrała Krwawą Mary*, co Edward chciał skomentować jako idealny wybór na taką okazję, ale się powstrzymał. Zaraz tego pożałował – kobieta mrugnęła porozumiewawczo do Pete'a. Ona także grała – rolę zakochanej. Edwarda zdjęło obrzydzenie. Gdzie ten głupiec ją znalazł?
- Ależ wcale tak nie pomyślałam – zapewniła go, gdy tylko
kelnerka się oddaliła. Kłamała i gdyby Edward nie umiał czytać
w myślach, doszedłby do wniosku, że robiła to perfekcyjnie.
-
Bardzo mnie to cieszy – odparł z wymuszonym uśmiechem.
Ashland, Wisconsin
Odjęli mu nogę i mały Johnny przestał krzyczeć.
Gdyby Carlisle mógł płakać, z pewnością z jego oczu polałyby się łzy. Nie pociekły, ale właśnie polały – kompletnie niemęskie, ale nie chowałby ich przed światem.
Dzieci nie powinny zostawać kalekami. Nikt nie powinien, ale dzieci szczególnie. Jak powiedzieć Johnny'emu, że już nie będzie mógł tak szybko biegać po podwórku? Nie pogoni za kotem? Nie będzie jeździł na rowerze? Jeszcze długo nie, chyba że poprawi się jakość protez, w co Carlisle na razie wątpił. Nie zanosiło się, by protetyka ruszyła gwałtownie do przodu.
Mył ręce długo, jakby usiłował zmyć z nich całą historię
Johnny'ego i w ten sposób odciąć się od tej sprawy, choć
wiedział, że nie da rady. Zbawienny ludzki sen! Człowiek pójdzie
spać, jak to się mówi, prześpi się z tym wszystkim. Rano wstanie
wypoczęty, nowy, inny. Za jakiś tydzień uspokoi się i będzie
gotów podjąć kolejną próbę ratowania ludzkiego życia. Carlisle
nie pójdzie spać. Może leżeć z zamkniętymi oczami i zapaść w
stan bliski odrętwienia, ale nie zaśnie i myśli będą go
atakowały niczym bomby zrzucane na cywilów. Po trzystu latach wciąż
nie umiał pogodzić się z porażką. Za każdym razem, gdy coś mu
się nie udawało, cichł i oddalał się od wszystkiego. Długo
trawił sytuację, by po znacznie dłuższym niż u człowieka czasie
jakoś się pozbierać i dalej trwać. Esme mówiła, że „zapadał
się w sobie". Carlisle przypominał wtedy żywą skorupę.
Chodził, polował, mówił, ale nie było go obok niej. Dawała mu
czas. Znała go na tyle dobrze, by wiedzieć, że nie należy go o
niczym zapewniać. On sam o tym dobrze wiedział. Męczyła go tylko
zwykła bezradność wobec problemu. Potrafił więcej niż inni
lekarze. Tam, gdzie oni robili wszystko, co możliwe, on czynił to,
co niemożliwe, a w końcu to, co nieprawdopodobne. I udawało mu
się. Czasem myślał, że walczy z Bogiem, ale odrzucał od siebie
takie pomysły. Nie mógł pozwolić, by filozofia czy religia
hamowały jego pasję do zawodu. Trzy stulecia go wykonywał i nie
poddał się.
Johnny żył. Gangrena nie pozwoliła wprawdzie
zachować mu jednej kończyny, ale mógł oddychać i czytać
książki, w czym się ostatnio rozmiłował. Więc to mu pozostało.
A on nie był w stanie mu wytłumaczyć, dlaczego zawiódł. Jak to
zrobić w przypadku dziesięciolatka? Nie wyjaśni mu zawiłości
medycyny ani nie zagłębi w filozofię. Czy kazać mu być dzielnym?
- Powiedz mu, że wybrałeś między jego życiem a ciałem. I
pozwól mu się z tym uporać.
Esme sama nie wiedziała, kiedy jej się to wyrwało. Nigdy mu przecież niczego nie doradzała i nie wtrącała się w sprawy zawodowe. Nawet jeśli mamrotał czasem pod nosem o kwestiach, nad którymi się głowił. Ale teraz odpowiedź sama od niej wyszła, bezwiednie. Esme zamilkła i popatrzyła na męża spokojnie. Nie będzie nawet na nią zły.
- Nie wiem, czy to zadziała – powiedział smutno.
- Nigdy nic nie działa od razu. Jako lekarz powinieneś o tym wiedzieć najlepiej.
- Esme, to dziesięcioletni chłopiec...
- Tym bardziej. Zrozumie to po latach.
- Carlisle, nie rozumiem...
Ordynator wbił wzrok w lekarza, jakby oczekiwał, że ten wybuchnie śmiechem i powie, że żartował. Ale nic takiego się nie stało. Carlisle Cullen pozostał poważny i nieco smutny, z całą pewnością nie zmienił postanowienia.
- Czego nie rozumiesz? - zapytał grzecznie, chociaż wiedział, jakiej odpowiedzi oczekiwać.
- Dlaczego? Dlaczego teraz?
- Muszę odpocząć.
To była prawda. Od dwóch dni w głowie rozbrzmiewał mu płacz Johnny'ego. Po tym, jak chłopiec dowiedział się, że będzie miał drewnianą nogę i nie może już biegać, Carlisle Cullen wyszedł z sali, ścigany przez pełen rozpaczy szloch małego dziecka. Nie mógł tego słuchać i czuł się jak tchórz. Powinien tam zostać i patrzeć w twarz swojego pacjenta. Wytrzymać łzy matki chłopca i ponury spokój jego ojca. Znieść to wszystko jak mężczyzna. Ale nie mógł.
A teraz siedział w gabinecie ordynatora i składał swoją rezygnację. Wyprowadzał się z Esme najszybciej jak się dało. Prawdopodobnie w styczniu, by nie wzbudzać podejrzeń, jak sobie tłumaczył, choć doskonale wiedział, że to nieprawda. Spakowali się szybko, niemal zniknęli ludziom z oczu. Ale Carlisle miał zamiar jeszcze trochę się pokręcić, kilka razy przemknąć przez ulice, by potem nie czuć się tak bardzo jak tchórz.
- Dostałem też inną propozycję. Przeniesiemy się z Esme do Waszyngtonu. Ale zanim zacznę tam pracować... sam rozumiesz...
Ordynator kiwnął głową i nie odezwał się więcej w tej sprawie. Podziękował tylko Carlisle'owi za współpracę i na pożegnanie wyciągnął do niego rękę. Drgnął, kiedy jego palce zetknęły się z chłodną skórą Cullena.
- Chyba nigdy się do tego nie przyzwyczaję. - Uśmiechnął się niepewnie.
Carlisle skinął głową i wyszedł z gabinetu. Gdyby był zwykłym człowiekiem, zostawiłby za sobą szpital, Johnny'ego i jego amputowaną kończynę. Ale jako wampir będzie nosił to w sobie, aż w końcu przejdzie nad całym wydarzeniem do porządku dziennego.
Esme stwierdziła którejś nocy, że celebruje ból. Że w gruncie rzeczy cieszy go, że choć jedna rzecz zajmuje mu więcej czasu niż przeciętnemu człowiekowi i podświadomie sprawia mu to satysfakcję. Carlisle nigdy nie uważał się za osobę ze skłonnościami masochistycznymi, ale też z drugiej strony nie zastanawiał się nad tym wszystkim w taki sposób. A Esme powiedziała mu to tak niezobowiązująco, o poranku, kiedy jeszcze tulił ją do siebie. I nazwała go przy tym człowiekiem. Carlisle zastanawiał się, jak to możliwe. Robił wszystko inaczej niż człowiek, a to, co było tak, nomen omen, boleśnie ludzkie i zabierało mu znacznie więcej czasu, w oczach jego żony czyniło go właśnie człowiekiem. Carlisle czasami nie rozumiał pokrętnej logiki kobiet.
Wieczorem usiedli na kanapie. Esme czytała mu na głos o
księżniczce Eleonorze von Schwarzenberg**, przyprawiając tym męża
o wybuchy śmiechu. Lubiła, kiedy się śmiał. Jakby coś zmazywało
z niego troski i pozwalało mu być tym młodym człowiekiem, którym
był, zanim stał się wampirem. Ponad trzysta lat życia, a jednak
zostało w nim jeszcze sporo radości. Jakby czas się dla niektórych
rzeczy zatrzymał, nie tylko dla ciała Carlisle'a, ale dla pewnych
jego cech charakteru. Kiedy się dopiero poznawali, opowiadał jej o
sobie. Przez tyle lat wciąż cieszyły go drobne sprawy, małe i
wielkie sukcesy, o których nikomu nie mógł powiedzieć. Teraz miał
ją i dzielił z nią większość swojego życia. Nie dzielił się
tylko zmartwieniami, a przynajmniej nie robił tego świadomie.
Teraz jednak położył się, opierając głowę na jej kolanach
i zastukał palcem w okładkę książki.
- Tam naprawdę jest tak napisane? Odcięli jej głowę?
Esme z powagą pokiwała głową.
- Głupcy – mruknął Carlisle, usiłując zwalczyć błąkający mu się na ustach uśmieszek. Powinien współczuć tej kobiecie. Pochowali ją jako wampira, odcięli głowę. A on miał ochotę śmiać się z ludzkiej naiwności.
- Jeśli tak dalej pójdzie, to nasz rodzaj może być spokojny – ludzie nigdy się o nas nie dowiedzą.
- Też tak myślę. Biedna księżniczka... - westchnęła Esme.
- Gdzie znalazłaś tę książkę?
- W księgarni. Mieli tylko jeden egzemplarz, w dodatku jest
uszkodzony, ale nie mogłam się powstrzymać.
Carlisle przyjrzał
się książce. Rzeczywiście – wyglądała, jakby ktoś pociął
ją nożem, kartki zaś były pogięte i nierówno poucinane przy
brzegach. Ale Esme nie zwracała na takie rzeczy najmniejszej uwagi.
Jak mawiała: „Póki da się czytać, wszystko jest w porządku".
- Co jeszcze napisali?
- Niewiele. Tylko tyle, że znaleziono jej szkielet i do teraz się zastanawiają nad tym znaleziskiem.
- I to wszytko starczyło im na taką dużą książkę? - zdziwił się z udaną powagą Carlisle.
Esme zmierzwiła mu włosy.
- Nie, tutaj jest dużo różnych dziwnych zagadek ludzkości. O Eleanorze jest tylko jeden rozdział. Dodali zdjęcie. O, popatrz.
Ale Carlisle zamknął oczy i skupił się. Wyraźnie słyszał
zamykaną furtkę i ciche kroki na schodach. Ktoś się skradał do
ich domu. Położył palec na ustach, nakazując Esme milczenie.
Wampirzyca odłożyła książkę na bok i wtedy też usłyszała te
kroki. Poczuła również delikatny, znajomy zapach innego
krwiopijcy. Cullenowie zamarli na chwilę, wszystkimi możliwymi
zmysłami otaczając nadchodzącą istotę. Kroki zatrzymały się u
szczytu schodów, a potem rozległo się ciche pukanie. Nieśmiałe,
krótkie i delikatne, jakby przybysz bał się, że zniszczy drzwi,
jeśli uderzy w nie zbyt mocno.
Carlisle bardzo wolno podniósł
głowę z kolan Esme, a potem wstał z kanapy. Cicho podszedł do
drzwi, gdzie poczuł zapach wyraźniej. Zmienił się, ale Cullen nie
mógł się pomylić. Chwycił za klamkę, otworzył drzwi na oścież.
Przed nim stał Edward.
ZAKOŃCZENIE – styczeń 1931
Rochester, Nowy Jork
Opowieść Edwarda
Początkowo Carlisle o nic go nie pytał. Zaakceptował czerwone oczy, zmieniony pod wpływem ludzkiej krwi zapach i dziwny smutek, który często Edwarda ogarniał. Od czasu do czasu młody wampir wspominał o tym i owym, jakby chciał opowiedzieć, co robił, ale nie miał odwagi. Carlisle któregoś wieczoru wszedł do saloniku, w którym ustawili walizki i zastał tam Edwarda zapatrzonego w widok za oknem. Cullen wiedział, że to czas na decydującą rozmowę. Jego syn się męczył. Najwyraźniej stało się coś okropnego, skoro wrócił zgaszony, odmieniony, ale w przedziwny sposób wciąż był taki jak kiedyś. Carlisle'owi ulżyło, ponieważ to oznaczało, że Edward nie zatracił się całkowicie i jedyne, co się w nim zmieniło, to bogatsze doświadczenie. Być może straszne, zapewne ciężko mu sobie z nim poradzić, ale był wciąż tą samą osobą, którą został, kiedy obudził się po swej ludzkiej śmierci.
- Co się stało? - zapytał Carlisle, siadając na walizce.
Edward, nie odwracając się od okna, bardzo cicho zaczął swoją opowieść. Carlisle mu nie przerywał, choć czasem bardzo chciał zadać jakieś pytanie. Na przykład dlaczego Pete przyprowadził Marianne do domu? Dlaczego nie ukryli się gdzieś indziej? Czy brał pod uwagę, że to się może źle skończyć? Lecz nie pytał. Najwyraźniej te szczegóły nie miały większego znaczenia albo Edward sam nie wiedział.
Opowieść urwała się w momencie, gdy dotarł do niejakiej Luizy.
Co się z nią stało?
- Daj mi... chwilę. - Edward potarł czoło, jakby był zmęczony bądź zdenerwowany. Odwrócił twarz w stronę Carlisle'a i uśmiechnął się smutno. - Tak, słyszę już każdą myśl.
Carlisle skrzyżował ramiona na piersi i wpatrywał się w swojego
syna. Nie dziwił się najnowszej rewelacji odnośnie jego talentu.
Przyjął to ze spokojem, choć wiedział, że życie z kimś
obdarzonym zdolnościami telepatycznymi nie będzie należało do
łatwych. Żadnych tajemnic, pilnowanie myśli, by go nimi nie
dręczyć... Westchnął. I wtedy Edward postanowił opowiedzieć
resztę.
- Wyszedłem wtedy z „Sally". Byłem tak wzburzony,
że nie mogłem z siebie wydusić słowa. Petr pobiegł za mną...
- Petr? - wyrwało się Carlisle'owi.
- To jego prawdziwe imię. Nazywał siebie Petem, żeby Amerykanom
było łatwiej. - Edward wzruszył ramionami. - W każdym razie
wybiegł za mną i wciąż prosił, bym mu pomógł. Odmówiłem. Nie
chciałem brać udziału w tym obrzydliwym procederze. Nie chciałem
tworzyć wampira, nie z kogoś takiego. Carlisle, przysięgam ci,
nigdy z nikogo nie uczynię krwiopijcy.
Carlisle skinął głową
– Rozumiem. – a Edward kontynuował.
- On już wtedy podjął decyzję. Zdecydował się spróbować tak
czy inaczej, ale chciał mieć pewność, że jej nie zabije. Miałem
być gwarantem... Któregoś wieczoru wróciłem z polowania. -
Skrzywił się na to słowo. Carlisle wiedział, że jego syn
wstydził się tego, co robił w Nowym Jorku. - Usłyszałem czyjeś
krzyki, jakby kogoś palono żywcem. I zapach krwi. Pomyślałem
wtedy: „Boże, tylko nie znowu, nie tym razem!". Wpadłem do
mieszkania. Petr zamknął drzwi od swojego pokoiku. Za nimi ktoś
krzyczał. Zrozumiałem, że to Luiza. Przemienił ją. Wpadłem w
szał. Rzuciłem się na Petra. Wrzeszczałem, że chyba oszalał.
Chciałem go rozszarpać na kawałki. Nie mogłem mu przemówić do
rozumu... więc próbowałem go powstrzymać w inny sposób. Ugryzłem
go, a potem rzuciłem o ścianę. Wszystko się posypało.
Carlisle... on się nawet nie bronił. Przyjmował raz za razem.
Mogłem go bić, gryźć, kopać i na niego wrzeszczeć. Mogłem
nawet próbować go zabić, a on nic. Bo klamka już zapadła. Co bym
nie zrobił, za zamkniętymi drzwiami Luiza umierała i powoli
stawała się wampirem. Boże, jak ja go za to nienawidziłem! Nie
pamiętam, ile razy uderzyłem go w twarz, ile razy nazwałem go
durniem i przekląłem. Zrzuciłem go ze schodów i patrzyłem, jak
spada. I wciąż byłem wściekły, bo wiedziałem, że nic mu się
od tego nie stanie. Kazałem mu się wynosić. Petr zareagował
dopiero wtedy, gdy roztrzaskałem drzwi do jego pokoju. Wbiegł po
schodach i rzucił się na mnie jak zwierzę. Walczyliśmy, niszcząc
wszystko dookoła. Miażdżyliśmy różne przedmioty, meble leciały
w drzazgi, rozbiliśmy lustra. Ilekroć go odrzucałem, ruszałem w
stronę Luizy. A on mnie za każdym razem powstrzymywał. Wiedziałem,
że jest wściekły, chciał mnie zabić. Usiłował mnie rozerwać.
Złapałem go za głowę, by go uderzyć...
Carlisle przymknął
oczy.
- Nawet nie wiem, jak to się stało. - Głos Edwarda załamał się.
- Nie musisz już nic mówić. Rozumiem.
Masen pokręcił głową.
- Muszę. - Zamyślił się i dopiero po chwili kontynuował. - Potem poszedłem do Luizy. Wciąż się przemieniała, to był dopiero początek. Tym razem chwyciłem pewnie i zdecydowanie, nie zamierzałem jej bić. - Spojrzał na swoje dłonie z obrzydzeniem. - Gołymi rękami, Carlisle. Tylko najgorsi mordercy tak zabijają. Ale oni duszą, a ja mogę rozerwać na strzępy, urwać głowę, ugryźć i wypić krew. - Pokręcił głową. - Nic mi to nie da, jeśli przysięgnę, że bardzo żałuję. Powinienem skończyć na krześle elektrycznym, ale nie wiem, czy by mnie zabiło.
- Edwardzie – zaczął Carlisle łagodnie – jesteś wampirem.
- To nie były ofiary polowania.
- Niemniej pozostajesz drapieżnikiem.
- To niczego nie zmienia.
- Gdybyś nie zabił Pete'a, on zabiłby ciebie. Powiedziałeś, że wiesz, że chciał cię zamordować. Nikomu przez to nie byłoby lżej. Nie wiem, jak bym to przeżył. O Esme wolę nawet nie myśleć. Jesteś dla niej jak syn.
- Zawsze myślałem, że jak brat.
- Trochę jak brat, trochę jak syn – zgodził się Carlisle. - Wróciłeś i wszystko zaczniesz od początku. Nie będzie ci łatwo, ale jestem pewien, że odetniesz się jakoś od tego wszystkiego i wrócisz do równowagi. Nie będziesz sam.
Edward rzucił Carlisle'owi smutne spojrzenie, ale niczego nie powiedział.
Zmienił się. Był bardziej milczący niż dotychczas, ale Carlisle wiedział, że to kiedyś minie. A może i nie? Może Edward, którego miał przed sobą, nigdy już nie będzie Edwardem, którego stworzył? Nie martwił się tym jednak. Najważniejsze było, że znów miał u boku swojego pierwszego towarzysza, swojego brata. A Esme? Nic nie powiedziała. Ale częściej się uśmiechała. Wiedział, że tęskniła za Edwardem, którego poniekąd traktowała jak własne dziecko. Nieważne, że była od niego młodsza. Liczyła się rola, którą przyjęła, a którą Edward zaakceptował.
- Opowiedz mi o mojej matce, Carlisle.
Zamykali ostatnią walizkę. Esme poszła do swojego pokoju, by sprawdzić, czy nie zapomniała któregoś z jej cennych drobiazgów.
- Teraz? Dlaczego? – zapytał lekarz.
- Ponieważ prawie jej nie pamiętam. I ponieważ proszę cię o to po raz ostatni.
- Ostatni? – Carlisle zmarszczył brwi, zdziwiony tymi słowami. –
Czemu? Mogę ci o niej opowiedzieć jeszcze tysiące razy. Chociaż
za wiele do opowiedzenia nie mam. Znałem ją dosyć krótko.
-
Wiem. Ale nie będę już wracał do przeszłości – odparł
Edward. – Ten jeden, ostatni raz. Co pamiętasz?
Pamiętam
kobietę, pacjentkę szpitala, w którym pracowałem, pomyślał
Carlisle, a potem powrócił do czasów, w których hiszpanka
zabierała miliony ludzi, w tym rodziców stojącego przed nim
wampira. Przypomniał sobie zapach szpitala, jęki konających i cały
ten koszmar, którego wolałby nie pamiętać. Powiedział Edwardowi
wszystko. Nie tylko to, co się wydarzyło, ale opisał także kolor
włosów Elizabeth, jej głos, spocone dłonie, rozgrzane czoło,
błyszczące od gorączki oczy. I prośbę, by ratował jej dziecko.
Edward słuchał, znów zapatrzony w widok za oknem, nie odwracając się w stronę Carlisle'a. Nie przerwał mu ani razu, wsłuchując się w jego głos, uzupełniając opowieść obrazami z jego myśli.
- Umarłem – powiedział, kiedy Carlisle skończył.
- Żyjesz.
- Mówię o Edwardzie Masenie. Nie ma go już.
- Kim w takim razie jesteś? – zapytał lekarz, krzyżując ramiona na piersi. Pytanie przez chwilę wisiało w powietrzu, pobrzmiewając między ścianami salonu.
- Edwardem Cullenem – usłyszał w odpowiedzi. Wampir obrócił się w stronę swojego stwórcy na tyle szybko, by ujrzeć zaskoczenie malujące się na jego twarzy. Podszedł do niego powoli, patrząc mu prosto w oczy. – Jestem przecież twoim synem – dodał.
Chwycił stojącą obok walizkę i podniósł ją lekko. Ruszył ku wyjściu, pozwalając Carlisle'owi oswoić się z tym, co przed chwilą usłyszał.
Doktor Cullen stał bez ruchu z przymkniętymi oczyma. Chwilę trwało, nim znów je otworzył. Uśmiechnął się lekko, po czym podniósł kufer i ruszył za swoim synem.
KONIEC
*za wikipedią – jedną z wersji historii tego drinka jest to, że został wymyślony w 1920 roku; pozwoliłam sobie zatem poczęstować tym Luizę, mając nadzieję, że istotnie KM była już znana w latach 20-tych XX w.
** .org/wiki/Eleonore_von_Schwarzenberg
